Fajny, bystry chłopak…

… taki tekst rzuciła nam wczoraj pani neurolog. No bo wreszcie się doczekaliśmy wizyty. Swoją drogą to żenada, by na tak duże miasto, jakim jest Wrocław było tak mało neurologów dziecięcych. Ale wracając do sedna – pani doktor obadała Miśka z każdej strony. Postukała go młoteczkiem, pozginała kończyny, pogadała do niego, pogruchała grzechotką i stwierdziła, że neurologicznie mały jest zdrowy. Powiedziała, że bardzo ładnie rozwija sie społecznie. Zdziwiona była, że odpowiada uśmiechem na uśmiech – podobno robią tak 4-miesięczniaki. Chyba też dobrze go gimnastykujemy, bo się nie doczepiła, że coś nie tak z nóżkami.
Jedyne co, to stwierdziła, że Misiek ma krzywą głowę (znaczy się potwierdziła to, co sama zauważyłam). To taka pamiątka po ciasnym ułożeniu w brzuchu. Przez to też bardziej go ciągnęło do odwracania główki w prawą stronę. Ogólnie lekarka powiedziała, że to nic strasznego, tyle, że trzeba więcej Miśka układać na brzuchu i na lewym boku, żeby nie miał wady postawy. No i na usg ciemiączkowe idziemy w przyszłym tygodniu, żeby sprawdzić czy nie ma wodniaków. No i tyle. Czyli wszystko w normie. Jak usg będzie ok, to nawet nie musimy się kontaktować z nią więcej.

W ubiegłym tygodniu byliśmy na drugim szczepieniu. Pediatra pozwoliła nam też zacząć chodzić z Miśkiem na basen. Chcieliśmy iść w weekend, ale rozebrało nas przeziębienie, więc oswajanie małego z wodą musi trochę poczekać. Mam nadzieję, ze nie za długo :)

Poza tym dziecię rośnie jak na drożdżach – gdy go wżyli w przychodni to miał 6930g. Reszta też w normie. Za dwa tygodnie idziemy znowu szczepić – tym razem na pneumokoki. Przereklamowane czy nie – zaszczepić nie zaszkodzi.

Mikołaj coraz więcej „gada”. Dziś zauważyłam nawet jakąś intonację w „wypowiedziach”. Mówca nam rośnie ;)

Muszę napisać tu jeszcze o mojej dzisiejszej frustracji. Dotyczy ona wózkowni w naszym bloku, a dokładniej mówiąc rowerów tam składowanych.. My mamy rower i trzymamy go na balkonie. Dlaczego inni tak nie mogą? Zamiast tego zawalają wózkownię. I wózki tam stojące. W południe wychodziłam na spacer, schodzę po wózek z Miśkiem na rękach, a tu nasza bryka zablokowana jakimś rowerem. Ani do niej dojść, żeby położyć Miśka i jakoś odblokować, ani przestawić rower, no bo ręce zajęte trzymaniem dzieciaka… Co za chorzy ludzie! Nie będę tu cytować wiąchy, która cisnęła mi się na usta, bo to i tak nic nie da. No po prostu debile!

Tyle na dziś. Zachęcam jeszcze do obejrzenia naszych – Mariusza i moich – zdjęć z dzieciństwa w galerii. Niektóre są bardzo sympatyczne :)

Na przykład takie:
mariusz

i takie:
mikolaj

Podobni?

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy

Oczywiście ten tytuł to trochę ściema jest. Z WOŚP mieliśmy dziś tylko kontakt przed sklepem, jak wrzucaliśmy parę złotych do puszki. No i serduszko przykleiliśmy na wózku. A tak naprawdę, to chciałam Wam pokazać, jaki Mikołaj ma świetny kombinezon :) Dostał wczoraj w paczce ze Szczecina. Teraz to już prawdziwy miś pluszowy :)

misiek

Co u nas… Mieliśmy dziś prawdziwie rodzinną niedzielę. Nawet udało nam się wybrać razem na spacerek – Mariusz przeżywał dziś swój pierwszy raz w prowadzeniu wózka :) I bardzo dobrze mu poszło (bo trudne to to nie jest).

