Kwartalnik

witek łowicki

Od kiedy Witek zagościł w naszym życiu czas biegnie mi tak szybko, że zdziwiłam się dziś niezmiernie, iż ostatni wpis jest prawie sprzed miesiąca! Czas nadrobić zaległości. Read more

Dwa miesiące!

Witek

Od ostatniego wpisu minęły prawie 3 tygodnie. Pora nadrobić zaległości :) Zwłaszcza, że Witkowi „stuknęły” wczoraj równe 2 miesiące życia z nami. Read more

6 tygodni Witka

Witkac

Wczoraj minęło 6 tygodni, od kiedy Witek jest z nami. Nawet nie wiem, kiedy to zleciało. Nie nadążam o nim pisać :) Read more

Matko, co za wstyd!

Wstyd wielki, że tak długo nie pisałam. Ostatnio mam same braki. Bez sensu jest się w ogóle tłumaczyć, bo zabrzmiałoby to i tak żenująco.

Ogólnie to żyjemy, choć dość szybko w ostatnim czasie. Mimo że jesień nie zachęca do tego wcale. Nawet nie chodzi o samą pogodę – bo nawet jest całkiem przyzwoicie, tylko raz na kilka dni popada deszczyk – ale o ogólne nasze samopoczucie. Stan przejściowy między latem a zimą, nazwany niegdyś jesienią, zabija sennością i uczuciem chronicznego zmęczenia, co niezbyt pozytywnie na nas wpływa.

Mikołaj, biedaczek, ciągle zakatarzony. Od końca sierpnia do początku października praktycznie cały czas chorował. W ciągu kilku tygodni byliśmy chyba z 6 razy u lekarzy, Michu brał dwa antybiotyki i dopiero ten ostatni mu pomógł. Przy okazji Miśkowych chorób zdarzyło mi się wziąć już opiekę. Mariuszowi też, bo praktycznie zaraz po mojej opiece Michu znowu zaniemógł. Teraz mu pozostał lekki kaszel, ale mam nadzieję, że to już końcówa. Chociaż w to, że się już teraz na zapas, na całą zimę, wychorował, to nie wierzę.

W ubiegłym tygodniu byłam z Michem na wizycie kontrolnej u dentysty. W czwórce zaczyna się coś dziać brzydkiego, być może za jakiś czas trzeba będzie plombować, ale póki co, mamy obserwować i myć dalej pastą z fluorem. Trochę się przejęłam tym chorym zębem, zwłaszcza, że Michu jakichś ton słodyczy nie je, zęby myjemy porządnie. No ale cóż, bywa. Sam Mikołaj u dentystki bardzo dzielny – siedział sam na fotelu, paszczę rozdziawiał jak trzeba, więc mama była dumna i blada :)

W środę idę z Miśkiem do nowej logopedy. W sumie to do pani, która przychodzi też do Miśkowego przedszkola, więc Mikołaj powinien być z nią „obeznany”. Generalnie zasób słownictwa idzie do przodu coraz mocniej. Czasem Michu używa takich słów, że aż sami jesteśmy zdziwieni :) Niestety artykulacja nie idzie z tym w parze. Wręcz w ogóle nie idzie. Nie pojawiają się nowe głoski (albo raz na kilka miesięcy jedna). Dużo Mikołaj zastępuje tym, co już zna, sporo w ogóle pomija. A że buduje coraz bardziej złożone zdania, tym trudniej go ostatnio zrozumieć. Poprzednia logopeda wydawała się kompetentna, ale w ostatnim czasie tyle razy odwoływała wizyty, że postanowiliśmy poszukać kogoś innego. Mam nadzieję, że w końcu trafimy dobrze.

Mikołaj dużo już umie. Ma znakomitą pamięć. W lot łapie nowe słowa, teksty, zapamiętuje doskonale nowe wierszyki i piosenki. Nie ma dnia, żeby nas czymś nie zaskoczył. Zresztą, widać, że bardzo lubi śpiewanki w przedszkolu, zwłaszcza w wykonaniu p.Anetki :) Potem chodzi po domu i powtarza :)

Ponadto Misiu ostatnio kombinuje z liczeniem. Literkami i cyferkami zainteresowany był od dawna, zresztą dawno też już opanował kilka liter oraz cyfry od 0 do 9. Teraz natomiast jest na etapie liczenia na paluszkach oraz odejmowania i dodawania do trzech-czterech. Sytuacja z dziś, dla przykładu. Na talerzu leżały cztery ciastka. Michu zabrał jedno i rzuca: ooo, zostały trzy ciasteczka. Po czym zabiera kolejne i mówi: ooo, a teraz dwa. I tak dalej. Kuma też, na przykład, że osiem to więcej niż dziesięć itp.

