Matko, co za wstyd!

Wstyd wielki, że tak długo nie pisałam. Ostatnio mam same braki. Bez sensu jest się w ogóle tłumaczyć, bo zabrzmiałoby to i tak żenująco.

Ogólnie to żyjemy, choć dość szybko w ostatnim czasie. Mimo że jesień nie zachęca do tego wcale. Nawet nie chodzi o samą pogodę – bo nawet jest całkiem przyzwoicie, tylko raz na kilka dni popada deszczyk – ale o ogólne nasze samopoczucie. Stan przejściowy między latem a zimą, nazwany niegdyś jesienią, zabija sennością i uczuciem chronicznego zmęczenia, co niezbyt pozytywnie na nas wpływa.

Mikołaj, biedaczek, ciągle zakatarzony. Od końca sierpnia do początku października praktycznie cały czas chorował. W ciągu kilku tygodni byliśmy chyba z 6 razy u lekarzy, Michu brał dwa antybiotyki i dopiero ten ostatni mu pomógł. Przy okazji Miśkowych chorób zdarzyło mi się wziąć już opiekę. Mariuszowi też, bo praktycznie zaraz po mojej opiece Michu znowu zaniemógł. Teraz mu pozostał lekki kaszel, ale mam nadzieję, że to już końcówa. Chociaż w to, że się już teraz na zapas, na całą zimę, wychorował, to nie wierzę.

W ubiegłym tygodniu byłam z Michem na wizycie kontrolnej u dentysty. W czwórce zaczyna się coś dziać brzydkiego, być może za jakiś czas trzeba będzie plombować, ale póki co, mamy obserwować i myć dalej pastą z fluorem. Trochę się przejęłam tym chorym zębem, zwłaszcza, że Michu jakichś ton słodyczy nie je, zęby myjemy porządnie. No ale cóż, bywa. Sam Mikołaj u dentystki bardzo dzielny – siedział sam na fotelu, paszczę rozdziawiał jak trzeba, więc mama była dumna i blada :)

W środę idę z Miśkiem do nowej logopedy. W sumie to do pani, która przychodzi też do Miśkowego przedszkola, więc Mikołaj powinien być z nią „obeznany”. Generalnie zasób słownictwa idzie do przodu coraz mocniej. Czasem Michu używa takich słów, że aż sami jesteśmy zdziwieni :) Niestety artykulacja nie idzie z tym w parze. Wręcz w ogóle nie idzie. Nie pojawiają się nowe głoski (albo raz na kilka miesięcy jedna). Dużo Mikołaj zastępuje tym, co już zna, sporo w ogóle pomija. A że buduje coraz bardziej złożone zdania, tym trudniej go ostatnio zrozumieć. Poprzednia logopeda wydawała się kompetentna, ale w ostatnim czasie tyle razy odwoływała wizyty, że postanowiliśmy poszukać kogoś innego. Mam nadzieję, że w końcu trafimy dobrze.

Mikołaj dużo już umie. Ma znakomitą pamięć. W lot łapie nowe słowa, teksty, zapamiętuje doskonale nowe wierszyki i piosenki. Nie ma dnia, żeby nas czymś nie zaskoczył. Zresztą, widać, że bardzo lubi śpiewanki w przedszkolu, zwłaszcza w wykonaniu p.Anetki :) Potem chodzi po domu i powtarza :)

Ponadto Misiu ostatnio kombinuje z liczeniem. Literkami i cyferkami zainteresowany był od dawna, zresztą dawno też już opanował kilka liter oraz cyfry od 0 do 9. Teraz natomiast jest na etapie liczenia na paluszkach oraz odejmowania i dodawania do trzech-czterech. Sytuacja z dziś, dla przykładu. Na talerzu leżały cztery ciastka. Michu zabrał jedno i rzuca: ooo, zostały trzy ciasteczka. Po czym zabiera kolejne i mówi: ooo, a teraz dwa. I tak dalej. Kuma też, na przykład, że osiem to więcej niż dziesięć itp.