Rano byliśmy w Arkadach, bo się małżonkowi zepsuły okulary. Kupiliśmy nowe – w nowych oprawkach – będą we wtorek do odbioru. Bardzo fajnie w nich Mariusz wygląda, choć on jakoś chyba nie do końca jest o tym przekonany.

Wczoraj byłam na zajęciach. Masakra. Było tak nudno, że szkoda gadać. Ale jedyne pocieszenie jest takie, że koleś od algorytmów pozwolił mi zaliczyć przedmiot normalnie z grupą, a nie, jak straszył na początku – w przyszłym roku. Z resztą jestem na bieżąco. Aż sama się sobie dziwię :)

W środę byliśmy na usg jamy brzusznej. Wynik jest ok, wszystkie narządy misiek ma w normie. Próba wątrobowa też wyszła dobrze. Czyli wygląda na to, że zdrowego maluszka mamy :) Tylko ciągle nie wiemy, od czego tak charczy.

A wracając do tego usg… Cieszyliśmy się bardzo, że udało nam się je załatwić tak szybko i to na NFZ – w Promyku Słońca. No i kicha – okazało się, że nie mogą nas przyjąć na skierowanie z naszej przychodni, bo to jest skierowanie wewnętrzne. Można z nim jechać tylko na Curie-Skłodowskiej. I okazało się, że na Borowskiej w ogóle nie wypisują innych skierowań. A najlepsze jest to, że takie skierowanie dostaliśmy też do neurologa. Przy czym pediatra powiedziała, że neurologa to musimy sobie szukać sami, bo ona nie ma nas do kogo posłać. No i po choinkę nam takie skierowanie, jeśli ono i tak jest nieważne w przychodni, która nie współpracuje z naszym ośrodkiem zdrowia? Chamstwo i oszukaństwo. Takie skierowanie z góry zakłada, że muszę iść na wizytę prywatną w takiej sytuacji. A jeśli ktoś nie ma kasy? Szkoda gadać… Poważnie zastanawiamy się nad wypisaniem Mikołaja z tej przychodni. No ale zobaczymy jak będzie. Na razie jeszcze musimy go zaszczepić, więc póki co poczekamy z tą rezygnacją.

Mikołaj rośnie nam jak na drożdżach. Wczoraj go zważyliśmy w domu, to nam wyszło równe 6kg. Co prawda był ubrany i w pampersie, ale nawet jakby odjąć z pół kilograma, to i tak waga robi wrażenie. Bykol wielki :)

Być może za tydzień na weekend wybierzemy się do Głuchowa i Gniezna. Zobaczymy, jaka będzie pogoda i ogólne samopoczucie, żeby Miśka za bardzo nie obciążać. W Głuchowie bardzo na niego czekają. Babcia zwłaszcza – nie może się doczekać, aż go zobaczy na żywo :)

No i tyle na razie. Trzymajcie się cieplutko :) Sie ma! ;)

