Koniec wakacji – naprawdę!

Ostatnio sporo się działo. Z pieluch Miśka zostały jedynie resztki, które zakładamy jeszcze na noc, choć co raz częściej rano budzi się „na sucho”. Ogólnie cała sprawa poszła niesamowicie gładko i sprawnie. Mikołaj załapał w ciągu weekendu o co chodzi, motywatory w postaci żelków były w robocie przez kilka pierwszych dni, po tygodniu udało mu się uzbierać prawie całą tablicę magnesików, co wymienione zostało na kasę tesco. Trochę się zastanawialiśmy, czy po otrzymaniu zabawki nie zacznie z powrotem lać, gdzie popadnie (że niby motywacja mu spadnie), ale nie. Ogólnie pięknie woła jak chce siku i kupę, wpadki praktycznie mu się nie zdarzają, choć pewnie nie raz jeszcze się coś przydarzy przez zapomnienie :) Jesteśmy niesamowicie z niego dumni :)

Co do jeszcze nowszych nowości, to dostałam pracę! Okazało się, że to 150 CV, które wysłałam do wszystkich podstawówek i gimnazjów we Wrocławiu przyniosło efekt w postaci jednej propozycji, którą też przyjęłam. Uczyć będę w Gimnazjum nr 1, informatyki, rzecz jasna. Być może zostanę też wychowawcą jednej z klas, ale to się jeszcze rozstrzygnie. Będę mieć około 13-14 h w tygodniu. Reszty dowiem się prawdopodobnie w środę, bo od wtedy zaczynam :) Jestem pełna entuzjazmu i pozytywnych myśli, mam nadzieję, że sobie poradzę zarówno jeśli chodzi o kwestie merytoryczne, jak i pedagogiczne. Muszę!

Cóż jeszcze… Mikołaj ostatnio zmienił swe bajkowe preferencje. Obecnie na tapecie, zamiast „Aut” jest… Shrek. Chce oglądać go codziennie. Zdarza mu się nawet biegać po domu z tekstami typu: „Niebieski kwiat i kolce… niebieski kwiat i kolce”, „Królewna Fiona”, tudzież „Wiesz, Shrek…” :) W sumie to dobrze, że mu się horyzonty poszerzają ;)

Mikołaj dziś wreszcie sam zacytował nam cały fragment piosenki. Zazwyczaj trzeba było mu podpowiadać, tymczasem dziś, ni z tego, ni z owego, zaśpiewał całe „Jedzie pociąg z daleka” :)

W przyszły poniedziałek czeka mnie jeszcze egzamin. W sumie to dwa – z normy psychicznej i normy językowej. Do obydwu trzeba mieć nagrany filmik z wypowiedziami dzieci w wieku przedszkolnym. Filmik już mam, muszę tylko zająć się kwestią merytoryczną – czyli w skrócie – nauczyć się o nim mówić słów kilka i ogólnie przyswoić obydwie normy. Z językową nie powinno być problemów, natomiast jeśli chodzi i psychiczną i Piageta, to różnie to czuję. No, ale zobaczymy, jak będzie. Oby było dobrze.

No i tyle na dziś. Dobranoc.

P.S. Nowe foty z przedszkola

Wpis na dobranoc

Miałam już to zrobić kilka razy, ale ciągle zapominałam. Wrzucam dziś teledysk Lady Gagi „Paparazzi”. Tak, wiem, stara piosenka. Ma pewnie rok, albo coś koło tego. Nie jestem fanem Lady Gagi, nie znam szczegółowo jej twórczości, czytam od czasu do czasu co piszą o niej na plotku, ale nie wzbudza we mnie emocji. Jedni ją lubią i uważają za megagwiazdę, doszukują się godnej następczyni Madonny (w kwestii kostiumów i show ma na to spore szanse), inni mówią, że jest kiczowata i skandaliczna. Nie obchodzi mnie to. Obchodzi mnie ten jeden teledysk. Ta jedna piosenka – majstersztyk popowej popeliny. I rewelacyjnie zrobiony do niej film. Tylko tyle :)

Z innej beczki – trening czystości Miśka idzie dobrze, dziś zaliczył jedną wpadkę przed samym spaniem, bo tak się zagłębił w zabawie na balkonie, że nie zdążył :) Dziś też dostał tylko jednego „żelka-motywatora” (kto czytał wczoraj, ten wie) na koniec dnia jako nagrodę za wszystkie udane „posiedzenia”. Dalej przyklejamy magnesiki, bo przecież kasa z tesco czeka w szafie :)

Do następnego!

Żegnaj, pielucho!

Wczoraj pozbyliśmy się z Miśkowego tyłka pieluchy. Oczywiście na razie na dzień, bo, jak wiadomo, na suche noce jeszcze trzeba poczekać, a budzenie dziecka w środku nocy po to, żeby się wysikało, uważam, póki co, za znęcanie się ;)

Przyznam, że trochę obaw mieliśmy, bo do tej pory jakoś Misiek nie był w ogóle chętny, żeby na nocnik siadać (nakładkę też testowaliśmy bez skutków), ani żeby choćby o nocniku rozmawiać. Ale stwierdziliśmy, że póki jeszcze ciepło i póki wyjazdy wakacyjne nam się skończyły, czas zrobić ten wielki krok. W czwartek i piątek Misiek był przygotowywany – jeszcze z pieluchą na tyłku, ale wysadzany kilka razy dziennie, co prawda bez skutków, ale już mniej niechętnie.
Wczoraj, natomiast, pożegnaliśmy się z pieluszką na dobre. Wcześniej zaopatrzyliśmy Micha w milion par gatek i zabraliśmy się do dzieła. Jako zachęta i motywacja służą nam niewielkie słodycze – żelki. Za każdy pełny nocnik jest słodkers. O dziwo, Michu tak szybko załapał sygnały swojego organizmu, że chce mu się siku, że dzisiaj nie było żadnej wpadki, a wczoraj (czyli pierwszego dnia) dwie tylko. Nawet kupsko, zarówno wczoraj jak i dzisiaj, wylądowało gdzie trzeba :)

Poza żelkami, które wkrótce będziemy ograniczać, ma Mikołaj dodatkowy system motywacyjny. Za każdy pełny nocnik otrzymuje magnesik. Gdy uzbiera ich dużo (założyliśmy mniej więcej, że będzie to cała pełna tablica, czyli około tygodnia treningu, coby się utrwaliło) zamienimy je na supernagrodę, którą jest zabawkowa kasa fiskalna zakupiona wczoraj w tesco.

