Już lipiec…

Już lipiec, jeszcze kilka dni, jeden egzamin i będę miała wakacje :) Suuuper!

Dziś rano byłam z Miśkiem na basenie. Młody robi postępy – już nie tylko przebiera nogami w pozycji na brzuchu, ale w niedzielę udało mu się tak robić pierwszy raz leżąc w wodzie na plecach. To znaczy – on leżał na plecach, a ja go podtrzymywałam pod pachami. No i powiem Wam, że Miś pływa. Co prawda nie mam odwagi go puścić samego (i pewnie jeszcze długo nie będę miała), ale gdy go tak podtrzymuję, a on mach nogami to czuję, że się przemieszcza. Wypas :) W ogóle to już się bardzo przyzwyczaił do wizyt w basenie. Zna to miejsce i widać, że bardzo lubi. Pluskanie sprawia mu masę przyjemności. Nauczył się wypluwać wodę, jeśli mu naleci do buzi (poza tymi wypadkami, kiedy ją z premedytacją sam zaczyna pić). I już nie płacze (jak na początku) gdy mu woda naleci do nosa. Odkaszlnie sobie wtedy i chlapie się dalej. Prześmieszny ten nasz Miś.

Misiowi chyba wychodzi druga górna dwójka. Jedną już ma – lewą. Teraz czekamy na prawą. W sumie to mamy już pięć sztuk Misiowego uzębienia. Ale to szybko idzie… No i szczotkujemy (za radą dentysty) owo uzębienie pastą. Bardzo się to Miśkowi podoba. Pod koniec szczotkowania wyrywa mi szczoteczkę i sam próbuje. Kończy się to zazwyczaj odruchem wymiotnym, bo szczota wędruje w stronę przełyku. Ale na szczęście wszystko pod kontrolą :)

Rehabilitacja Misia metodą Vojty zmierza w dobrym kierunku. W ubiegły czwartek rehabilitantka powiedziała, że postępy są bardzo duże, że widać, że ćwiczymy systematycznie i poprawnie. No i teraz nie musimy się zgłaszać wcześniej niż za dwa tygodnie do kontroli. Oczywiście dalej ćwiczymy w domu. Misio też już się przyzwyczaja do ćwiczeń. Co prawda marudzi przy nich, ale uspokaja się o wiele szybciej i to bez cycka. Wystarczy, że po zakończeniu ćwiczenia pokula się na brzuszku i dostanie jakąś zabawkę. I już jest dobrze. Dzielny Miś.
O dziwo dziś udało mi się zarejestrować nas na rehabilitację (na NFZ) w Promyku na sierpień. Dzwoniłam chyba z 2 godziny, ale wreszcie poskutkowało. Jestem w szoku.

Misio podłapał okrzyki indiańskie, które mu kiedyś zaprezentowałam. Przynajmniej Mariusz tak twierdzi, że się ode mnie mały nauczył. Teraz co chwilę przykłada rękę do ust, zaczyna wołać „Aaaaaaa” i co chwilę tę rękę odrywa. Wychodzi mu z tego: „Uauauauauauaua” i kwiczy z radości. Nic, tylko tomahawk i pióropusz mu tylko do szczęścia trzeba kupić ;)

Dziwne zainteresowanie ma nasz synek. Otóż bardzo duży zachwyt budzą w nim metki – na ubraniach, kocyku, zabawkach pluszowych… Potrafi zająć się taką metką bardzo długo. Może uczy się je czytać? ;) Zresztą, to nie jedyna dziwna rzecz, która mu się podoba. Istnym uwielbieniem darzy Miś naklejkę w samochodzie na której jest napis dotyczący bezpieczeństwa, żółty trójkąt i przekreślony na czerwono fotelik. Zaśmiewa się na jej widok po pachy. Chciałabym wiedzieć z czym mu się kojarzy :)