Bardzo dobrze potrafi nazywać kolory. Dobrze też dopasowuje różne kształty – zarówno w puzzlach jak i w innych zabawach. Lubi doszukiwać się podobieństw w różnych przedmiotach – że np. dwa klocki są takie same, albo że mają taki sam kolor itd. W ostatnim czasie polubił także bardziej prawdziwe gotowanie. Do tej pory lubił gotować, ale na swojej zabawkowej kuchence swoimi zabawkowymi produktami. Ostatnio kilka razy udało mi się zaangażować Misia w prawdziwe gotowanie i był bardzo zadowolony z tego powodu. Co nie zmienia faktu, że zupę z kamyczków albo kamyczkowy makaron z sosem nadal codziennie dostajemy :)

Ostatnio Mikołaj przechodzi mały regresik :) W odstawkę poszedł Shrek i Auta (jeśli chodzi o bajkę na dvd). Obecnie jedyne prośby o bajkę brzmią: „Dobranocny Ogród”. Po ponad półrocznej abstynencji Mikołaj na nowo zapałał miłością do Maki-Paki i przyjaciół. Ech :) Ale przynajmniej dzięki temu niemal każdego dnia słyszę: „Dziękuję mamo, że zrobiłaś mi tę Makę-Pakę” :) Mowa oczywiście o przytulance, którą rok temu wydziergałam Michowi na szydełku.

Obecny weekend poświęciliśmy z Michem na robienie prezentów świątecznych dla dziadków z Gniezna i Głuchowa (lepiej zacząć wcześniej, bo różnie może się to skończyć ;)). Mikołaj robił własnoręcznie :) Nie mogę powiedzieć, rzecz jasna, co zrobił, bo a nuż przeczytają i niespodzianka spaliłaby na panewce. W każdym razie prezenty wyglądają imponująco :) W najbliższym czasie będziemy robić jeszcze karteczki z życzeniami. Michu ogólnie ostatnio zapałał miłością do robienia „prezentów” i karteczek. Zwłaszcza, że ostatnio nakupiłam w Lidlu pełno artykułów do zdobienia typu brokaty, filce, karbowane papiery, różne naklejane klejnociki, serduszka metalowe i pełno innych gadżetów. Chodzimy więc po domu i błyszczymy, bo brokat mamy dosłownie wszędzie :)

Wczoraj kupiliśmy Michowi zimowe buty w outlecie Zdrowej Stópki. Z Geoxa. Wyglądają przyzwoicie. W sumie to na zimę Michu jest już zaopatrzony. Kurtka jest mu dobra ta z ubiegłego roku, spodnie kombinezonowe też. Czapki ma dwie, do tego rękawiczki, chustkę polarową i szalik. Powinno dać radę na najbliższe kilka miesięcy. Swoją drogą, ceny zimowych butów dziecięcych zabijają…

Na podyplomówce w tym roku mamy, póki co, same rewelacyjne zajęcia. Czeka mnie jeszcze napisanie pracy dyplomowej, ale to pewnie zostawię sobie na wakacje, łącznie z odrobieniem większości praktyk, bo nie sądzę, żebym dużo zdążyła zrobić w ciągu roku szkolnego.

I to na tyle, póki co. Na jakiś czas wystarcz. Mam nadzieję, że teraz szybciej się zbiorę. Czeka mnie jeszcze wpis do dzieciowiska w tym tygodniu, bo tam to już w ogóle wstyd jak nie wiem co.

Do następnego, zatem :)

Mokry grudzień

No kto to widział, żeby w grudniu padał deszcz?! Żeby chociaż śnieg… Ale nie, deszcz. W południe dzisiaj było już tak ciemno, że trzeba było lampy pozapalać. Jak bardzo śnieżna zima nie byłaby ładna, to taki mokry jej przedsmak mnie po prostu dobija.

Ostatnio jakoś ciężko ze znalezieniem czasu na pisanie. Ani tutaj, ani w dzieciowisku nic nowego nie przybyło. Może jutro uda mi się coś tam skrobnąć. Powodów zaniedbań jest kilka, ale jednym to się wręcz pochwalę. Jakiś miesiąc temu otrzymałam propozycję pisania płatnych artykułów dla serwisu naszemaluchy.pl. Skontaktował się ze mną jeden z właścicieli pisząc, że trafił na dzieciowisko i bardzo mu się spodobały moje wpisy i czy w związku z tym nie zechciałabym pisać też dla nich. Między Bogiem a prawdą pieniędzy z tego dużych, ani nawet średnich nie ma, ale myślę, że jest to świetna okazja do zaistnienia w sieci na szerszym polu, no i do cv się kiedyś może przydać :) Generalnie same plusy – pisać lubię, do tego jest okazja trochę na tym zarobić, no i zdobyć kawałek nowego doświadczenia. I chyba nie muszę dodawać, że mile połechtało to moją dumę – ktoś czyta te moje blogi… :)