Najbardziej cieszy mnie, że Mikołaj tak szybko załapał, że ma wołać, jak mu się chce na nocnik. Czasem nawet nie zdążę się spytać, a on już sam woła, że chce. Mam tylko nadzieję, że nie będzie jakiegoś regresu drastycznego i że dalej pójdzie tak, jak teraz i lepiej. Trzymajcie kciuki nadal :) A za trzymane do tej pory – dzięki! :)

Dodatkową zachętą okazało się specjalnie przygotowane dla nocnika miejsce. Oczywiście w łazience, bo nie jestem zwolennikiem smrodzenia „na salonach” ;) Wymagało to trochę nowej organizacji, ale się udało. Michu zadowolony – ma swój kącik „nocnikowy”, włącznie z własnym papierem i koszykiem z książeczkami do czytania „na posiedzeniu”. I póki co – daje radę :)

Czy już wspominałam, że jesteśmy bardzo dumni z naszego dziecka? :)

No i w miarę na bieżąco

Zaległości już prawie nadrobione :) Jeszcze tylko kilka słów „ogólnych” i można iść spać.

Zacznę od tego, że zaczęliśmy się z Mariuszem ruszać więcej niż dotychczas. Brzmi zabawnie :) Ale na serio – ja staram się biegać w miarę możliwości codziennie wieczorem, a Mariusz jeździ na rowerze. W ramach społecznego ekshibicjonizmu umieszczamy nasze trasy na facebooku przez aplikację endomondo. Całkiem sprytna rzecz – odczytuje z gpsa trasę, oblicza odległość, spalone kalorie itd.

Michu coraz więcej mówi. Zaskakuje nas różnymi śmiesznymi tekstami, często gdzieś zasłyszanymi, ale częściowo tworzy je sam. Można prowadzić już z nim całkiem ciekawe dialogi „na poziomie” ;) Z dzisiaj na przykład:
M(ikołaj): Gdzie tata?
J(a): W pracy.
M: Dlaczego?
J: Bo ktoś musi zarabiać pieniądze.
M: Z bankomatu?
J: Nieee, żeby pieniądze były w bankomacie trzeba je najpierw zarobić w pracy.
M: Dlaczego zarobić?
J: Żeby można było za nie kupić jedzenie i picie.
M: Dlaczego?
J: Bo ktoś kiedyś tak ustalił, że za jedzenie i picie płaci się pieniędzmi.
M: Ja lubię bankomat!

Przyznacie, że takiej puenty się nie spodziewaliście ;)

Jednym z ulubionych słów stało się też „naprawdę”. Jak tylko się coś Michowi mówi, to on na to: „Naprawdę???”. I szczerzy zęby na całego :)

Poza tym jest mnóstwo innych tekstów trafnie pasujących do danej sytuacji. Pięknie opanował wszystkie „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam”, „dzień dobry” itd. I „nie ma za co” ;) Ostatnio, gdy za coś Michowi dziękujemy to on na to jednym ciągiem: „proszę, nie ma za co” :) Śmieszny ten nasz Misiek kochany :)

W ostatnim czasie Misiek zaczął nam opowiadać o zabawach z kolegą o imieniu Oli. Pierwszy raz w sumie użył jakiegoś imienia odnośnie dzieci. Bo zawsze opowiadał, że w przedszkolu były „dzieci”, ale nigdy konkretne. A teraz bawi się z Olim. Podobno bawią się „supercyframi” (jedna z ulubionych bajek Miśka ostatnio), choć czy to prawda na razie jeszcze nie jestem w stanie zweryfikować. Ale że bawi się z Olim to już zweryfikowane :)

Ponadto określanie jasnych zasad daje rezultaty. Misiek coraz ładniej zjada posiłki – i w domu, i w przedszkolu. Przedwczoraj na przykład sam zameldował mi, że zjadł drugie danie w przedszkolu. Pytam się go co było, a Misiek na to, że naleśniki. Yyyy – tu był mój pierwszy szok (Michu nigdy nie chciał tknąć naleśników). Kolejne moje pytanie: z czym naleśniki? Z dżemem – odpowiada dziecię. I tu w ogóle musiałam szczęki na podłodze szukać, bo dżem do tej pory kojarzył się Michowi z tym, co najbardziej obrzydliwe. Oczywiście, jako zły rodzic, nie uwierzyłam od razu (choć nie pokazałam tego Michowi). Mariusz też zwiększył moje wątpliwości stwierdzając, że to musi być ściema. Więc dzisiaj pytam w przedszkolu opiekunek, a one potwierdziły, że tak, Michu pożarł naleśniki z dżemem w całości, a co więcej, dzisiaj zjadł też placki ziemniaczane :) Wczoraj natomiast zjadł jajecznicę przeze mnie przygotowaną. Uważam więc, że ostatnio w dziedzinie jedzenia idzie nam zupełnie dobrze.