Ostatnio (tak to jest, gdy mama wyjeżdża na cały dzień, a chłopcy sami w domu zostają) Mikołaj zaczął rozbrajać laptopa. Mariusz zostawił komputer na łóżku, po którym kulał się Miś. Wreszcie udało mu się dokulać do laptopa (zawsze ma dziką radość, gdy może się zbliżyć do kolorowych diod). Zaczął walić łapkami w klawiaturę, Mariusz nie reagował, bo stwierdził, że nic im nie będzie (zarówno Mikołajowi jak i laptopowi). W dodatku coś tam się Młodemu włączyło i przy każdym walnięciu laptop wydawał jakiś dźwięk, więc zabawa tym bardziej była przednia. Aż tu w pewnym momencie Mariusz zerka, a laptop nie ma dwóch klawiszy. Oczywiście przerażenie było ogromne. Rzecz jasna nie dlatego, że Miś mógł je połknąć, ale dlatego, że KLAWISZE ODPADŁY. Żartuję, rzecz jasna ;) No, ale na szczęście znalazły się obok. Ale śmiech śmiechem, a mogło skończyć się różnie…

Do nowych osiągnięć Miśka (poza pływaniem, okrzykami wojennymi Indian, serwisowaniem klawiatury notebooka) można dodać jeszcze, że się od niedzieli dziecko nasze potrafi przemieszczać już nie tylko poprzez kulanie. Nauczył się, bączek, że może się odpychać rękami, w związku z czym robi niezłe kółeczka wokół własnego pępka. W jednej chwili ma z jednej strony głowę, a po chwili ma już w tym miejscu nogi. Śmiga nieźle :) W sumie jest już nie do opanowania. Ostatnio próbuje zrobić skok z przewijaka. Jak leży na łóżku z wszystkich stron jest obłożony poduchami, a i to nie zawsze daje skutek. A co to będzie, gdy zacznie chodzić… :)

I na koniec jeszcze małe zaproszenie – w naszej galerii w albumie Tosia są sympatyczne zdjęcia z pobytu w Pradze, autorstwa Tosinych rodziców. Polecam :)

Nowe zdjęcia

W naszej galerii pojawiło się trochę nowych zdjęć w kilku różnych miejscach. I tak oto tutaj są zdjęcia ze Szczecina, tutaj z Głuchowa, a tutaj są nowe fotki w albumie Tosi. Oczywiście zapraszamy do obejrzenia wszystkich zdjęć.

A teraz maj, i maj, i maj…

Połowa maja już za nami, a ja dopiero teraz mogę skrobnąć kilka słów. Bo wcześniej nie było jak ani kiedy. Dużo rzeczy się ostatnio działo, więc wybaczcie, że takie zaległości narosły. Ale po kolei i do rzeczy.

Długi weekend majowy. Szybko minął, bo był bardzo sympatyczny. A jak powszechnie wiadomo, wszystko, co dobre, szybko się kończy. Pojechaliśmy na 4 dni do Szczecina. Odpoczęliśmy sobie trochę nareszcie. Udało nam się też wyskoczyć jednego dnia nad morze. Misiek miał swoje pierwsze spotkanie z Bałtykiem. Nie wiem, jakie wrażenie na morzu zrobił Misiek, ale na Miśku morze nie zrobiło większego wrażenia. Generalnie miał zlew, poza tym, że chyba mu się podobało, jak szumi. No i zimno mu było ;) Bo wiało okropnie, jak to nad wodą bywa.