Bardzo dobrze potrafi nazywać kolory. Dobrze też dopasowuje różne kształty – zarówno w puzzlach jak i w innych zabawach. Lubi doszukiwać się podobieństw w różnych przedmiotach – że np. dwa klocki są takie same, albo że mają taki sam kolor itd. W ostatnim czasie polubił także bardziej prawdziwe gotowanie. Do tej pory lubił gotować, ale na swojej zabawkowej kuchence swoimi zabawkowymi produktami. Ostatnio kilka razy udało mi się zaangażować Misia w prawdziwe gotowanie i był bardzo zadowolony z tego powodu. Co nie zmienia faktu, że zupę z kamyczków albo kamyczkowy makaron z sosem nadal codziennie dostajemy :)

Ostatnio Mikołaj przechodzi mały regresik :) W odstawkę poszedł Shrek i Auta (jeśli chodzi o bajkę na dvd). Obecnie jedyne prośby o bajkę brzmią: „Dobranocny Ogród”. Po ponad półrocznej abstynencji Mikołaj na nowo zapałał miłością do Maki-Paki i przyjaciół. Ech :) Ale przynajmniej dzięki temu niemal każdego dnia słyszę: „Dziękuję mamo, że zrobiłaś mi tę Makę-Pakę” :) Mowa oczywiście o przytulance, którą rok temu wydziergałam Michowi na szydełku.

Obecny weekend poświęciliśmy z Michem na robienie prezentów świątecznych dla dziadków z Gniezna i Głuchowa (lepiej zacząć wcześniej, bo różnie może się to skończyć ;)). Mikołaj robił własnoręcznie :) Nie mogę powiedzieć, rzecz jasna, co zrobił, bo a nuż przeczytają i niespodzianka spaliłaby na panewce. W każdym razie prezenty wyglądają imponująco :) W najbliższym czasie będziemy robić jeszcze karteczki z życzeniami. Michu ogólnie ostatnio zapałał miłością do robienia „prezentów” i karteczek. Zwłaszcza, że ostatnio nakupiłam w Lidlu pełno artykułów do zdobienia typu brokaty, filce, karbowane papiery, różne naklejane klejnociki, serduszka metalowe i pełno innych gadżetów. Chodzimy więc po domu i błyszczymy, bo brokat mamy dosłownie wszędzie :)

Wczoraj kupiliśmy Michowi zimowe buty w outlecie Zdrowej Stópki. Z Geoxa. Wyglądają przyzwoicie. W sumie to na zimę Michu jest już zaopatrzony. Kurtka jest mu dobra ta z ubiegłego roku, spodnie kombinezonowe też. Czapki ma dwie, do tego rękawiczki, chustkę polarową i szalik. Powinno dać radę na najbliższe kilka miesięcy. Swoją drogą, ceny zimowych butów dziecięcych zabijają…

Na podyplomówce w tym roku mamy, póki co, same rewelacyjne zajęcia. Czeka mnie jeszcze napisanie pracy dyplomowej, ale to pewnie zostawię sobie na wakacje, łącznie z odrobieniem większości praktyk, bo nie sądzę, żebym dużo zdążyła zrobić w ciągu roku szkolnego.

I to na tyle, póki co. Na jakiś czas wystarcz. Mam nadzieję, że teraz szybciej się zbiorę. Czeka mnie jeszcze wpis do dzieciowiska w tym tygodniu, bo tam to już w ogóle wstyd jak nie wiem co.

Do następnego, zatem :)

Wrześniowo

Września już prawie połowa, znowu zaległości, ale tym razem usprawiedliwione – podjęcie pracy nauczycielskiej wiąże się z kupą papierkowej roboty (szczególnie na początku „kariery” i na początku roku szkolnego), co zabiera proporcjonalnie dużą kupę czasu. No ale trochę już się wygrzebałam z tego, co zowie się planami wynikowymi i innymi tajemniczo brzmiącymi hasłami, więc będę mogła z lekka ponadrabiać zaległości. O samej pracy pisać tu nie będę, bo nie takie jest przeznaczenie tego bloga. Jak ktoś ciekaw, niech pyta prywatnie :)

Mikołaj gada jak najęty. Nie ma dnia, żeby nie wyskoczył z jakimś śmiesznym tekstem. Mówi jeszcze niekiedy niezrozumiale, zamienia głoski itp. ale zasób słownictwa idzie jak burza. A i z wymową też się poprawia, mimo że wolniej. Już nie ma „toto”, ale jest „jondo” (rondo) – to taki przykład gwoli wyjaśnienia :)

O wszystko też Misiek dopytuje, a my niezmordowanie staramy się udzielać odpowiedzi. Nie zawsze są one dla Pytającego satysfakcjonujące, więc, by pogrążyć starych i wytknąć im niedouczenie najczęściej po pierwszej partii odpowiedzi pada kolejne: „Ale dlacieło?” (tłum.”Ale dlaczego”). Dopiero po udzieleniu wyczerpującej, zdaniem Micha, odpowiedzi pada: „Aha, taaak, joziumiem”.