Od soboty zdejmujemy Michowi pieluchę. Jutro i w piątek robimy przygotowanie – razem z przedszkolem, które się włącza w akcję, a w sobotę zdejmujemy na dobre na dzień. Trzymajcie kciuki, żeby dobrze i sprawnie poszło :)

Michu się ostatnio rozśpiewał. Najpierw zaczął od prostego „Tata, sialala”, po czym zaczął przynosić fragmenty piosenek z przedszkola i tych, które słuchamy w domu. Wyśpiewuje więc sobie różne frazy, praktycznie wszystkie na jedną melodię (bo melodia jakaś tam jest, ale nie jego wina, że słuch po tacie odziedziczył ;)) i ma z tego niezłą radochę, a my razem z nim :)

I to chyba na tyle dzisiaj. Wystarczy, bo już późno. I tak opublikuję jutro, bo mi się już nawet sprawdzać nie chce… Do następnego, zatem! :)

Na koniec tradycyjne już filmiki.

Pierwszy na dowód, że Michu śpiewa ;) To pierwsze próby, bo późniejsze mogliście widzieć już we wpisie o Kołobrzegu:

Tutaj Michu w butach Mariusza. Taki tam przerywnik artystyczno-kinowy ;)

I na koniec zupełny hit. Zabawa tematyczna w sklep. Albo raczej w kasę w supermarkecie – podpatrzona i przedstawiona po powrocie z Auchan któregoś dnia ;)

Śpiąco…

Cały dzień jakiś taki śpiący. Dość mam już zimy. Zimo, precz!

Co do Miśkowych ekscesów z nocnikiem i siusiuaniem, to na razie bez większych efektów. Siadać siada, wołać woła (po fakcie), ale póki co to mało skutecznie. Nawet przed kąpaniem, jak puszczam wodę do wanny. Ale się nie poddajemy. Koniec końców kiedyś zaskoczyć musi. W razie czego mamy już 22 pary majtek :)

Misiek się rozgaduje. Coraz więcej stara się po nas powtarzać, czasem nawet dość podobne do naszych słowa mu wychodzą. Z nowości to na przykład słowo „ciuci”, które oznacza „ciuchcia”. Czasem wychodzi też Michowi „ciacio”, co z kolei znaczy „ciastko”. Poza tym od kilku dni Michu notorycznie mówi „no” na widok znaku drogowego informującego o przejściu dla pieszych. Nie jestem w stanie zgadnąć, dlaczego to ma być „no”. Myślę, że z tą tajemnicą Michu pójdzie do grobu, bo przypuszczam, że jak już będzie na tyle duży, żeby umieć nam wytłumaczyć owo enigmatyczne „no”, zapomni co to znaczyło… Jedyne, jakieś nikłe skojarzenie, to takie, że ten znak jest niebieski z czarnym ludzikiem i być może kojarzy się Michowi z „NooNoo” – tym niebieskim odkurzaczem z Teletubisiów. Ale głowy za to nie dam. Zresztą, wtedy to raczej Michu mówiłby zwyczajnie „Noonoo”, bo jak widzi ten odkurzacz, to tak właśnie woła.
No i jeszcze doszło słowo „jajo”, z radością używane na widok jajka z niespodzianką.

W przedszkolu coraz lepiej. W tym tygodniu obyło się w ogóle bez płaczu. Do tego Michu zjadł wszystkie trzy obiadki (w tym pierogi ruskie!!!! – pierwszy raz w życiu), w dodatku włącznie z zupą. Pięknie też zaczyna integrować się z grupą. W środę to nawet usiadł razem z dziećmi na poduszkach podczas czytania książeczki. To w ogóle sukces, bo Mikołaj z reguły był na „nie”, jeśli chodzi o czytanie i oglądanie książek.

No i poza tym Mikołaj rozwija się plastycznie. We wtorek malował znowu paluszkami na zajęciach logopedycznych – bez oporów. Poza tym widać po jego rysunkach przedszkolnych, jak się rozkręca – coraz więcej zamalowuje, kreski są coraz mocniejsze. W tym tygodniu dostaliśmy od Misia piękne walentynkowe serduszko, które dumnie zawisło u niego w pokoju pod zegarem. Mikołaj jest bardzo dumny ze swoich prac. I widać, jak bardzo cieszy się, że nam się podobają. Kochany Miś :)

Mikołaj rozróżnia litery: A, M, V, O oraz cyfry: 0, 2, 3. Z jedynką jest jeszcze kłopot. Trójka też czasem mu się pomyli, ale stosunkowo rzadko. Natomiast dwójkę rozpoznaje wszędzie. Poza tym nauczył się w końcu pokazywać dwa na palcach (co wałkuję od drugich urodzin). Oto dowód:

Cóż, jedni pokazują „pięć piw”, a Michu „dwa faworki” ;)

Mikołaj ostatnio przeżywa fascynację wszelkimi miksturami kosmetycznymi, do jakich tylko uda mu się dotrzeć. Z półek w łazience musiały więc poznikać co droższe kremy, perfumy czy pasta do zębów, bo nie można było być pewnym ich spokojnej przyszłości. Któregoś dnia dałam Michowi jego krem bambino i oto, co z tego wyszło:

Przyznać trzeba, że to też kolejny powód do radości. Przypominam sobie bowiem, gdy rok temu zaczęliśmy chodzić na zajęcia logopedyczne i któregoś razu p.Asia dała dzieciakom różne pachnące kremy, by sobie ręce nimi trochę pobrudziły. I pamiętam ryk Miśka, który za Chiny nie chciał zanurzyć choćby paluszka. A teraz… Teraz to Ameryka! :)

W ubiegłą niedzielę udało nam się dotrzeć do aquaparku. Misiek się nabiegał, w związku z czym, jak potem podjechaliśmy jeszcze do małpiego gaju w Arkadach, prawie nie miał siły się tam bawić. Ale w domu jakimś cudem wielkim się zregenerował i nie chciał spać w południe. W sumie, to nie pamiętam już chyba, kiedy Misiek ostatnio zasnął w ciągu dnia. Dzięki temu wieczorem jest gotów do spania po 19.00, co daje nam godzinę więcej czasu :)

Dzisiaj, z okazji jutrzejszych walentynek, małżonek zaprosił nas rodzinnie na lody do Grycana. Michu, który ostatnimi czasy bardzo polubił lodziarnię, wybrał sobie deser pt. Motylek. Za każdym razem wybiera inny i, o dziwo, zjada prawie wszystko. Żarłok się z niego zrobił :)

Mamy zdjęcia z pierwszego balu Miśka. Dziś p.Agata z Zaczarowanej Krainy przysłała je mailem. Widać, że Miś bardzo dobrze się bawił :)

pirat

To chyba na tyle. Nie wiem, czy wspomniałam o wszystkim, o czym chciałam. Najwyżej dopiszę, jeśli mi się coś przypomni. Miłej niedzieli Wam życzę!