Za tydzień będziemy świętować Michowe dwa lata. W sumie to Michu już zaczął zgarniać profity z tej okazji w ubiegły weekend. Otrzymał między innymi bardzo pomysłową i oryginalną rzecz od Mariusza siostry – ikonę św. Mikołaja, wykonaną specjalnie na zamówienie w pracowni poznańskiego ikonopisarza. Niestety, nie napiszę Wam teraz, jak się ów artysta nazywa, bo nie pamiętam, a że jest noc późna i dziecię już śpi, to nie mogę sprawdzić na odwrocie ikony (wisi u Mikołaja w pokoju). W każdym razie patron zawisł w kąciku z innymi świątkami dla Micha i ma za zadanie chronić, bronić i pilnować :) A sama ikona przepiękna. Jak nie zapomnę, to kiedyś umieszczę jej zdjęcie.

W najbliższą sobotę jedziemy do Głuchowa, świętować w kolejnym gronie urodziny Miśka. Będą też Szczeciniacy :)

Postanowiliśmy z Mariuszem nie czekać do nowego roku z kupnem łóżka dla Mikołaja. Doszliśmy do wniosku, że Michu już bardzo ładnie się przestawił do spania „na wolności” w otwartym łóżeczku, więc nie ma go co na siłę w nim dalej trzymać. Myślę, że da sobie świetnie radę w łóżku. Oglądaliśmy dziś kilka w Ikei, za bardzo rozsądne pieniądze. Mnie się podobały bardzo, Mariusz nie był przekonany, ale jak nic innego nie znajdzie, to pewnie któreś z nich kupimy. Jak na razie, to do nowego łóżka Mikołaj ma narzutę – taką z ikei, z żabą :)

Dziś od piątej rano przyszło mi stać w kolejce w Promyku Słońca celem rejestracji Miśka do dr Kwapisz na styczeń. Udało się na 14 stycznia. Do rejestracji dopchałam się o wpół dziewiątej. I tu po raz kolejny pieśń pochwalna w stronę iPhone’a – trzy godziny ogonkowania minęły całkiem znośnie dzięki ściągniętym nań gierkom :)

Odnośnie lekarzy, to dziś miałam dzień „rejestracyjny” :) Zapisałam Micha do dentysty, siebie do dentysty, Micha do laryngologa (żeby sprawdził mu te zatoki, co to na rezonansie wyszło, że miał stan zapalny) oraz siebie do laryngologa (celem sprawdzenia całego otworu gębowego i wypisania zaświadczenia, że nie ma przeciwwskazań do pracy w zawodzie logopedy – innej wersji nie przyjmuję do wiadomości). Dentyści są na grudzień, a laryngolog na styczeń (idziemy z Michem do tego samego – dr Gawron w Medicusie). Zostało mi jeszcze tylko umówienie się z fryzjerem :)

Jeśli chodzi o zdrówko, to ja prawie zdrowa, Mariusz jeszcze kaszle, a Michu… Michu niby też już był zdrowy, a dziś znowu zaczął kichać, kaszleć i cieknie mu z nosa. Brak słów.

Tyle na dziś. Kończę, bo spać mi się chce straszliwie. A, nie, muszę jeszcze coś dopisać na koniec – pani psycholog w ubiegłą środę powiedziała, że Mikołaj już nie potrzebuje terapii i może go w związku z tym z niej wypisać :) Dodała też, że zawsze, gdy będę chciała się poradzić, czy coś mnie zaniepokoi, to możemy się umówić na jakąś pojedyncza wizytę, ale ogólnie to terapia skończona :) Postanowiłyśmy tylko, że spotkamy się w styczniu, żeby po skończeniu dwóch lat przebadała Miśka jakąś skalą. Tak więc mamy kolejny dzień wolny! Coraz lepiej. Marzę jeszcze tylko o tym, że dr Kwapisz wypisze nas z rehabilitacji w końcu. To już będzie szczyt radości! Jakby nie patrzeć, w grudniu właśnie mija półtora roku rehabilitowania Micha w Promyku. Szmat czasu…

