Wszystkich Świętych spędziliśmy we Wrocławiu. Już nie bardzo się nadaję, żeby gdzieś dalej jeździć. Na zajęcia w sobotę też nie pojadę. Mam zwolnienie lekarskie. Trudno mi usiedzieć tyle godzin. W domu co chwilę się kładę, bo szybko się męczę. Nie sądziłam, że końcówka ciąży będzie tak męcząc fizycznie. Mały ma już strasznie mało miejsca, w związku z czym kopie w tak dziwne i wrażliwe miejsca, że czasem mam wielką ochotę już urodzić :) Ale póki co mamy jeszcze tydzień do terminu. To znaczy, termin mamy na 23 listopada, ale dwa tygodnie przed tą datą i dwa tygodnie po niej to jest już norma do rodzenia, dziecko uważa się za donoszone (matka-donosicielka, hehehe), więc można się spodziewać w każdej chwili. A ja przyznam się szczerze, trochę już nie mogę się doczekać. Już bym chciała przytulić nasze małe misiątko :)

Ale odbiegłam od tematu. O 1 listopada miało być. No więc poszliśmy rano na spacerek na pobliski cmentarz. Ludzi sporo, jak to zwykle tego dnia bywa. Zapaliliśmy znicz na jakimś opuszczonym grobie i wróciliśmy do domciu. I poszliśmy spać :) Bo strasznie niewyspani byliśmy. Mariusz obudził się o wpół do piątej rano. Przy okazji obudził też mnie. No i już nie udało się zasnąć. Nic więc dziwnego, że o 11 w południe spaliśmy na stojąco. Dwie godzinki drzemki i pojechaliśmy na miasto na obiadek. Trochę się najeździliśmy, bo ciężko było znaleźć cokolwiek czynnego. Ale na knajpy sieciowe zawsze można liczyć – udało nam się załapać na obiad w Sphinx-ie. Potem podjechaliśmy jeszcze znaleźć szpital na Brochowie – tak w razie czego, gdyby się okazało, że na Chałubińskiego nie mogą nas przyjąć. No i tyle z naszego świętowania wczorajszego. Zobaczymy, jak będzie za rok, bo wtedy Pacholę już będzie spore i będzie można pojechać gdzieś dalej.