M jak Majówka ;)

Mariusz stwierdził, że taki tytuł bloga źle się kojarzy :) Chyba trochę ma rację, bo od razu na początku utknęłam z pisaniem i nie wiem, od czego by tu zacząć. No to może od tej Majówki na M ;)

Pogoda była śliczna, więc postanowiliśmy to wykorzystać. Mariusz zrobił wcześniej mały rekonesans co do imprez majówkowych na Dolnym Śląsku. Wyszło nam, że najciekawiej może być w Kliczkowie (Majówka Rycerska) i na zamku Książ (Festiwal Kwiatów i Sztuki). No więc klamka zapadła, pojechalim. 1 maja spędziliśmy w Kliczkowie. To była chyba jedna z najciekawszych majówek do tej pory, jakie spędziłam. Nie sądziłam, że spodoba mi się klimat rycerski, a tu niespodzianka! Zabawa była przednia! Co prawda nie udało nam się zwiedzić zamku jako takiego (z Miśkiem to ciężko, bo po schodach w zamku się nie da wózkiem), ale za to na terenie wokół zamku było sporo ciekawych imprez z udziałem rycerzy i dam dworu. Ludzie świetnie poprzebierani. Widać było dbałość o każdy szczegół w stroju. Do tego sporo straganów (czyli to, co Zosia lubi najbardziej :)) z różnego rodzaju ciekawymi przedmiotami, strojami itd. Przy tej okazji zakupiliśmy sobie figurki rycerza i księżniczki (na pamiątkę dla Miśka) oraz po świetnym, ręcznie robionym i wypalanym, kubku.

Jedyną chałą było żarcie. Widać było, że firma obsługująca tzw. stoiska z grillem nie wyrobiła się z ilością. W związku z tym dowieziono gotowe żarcie z Wrocławia (małżonek stojący w kolejce widział). To żarcie było w takim stanie, że szkoda gadać. Frytki tak napite olejem, że poszły całe do kosza (a kupiliśmy je z myślą o Miśku), gyros też, karkówka, którą jadł Mariusz w połowie też w koszu wylądowała, bo generalnie wyglądała i smakowała jak podeszwa. Jedyne, co dało radę to pajda chleba ze smalcem. Przynajmniej tym się zapchaliśmy. Wiemy już, że na majówkę do Kliczkowa trzeba zabierać własny prowiant, bo szkoda pieniędzy na coś, co się wyrzuca do kosza po zamówieniu.

Książ. Wreszcie tam dotarliśmy. Już chyba ze dwa lata się wybieraliśmy, by zwiedzić ten zamek. Niestety, tak, jak Kliczków zrobił na nas od razu świetne wrażenie, tak majówka w Książu to było nieporozumienie. Sam zamek śliczny, teren wokół zamku również. Nawet nie udało nam się całego obejść, taki wielki. Ale tłum, jaki tam tego dnia spotkaliśmy przeszedł nasze wyobrażenie. Do tego najgorsze były stragany z mydłem i powidłem (dosłownie i w przenośni) rozstawione przy leśnej ścieżce wiodącej do zamku. Wyglądało to co najmniej jak stragany w Częstochowie. Pełno plastiku, sztucznych kwiatów, dziwnych ubrań za 5 zł i tandetnych zabawek. Widok podróby teletubisia oraz dmuchanego Kubusia Puchatka (że to Puchatek doszliśmy do tego po kolorach ubranka, bo generalnie wyglądał jak krzyżówka świni z ufoludkiem) dopełniał całości kiczu.

Na zamku zastaliśmy już ten właściwy Festiwal. Ufff… Bo już miałam stres, że te stragany z plastikiem to ta „sztuka”… Na dziedzińcach porozstawiane były stoiska z różnymi sadzonkami i krzakami (trochę sobie inaczej to wyobrażałam, liczyłam na stoiska z kwiatami w stanie bardziej ciętym niż w nasionach i cebulkach ;)). Do tego pełno różnego typu sponsorów-ściemniaczy wciskających, że ich bank jest najlepszy, ich ubezpieczenie jest najkorzystniejsze i ich samochód jest najbezpieczniejszy. Ech…

Na szczęście nie wszystko było do d… Małżonek posiedział na ławeczce z Miśkiem a ja poszłam zwiedzać wnętrze zamku. I okazało się, że to był dobry pomysł, bo tam wreszcie znalazłam to, czego się spodziewałam po tym rozreklamowanym festiwalu. Komnaty zamkowe były wystrojone pięknymi bukietami różnym pracowni florystycznych. Do tego na korytarzach rozstawiono stoiska ze sztuką użytkową i biżuterią. Nabyłam więc kolejnego anioła do kolekcji :) Zrobiłam kilka zdjęć i wróciłam do moich dzielnych chłopaków. Potem zeszliśmy do ogrodów zamkowych. Tam Misiek miał raj. Wyjęliśmy go z wózka, w związku z czym Michu zaraz przeszedł na czworaki. Ponieważ nie było tam trawy (to znaczy była, ale tylko taka do podziwiania), więc dziecko nasze odkryło kamyki. A z kamykami można robić różne fajne rzeczy. Na przykład można je wkładać na murek, a potem zrzucać. Albo wrzucać do fontanny. Można je też lizać, ale wtedy mama krzyczy :) Największą frajdą były właśnie fontanny. Misiek nie przepuścił żadnej – przy każdej trzeba było postać kilkanaście minut, by Michu mógł nawrzucać do niej kamyków. Oczywiście każde odejście od fontanny kończyło się histerią i wyciem. Co za Misiek :)