No, to teraz już naprawdę koniec. Pozdrawiam Was, ciule… czule znaczy się ;)

Jesiennie.. A może nawet trochę zimowo :)

Czas ucieka, jesień niecały miesiąc się rządzi, a tu już deszcz ze śniegiem i śnieg zapowiadają. A wew Stolycy to ten śnieg już wręcz spadł rano (Stolyca zawsze przodować musi!). Ja tam jednak wolę jesień, zwłaszcza słoneczną. Przeciwko zimie nic niby nie mam… pod warunkiem, że trwa tylko przez kawałek grudnia (ten ze świętami) i styczeń, i że jest biała i śnieżna, a nie rozchlapana. No i nie zaczyna się w październiku.

Przy okazji jesieni w ubiegłym tygodniu udało mi się porobić trochę jesienno-złoto-parkowych zdjęć Michowi. Część jest z parku południowego, a część z Podwala.

Bo w niedzielę podjechaliśmy właśnie na Podwale. Zrobili tam bardzo ładny deptak; w sam raz na spacer. Co prawda efekt psuje owa wysławiana przez Urząd Wojewódzki kładka za grube pieniądze (szkoda, że jej nie dostosowali stylistycznie, tylko takie pleksi zrobili… kładka obok, taka starodawna, bardziej pasuje do klimatu miejsca), no ale cóż zrobić.

Za to zupełnie dobre wrażenie robi coś, co okazało się placem zabaw, mimo że wcale na niego nie wygląda przy pierwszym zetknięciu: przy deptaku, otoczone płotkiem stoją nowoczesne, metalowe, kolorowe sprzęty, które dopiero jak się podejdzie, obejrzy z bliska i wypróbuje, okazują się elementami iście futurystycznego placu zabaw. Bardzo nam przypadły do gustu. Chociaż Michowi to się chyba najbardziej podobała furtka z klamką do tego placyku. Podchodził, pukał we framugę, otwierał, przechodził na druga stronę, zamykał, pukał, znowu otwierał i przechodził z powrotem. I tak przez pół godziny :) Tu macie filmik:

Trochę mieliśmy pogodę kiepską na tym spacerku (mżyło, więc czasem zdjęcia niewyraźne wyszły), ale ogólnie zadowoleni jesteśmy z tego porannego niedzielnego szwędactwa.

W sobotę natomiast byliśmy w Głuchowie, bo moja babcia świętowała jednocześnie swoje imieniny i 80-te urodziny. Michu nabiegał się po całym mieszkaniu z pękiem kluczy (bo babcia ma kolorowe breloczki przy kluczach), najadł się tortu i mógł wracać do domu :)

W piątek byłam na oddziale jednodniowym w szpitalu wojskowym, bo robili mi biopsję. Jakiś czas temu okazało się, że mam guzki w lewej piersi. Na początku nikt się tym nie przejmował, ale teraz pojawił się drugi i ginekolog poradził je wyciąć, żeby się z tego kiedyś jakieś raczysko nie wywiązało.

Ogólnie bez obaw, nic to strasznego, podobno zwykłe włókniakogruczolaki, no ale stuprocentową pewność będziemy mieli jak zbadają wycinek, czyli za jakieś 1,5 tygodnia. Ogólnie luz :) Jak wygląda sama biopsja to zamierzam napisać więcej w dzieciowisku. Ale raczej jeszcze nie dzisiaj.
Biopsję drugiego guzka (bo robią tylko jeden jednorazowo) zrobią jak zaleczy się porządnie pierś po poprzedniej.

Michu trochę się podziębił. Przez to zrobił się marudny. Ale i tak ostatnio wszystkie terapeutki go chwalą. I w Urwisku na Zabawach Fundamentalnych też był bardzo grzeczny – nawet „świnkę grzeczności” pozwolił sobie przypieczętować na ręce.