Dialog sprzed kilku dni. Siedzę, nie przymierzając, na klopie. A że dziecię odpieluchowane przebywa w domu, więc zamknąć się od środka nie można, bo a nuż mu się zachce? No więc siedzę w skupieniu i nagle Michu włazi do łazienki z pytaniem na ustach:
M: Masz siusiaka?
J: Nie, nie mam siusiaka.
M: Ale dlaczego?
J: Bo jestem dziewczynką. Dziewczynki nie mają siusiaków. Tylko chłopcy mają siusiaki.
M: Tyłka też nie masz?

Po opanowaniu śmiechu udzieliłam odpowiedzi, że tyłek, niestety mam, i że go nawet widać bardziej niż bym chciała, jednakże Mikołaj nie dał sobie wmówić – on wie, że ja tyłka nie mam. Cóż, pozostaje żyć mi z nadzieją, że bez tyłka da się funkcjonować ;)

Shrek jest ciągle na tapecie. Ale tylko część pierwsza, dwójki w ogóle nie chce obejrzeć, raz się tylko udało. Największym idolem jest Osioł. Jak Osioł pojawia się na ekranie, to od razu o tym wiemy, bo Michu drze się na całe gardło: „Ocioł! Ocioł!”. Poza tym sypie tekstami bohaterów, że aż czasem mnie szczęki bolą ze śmiechu. Dwa tygodnie temu dostał od Tosi w paczce figurki ze Shreka i pluszaki: Shrek, Osioł i Fiona. Śpi teraz z nimi cały czas :)

Mikołaj był w ubiegły piątek pasowany na przedszkolaka. Rodzice nie byli obecni na owym wydarzeniu, ale będziemy mieli zdjęcia, więc przy okazji je wrzucę. Pasowanie zorganizowała firma zajmująca się różnymi imprezami dla dzieci – była wielka pszczółka Maja, pan Andersen, bohaterowie innych bajek, dmuchany zamek, dym i wielkie bańki mydlane. Na koniec każde dziecko otrzymało (po pasowaniu) dyplom przedszkolaka oraz wybrało sobie przedszkolny znaczek z gipsu. Michu wybrał Puchatka, co dziwi mnie tym bardziej, że on bajek o Kubusiu zwyczajnie nie trawi. Ale może z wrażenia nie wiedział co robi ;) Poza tym pięknie go wystroiliśmy, rzecz jasna :)

W ostatnich dniach sierpnia zdałam ostatnie dwa egzaminy z pierwszego roku – z normy psychicznej i z normy językowej – obydwa na 5. No i już zaczęliśmy rok drugi – ostatni. Pierwsze wykłady mieliśmy z jąkania i opóźnionego rozwoju mowy z prof.Tarkowskim. Zajęcia były świetne, bardzo ciekawe i interesująco prowadzone. Profesor przyjedzie do nas jeszcze na ćwiczenia, więc będziemy mieli kolejną okazję go posłuchać. Bo naprawdę jest warto.

Tyle na dziś. Kończę, bo muszę obiad małżonkowi strudzonemu po pracy przygotować. Mimo że cichcem wymyka się na piwo do Agawy. No, ale niech ma, w końcu dzisiaj Dzień Programisty! ;)

Krótko, bo już późno

Słów kilka na koniec dnia.

Po pierwsze – wielka i radosna wiadomość: Olgucha-Klucha urodziła dziś o 7.55 rano zdrowego ślicznego synka – Macieja Antoniego :) Poza tym, że dumni jesteśmy niesłychanie, że tak sobie wspaniale poradzili i że gratulujemy z całego serca, to nic więcej napisać się nie da, bo za bardzo się wzruszam od razu :)

Po drugie – obejrzeliśmy właśnie ostatni odcinek 6 sezonu dra House’a. Zaje*** po prostu. Zdradzać nikomu nie będę, jak się kończy, ale powiem tylko, że na takie zakończenie czekałam, kurde, kilka sezonów i wreszcie ktoś się nade mną zlitował. No, to teraz mogę ze spokojnym sumieniem czekać na sezon 7. Bo już się trochę obawiałam, że pomysły się na House’a skończyły scenarzystom. Mam nadzieję, że zaciekawią na nowo jesienią :)

Po trzecie – idę jutro z Romą na koncert Turnaua i Sikorowskiego do Impartu. Znaczy się, wyjście kulturalne mamy :)

Po czwarte – dziękuję wszystkim za życzenia z okazji Imienin :)

Po piąte – byliśmy dziś na testach alergicznych z Michem i wyszło, że alergikiem nie jest. Hura!

Po szóste – egzaminy z ubiegłego weekendu mam już za sobą. Z metody psychostymulacyjnej chyba zdałam na 5, a z lingwistyki to, ogólnie rzecz biorąc, mam nadzieję, że zdałam :)

Po siódme i ostatnie – idę spać.