W skrócie naszą majówkę można uznać za bardzo udaną. Do Kliczkowa na pewno jeszcze pojedziemy, i to właśnie też na Majówkę Rycerską, bo warto. Do Książa pojedziemy również, ale na pewno nie na majówkę tudzież inny festiwal, bo nie warto. Po Książu czujemy niedosyt. Tam trzeba pojechać na cały dzień, w zwykłą niedzielę, bez kilkudziesięciu tysięcy ludzi, i spokojnie pozwiedzać i pospacerować. Bo teraz się nie dało.

Cóż poza tym? Dziś byłam z Michem u kardiologa na badaniach kontrolnych. Przedsionki jeszcze nie zrośnięte, ale szpara jest na 2mm, więc malutka, a że serce rośnie, więc jakby się zmniejszała. Poza tym tej wielkości szpara nie przeszkadza w niczym. No chyba że Michu za 20 lat zamarzy sobie zostać nurkiem. Wtedy, jeśli mu się jeszcze do tego czasu nie zrosną, to mu założą jakiegoś klipsa czy coś w tym stylu. A zresztą, nie będą mu musieli zakładać, bo już ja mu wybiję z głowy nurkowanie ;)
Do ponownej kontroli mamy zgłosić się dopiero za rok.

Minione ciepłe dni (od przedwczoraj pogoda zbrzydła nagle) wykorzystywaliśmy na spacerki do parku i piaskownicy. Michu co prawda stracił zainteresowanie piaskiem, ale bardzo chętnie poczyniał różnego rodzaju samodzielne ekspedycje. Generalnie po każdej takiej wyprawie Michu nadawał się do wrzucenia do wanny razem z ciuchami. Taki był brudny. Ale nie ma co się dziwić, w końcu raczkowanie po trawie w parku i kamieniach przy huśtawkach musiało dać taki efekt. Mieliśmy nawet raz z Mariuszem parcie, by zabrać ze sobą koc, położyć Micha na kocu a my paletki i jazda grać. No ale doszliśmy do wniosku, że to się nie sprawdzi. Koc by leżał, paletki też, a my i tak biegalibyśmy za Miśkiem po okolicy. Taki się z niego wycieczkowicz zrobił :) Byle go jakieś kleszcze nie zaatakowały, to będzie dobrze. Mieliśmy go zaczepić, ale był chory, a potem już było podobno za późno. W przyszłym roku trzeba będzie pamiętać.

Jutro idziemy do szczepienia. Przypominająca dawka infanrixu hexa po roku. Jeszcze zostaną nam pokemony (pneumokoki znaczy się) i chyba koniec na ten rok. O ile czegoś nie kręcę. W ogóle byłam u pediatry jakiś czas temu w związku z kartą wypisową, która przyszła ze Szczecina po badaniach krwi zleconych przez dr Hnatyszyn. Pediatra kazała odstawić witaminę d (to zrobiłam już wcześniej, sugerując się zaleceniami z karty) i dała skierowanie do poradni endokrynologicznej. Mają tam dalej badać Miśka pod względem przekroczonego poziomu witaminy. No ale dodzwonić się tam strasznie ciężko. Jak tak dalej pójdzie to trzeba będzie się osobiście pofatygować i zapisać.

W przyszłą środę idziemy na wizytę kontrolną do dr Dołyk, neurolga. Zobaczymy, co powie. Michu nadal nie chodzi samodzielnie. Nawet się za to nie zabiera jeszcze. Nasze próby zachęcenia go nie dają żadnego efektu. No zobaczymy. Pewnie trzeba będzie zrobić rezonans. Jeśli dr Dołyk nam go nie zleci to pewnie zleci go dr Hnatyszyn, bo jakoś słabo możliwe jest, by Michu przez miesiąc zaczął płynnie chodzić. Jeśli się w ogóle nauczy samodzielnie chodzić przez ten miesiąc, to będę uważać to za duży sukces.

No, ale w innych sprawach Michu jest mistrzem :) W ciągu kilku zaledwie minut załapał na czym polega picie przez słomkę. Mimo że nic na to nie wskazywało, że rozumie jak to się robi. A tu dzielny chłopak po kilku demonstracjach mamy i przy kupie śmiechu nagle pokazał, że sam też potrafi! Tak samo było z jeździkiem. Posadziłam go któregoś dnia i pokazałam jak zejść. Po chwili Michu pięknie przełożył nogę i usiadł. W ten sam sposób zszedł po chwili. I nawet sam wykombinował, że jak się chwyci kierownicy z dwu stron, to mu się nie wykopyrtnie :) Do tego wszystkiego zaczął się na jeździku przemieszczać. Co prawda odpycha się na razie do tyłu, ale i tak zuch chłopak!

