No, urodź się już…

Nie jest lekko – Mikołajek siedzi w brzucholu i chyba nie ma zamiaru stamtąd wychodzić. No, ja rozumiem, że on ma jeszcze tydzień do terminu, ale wcale nie obraziłabym się, gdyby wpadł na pomysł powitania naszego świata tydzień wcześniej. W końcu jest już donoszony i generalnie od ubiegłego piątku ma najpełniejsze prawo się urodzić. Ale znając życie i nasze szczęście to go przenoszę i się urodzi 2 tygodnie po terminie. No bo po co wcześniej, jeśli mu u mamy dobrze? Chyba nam się mamisynek zapowiada… ;)
A tak na serio, to strasznie męczące są te ostatnie tygodnie/dni. Do przekręcania się z boku na bok w łóżku potrzebuję chyba dźwiga, bo samej ciężko. No i wszystko mnie boli – pachwiny, szyjka macicy… Nie wspominając o permanentnej zgadze. Herbatka miętowa i migdały to w tej chwili najbardziej chodliwy towar w naszym domku :)
Poza tym przyznam, że trochę już mi się czas dłuży… Dopóki kompletowaliśmy wyprawkę, robiliśmy jakieś przygotowania do powitania Pacholęcia, to jakoś te dni szybciej płynęły. A teraz codziennie wstaję i myślę, czy to już TEN dzień. I czekam… Czekam… Czekam… Kiedyś się w końcu doczekam, bo przecież Mały nie będzie siedział tam wiecznie :)
Misiek cały czas pociesza i mówi, że im dłużej Mikołajek będzie w brzuchu, tym mniejsze prawdopodobieństwo żółtaczki. No wiem, ale co z tego, skoro ja już tęsknię za przytuleniem tego małego, pomarszczonego człowieczka ubranego w komplety niebieskich śpiochów? W ogóle to już trwamy w pełnej gotowości. Aczkolwiek, póki co, zupełnie bezstresowo. Misiek czyta „I Ty możesz być supertatą” :) I gadamy sobie, jak to będzie fajnie rano przynosić małego do naszego wyrka i przytulać :) Jeszcze trochę i się spełni… :)

Szczecin

Ostatni weekend wrześnie spędziliśmy w Szczecinie. Wypróbowaliśmy trasę przez Niemcy i rzeczywiście – jest przyjemniej i szybciej niż jadąc przez Zieloną Górę i Gorzów. Co prawda pogoda średnio dopisała, ale i tak było bardzo sympatycznie :)

W sobotę na godzinę 11.00 pojechaliśmy z Tosią do przedszkola, bo odbywał się tam piknik jesienny i pasowanie na zerówkowicza. W ogóle było sporo atrakcji – konkurs rzeźb z warzyw i owoców, grill, tańce i zabawy dla dzieciaczków. Porobiliśmy mnóstwo zdjęć – kilka z nich jest tutaj, a trochę więcej, jak zawsze, w galerii.

Pasowanie na zerówkowicza Tosia przeszła wyśmienicie – rasowa z niej Zerówa ;) Kandydaci musieli zaśpiewać piosenkę, wyrecytować wspólnie wiersz i przejść próbę. Co to za próba? Otóż każde z dzieci otrzymywało w kubeczku „eliksir” do wypicia – jeśli podczas picia eliksir zamieniał się w pyszny soczek oznaczało to, że dziecko jest już gotowe do wstąpienia w szeregi zerówki. Natomiast jeśli eliksir miał obrzydliwy smak – niestety, zerówka musi poczekać jeszcze trochę ;) Oczywiście dzieciaki były znakomicie przygotowane do przejścia do dalszego etapu edukacji, bo jakoś dziwnym trafem nikt nie musi repetować starszaków – wszyscy przeszli :)

tosia

Wieczorkiem podjechałyśmy też z Miśką do centrum handlowego – w poszukiwaniu kozaków. Wyprawa była udana :) Wcześniej natomiast podskoczyliśmy do Galaxy – kupiliśmy kolejny fajny ciuszek dla Mikołajka – taką błękitno-białą piżamkę, ale trochę będzie musiał do niej dorosnąć :)

Wczoraj dokupiliśmy też jeszcze trochę wyprawkowych rzeczy – kosmetyki do mycia, mokre chusteczki i pieluchy. Jeszcze została apteka do załatwienia. No i w tym tygodniu powinna przyjść paczka z e-dziecko. Zamówiliśmy jeszcze parę drobiazgów – kocyk, laktator i inne bajery. Z wszystkich dzidziusiowych spraw zostanie nam jeszcze tylko wózek – bo ciągle szukamy.