Szpital cz.7 – 7.12.2007

Dziś na obchodzie lekarka prowadząca stwierdziła, że się o mnie martwi, bo jej zdaniem za mało za nią chodzę, żeby się czegoś dowiedzieć. Suuuper. To znaczy, że niby co – mam okupować wejście do gabinetu, mimo że to i tak nic nie da? Jaki jest sens łażenia za tą kobietą, jeśli co chwilę jakiś inny lekarz czy położna cały czas mówią, że wszystko jest w porządku i że na pewno termin skopany. W każdym razie pani doktor powiedziała, że to usg wczorajsze nie jest tak do końca miarodajne. Dlaczego? Bo, owszem, pokazało przepływ pępowinowy, ale o wiele więcej powiedziałoby usg pozostałych przepływów. No a na przewiezienie mnie na takie usg do innego szpitala nie zgodził się dyrektor. Bo to za dużo kosztuje. Spytałam, czy nie mogłabym zrobić tego prywatnie na mieście. Usłyszałam, że nie, bo oni mi nie mają kogo polecić, a nie wiadomo co to za usg i czy osoba, która by mi je zrobiła jest na tyle kompetentna, że zrobi to dobrze. No i tyle na ten temat. Oczywiście takie usg jest na terenie szpitala, ale to jest to zepsute – a szpital nie będzie go naprawiał, bo nie ma pieniędzy. Słów brakuje… W każdym razie pani doktor powiedziała mi, że jeśli jutro się nie uda urodzić naturalnie po tej kroplówce, to w poniedziałek w trybie pilnym mam mieć cesarskie cięcie. Bo to już będzie 17 dni po terminie. I nie można dłużej czekać. Tak więc tym bardziej trzymam kciuki, żeby się udało. Nie chcę cesarki. Ale co zrobić – jak będzie trzeba, to trudno. Moje lęki tu nie są najważniejsze. Najważniejszy jest ten mały Misiek, który siedzi mi pod sercem i tak naprawdę, to nie wiadomo, jak się ma. Mam nadzieję, że dobrze…

Szpital cz.6 – 6.12.2007

Minął jeden dzień z kroplówką, minął drugi po kroplówce i nic… Wczoraj mnie około 11 podłączyli, ale po przebadaniu (jeszcze przed kroplówką) lekarz stwierdził, że raczej nic z tego dzisiaj nie będzie, bo nie ma żadnego rozwarcia. Czyli kiepsko. Bardzo to przeżyłam, szczerze mówiąc. Chciało mi się płakać. Chyba za bardzo się nastawiłam na to, że tego dnia urodzę. Skurcze przyszły, ale nic poza tym – normalna reakcja na oksytocynę. Biedny mój Misiek naczekał się niepotrzebni pod drzwiami, nastresował. Przyjechał o 12.00 i cały czas czekał. Około 14.30 pozwolili mi wyjść na korytarz do Mariusza. I tak siedzieliśmy sobie razem, ja co 20-30 minut szłam na ktg posłuchać serduszka, a Misiek czekał. W końcu około 15.30 odłączyli mi kroplówkę, zrobili ktg i kazali przyjść za 15 minut. Miałam zostać zbadana przez lekarza i mieli powtórzyć ktg. Zgłosiłam się po tych 15 minutach, ale ponieważ zrobił się zamieszanie na porodówce, to lekarz najzwyczajniej w świecie mnie olał i odesłał na oddział. Ekstra po prostu. Wieczorem o 21 zrobili mi ktg. Coś tam się na linii skurczów rysowało, no ale do dzisiejszego ranka przeszło.

W ogóle to wczorajszy dzień był straszny. Byłam nim wykończona psychicznie i emocjonalnie. Płakałam już z tej bezsilności i ze zmęczenia. Mariusz nie wiedział już, co ze mną robić. Gdy siedzieliśmy na korytarzu podszedł do nas ordynator (chyba widział, że byłam zapłakana) i próbował jakoś pocieszyć i uspokoić, że to, że jest to ciąża przeterminowana nie oznacza, że jest przenoszona itd. Bardzo nam pomógł, szczerze mówiąc. Taki zwykły, ludzki odruch. Bardzo tego brakuje w tym szpitalu. Na tym oddziale. Ja wiem, że tak naprawdę nie mam na co narzekać. Cała ciąża poszła doskonale. Mamy w brzuchu zdrowego malucha, nic się z nim złego nadal nie dzieje. Ale po pierwsze dla mnie stresem jest to, że to już dwa tygodnie po terminie, a ten nasz zdrowy maluch się nie rodzi. Po drugie, cały czas słucham tu o różnych patologicznych przypadkach. O porodach po terminie, o kleszczach, o zielonych wodach płodowych, o cesarkach i o tysiącu jeszcze innych rzeczy strasznych lub mniej strasznych. I okazuje się, że jestem w stanie słuchać tego tylko do pewnego momentu. Niestety, ten moment został już dawno przekroczony i w tej chwili jestem tym po prostu wykończona. Wolałabym się wypisać na żądanie i czekać na poród w domu, jeśli tylko na czekaniu miałby polegać mój dalszy pobyt tutaj. Bo dostaję już na głowę. A jeszcze kolejną rzeczą, która mnie rozbraja jest to, że trzeba ciągle za wszystkimi chodzić, by się czegoś dowiedzieć. No i to wymieszanie pacjentek z patologii z dziewczynami z położniczego. Masakra. Humanitarne to to nie jest.