Nasze częstsze wizyty na pływalni dają zamierzony efekt. Michu przypomniał sobie, że można pływać. Co prawda z koordynacją rąk i nóg jest jeszcze kiepsko, ale nie można mieć wszystkiego od razu. Jakby na to nie spojrzeć, Michu ma dopiero 17 miesięcy. Wiele dzieci w jego wieku jeszcze nigdy na pływalni nie było. A nasze dziecię potrafi już utrzymać się samodzielnie w rękawkach i kółku na wodzie, w samych rękawkach też już kombinuje. Powoli oswaja się z deseczką – że jak nie ma mamy, to się trzeba deseczki chwycić. Cały czas ćwiczymy też przemieszczanie się. Coraz lepiej mu wychodzi. Czasem zdarza mu się przepłynąć bez mojej pomocy kawałek :) W ogóle Misiek kapitalnie oswojony jest z wodą. Wie co robić przy nurkowaniu, żeby się nie zakrztusić. Nie robi tragedii gdy mu ktoś na gębę nachlapie. Przy niespodziewanych podtopieniach tez świetnie sobie radzi. Wodę jednym słowem uwielbia. I chwała nam za to! Moim plecom w szczególności, bo nie ma co ściemniać – każda wyprawa z Michem na basen to dla mnie niezła fizyczna robota. Ale jak widać efekty, to i strzykanie w krzyżu mniej przeszkadza ;)

W ogóle to Michu na basenie znalazł sobie kilka nowych atrakcji (mam na myśli aquapark, bo tam jest puszczany w miarę swobodnie). Pierwsza to łażenie wzdłuż basenu z falami. Puszcza się go przy jednym końcu, a Michu sobie wędruje po brzegu basenu, chlustany falami, na drugi koniec. Przy okazji tej wycieczki staje na kilka minut przy ratowniku i szczerzy do niego zęby. Autentycznie. Aż mi czasem głupio :) Bo Michu centralnie siada na klęczkach przed panem/panią, zadziera głowę i strzela swój uśmiech pod tytułem „policz wszystkie moje 20 zębów”. Ratownik ma polew, czym utwierdza Miśka w przekonaniu, że ma tak dalej stać i się szczerzyć. Ech… ;)

Dalej, atrakcyjna jest zjeżdżalnia przy brodziku. Tu już moje ręce i plecy po kilku zjazdach odmawiają posłuszeństwa. Niestety Michu też posłuszeństwa odmawia i nie chce słyszeć, że ze zjeżdżalni na dziś koniec.

Kilka razy, od kiedy zrobiło się ciepło, wyszłam z Miśkiem na basen zewnętrzny. Woda jest w nim podgrzana, tyle, że jest się na dworze. Zazwyczaj wychodzimy na zwykły basen, ale ostatnio poszliśmy do solanki na zewnątrz. No i tu Michu czuł się jak na uczcie – jak tylko spróbował, że woda jest słona, to nie było siły – cały czas ją chłeptał. Bleee :)

Misiek ma swojego ulubionego pluszaka. Wiem to na pewno. Jakiś czas temu myśleliśmy, że takową rolę spełnia kaczuszka. Ale zauważyłam, że jak jej nie ma, to generalnie Michu tego jakoś szczególnie nie zauważa. Natomiast teraz jest inaczej. Mikołaj na Wielkanoc dostał pluszowego pieska od szczecińskiego zajączka. Piesek od razu przypadł mu do gustu. Na początku nie kładłam mu go do łóżeczka na czas spania, bo wydawał mi się za duży. Aż tu pewnego dnia moje dziecko przed spaniem pokazuje na pieska. Podałam mu go i od tego czasu sprawa wygląda mniej-więcej tak: przed każdym zaśnięciem wszystkie „drobne” pluszaki zostają wyrzucone z łóżeczka, natomiast zostaje tylko piesek i poduszka. Mikołaj kładzie na materacu poduszkę, na podusi pieska, na piesku głowę i tak zasypia najczęściej. Piesek ani razu nie wylądował na podłodze. To w przypadku Miśka oznacza, że piesek ma specjalne względy :) Bardzo mi się to podoba :)

Ostatnio przeżyliśmy z Mariuszem chwilę grozy. Coś tam gadamy o obcinaniu włosów i mówię do Mariusza: „Trzeba Ci w końcu ogolić te kudły”. Na to Misiek, który bawił się obok, łapie się za włosy. Mariusz i ja w szoku. Skąd Misiek zna słowo kudły? Czyżby aż tak często padało w naszym domu, że je przyswoił? Od razu wniosek: trzeba się bardziej pilnować co do tego, co mówimy przy Miśku, bo zaczyna coraz więcej łapać. Któregoś dnia nas skompromituje ;) Na szczęście następnego dnia okazało się, że musiał to być przypadek. Kilkukrotnie pytany gdzie są kudły Misiek nie potrafił pokazać. Całe szczęście. Co prawda niby nic to strasznego, takie kudły, ale wolałabym, aby nasze dziecię choć trochę potrafiło wysłowić się poprawnie ;) Nie tak jak mama i tata ;)

Zaczęliśmy sadzać Miśka na nocnik. Po tygodniu udało się raz wysikać, przy czym Michu nawet tego nie zarejestrował chyba. Z konkretami jest gorzej, bo Michu zazwyczaj robi kupajcę jak śpi. Jak go rano wyciągam z łóżka to już jest po wszystkim. No, ale może kiedyś uda się trafić na czas w nocnik i zakuma :)

To chyba tyle. W galerii są zdjęcia z Kliczkowa i Książa. I jeszcze chyba jakieś Mikołajowe, o ile dobrze kojarzę. Zapraszam serdecznie :)

P.S. Jakiś czas temu pisałam o uwielbieniu Miśka do pisania. Oto dwa dzieła, jedne z pierwszych :) Dla wnikliwych – na tym drugim to kółko jest mojego autorstwa. Miś jeszcze nie „kółkuje” :) A trzeci obrazek to listy napisane przez Tosię, by Zajączek nie pomylił się z włożeniem prezentów do koszyczków :)

Skrót wydarzeń ostatniego miesiąca

Dłuuugo nie pisałam. Nawet nie sądziłam, że ostatni wpis jest sprzed miesiąca. Zapuściłam się.
W ogóle to dziś dotarło do mnie, że mój blog istnieje już dwa lata! Ale ten czas leci. Dwa lata już czytacie te moje wypocinki. Dzięki Wam za to serdeczne :)