P.S. Nowe zdjęcia w galerii: krótki spacer po parku zamkowym w Mosznej oraz kilka ujęć z pobytu w Głuchowie.

Wstyd i hańba!

Tak, tak, wstyd i hańba, że tyle czasu minęło od poprzedniego wpisu. Tłumaczyć się nie będę, posypię głowę popiołem i obiecam poprawę :)

Jak to zawsze bywa w takich sytuacjach, nie wiem, od czego zacząć. Nie będę zbytnio cofać się w czasie. Święta minęły nam bardzo dobrze w Przecławiu – zdjęcia są na stronie do obejrzenia, kto jeszcze nie widział. Potem była żałoba, ale o tym już pisałam. Dalej długi weekend. Tenże spędziliśmy w Kliczkowie (zdjęcia do obejrzenia w galerii), we Wrocławiu (w aquaparku i Renomie ;)) oraz w zamku w Mosznej (zdjęć jeszcze nie obrobiłam). Ubiegły natomiast tydzień Misiek i ja byliśmy „wyjechani” do Głuchowa, zostawiając jednocześnie małżonka, by mógł troszkę pouczyć się do egzaminu z Javy. Tyle z wieści „podróżnych”.
kulki

W sobotę byłam na szkoleniu fotograficznym zorganizowanym przez „Świat Obrazu” (www.swiatobrazu.pl). Bardzo sympatyczny kurs, prowadzący to kopalnia wiedzy, informacje podane w bardzo przystępny sposób, dobrze zrobiona prezentacja, wiedza zdobyta bardzo przydatna :) Tyle w skrócie. Być może uda mi się też dotrzeć na warsztaty praktyczne w czerwcu – właśnie w zamku w Mosznej – ale to się jeszcze zobaczy :)

Kupiliśmy nowy komputer. Mac Mini. Śliczny jest :) Do tego mały i cichy. Trochę trzeba się poprzestawiać na oprogramowanie nie-windowsowe, ale póki co daję radę. Mam tu wszystko, czego potrzebuję (jak na razie) i całą furę apple’owych gadżetów. Chyba stanę się fanem tej marki ;)

W sobotę i niedzielę mam egzaminy, więc uczyć się trzeba. Jeden z nich to totalna kolubryna, z lingwistyki. Mam nadzieję, że jakoś pójdzie.

Michu w ostatnim czasie znowu nam chorował – smarkato i kaszlato. Skończyło się antybiotykiem i skierowaniem do alergologa, bo pediatra podejrzewała alergię. Byłam z nim w poniedziałek u specjalisty, z wywiadu i badania nie wynika, żeby Michu był na coś uczulony, ale dla pewności lekarka zapisała go na testy na przyszły tydzień. O dziwo udało nam się dostać do alergologa na nfz i w dodatku tylko tydzień czekaliśmy na wizytę. Szoook!

Michu coraz więcej gada. Już w sumie pogubiłam się co do nowości w słownictwie, ale coś tam spróbuję napisać.
Doszło więc:
tapcia – babcia
toś – kosz na śmieci
diti – dzięki
tataj – tramwaj
tapcieś – basen
tody – lody
tia – kia
emo – MO (Milicja Obywatelska – Mariusz go nauczył, by tak mówił na fiata 125p z napisem „Milicja” – Michu ma takie autko)
teten – jeden
tuti/tuty – żółty
tutiti – Luiggi (autko z „Aut” Disneya)
sen sali – sen o Sally (gdy się Michowi śni Sally z „Aut”)
ciecie – jeszcze
siuś – już
dita – studzienka
otata – otwarta
siom – są
toji – tory (np. kolejowe)

Ponadto Michu od jakiegoś czasu składa wyrazy w proste zdania, w stylu: „mama, cie mniam-mniam” (czytaj: Mamo, chcę jeść) itp. Mamy progres.

Przed weekendem majowym Mikołaj był z kilkorgiem dzieci z Zaczarowanej Krainy na wycieczce u stomatologa (w dodatku u tego samego, do którego sama go wożę na kontrole). Najpierw była u nich w przedszkolu dentystka z programem profilaktycznym, a potem przedszkolaki jechały się przebadać. Ze zdjęć i opowieści opiekunek wynika, że wszystko poszło gładko, dzieciaki bez stresu i płaczu dały sobie w buzie zajrzeć. Dla Micha była frajda tym bardziej, że jechali komunikacją miejską. Wierzcie mi albo nie, ale dla dzieci wożonych ciągle samochodem przejażdżka tramwajem i autobusem to raj na ziemi. Zresztą, dzień wcześniej sama wybrałam się z Michem na taką wycieczkę – po raz pierwszy przejechał tramwajem cały Wrocław. Frajda nie z tej ziemi :)