Dziś rano na obchodzie dowiedziałam sie tylko, że będę miała zrobione usg (o ile się uda załatwić, bo to oddziałowe jest od tygodnia zepsute). No i dalej to lekarka stwierdziła, że nie wie, co ze mną zrobić. Spytała tylko położnej, czy mam wszystkie badania do cesarki zrobione. Ekstra – pomyślałam sobie. Zdaję sobie sprawę, że nie można wykluczyć cesarki, ale, kurde, chciałabym usłyszeć to od jakiegoś lekarza osobiście, a nie podsłuchując rozmowę z położną.

Usg wyszło ok. Kolejna osoba stwierdziła, że na pewno coś skopaliśmy przy obliczaniu terminu. Bo ciąża nie wygląda na przenoszoną. No to, kurde, trzeba się chyba z tego cieszyć, nie?! Denerwuje mnie robienie ze mnie głupka, który nie potrafi liczyć. Po pierwsze dlatego, że wszystkie wcześniejsze cykle miałam zanotowane. Po drugie dlatego, że wiem, kiedy miałam ostatnią miesiączkę. I wiem to na 200%, to nie jest trudne. Po trzecie to lekarz mi obliczył termin. A po czwarte, z badań usg to data – lub jej kilkudniowe okolice – potwierdziła się. Czasem była różnica 2-4 dni, ale nic poza tym. No ale cóż… Ja jestem tylko pacjentem i na niczym się nie znam. Nawet na własnym okresie.

Po południu przyszła lekarka i powiedziała, że w sobotę znów pójdę na kroplówkę. I tyle. Zobaczymy, co się będzie dalej działo. Może coś się ruszy. Mam wrażenie, że od wczoraj odchodzi mi czop śluzowy, ale nie wiem, czy to na pewno jest to. I brzuch mi się strasznie napina. Ale wszyscy ciągle mówią, że jest strasznie wysoko jeszcze. Czy zawsze wszystkie kobiety przed porodem mają nisko brzuch? Może zdarzają się jakieś małe wyjątki?

Uspokoiłam się o tyle, że dają mi jeszcze szanse na naturalny poród. Że nie od razu każą kłaść się pod nóż. Ja wiem, że jak będzie trzeba, to się zgodzę na cesarkę, ale jeśli się uda po tej kroplówce, to będzie to spełnienie moich marzeń.

A Mikołaj dziś nie daje mi spokoju. Wieczorem tak się rozbrykał, że szczerze przyznam, momentami mam już dość i chętnie bym mu oddała ;) Kopie mnie tak mocno, że wyję z bólu. Mały złośliwiec…