Ciekawym doświadczeniem było też to, że Mikołaj spał w pokoju razem z Tosią. Sama wyszła z taką propozycją. Nie byłam przekonana, czy to dobry pomysł (bałam się, że będą się budzić nawzajem), ale okazało się, że intuicja Tosi nie zawiodła. Mała obudziła się tylko pierwszej nocy, gdy Misiek zaczął wołać za jedzeniem. Zresztą, zaraz zasnęła. Drugiej nocy nie obudziła się wcale, mimo że Misiek wołał jak zawsze. A trzeciej nocy sam Misiu był chyba tak wymęczony wrażeniami znad morza, że spał do 6 rano bez przerwy. W związku z tym my też mogliśmy się troszkę wyspać, bo gdy śpimy z małym w pokoju to jest to mordęga straszna – ciągle budzą nas odgłosy, jakie wydaje przez sen, jak się wierci itd. Wtedy my się wiercimy i budzimy jego. A tak to było „po domowemu” – my w jednym pokoju, Mikołaj w drugim. I dobrze :)

W niedzielę kończącą długi weekend miałam wraz z Miśkiem maraton. Najpierw rano przejechaliśmy 500 km ze Szczecina do Wrocławia, a potem, po przepakowaniu się, ruszyłam z Miśkiem do Głuchowa na drugą część praktyk szkolnych. To była masakra. Mały był wymęczony, ja zresztą też. A trasa, którą przejeżdżamy zwykle w dwie godziny, zajęła nam prawie cztery. Koszmar. No ale czego się spodziewać, w końcu ludzie wracali z długiego weekendu do domów. Swoją drogą to nie dziwię się, że było kilkadziesiąt trupów z wypadków drogowych w ciągu tych 4 dni. Jak widziałam w jaki sposób jeżdżą ludzie, to aż mi się włosy na głowie jeżyły. No ale co zrobić. Nieodpowiedzialni zdarzają się wszędzie.

Co do pobytu w Głuchowie, to było bardzo sympatycznie. Praktykę już skończyłam. Mam już spokój na ten rok. Ostatniego dnia zrobiłam prezentację multimedialną na temat zagrożeń w korzystaniu z Internetu w dwóch klasach. Nawet fajnie wyszło :)

Misiek nam się po powrocie z Głuchowa rozregulował zupełnie. Rozpieścili go tam maksymalnie i trochę trzeba było czasu, by poskładać go do kupy. Ale już jest znacznie lepiej. Powoli wracamy do normy.

Ostatnio ulubioną zabawą Miśka jest „akuku”. Takie tradycyjne. Radochę ma niesamowitą, gdy mu się mama lub tata wyłaniają zza drzwi albo zza jakiejś szmatki z okrzykiem „akuku”! Piszczy wniebogłosy :) Śmieszny ten nasz Mikołaj.

Byliśmy wczoraj u lekarza. Zmniejszyła nam dawkę Vigantolu. Poza tym zważyła małego – równe 8 kilo. Pytałam się, czy to normalne, że mały nie przewraca się jeszcze z pleców na brzuch i odwrotnie. Powiedziała, że już powinien to robić i że możemy się przejść do rehabilitantki żeby pokazała jakieś ćwiczenia. Oczywiście zaraz po powrocie do domu zadzwoniłam do Promyka Słońca, żeby się umówić (wizyta refundowana, tzw.program wczesnej interwencji). No i usłyszałam: „Od 2 czerwca rejestrujemy na lipiec”. Wyyypas. Spytałam o wizytę prywatną. Pani umówiła nas na 12 czerwca, ale powiedziała, że to jest tylko wizyta u lekarza-rehabilitanta i nie może on nam wypisać potem skierowania na rehabilitację. No i kit z tym, bo skierowanie my już mamy. Zapiszemy się na ten lipiec, a w międzyczasie pójdziemy do lekarza. Niech obejrzy małego i jak oceni, że trzeba więcej ćwiczyć, to będziemy chodzić na rehabilitację. A jeśli się okaże, że nie trzeba, to zrezygnujemy i tyle. Bo to wcale nie jest wykluczone, że Misiek do tego czasu sam nadrobi braki. Zresztą, nie uważam, póki co, żeby jakieś braki miał, bo w końcu dzieci rozwijają się w różnym, swoim tempie, i niektóre sprawności zdobywają wcześniej, a niektóre trochę później. Póki co się nie martwimy tym zanadto. Tym bardziej, że jak przeszukuję literaturę dotyczącą rozwoju niemowląt i tak zwanych kamieni milowych, to generalnie istnieje cała rozpiętość w miesiącach, kiedy dziecko powinno nauczyć się przekręcania – niektóre źródła pokazują 5 miesiąc, niektóre szósty, a niektóre już czwarty. Tak więc, póki co, uznajemy, że jest dobrze.