Tak nie bardzo już wiem, czego nie wiecie, a co już wiecie. I nie bardzo pamiętam już, co się wydarzyło przez ten miesiąc… No ale postaram się przypomnieć sobie kilka wydarzeń :)

Może zacznę od Wielkanocy. Pojechaliśmy do Szczecina, jak już niektórym wiadomo. Święta super, rodzinne i z ładną pogodą. Do Tosi i Mikołaja przyszedł w nocy Zajączek i zostawił prezenty w koszyczkach, które dzielnie zrobiła Tosia. Misiek jeszcze nie bardzo czaił, o co chodzi z szukaniem koszyczka, ale generalnie widać było, że z prezentów był zadowolony :) Najbardziej to chyba z pluszowego psiaka, który zaczyna wypierać ulubioną kaczuszkę. Pies jest w chwili obecnej najczęściej duszoną i przytulaną zabawką. Kaczuszka pewnie odsapnęła ;) Poza tym trafnym prezentem okazał się zestaw plażowy złożony tradycyjnie z masy foremek, łopatki, grabek, wiaderka i jakichś innych piaskowych niezbędników. Przydały się wszystkie w Lany Poniedziałek, gdy pojechaliśmy nad morze na kilka godzin. Tak swoją drogą, to Michu na plaży dostał prawie kociokwiku mózgu ze szczęścia. Tyle piasku na raz! Nie bardzo pamięta morze sprzed roku. Zresztą, było wtedy zimno i nie dało się go położyć na piachu. No to teraz nadrobił straty. Gdy po 1,5h zbieraliśmy się do powrotu to był straszny płacz. W ogóle to na początku Michu był bardzo ostrożny, jeśli chodzi o poznawanie okolicy – siedział grzecznie na kocu i tylko łopatką grzebał w piasku. Ale po jakimś czasie to go już trzeba było szukać i gonić po plaży, tak nam się dziecko rozbestwiło :) Sama radość!

Kolejna atrakcja Szczecina to pies. Michu z psem w dobrej komitywie. Indiana o Micha czasem zazdrosna, ale generalnie chyba go bardzo lubi, bo Michu stanowił dla niej źródło dodatkowych przekąsek. To znaczy, nie chodzi tu bynajmniej o to, że Indi go podgryzała, ale o to, że porywała Michowi wszystko, co mu dawałam do ręki, by jadł. Taka pasożytnicza przyjaźń między naszymi czworonogami ;)

Michu w ogóle to bardzo ładnie dawał rade na wyjeździe. Dość ładnie spał, nie był marudny, bardzo się ośmielił. Widać postępy :)

Co do samego Micha… Sporo się nauczył w ostatnim czasie. Rozgadał się wreszcie. Może nie do końca zrozumiale, bo nawija po swojemu, ale „mama”, „tata” i „baba” mówi już bardzo świadomie. Czasem zdarza mu się coś po nas powtórzyć, ale robi to tylko raz. (W sumie nie wiem dlaczego. Przecież powtórzenie słów: prognoza pogody, infantylizm oraz niesubordynacja w wieku 16 miesięcy powinno iść jak po maśle ;))) Po proszony o kolejne powtórzenie zawstydza się i zaczyna gadać po swojemu. No ale idzie do przodu, to najważniejsze. Czekam dziś na książkę z GWP z zabawami logopedycznymi, może będzie coś fajnego, co nam jakoś pomoże lepiej ćwiczyć mowę.

Michu zrobił się w ciągu ostatniego miesiąca bardzo powtarzalski, jeśli chodzi o czynności życia codziennego. Notorycznie pokazuje już części ciała, o których się mówi. Nawet jeśli nie mówi się do niego, tylko na przykład powiem: Byłam u fryzjera podciąć włosy, to Michu zaraz się maca po głowie i pokazuje gdzie ma te krzywo opitolone przeze mnie kudły :) Pięknie nauczył się pokazywać jaki jest duży i jakie coś jest dobre. Ciągle myli serduszko z brzuszkiem, ale wcale mu się nie dziwię :) Gdy jest w łazience to koniecznie musi dostać grzebień, żeby się nim uczesać i bardzo ładnie pokazuje jak się myje rączki. Zresztą, przy okazji powrotu ze Szczecina przez Niemcy wstąpiliśmy do Berlina do mojego ulubionego centrum A10 i zakupiliśmy Michowi specjalny podest antypoślizgowy. Ma dwa stopnie. Co prawda Michu, ponieważ nie potrafi jeszcze samodzielnie stać i chodzić, nie wchodzi jeszcze na to sam, ale jak się go postawi sięga do umywalki w łazience. W związku z tym mycie rąk ćwiczymy teraz regularnie przy użyciu wody i mydła odstawiając mokre chusteczki. A największą frajdę sprawia mu wyciskanie mydła w płynie na rękę :)

Co do powtarzania, to zrobił się też z niego pomocnik przy sprzątaniu ;) Gdy wycieram kurze, albo przecieram lustra, Michu musi mieć swoją szmatkę i też czyści co się da. Zazwyczaj podłogę, albo lustro w swoim pokoju :) No i nie wystarcza mu już, gdy nałożymy mu pastę na szczoteczkę do zębów. Domaga się tubki, po czym dokłada sobie jeszcze pasty sam. Oczywiście to mały szczegół, że tubka jest zakręcona ;)

Miś nauczył się także posługiwać widelcem. Największa frajda z jedzenia obiadu jest wtedy, gdy może go zjeść samodzielnie. Bardzo to miłe :) Ile czasu przy tym zyskuję :) Gorzej jeszcze idzie z łyżką, ale liczę, że i to wkrótce opanujemy. Poza tym Michu ostatnimi czasy stał się bardzo owocolubnym. Na szczęście nie wychodzi mu żadna wysypka i może jeść bez przeszkód. Ostatnio pożera truskawki, kiwi i winogrona. Pomarańczą też nie wzgardzi. Zresztą, na razie nie odkryłam jeszcze owocu, którego Michu by nie zjadł. Nawet kwaśne mandarynki, których my nie daliśmy z Mariuszem rady zjeść, Michu wtrząchał aż miło.