Szpital cz.4 – 3.12.2007

Poniedziałkowe popołudnie w szpitalu. Rano przyszła pani Jola. Powiedziała, że pogada z lekarzem. Potem był nawet całkiem normalny obchód. Lekarka kazała się zgłosić do zabiegówki. Tam mnie zbadała, stwierdziła, że jest ok i że szyjka krótka, gotowa do porodu. Położna powiedziała, bym za chwilę się zgłosiła, to zrobią mi lewatywę i wyślą na porodówkę na test oct. Jak się dowiedziałam, to ten test to po prostu kroplówka z oksytocyny. Powoli zwiększają dawką i sprawdzają na ktg reakcję serca dziecka. Jak będzie prawidłowa, to odeślą na oddział i będą dalej decydować, co robić, a jak nieprawidłowa, to może być różnie – od wywołania po cesarkę. I tyle.
Poszłam więc na tę porodówkę. Położyli mnie na wyrku za parawanem. Podłączyli ktg i dali kroplówkę. W międzyczasie przyszła pani Jola, pogadała z lekarzem z porodówki i z położną, i powiedziała, że jestem z jej szkoły rodzenia. Nie wiem, czy to zasługa tych słów, czy po prostu tamten personel jest inny, ale opieka od razu była bardziej odczuwalna. Doktor zaglądał bardzo często. Przychodziła też położna. Na koniec gdy już mnie odłączyli jeszcze raz przyszła tamta położna pogadać ze mną. Powiedziała, że próba wyszła dobrze. Pytałam o badania wód. Powiedziała, że można wykluczyć zzielenienie wód z niedotlenienia, bo z ktg widać, że mały jest dotleniony. A jeśli idzie o smółkę, to powinno wyjść na usg. No ale usg mi nie zrobią, bo od tygodnia jest zepsuta głowica. Wypas. W ogóle to lekarz z porodówki się dziwił, że nikt nie wysłał mnie na test oct do nich już w piątek, skoro tu już od wtedy leżę. Kolejny wypas.

No i teraz leżę u siebie na sali i czekam. Albo na skurcze, albo na jakąś decyzję. Może tu jeszcze pani Jola wpadnie, to się spytam, może ona coś będzie wiedzieć na co mam się nastawić. Poza tym jestem strasznie śpiąca i zmęczona.

Szpital cz.2 – 1/2.12.2007

Ta noc jest koszmarna. Druga nieprzespana. Chociaż w sumie na trzy godziny udało mi się zasnąć, więc i tak jest lepiej niż poprzedniej. W radiu leci Dżem i „Wehikuł czasu”. Hmmm… ja to bym nie chciała cofać czasu. Raczej wolałabym go trochę pchnąć do przodu – np. do poniedziałku, wtorku. A najlepiej to o tydzień – bo mam nadzieję, że za tydzień będę już w domu.

Ania – sąsiadka z pokoju – też nie śpi. Męczy ją coś, chodzi po pokoju. Dziewczyny z innych sal też chyba mają ciężką noc, bo co rusz, w drodze do łazienki, spotyka sie którąś na korytarzu. Może się wystraszyłyśmy krzyków tej dziewczyny rodzącej wieczorem. Bo darła się okropnie. Na korytarzu przed naszą salą w jednej chwili zebrała się grupka dziewcząt. Nic dziwnego, bo w końcu sąsiadowałyśmy z porodówką. Mamy więc „krzyki” z pierwszej ręki.

O, teraz Róże Europy puścili. „Jedwab” oczywiście. Nie wiem, czy mają coś jeszcze znanego.

Wieczorem był obchód. Pytałam, co ze mną. Lekarka mówiła, że w poniedziałek zdecydują – pewnie zrobią usg i jak się mały nie ruszy to będą podłączać kroplówkę. Oby. I oby to poskutkowało. Bo po historiach innych dziewczyn po cesarskim cięciu to można wpaść w histerię. Nie… Kobity na patologii ciąży powinny być od siebie odizolowane tak, żeby się nie mogły ze sobą wcale kontaktować. Bo jak się tak człowiek nasłucha, to nawet najzdrowszej babie przychodzą do głowy czarne myśli. Siła sugestii – piękna sprawa czasami. A jaka czasami niszcząca…