W ogóle to Michu ostatnio śmieszne rzeczy wymyśla. Wymyślił sobie na przykład coś takiego: Mariusz siedzi na fotelu, opiera nogi o kanapę i blokuje tym samym przejście przez pokój. Michu podchodzi, naciska placem na nogę Mariusza jak na przycisk w windzie i czeka aż „drzwi z nóg” się otworzą i będzie mógł przejść. Robi tak za każdym razem :) A, i oczekuje jeszcze, by wydawać przy tym odpowiedni syk, bo przecież kto to widział, żeby się drzwi tak bezgłośnie zamykały?

Z Micha zrobił się też prawdziwy krecik, jeśli idzie o odgłosy. „Ojjj”, „ojej” i „o-o” są na porządku dziennym. Jeśli słyszymy któreś z wymienionych wyrażeń, to wiemy, że miała miejsce jakaś akcja. Najczęściej coś Michowi spada. Aczkolwiek „ojjj” woła z takim zadziorem w głosie, zazwyczaj jak coś komuś psoci :)

No i jeszcze zapamiętał z bajki „Kucharz duży, kucharz mały”, że nie wolno dotykać kuchenki elektrycznej, bo (cytując kucharza dużego) „kuchenka jest gorąca, oh-oh-oh”. I teraz chodzi Michu po kuchni, pokazuje na kuchenkę, grozi palcem (jako że nie wolno dotykać) i woła: „ho-ho-ho”. („Oh” widocznie okazało się za trudne, albo nie wiadomo jakie, na to by Michu zaszczycił świat wypowiadaniem go).

Poza tym ciągle się nie możemy napodziwiać, jak nasze dziecko pięknie zasypia wieczorem i w południe. Cały rytuał wygląda tak:
o 19.30 bajka na CBeebies: „Kucharz duży, kucharz mały”. W trakcie mleko. Po bajce (trwa około 20 minut) kąpiel – Michu daje pilota, żeby wyłączyć tv i leci do łazienki, czasem nawet w ciuchach próbuje władować się do wanny. Kąpiel trwa około 10-15 minut. Na koniec wypuszczamy wodę z wanny i jak już wanna jest pusta to Michu daje się wyciągnąć do wytarcia. Zawiniętego w ręcznik wrzucamy do łóżeczka. W tym czasie Mariusz już zasłania okno, włącza muzyczkę i wszystkie trzy małe lampki. Ja ubieram Micha w piżamkę i śpiworek, i możemy zaczynać czytanie. Czytamy co wieczór, obecnie książki z cyklu „Cała Polska czyta dzieciom”. Michu czasem tylko słucha (ostatnio coraz częściej mu się to zdarza), a czasem bawi się w międzyczasie zabawkami, które koniecznie muszą być w łóżeczku. Po czytaniu mówimy dobranoc, dostaję buziaka, po czym koniecznie trzeba nakręcić budzik-zabawkę, który leży w łóżeczku. Następnie Michu macha ręką „papa” i pokazuje na drzwi, że mamy je zamknąć. No to zamykamy. Wychodzimy z pokoju, jeszcze trochę słychać przez drzwi jak Michu się bawi i coś tam gada do siebie, po czym zalega cisza i dziecię zasypia. Po jakiejś godzinie wchodzę do pokoju, gaszę wszystkie lampki, ściszam radio, a dziecię śpi do rana. Ideał po prostu :) Trochę nas kosztowało czasu i cierpliwości osiągnięcie takiego modelu, ale warto było :)
W południe wszystko to wygląda w formie skróconej – bez kąpania i czytania książki.

Michu ostatnio zrobił się wymuszacz – kilka razy zdarzyło się, że się uderzył gdzieś lekko i my niepotrzebnie zareagowaliśmy całowaniem tego miejsca, no i teraz mamy. Michu ledwo się czymś dotknie, to już wyje, że „bamba” (boli) i koniecznie trzeba pocałować. Zaczęliśmy z tym walczyć, co by nam się dziecię zbyt płaczliwe nie zrobiło. Mam nadzieję, że szybko utniemy sprawę :)

Kupiłam dziś Michowi czapkę w KappAhl. Nawet tanią, o dziwo, jak na ten sklep – za 25 zł. Całkiem przyjemna, polar pod spodem, na wierzchu wełna, szaro-granatowa, ze smurfem na czole.

Ponadto odkrywam nowe hobby – szydełkowanie. Popełniłam już w tym kierunku jedno dzieło – miniczapkę. Teraz zamierzam wydziergać Michowi na którąś z grudniowych okazji Makka Pakkę z Dobranocnego Ogrodu. Wczoraj już nawet zaczęłam, ale okazało się, że włóczka z bawełny jest za cienka, więc dziś podjechałam po grubszą.