A tu filmik z tramwajowej jazdy premierowej ;)

Dobra, tyle na dziś z racji nadrabiania zaległości. Będę się teraz pilnować, by nie robić takich przerw. Do przeczytania :)

P.S. A jednak jeszcze coś mi się przypomniało. Mikołaj dostał od dziadków z Gniezna rowerek biegowy – laufrad. Dokupiliśmy kask (Michu sobie wybrał) i teraz ćwiczymy odpychanie :) Idzie mu coraz lepiej, choć z pewnością do ideału jeszcze daleko. Ale wszystko przed nami :) Poniżej krótkie filmiki – pierwszy z Michowego debiutu rowerowego, a drugi z późniejszego spaceru:

Na koniec już zupełny świeżynka z dzisiaj – Michu maluje (się) farbkami:

Turnau-owo

Wiem, wiem, pisałam dwa dni temu, ale cóż. Blogowanie ma swój urok (a i pewne obowiązki kładzie na barkach), znów parę nowości, to i opisać trzeba.

Przede wszystkim Grzegorz Turnau… Tydzień temu mniej-więcej znalazłam na stronie mojego ulubionego Pana Grzesia notkę, iż 3 lutego w sklepie muzycznym M.Ostrowski odbędzie się recital Grzegorza Turnaua, związany z prezentacją pianin i fortepianów cyfrowych Yamaha. Sklep znajduje się 10 minut od naszego domku, więc nie można było nie skorzystać. Ekscytacja pełna przed recitalem, a w trakcie… istna ekstaza! :)

Turnau jak zwykle czarujący, przezabawny i… słów mi brakuje, by wygłosić kolejne zachwyty. Tylko serce się na samą myśl rozgrzewa :) Słuchanie muzyki prezentowanej przez tego artystę jest zawsze dobrym pomysłem, natomiast słuchanie go na żywo dostarcza takich przeżyć, że trudno opisać je w kilku słowach. Wczorajszy recital był o tyle dla mnie „klimatyczny” i niezapomniany, że odbywał się w naprawdę kameralnym gronie, a Turnau był na wyciągnięcie ręki – dosłownie!

Jacek Królik po raz kolejny dowiódł, że potrafi na gitarze wyczarować dźwięk niemal każdego instrumentu, doskonale akompaniując Grzegorzowi T. Swoistego uroku całemu wydarzeniu dodawały komentarze Turnaua oraz mini-dialogi z Królikiem. Momentami czułam się jak w kabarecie – w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Recital trwał około półtorej godziny. Nie muszę pisać, że czas ten minął bardzo szybko. Po koncercie doczekałyśmy się (bo byłam na owym recitalu z Romą) „autografowania”, czego też dowód przedstawiam poniżej:

autograf

Oczywiście nie mogło być aż tak pięknie… Rzeczą, której nie mogę sobie darować, jest to, że nie zabrałam ze sobą aparatu fotograficznego! Na samą myśl o tym z żalu (i wściekłości) na usta cisną mi się same przekleństwa… Jak można było być takim imbecylem i zapomnieć tak ważnej rzeczy? I to na recital, na którym nie roiło się od ochrony, a Turnau był tak blisko, że spokojnie obiektyw 50-tka dałby radę… Ech…
Jedyne zdjęcia jakie posiadam z wczorajszego wieczoru to liche foty z ajfona… Pewnie wstyd pokazać, no ale co tam. Co mam, to dam… A dla poprawy estetyki mogę Wam przypomnieć, że w galerii są zdjęcia mojego autorstwa z Turnauowego koncertu w Hali Stulecia w listopadzie 2008 roku

scena

Autografowanie:
autografowanie

Sam Grzegorz T.:
turnau

I Jacek Królik:
krolik

Tyle by było z westchnień.

Wczoraj Mikołaj przeżył swój pierwszy bal… Wrócił trzeźwy ;) Poza tym objadł się jak bąk, aż mi było wstyd, bo pierwszą rzeczą, jaką zrobił po wejściu do przedszkola było wołanie: „Mniam, mniam!” Wyglądało, jakbyśmy mu w domu jeść nie dawali… ;)
Sam balik podobno udał się wyśmienicie, czekamy na zdjęcia. Mikołaj w czapce pirata (której na początku wcale nie chciał ubrać) biegał do samego końca – gdy przyszłam po niego o trzeciej, to ciągle ją nosił na głowie :) A o tym, że wczorajszy bal był czasem bardzo intensywnym świadczyć może to, że Mikołaj zjadł trzy dokładki obiadku (racuchy!).

Dziś natomiast obiadek był zjedzony w całości, bo łyknięta została nawet zupa (ku zdziwieniu mojemu jak i opiekunek). Do tego Mikołaj robił dziś grzechotkę w przedszkolu, którą potem pięknie sam pomalował farbkami i brokatem. Grzechotka wędruje oczywiście do naszego pudła z pamiątkami. A jaki Miś był dumny prezentując najpierw mnie, a potem Mariuszowi swoje dzieło!