O maluszku…

Kolejna wizyta u Mydłowskiego z głowy. Ogólnie wszystko ok, poza tym, że te wszystkie bóle w pachwinach i u ujścia szyjki macicy będą się nasilać. Czyli generalnie – może być tylko gorzej ;) A szczerze mówiąc, to nasze Pacholę ostatnio tak mi daje w kość (dosłownie!), że czasem trudno wytrzymać. Uwielbia wciskać mi nogi pod żebra. Ostatnio udało mu się tez kilka razy przywalić w biodro. Nie wspominając o tym, że wciska się coraz mocniej w szyjkę, co daje niepowtarzalne chwile zwijania się z bólu. Mały
złośliwiec ;) Pewnie po tatusiu :))

Mamy nowe zdjęcie Mikołajka. Ogólnie to mamy ich kilka, ale tak się brzydko wykrzywiał, że dopiero ostatnie dało się zakwalifikować jako znośne :) Coś był rozkapryszony ten nasz maluszek wczoraj. Robił takie kwaśne miny, chyba mu się coś nie podobało. Albo buzię ręką zasłaniał – jakby wiedział, że go podglądamy. Aż mu zmarszczka na czole wyszła :) Jak mi się uda samej zeskanować to umieszczę je jeszcze dzisiaj. A jak nie, to poczekam, aż zrobi to Mariusz.

Dostałam też wczoraj skierowania na ostatnie badania przedporodowe. Trzeba się będzie dać pokłuć w przyszłym tygodniu jakiejś laborantce :)

Doktor zrobił też wczoraj usg. Wszystko w porządku z tego, co mówił. Mały ma teraz około 2700g, ale Mydłoś stwierdził, że to nie jest dokładna waga, bo nie mógł dokładnie zmierzyć brzuszka, a to na tej podstawie komputer podaje dane. Ale powiedział, że mały powinien dojść do 3500, jeśli się urodzi w terminie. Ale to się jeszcze okaże :)
Dzisiaj idę na koncert Starego Dobrego Małżeństwa. Razem z mamą, bo namówiłam ją, żeby do mnie dziś przyjechała. Misiek jedzie konferować do Krakowa, więc przynajmniej nie będę czuła sie samotnie dziś i jutro :) A i bilet się nie zmarnuje, no bo kupiliśmy dwa. Już nie mogę się doczekać :) I byłoby fajnie, gdyby jutro była jakaś przyzwoita pogoda, to byśmy się mogły przejść chociaż na Stary Rynek.
Tyle na dziś, póki co. Spróbuję pobawić się z tym skanowaniem fotki. Trzymajcie kciuki :)

misiek

USG trójwymiarowe

Wczoraj byliśmy w Mediconcepcie na trójwymiarowym USG. Na początku były małe problemy, bo źle się nagrywało. Dr Mydłowski się, biedny, zestresował, no bo w końcu bardzo nam zależało na tym nagraniu. Ale w końcu sytuacja została opanowana – oczywiście dzięki mnie! :))) Bo przed wyjściem jakoś mi się intuicyjnie pomyślało, żeby zabrać z domu pustą płytką dvd. No i okazało się, że pomysł był celny, bo nagrywarka nie zapisywała dlatego, że w przychodni kupili jakieś felerne płytki. Na naszej wszystko udało się zarejestrować :)

Na razie nie uda nam się raczej umieścić tu tego nagrania, bo trochę przy tym trzeba będzie popracować – a to dola Mariusza. Ale póki co to fotki możecie obejrzeć. Bo ciekawe są :) Mnie się najbardziej podoba ta (bo widać, jak Mikołajek ssie palucha):

kciuk

Są też kolejne zdjęcia potwierdzające, że Mikołaj to na 1000% chłopiec, a nie dziewczynka :) Ciekawe, czy uda Wam się dostrzec (podpowiem, że zerkać trzeba bardziej na lewą część fotki):