A swoją drogą, kolejny raz muszę się pożalić na służbę zdrowia. Przecież jeśli do poradni rehabilitacyjnej zgłasza się dziecko, które ma prawdziwy, poważny problem z rozwojem motorycznym, to umówienie go na za dwa miesiące jest jakimś nieporozumieniem. Przecież dwa miesiące to kawał życia u takiego niemowlaka. To może być czas, którego potem nie da się tak szybko albo w ogóle nadrobić. Szkoda słów…

A! Dziękuję wszystkim za życzenia imieninowe, które wczoraj do mnie napłynęły. Było mi bardzo miło :) Fajnie jest mieć imieninki :) Jeszcze raz dzięki!

Wiosna we Wrocławiu

Wiosnę mamy, wiecie? Co prawda pogoda stara się temu zaprzeczyć, ale ja tam wiem swoje – znaleźliśmy z Miśkiem wiosnę w parku, to jest fakt udokumentowany :) Tak więc śniegu już nie chcemy.

wiosna

Wiosenne spacerki ostatnio udają nam się znakomicie. Czasem nawet dwa razy wychodzimy – raz w południe, a drugi raz jak Mariusz z pracy wraca. Najsympatyczniej jest oczywiście w naszym Parku Skowronim (bo najbliżej). Swoją drogą wyczytałam gdzieś niedawno, że był tam kiedyś cmentarz. Podobno można nawet jeszcze znaleźć jakieś pozostałości po nagrobkach itp. Przy najbliższej okazji trzeba się będzie przyjrzeć parczkowi pod tym kątem.
Misiek bardzo ładnie zachowuje się na spacerkach. Zazwyczaj prześpi całą drogę :) Mam więc okazję, żeby trochę pofotografować. Ale nie za wiele, bo ciężko ciągnąć miśkowy wózek przez trawniki, a samego go przecież na parkowej alejce nie zostawię. Wiedzcie więc, że zdjęcia wiewiórek, które umieściłam w galerii są okupione litrem potu spływającego z czoła po tym, jak przedzierałam się przez trawę w parku. Doceńcie ;)

wiórka

Ubiegły weekend spędziłam z Misiem w Głuchowie. Było super. Doszło do pierwszego spotkania Mikołaja i Tosi. Obawialiśmy się, czy mała nie będzie trochę zazdrosna o kuzyna, ale trzeba przyznać, że „dogadali się” świetnie :) Tosi bardzo podobał się Mikołaj. Opiekowała się nim bardzo ładnie, prawie na krok go nie opuszczała. Nawet gimnastykę razem robili ;) Zresztą tu jest mały dowód – co prawda już po gimnastyce, ale jeszcze na golasa :)

kuzynostwo

Poza tym Mikołaj w niedzielę przeżył swój pierwszy dzień bez mamy i taty. No i poradził sobie dobrze. Trochę pomarudził wieczorem, ale ogólnie i tak nie było źle. Na razie jeszcze mało rozumie, ale niedługo jak już zacznie rozróżniać kto obcy, a kto nie, to może być gorzej.