Dziś muszę też pochwalić się moim małżonkiem :) Po raz pierwszy oddał honorowo krew (dla mojego wuja). Mieliśmy oddać razem, ale okazało się, że w związku z biopsją piersi, którą miałam 4 miesiące temu, mogę być dawcą dopiero po 9 kwietnia (czyli po pół roku od biopsji). Szczerze mówiąc zupełnie wyleciała mi z głowy ta biopsja, myślałam, że nie będzie przeciwwskazań, tym bardziej, że wiem, jak wygląda oddawanie krwi, bo w czasie studiów już oddawałam honorowo (ale długie zdanie mi wyszło). Mam nawet legitymację. No ale cóż zrobić. Poczekam do kwietnia i wtedy oddam, bo jakby na to nie spojrzeć dobra to sprawa.

Za dwa tygodnie, dzięki uprzejmości teściów, którzy zajmą się Michem, jedziemy z Mariuszem na dwie noce do Karpacza do Tarasów Wang (byliśmy tam rok temu). Zarezerwowaliśmy sobie pakiet „Weekend dla dwojga” :) Już nie mogę się doczekać.

Dziś byłam u lekarza w związku z moimi ostatnimi problemami z nogami. Od miesiąca bolą mnie wszystkie stawy, do tego nad stopą pojawił się bolący guzek. Dostałam skierowanie na badania krwi i na rtg stawów biodrowych. Pójdę w poniedziałek, zobaczymy co wyjdzie.

Tyle na dziś. Dobrej nocki!

Idzie luty, podkuj buty…

Przyszedł luty, za oknem zaspy i lodowisko, w dodatku straszą w telewizorze, że w nocy ma znów sypać, a jutro to w ogóle apokalipsa… Czas przeprowadzić się w okolice równika… Ale tam z kolei robactwo… Ech, nie wiadomo, co gorsze. Chyba jednak wolę śnieg.

cos

Przez tydzień trochę się „nadziało”. Mikołaj zakończył adaptację w Zaczarowanej Krainie i od tego tygodnia jest już na pół etatu: w poniedziałki, środy i piątki po 6h. Opiekunki orzekły, że się Misiek szybko przyzwyczaił do nich, do dzieci i do miejsca. To zresztą widać, bo gdy przychodzę, by zabrać Miśka do domu, to młody nie chce wyjść. I nie ma oporów w przytulaniu się do opiekunek :) W ogóle to się taki przytulny zrobił, że aż miło :)
Poza tym coraz częściej bierze udział we wspólnych zorganizowanych zajęciach. W piątek były warsztaty teatralne i dał się przekonać, by usiąść razem z wszystkimi dziećmi, a wczoraj na rytmice to podobno w ogóle było super, bo brał całkiem czynny udział w zajęciach. Zuch chłopak. Co prawda jeszcze ciężko przychodzi mu rozstawanie się ze mną rano, ale wiem, że bardzo szybko się uspokaja. Zresztą, jakby na to nie patrzeć, sama pamiętam jak długo ja wyłam, gdy mnie mama odprowadzała do przedszkola (jeśli zapadło mi to w pamięć, to musiało trwać bardzo długo), a ostatecznie przecież przedszkole lubiłam. Liczę więc, że Misiek przywyknie.

Do naszej kolekcji prac plastycznych Micha przybyło kilka egzemplarzy przyniesionych z przedszkola. Najciekawsze jest coś, co zatytułowano „Karnawał” (bo akurat o karnawale była mowa w przedszkolu):

karnawal

Dzisiaj byłam z Miśkiem w Promyku na zajęciach grupowych u logopedy i muszę pochwalić moje dziecię w tym miejscu – Mikołaj po raz pierwszy dał się namówić na „babranie się” w kisielu! Do tej pory wszystkie moje próby zachęcenia go do tej rozwojowej zabawy kończyły się fiaskiem. Michu ryczał zazwyczaj albo wołał: „bleee” i nawet nie chciał dotknąć. Nareszcie coś zaskoczyło! Dowód rzeczowy tutaj:

kisiel

Mikołaj ma jutro swój pierwszy bal w przedszkolu. Ja oczywiście jestem podekscytowana najbardziej ;) Strój pirata (pirata Rabarbara, rzecz jasna!) przygotowaliśmy wcześniej, a próba generalna została przeprowadzona dziś wieczorem. O dziwo, nasze dziecię zaskoczyło dziś po raz kolejny, gdyż dało namalować sobie na buzi lekkie wąsy i brodę! Szoook! Mam nadzieję, że jutro rano też pozwoli się pomalować. Co do samego stroju, to jest to kompletny samodział. Czapka piracka kupiona w Urwisie, pas piracki z lumpeksu, spodnie i szelki (z trupimi czachami) z H&M, skarpetki stare, ale z piratem na rysunku, body stare, za to pasiaste i morskie. Na zdjęciu zrobionym szybko ajfonem możecie obejrzeć fragment dzieła. Jakość nie powala, próbowaliśmy zrobić zdjęcie lustrzanką, ale Michu nie dał się złapać. Będą balikowe foty z przedszkola, więc wtedy (mam nadzieję) obejrzycie dokładniej. Dodam tylko, że wieczorem domalowałam pisakami na przodzie i tyle bodziaka wielkie trupie czachy. Łaaa!…