siusiak

Co poza tym? Synuś ułożony już jak do porodu. Z łożyskiem wszystko ok. Serduszko czterojamowe, ślicznie bijące :) Nerki w porządku, kręgosłup piękny, nogi długie, pęcherz moczowy w normie. No i brzuszek nasze maleństwo ma podobno pokaźny :) Mydłowski stwierdził, że widać, iż się w ciąży nie odchudzałam :) Żołądek ma Mikołaj ogromniasty – ale w normie :) Po prostu mały łakomczuszek z niego :) Ciekawe… Po mamusi czy po tatusiu… ;) Zresztą na USG świetnie to wyglądało – taki mały naburmuszony pyszczek (mimika ewidentnie po tatusiu ;)), pucołowate poliki i do tego łapsko jak mała parówka :) Mniam mniam – taki maluszek tłuściutki do schrupania :) No i waży tez swoje – bo już 2190g. Mydłowski powiedział, że duży chłopak z naszego Mikołajka. Dobrze, że kupiliśmy większość ubranek w rozmiarze 62 :)

A! I wg badania USG przewidywany termin porodu jest już nie na 23 listopada, ale na 14… Cóż… Trzeba będzie niedługo torbę pakować :)

Do obejrzenia większej ilości zdjęć Pacholęcia zapraszam do naszej galerii.

1300 gramów :)

Wczoraj odwiedziliśmy dra Mydłowskiego. Z badań wynika, że wszystko ok – zarówno z Mikołajkiem, jak i ze mną. Jedynie do okulisty muszę iść, bo ostatnio pojawiły się problemy z widzeniem. Jakieś mroczki mi się utrzymują przed oczami i generalnie wtedy nie widzę nic z lewej strony. A potem od razu głowa bardzo zaczyna boleć. Zobaczymy, co na to okulista. Umówiłam się na jutro na 18. Mydłowski powiedział, że jeśli okulista nic nie znajdzie, to w następnej kolejności trzeba wybrać się do neurologa.

Doktor zrobił oczywiście USG. I w związku z tym możecie sobie obejrzeć parę nowych fotek naszego Maleństwa :)

Oto krótki opis pierwszego zdjęcia (Wy macie trudniej w dopatrywaniu się ludzkich kształtów, bo na czarno-białych zdjęciach to kiepsko widać. My widzieliśmy to bardzo wyraźnie w kolorze na ekranie USG. Ale wierzę, że przy odrobinie dobrej woli sobie poradzicie :)) Tak więc tutaj mamy półprofil. Patrząc od lewej strony zdjęcia taka ciemniejsza plamka to prawe oczko. Bardziej ku środkowi obrazka i lekko w dół – to nosek, no a poniżej, jak się każdy potrafi sam domyślić – usta:

maluch1

Tu mamy bardzo ładny profil naszego Syneczka. Dla pewności – jego główka to lewa część teo zdjęcia. Z prawej jakieś bliżej nierozróżniane rzeczy typu pępowina itd. Nosek mały i zadarty (oby taki pozostał, a nie żeby odziedziczył po mamie ;)), cień oczodołu i lekki zarys usteczek. Podziwiajcie i zachwycajcie się :)

maluch2

No a na tym zdjęciu znów możecie przyjrzeć się klejnotom rodzinnym naszego Synka (odziedziczonym po tatusiu). To „V” to nóżki, a co pomiędzy nimi to sami możecie zobaczyć. W każdym razie dr Mydłowski stwierdził, że ewidentnie nasze dziecko to facet, bo łechtaczka takiej wielkości to już by było kalectwo ;)

wacek

No, to mam nadzieję, że wszystko już jasne :) Następną wizytę mamy za 3 tygodnie. Wtedy też chyba pójdziemy na ktg. Bo to już po 30 tygodniu będzie. A teraz kończy się 29.

Ogólnie rzecz biorąc Synek rośnie jak mały byczek. Waży 1300g (nooo, jest co dźwigać, a nikt jak zwykle nie docenia ;)), serduszko bije prawidłowo, reszta też rozwija się ok :) Mariusz śmieje się, że dostała mu się zdrowa baba ze wsi, więc nic, tylko dzieci rodzić :)

O jedno więcej zdjęcie Pacholęcia naszego macie w Galerii. Tam też są zresztą chyba nawet wyraźniejsze te obrazeczki. Zapraszam!