Jednakże są też pokarmy, których nasze dziecię nie bardzo chce ruszać. Wczoraj na przykład pod żadnym pozorem nie dał się przekonać do naleśnika. Dotknął placem, zaczął obracać kawałek naleśnika w ręce i robił to z takim obrzydzeniem, że aż człowiekowi apetyt mijał. A przecież racuchy z jabłkami to wtrążala do oporu. Poza tym Mikołaj stwierdził widocznie, że on już nie jest taka mała dzidzia, co to może jeść niedoprawione rzeczy. Ostatnio dostaliśmy od teściów kilka słoiczków z obiadkiem Gerber, takich od 9 miesiąca, bo teść kupił teściowej, jak leżała w szpitalu. Nie zjadła, dała nam. Więc któregoś dnia pomyślałam sobie, że fajnie, mam gotowe żarcie dla Micha, to nie muszę robić obiadu. I zonk. Michu spróbował łyżeczkę i tyle. Nie byłam w stanie go przekonać. Nie ma lekko. Przyzwyczaił się do smacznego jadełka autorstwa mamusi (nie chwaląc się ;)) to teraz przegwizdane. Chcę czy nie chcę, ugotować muszę :)

Planujemy w najbliższym czasie nauczyć Miśka załatwiania chociaż grubszych spraw do nocnika. Chcemy zrobić to powoli i na spokojnie, żeby mu znowu zamętu nie wprowadzać. Czekaliśmy może długo, a może to w sam raz, ale wcześniej przy takiej ilości rehabilitacji, to nie bardzo było możliwe. Zresztą, nocnik byłby dla niego kolejnym stresem wtedy, a jak na swoje 16-miesięczne życie nasze dziecko miało już stresów sporo. Zobaczymy jak pójdzie. Miejmy nadzieję, że dobrze.

Ach, muszę jeszcze Wam napisać, że udało nam się znaleźć dla Micha opiekunkę! Ola, bo tak ma na imię, przychodzi raz w tygodniu na kilka godzin wieczorem, dzięki czemu możemy wreszcie swobodnie wyjść z Mariuszem do kina czy po prostu poszwędać się po mieście. Ekstra! Michu Olę lubi, Ola Miśka też, więc póki co wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Co do Miśka, to jeszcze jedną rzecz „opanował”. Dotarło do niego, że telefon nie służy już tylko do naciskania guziczków. Telefon przykłada się do ucha i coś się do niego mówi! Wiedzieliście? Nie??? No co Wy! To na szkolenie do Micha zapraszam ;) Miś przepięknie, od jakichś trzech tygodni, bierze telefon, przykłada do uszka i dzwoni do taty. Co temu tacie mówi, tego nie wie nikt, ale ważne, że mówi :) Zresztą, telefon może zostać zastąpiony przez każdy inny przedmiot. Jedno zdjęcie Michu nawet ma takie, jak „dzwoni” statkiem. Oczywiście też do taty. Do mnie prawie wcale nie zdarza mu się dzwonić. Widocznie ma z Mariuszem jakieś ważne sprawy do omawiania na bieżąco ;)

Misiek nareszcie zaczął się też konkretniej interesować obrazkami w książeczkach. Potrafi przysiąść ze mną dłużej niż minutę i bardzo jest zainteresowany tym, co widzi. Jak na razie dwie rzeczy są najbardziej zajmujące – pierwsza to książeczka z wierszykiem o Panu Hilarym. Jest tam jeden obrazek, który Michu wręcz uwielbia oglądać. Widać na nim Hilarego, który ROZMAWIA PRZEZ TELEFON!!! I wszystko jasne, prawda? Ale to nie koniec. Hilary ma przecież na nosie okulary, a na nogach skarpetki. Do tego obok stoi kot, lampa, a na ścianie wisi zegar. I wszystko to Mikołaj potrafi pokazać ku jego i naszej ogromnej radości. Ostatnio odkrył też, że Hilary ma uszy i nos, ale jak mu się mówi, żeby pokazał gdzie Hilary ma uszy i nos, to i tak pokazuje na sobie :) Dobre i to :)
Drugą ulubioną książeczką jest… rozkładówka kanałów z naszej telewizji kablowej :) To bije rekordy popularności. Trzeba mu będzie z Vectry przynieść nową, bo ta już jest zmacerowana maksymalnie :) Po pierwsze na pierwszej stronie widać tam wielkiego pilota do dekodera. No i to już jest początek ekstazy. A na następnych kilku stronach są nazwy kanałów, a przy nich tradycyjne logo każdego z nich. No i Mikołaj może to studiować pół dnia, te małe obrazeczki. A zapytany pokazuje logo tvn24, MiniMini i tvn Style :) Hahaha! Od razu widać, co starzy oglądają. Powoli zaczyna rozpoznawać też logo tv publicznej oraz zwykłego tvn-u :) „Miszczu” po prostu :)

Kupiliśmy Miśkowi nową spacerówkę-parasolkę. Coneco Jupiter. A może Saturn?… Nieważne. Bardzo miły wózeczek :) Miśkowi też w nim wygodniej, niż w poprzedniej parasolce, bo ma amortyzację na tylnych kołach i ogólnie więcej w niej miejsca.

Co jeszcze? Chyba tyle. I tak już masakrycznie dużo napisałam. To trzymajcie się i do następnego!

P.S. Polecamy jednogłośnie filmy: „Lektor” z Kate Winslet i „Vicki. Cristina. Barcelona” W.Allena. Teraz jesteśmy już w temacie :) A filmy naprawdę zaj… no, świetne, po prostu :)