pirat

Za punkty smart na shellu zamówiliśmy Miśkowi zestaw lekarski. Taka całkiem przyjemna walizeczka z różnymi akcesoriami medycznymi. Michu zachwycony. Bada wszystkich, którzy zbadać się dają. Do obejrzenia filmik z jednego z wielu przeprowadzonych dziś badań. Śmieszny ten nasz Misiek w tym wszystkim. Podoba mi się szczególnie, jak mierzy temperaturę w uchu i potem udaje, że sprawdza pomiar i mówi, co przeczytał :) Nauczył się też robić profesjonalnie zastrzyki – znaczy się z pomazaniem wacikiem ręki, ukłuciem i znowu pomazaniem wacikiem :) A najbardziej rozbraja mnie, jak przykleja po badaniu misiom naklejki, jako że były „dzielnymi pacjentami”. Ot, piękna zabawa :)

Żeby było mało, Mikołaj dostał od nas w weekend ambulans z Lego Duplo. Pojazd nie byle jaki, bo robi najprawdziwsze „ijo-ijo” i świeci (przypuszczam, że ten właśnie świecąco-grający klocek ustalił 3/4 ceny tego auta…), więc teraz Michu jeździ karetką z przyczepką dołączoną z tyłu. Na owej przyczepce na noszach leży dziewczynka (ludzik z Duplo), a obok niej stoi lekarz (kierowca karetki z zestawu). I tak sobie jeżdżą, a broń Boże niech któreś spadnie, to lament jest na całego :)

W Micha pokoju znowu trochę zmian. Co prawda tym razem nic nie poprzestawiałam, ale przybyło kilka rzeczy. Po pierwsze, jakieś 2 tygodnie temu kupiliśmy wiszący zegar z Autami i kalendarz z Krecikiem. Obydwa w celach informacyjno (dla mnie i Mariusza) – dydaktycznych (dla właściciela pokoju). W kalendarzu ma Michu pozaznaczane dni, w które chodzi do przedszkola. Ponadto zrealizowałam w końcu zamiar dekoracyjny, z którym nosiłam się od dawien dawna – kupiliśmy w Leroy Merlin 3 ramki formatu a3 i oprawiłam w nie trzy malunki Miśka, takie kolorowe maziaje na czarnym papierze. Wyglądają czadowo :) A Mikołaj strasznie jest dumny z tego, że jego obrazki wiszą na ścianie.
I jeszcze jedną nowością są trzy żywe kwiatki w pokoju Miśka: żonkil, krokus i orchidea. Codziennie Mikołaj sam je podlewa i wącha :) Bardzo podoba mu się, że tak szybko widać efekt – zakwitły kilka dni po zakupie.

Przybyło nowe słowo: „sio”. Jest wypowiadane zazwyczaj po tym, gdy Mikołaj skończy pić. Nie wiemy jeszcze tak do końca co oznacza: dziękuję, już, skończyłem, wypiłem, wszystko…? Obserwacje będą kontynuowane, może do jakichś sensowniejszych wniosków dojdziemy.
Mikołaj zaczął też odmieniać słowa „mama” i „tata”. Mówi, że coś jest „mami/y” albo „tati/y” w sensie: krem, okulary, buty itd….

Z innej beczki, tydzień temu byłam u ginekologa. Dowiedziałam się, że guzek, który wyczuwam pod blizną po cesarce i który boli to tzw. endometrioza i trzeba to wyciąć. Niestety jest to na tyle poważny zabieg, że trzeba go zrobić pod narkozą. Jak nie urok, to sraczka, jednym słowem. Zawsze coś. Kiedy to zrobię, to jeszcze nie wiem. Jak się dowiem, to Wam powiem.