Dzisiaj rano poszłam zrobić wywiad środowiskowy do aquaparku. Muszę Wam powiedzieć, że wypas. Oczywiście mnie najbardziej interesowało przystosowanie pływalni do wizyty maluszka. No i trzeba powiedzieć, że spełnili oczekiwania. W szatniach stoją przewijaki, są dodatkowe kabinki w przebieralni tzw. przebieralnie rodzinne, gdzie też można przebrać maluszka. Przy brodziku (który jest naprawdę spory) jest pokój dla matki z dzieckiem. Obadałam sprawę i się nie rozczarowałam. Poza kolejnym przewijakiem jest też osobny natrysk, sedes, umywalka. Do tego jest kilka łóżeczek turystycznych, które można rozstawić przy basenie lub leżaczku. Zresztą jest też mnóstwo leżaków, więc jest gdzie się zatrzymać po wyjściu z wody i ochłonąć troszkę. Sam aquapark też robi wrażenie. Oczywiście skorzystałam z kilku przyjemności :) Na przykład z jaccuzi. I z solanki na zewnątrz, z leniwej rzeczki i kilku mniejszych baseników. Powierzchnia robi wrażenie. Krakowska pływalnia siada przy wrocławskiej. W Krakowie, owszem, też jest dużo atrakcji, ale strasznie ciasno, z tego co pamiętam. Tutaj jest i sporo atrakcji, i dużo miejsca. Czego chcieć więcej? Jeśli nic nie stanie nam na przeszkodzie, to w sobotę ruszamy chrzcić Miśka w basenie. Niech ma! :)

W środę byliśmy u chirurga. Jąderka obydwa sprawdzone, są dobrze umiejscowione. Nie wiem, o co chodziło pediatrze. W każdym razie w gabinecie byliśmy około 2 minut i tyle się dowiedzieliśmy. Mamy obserwować i po ukończonym przez Miśka 8 miesiącu zgłosić się do kontroli. Nawet się już zapisaliśmy na 12 sierpnia. W najbliższym czasie czeka nas jeszcze kardiolog – 17 kwietnia.

Wczoraj, przy okazji szwędactwa po mieście w związku z chirurgiem, udało nam się w końcu dotrzeć do Urzędu Wojewódzkiego i złożyć wniosek o paszport. Będzie do odbioru za jakieś 2-3 tygodnie czyli w sam raz przed naszym wyjazdem długoweekendowym do Szczecina. No bo oczywiście zamierzamy jechać przez Niemcy. Co do samego Urzędu to kolejka paszportowa masakryczna. Całe szczęście, że są numerki i wszytko idzie dość żwawo, bo nie wiem, jak Misiek zniósłby dłuższe oczekiwanie. I tak spędziliśmy tam dobre 40 minut. No i koszmar jest jeśli chodzi o parking. Zawalony samochodami tak, że nie ma szansy żeby się wbić gdziekolwiek. Udało nam się dopiero za drugim podejściem.

W przyszłą niedzielę jadę z Misiem do Głuchowa, bo zaczynam od poniedziałku praktyki w szkole. Misiek będzie pod opieką mojej mamy. A Mariusz zostanie sam w domu. Ciekawe, czy choć troszkę za nami potęskni.

Szczecin

Ostatni weekend wrześnie spędziliśmy w Szczecinie. Wypróbowaliśmy trasę przez Niemcy i rzeczywiście – jest przyjemniej i szybciej niż jadąc przez Zieloną Górę i Gorzów. Co prawda pogoda średnio dopisała, ale i tak było bardzo sympatycznie :)

W sobotę na godzinę 11.00 pojechaliśmy z Tosią do przedszkola, bo odbywał się tam piknik jesienny i pasowanie na zerówkowicza. W ogóle było sporo atrakcji – konkurs rzeźb z warzyw i owoców, grill, tańce i zabawy dla dzieciaczków. Porobiliśmy mnóstwo zdjęć – kilka z nich jest tutaj, a trochę więcej, jak zawsze, w galerii.