Red Hot Chili Peppers

Przedwczoraj byliśmy znów w Chorzowie. Na koncercie Red Hot Chili Peppers. Zajefajna sprawa :) Mimo że technicznie gorzej niż Genesis. Ale muzyczka i klimat po prostu suuuuper! Troszkę się denerwowałam, bo po wejściu na stadion okazało się, że jest o wiele więcej ludzi niż na Genesis i w związku z tym jest większy ścisk na płycie, ale w rzeczy samej zajęliśmy miejsce na tyłach, przy platformie niepełnosprawnych, gdzie było całkiem spokojnie i bezpiecznie :) W ogóle to koncert był bardzo spokojny i bezpieczny. Nie było żadnych rozrób ani innych przykrych sytuacji. Pacholę dawało znać o sobie i o tym, że podoba mu się muzyczka, bo czuć było jak leciutko podkopuje :) Cóż, rockendrollowe dziecię w końcu chowamy :)

Na koncercie byliśmy większą gromadą. Z nami autkiem przyjechali Dominika i Bartek, a oprócz tego byli jeszcze Wojtek i Śniegu z żonami. Towarzystwo bardzo wesołe i sympatyczne :)

Już się nie mogę doczekać przyszłej środy. No bo na usg idziemy. I dowiemy się czy chłopiec, czy dziewczynka :) Mam nadzieję, że będzie widać porządnie :) Jedyne, co mnie martwi, to wyniki, bo mi ostatnio lecą w dół na łeb, na szyję. Zwłaszcza jeśli o hemoglobinę chodzi. Miesiąc temu miałam na dolnej granicy normy. Obawiam się, że teraz znowu spadła. Zajady mi się robią ciągle i generalnie samopoczucie spada. A przecież wszamiam żelazo gdzie się da. Herbaty z pokrzywy mam już dość i witaminki zjadam. I morele. I tysiące innych rzeczy. No ale zobaczymy za tydzień. W poniedziałek idę do badania krwi, to się okaże.

Muszę jeszcze donieść, że od niedzieli do środy mieliśmy w domku gości. Trzy sympatyczne trutnie w postaci Dominiki, Olgi i Bartka. Co prawda nie widzieli zbyt wiele z Wrocławia, bo prawie cały czas padało, ale nie ma rzeczy, których by się nie dało w przyszłości nadrobić :)

Obydwoje z Mariuszem czekamy na sierpień. W końcu na wakacje pojedziemy. Mam nadzieję, że Misiek trochę odpocznie, bo ma ostatnio w pracy kołomyję. Niektórzy to już urlopują. Na przykład Monika z Bartkiem i Tosią od dzisiaj smażą sie w Egipcie. Ech, takim to dobrze :) Mam nadzieję, że chociaż pocztówkę przyślą ;)

W sobotę jedziemy do Głuchowa na parapetówę do Kieretów :) Fajna impreza się zapowiada :) Od rana ruszamy – najpierw po piwo na granicę, a potem do Głuchowa.

No, a tak w ogóle to ja już mam wakacje od niedzieli! Sesja i zaliczenia poszły całkiem dobrze. Średnia wyszła mi 4,83 nie chwaląc się :) Mam nadzieję na stypendium naukowe od przyszłego roku :) Teraz są wakacje i wieeeelkie wakacyjne plany. Ale ile z nich wyjdzie, to się okaże dopiero :) No bo chcę w końcu tego htmla popchnąć, i Szkołę Fotografowania z Nationale Geographic skończyć. I za angielski się zabrać. I dokończyć Mistrza Klawiatury. I pograć w Harrego Pottera najnowszego. I dokończyć starszego. I na listy poodpisywać. i zrobić porządek w szafach. No i pokoik dziecinny urządzić + umeblować duży, i wyprawkę kupić. Ech…pracowite wakacje to mają być. Ciekawe jakie będą naprawdę :)