Dobra, tyle na dziś, bo spać pora. Do następnego :)

P.S. Na koniec jeszcze dwa filmy. Pierwszy to Misiek podczas jednego z ulubionych zajęć – przesypywanie kaszki manny i kamyczków. Drugi to nowy pomysł na jedzenie jogurtu…

Przedszkolak

Szybki wpis, bo już późno i spać trzeba ;)

Po pierwsze zaczynamy drugi tydzień adaptacji w przedszkolu, a raczej w klubie malucha. Pierwszy tydzień minął w miarę spokojnie – pierwsze dwa dni zupełnie bez płaczu, Michu był tak zaaferowany nowym miejscem i nowymi zabawkami, że w ogóle nie zwracał na mnie uwagi. Od środy było już trochę gorzej przy pożegnaniach, dziś (po weekendowej przerwie) była ogólna rozpacz, ale od opiekunek wiem, że Miś uspokajał się szybko (czyli ten płacz to tradycyjna próba wymuszenia, by mama została) i potem bawił się ładnie sam lub z innymi dziećmi. Z jedzeniem na razie jest różnie. Codziennie zamawiamy Michowi obiadek, do tego ma w czesnym wliczone śniadanko i owoce. Owoce je zazwyczaj, ostatnio zjadł na śniadanie chleb z masłem i jogurt, ale z obiadami to zależy od dnia i od tego, co jest. Liczę, że jak się dziecię napatrzy, że inne dzieci jedzą, to w końcu też przestanie wybrzydzać i zje wszystko.

Jak przychodzę po Miśka do przedszkola, to zawsze mnie rozczula swoim widokiem. Taki poważny przedszkolak z niego. Dzisiaj jak przyszłam, to akurat jadł jogurt. Zobaczył mnie, zawołał: „ooo, mama” po czym spokojnie wrócił do konsumpcji – tak elegancko, z innymi dziećmi przy stoliczku, w białym śliniaku ;)

Jedynie w niektórych zajęciach grupowych Mikołaj nie chce brać udziału – zwłaszcza, gdy przychodzi je prowadzić ktoś z zewnątrz. Ale liczę, że się przyzwyczai. A jak się nie przyzwyczai, to cóż. Zmuszać nie ma sensu, bo to nie o to chodzi. Za to zupełnie zaskoczył mnie w piątek – panie wyjęły chustę animacyjną; Mikołaj do tej pory bardzo się chusty bał, a tym czasem pierwszy pobiegł, chwycił, a potem wszedł pod chustę z innymi dzieciakami i dobrze się bawił. Zuch chłopak :)

Być może od środy Mikołaj będzie zostawał na drzemkę. Na razie jest w przedszkolu od 9 do 12. Docelowo ma być do 15. Jak nie będzie chciał spać, to nie jest to na szczęście problem – jest kilkoro dzieci, które nie śpią i wtedy bawią się z opiekunkami albo wykonują jakieś prace plastyczne. Zobaczymy, jak będzie.

3 lutego w przedszkolu jest balik. Trzeba jakiś strój wykombinować… A w przyszły poniedziałek przyjedzie specjalistyczny ambulans i na koszt przedszkola będą sprawdzali poziom uwapnienia kości dzieciaków. Miło.

W weekend byliśmy w Gnieźnie. Mikołaj tym razem obył się bez łóżeczka turystycznego i jak na dużego chłopa przystało spał na materacu. Miał zrobione legowisko niedaleko naszego łóżka i całkiem ładnie się wyspał :) Poza tym dostał od dziadków trzy kartony Lego Duplo, więc teraz w wolnych chwilach cały czas wszyscy coś budujemy :)

Wracając do ubiegłego tygodnia… Laryngolog stwierdził, że Micha zatoki, nos, gardło i migdałki są ok. Moje artykulatory i reszta też, więc mogę być logopedą :)

Dr Kwapisz natomiast tradycyjnie dopatrzyła się u Miśka kilku krzywizn, ale ogólnie stwierdziła, że rehabilitacja nie jest już tak konieczna. Wypisała nam jednakże skierowanie, byśmy mogli dalej chodzić na zajęcia grupowe do logopedy. Ale mamy dogadać się z p.Kasią, czy chcemy chodzić na rehabilitację co tydzień, czy może pokazywać się raz w miesiącu, by nam jakieś ćwiczenia do robienia w domu pokazywała. Myślę jednak, że skoro mamy to skierowanie i wolny czas w piątki, to będziemy dalej chodzić. Szkoda zmarnować okazję, mimo wszystko. Ale generalnie dr Kwapisz z Micha zadowolona.

Mikołaj rozwija swoje talenty konstruktorskie. Ostatnio zbudował garaż dla swojego mini coopera za pomocą ciastoliny i kilku stempelków. Sami obejrzyjcie:

Niby nic takiego, a jednak jedna z pierwszych takich konstrukcji Miśkowych nie-z-klocków :)

Dziś zrobiliśmy w Lidlu spore zakupy. Rzucili towar „gimnastyczny”, w związku z czym nabyłam trzy pary spodni dresowych, jedną koszulkę, cztery pary skarpetek, zestaw hantelków oraz dużą piłkę gimnastyczną (taka, jak do pilatesa). Piłka szczególnie przypadła do gustu Michowi, który kazał się na niej bujać cały wieczór :)

Tyle na dziś. Idę oglądać politykierów u Lisa.