Wczoraj obejrzeliśmy z Mariuszem piąty odcinek 6 sezonu dr House’a. To jest straszne, że teraz nie mamy całej serii od razu, tylko musimy czekać co tydzień. Ale odbijamy to sobie, bo zaczęliśmy oglądać od początku pierwszy sezon.

Nalewka malinowa, którą robiłam w lipcu „doszła” i w ubiegłym tygodniu ją otworzyliśmy. Jest przepyszna! 2/3 już wypite :)

Tyle na dziś. Kończę, bo kto to potem przeczyta… ;)

Albo jeszcze jeden filmik – z radosnej pomysłowości naszego dziecka. W roli głównej: Mikołaj, rola drugoplanowa: puzzle piankowe z Krecikiem, złożone na kształt pudła:

A już naprawdę na koniec kilka skanów: Pierwszy to mój portret (nie można na to nie wpaść!) wykonany przez Tosię :) A kolejne to najnowsze prace naszego dziecięcia. Sami podziwiajcie!

Happy New Year i tak dalej

Napisałam już dziś jednego posta, alem go nie zapisała przed publikowaniem. I to błąd był. Nawet wiel-błąd. Bo „gupi” program mimo nadpisywania automatycznego jakoś nie umiał sobie z tą sytuacją poradzić i posta zapomniał :( A żem dziś leniwa, to drugi raz tego samego pisać nie będę. O! :)

W skrócie tylko napiszę, że tam było o Sylwestrze (że w domu spędziliśmy go, i że się Misiek nie obudził, mimo że fajerwerki bardzo się starały, i że szampan dobry był, bo tani i wypróbowany już dwa dni wcześniej), o półce (co to wisi nad łóżkiem już prosto, a przedtem wisiała krzywo i prawie spadła Mariuszowi na głowę, ale na szczęście Vito Corleone nas ostrzegł, bo spadł razem z całą swoją mafią ukryty w trójpaku dvd z tej półki), o Ikei (że kupiliśmy tam fajne wsporniki do owej półki i biureczko pod komputer), o moim kąciku (że właśnie to biureczko to pod MÓJ komputer będzie, bo już mnie denerwowało pisanie wszystkiego na dwie raty, w zależności od tego, czy wolny był PC czy laptop, i że w przyszłym tygodniu, mam nadzieję, mój komp będzie już złożony i działał, i że mam dzięki temu swój osobisty kącik), no i jeszcze, że śniegiem nas zasypało kompletnie.

I z tym śniegiem to jest wypas. Trochę to rozwinę, bo akurat na tej informacji skończyłam wciętego posta. Pisałam, że jak się Miś wyśpi to pojadę z nim do Decathlona po sanki. No i wyobraźcie sobie jaki zonk! Na calutkich Bielanach nie było ani jednych sanek! Masakra. No więc zamówiliśmy na Allegro. I powiem więcej. Udało się nawet znaleźć takie z pasami bezpieczeństwa, co już jest w ogóle wypasem! :) To teraz czekam na przesyłkę. Jak będziemy mieli jakieś foty Miśka w nowej zimowej bryce to z pewnością umieszczę :)

Wczoraj, wracając ze szkoły, wstąpiłam do Głuchowa. Byli tam akurat Szczeciniacy nasi ulubieni. Od kilku tygodni mają psa – śliczną Indianę. I wreszcie wczoraj ją widziałam na żywo :) Przepiękna jest! A taka milutka, mięciutka… Chyba się zakochałam ;)

Dziś mieliśmy niezły polew z Miśka. Bawił się Mariusza butem (nie pytajcie!). W pewnym momencie mówię do niego: „but”. Na to moje dziecko zaczęło się tak zaśmiewać słysząc to słowo, że myślałam, że my też posikamy się ze śmiechu (bo że się Misiek posikał, to pewniak). Chichotał tak z pięć minut robiąc przerwę tylko na to, by znów usłyszeć słowo „but”. Kiedyś już tak było. Ze słowem: „mini-mini”. Odjazd totalny :)

Dobra. Spadam. Tyle na dziś. Trzymajcie się.