Dziś zabrałam się za malowanie szablonów w pokoiku. Ale chyba za jasną mam farbę, bo średnio mi się podoba. Jutro muszę podjechać do Leroy Merlin po jakieś ciemniejsze próbki.

Dziś mamy wolne od szkoły rodzenia. Szkoda :( Bo lubię bardzo tam chodzić. Ale nie ma tego złego… Przynajmniej Mariusz może dziś podjechać po półki do Ikei :)

Kupujemy wyprawkę

Wczoraj zrobiliśmy wieeelkie zakupy dla naszego maluszka. Dokupiliśmy między innymi troszkę nowych ubranek (na przykład śliczny kombinezon w kolorze błękitnym). Poza tym sporo rzeczy codziennego, bobasowego użytku – przewijak, wanienkę, rożek, nożyczki do paznokci, patyczki do uszu, szczotkę do włosów, gruszkę do nochalka i butelki. Fajnie to wszystko wygląda poukładane w pokoiku.
Ubranka już wyprałam, wyprasowałam i poukładałam w komodzie. Czekają na swojego małego użytkownika :) Najbardziej rozbrajające są małe skarpetki, czapeczki oraz rękawiczki, tzw. łapki-niedrapki. O tych rękawiczkach dowiedziałam się od Izy W., bo nawet nie sądziłam, że coś takiego istnieje. Dla równie niezorientowanych wyjaśnię, że to takie maleńkie, cienkie rękawiczki, które zakłada się maluszkowi, żeby się nie podrapał swoimi długimi pazurkami. Okazało się, że mamy je też na liście od położnej z rzeczami, które trzeba zabrać do szpitala. Bo obciąć paznokcie maluchowi można podobno dopiero w domu, a rodzi się zazwyczaj z długaśkimi.
W ogóle świetne były te zakupy :) Poszło nam nadzwyczaj sprawnie, bo mieliśmy wcześniej przygotowaną listę. W sumie większość kupiliśmy w Baby-Max. Byliśmy tam w sobotę, by wiedzieć mniej-więcej jakie są ceny. Wczoraj natomiast pojechaliśmy do Pasażu Grunwaldzkiego, tak dla porównania, bo kojarzyliśmy, że tam też jest sporo sklepów dzieciaczkowych. Ale ograniczyliśmy się tylko do rożka i kilku ciuszków w Smyku, bo w Dziecięcej Krainie ceny były takie, że szkoda gadać. Resztę kupiliśmy w B-M.
Jeszcze troszkę rzeczy nam brakuje. Głównie takich apteczno-drogeryjnych. I laktator musimy kupić. Ale o tym chcemy jutro pogadać z położną, może coś konkretnego doradzi. Stwierdziliśmy, że w razie sytuacji awaryjnej reszta zakupów jest taka, że Mariusz by sobie spokojnie sam z nią poradził.
No i wózek jeszcze nas czeka. Oglądaliśmy ich trochę wczoraj i przedwczoraj, ale trudno się na coś konkretnego zdecydować. Nie mamy jeszcze żadnego faworyta. Ale ten zakup chyba będziemy robić w październiku, więc jeszcze trochę czasu jest.

W sobotę zaczęłam zajęcia na Uczelni. Plan nie jest taki zły. W sumie, to jak będę rodzić i dochodzić do siebie minie mnie jakieś 4-5 zjazdów. Czyli bez tragedii. Większość przedmiotów przepadnie mi tylko 1 raz. A plan, o dziwo, jest nawet znośny.

Aha, zapomniałam napisać, że półki do pokoju i pokoiku zamówiliśmy wczoraj w BRW. W sobotę będziemy montować :) I znowu krok do przodu w urządzaniu pokoiku. Jak zawisną półki, to wreszcie będę mogła pomalować szablony na ścianach :)