Pasowanie na zerówkowicza Tosia przeszła wyśmienicie – rasowa z niej Zerówa ;) Kandydaci musieli zaśpiewać piosenkę, wyrecytować wspólnie wiersz i przejść próbę. Co to za próba? Otóż każde z dzieci otrzymywało w kubeczku „eliksir” do wypicia – jeśli podczas picia eliksir zamieniał się w pyszny soczek oznaczało to, że dziecko jest już gotowe do wstąpienia w szeregi zerówki. Natomiast jeśli eliksir miał obrzydliwy smak – niestety, zerówka musi poczekać jeszcze trochę ;) Oczywiście dzieciaki były znakomicie przygotowane do przejścia do dalszego etapu edukacji, bo jakoś dziwnym trafem nikt nie musi repetować starszaków – wszyscy przeszli :)

tosia

Wieczorkiem podjechałyśmy też z Miśką do centrum handlowego – w poszukiwaniu kozaków. Wyprawa była udana :) Wcześniej natomiast podskoczyliśmy do Galaxy – kupiliśmy kolejny fajny ciuszek dla Mikołajka – taką błękitno-białą piżamkę, ale trochę będzie musiał do niej dorosnąć :)

Wczoraj dokupiliśmy też jeszcze trochę wyprawkowych rzeczy – kosmetyki do mycia, mokre chusteczki i pieluchy. Jeszcze została apteka do załatwienia. No i w tym tygodniu powinna przyjść paczka z e-dziecko. Zamówiliśmy jeszcze parę drobiazgów – kocyk, laktator i inne bajery. Z wszystkich dzidziusiowych spraw zostanie nam jeszcze tylko wózek – bo ciągle szukamy.

Dziś zabrałam się za malowanie szablonów w pokoiku. Ale chyba za jasną mam farbę, bo średnio mi się podoba. Jutro muszę podjechać do Leroy Merlin po jakieś ciemniejsze próbki.

Dziś mamy wolne od szkoły rodzenia. Szkoda :( Bo lubię bardzo tam chodzić. Ale nie ma tego złego… Przynajmniej Mariusz może dziś podjechać po półki do Ikei :)

Ach, co to był za ślub…

fuck

No, tośmy się pobrali :) W USC impreza trwała dokładnie 11 minut. Beznamiętne to i treściwe. No i dobrze nawet, bo na przeżycia
duchowe i wzruszenia to się szykujemy raczej przy okazji ślubu kościelnego :) Przysięga poszła nam ładnie, tylko z nakładaniem obrączek był mały kłopot. Mariusz po prostu chciał nałożyć mi swoją. Rozmiarem to ona może by i pasowała, ale na palucha u nogi ;) Z Pałacu Ślubów (ach, jak dumnie to brzmi, a jak miernie wygląda) ruszyliśmy na Stary Rynek, bo mieliśmy zarezerwowany stolik Pod Złotym Psem. Tu nadszedł czas, by wymienić naszych ślubnych gości :) Tak więc obecnością swoją zaszczycili nas: Rodzice Mariusza, Jolka, moja Mama, Monika, Bartek i Antosia. Za co serdecznie wszystkim po raz kolejny dziękujemy :)

Restauracja spisała się bardzo dobrze. Wszyscy byli bardzo zadowoleni z jedzonka, które dostali. Przyznam szczerze, że nam ulżyło z tego powodu, bo niełatwo trafić w gust podniebień tylu osób.

Po obiadku i deserku poszliśmy jeszcze do Spiża, bo rodzinki nasze chciały zaopatrzyć się w miejscowe piwko. Wyszło na to, że nasz ślub stał się dobrym pretekstem do odwiedzin Wrocławia i chmielowych zakupów ;) Potem zjechaliśmy do domku i powoli goście zaczęli sie rozjeżdżać każdy w swoją stronę (czyli w sumie w dwie – do Poznania i do Głuchowa) :) My, wypompowani, padliśmy na łóżku. Noc poślubną przełożyliśmy na inny termin ;)

Musimy się jeszcze pochwalić prezentami ślubnymi. Bo oczywiście, mimo naszych zaklinań, że żadnych prezentów nie chcemy widzieć, dostaliśmy ich furę, jak na tak niewielką liczbę gości :) I tak nasze gospodarstwo domowe wzbogaciło się o: piękną szklaną paterę na owoce/ciasto, komplet sztućców Gerlach na 12 osób, komplet porcelany Ćmielów (serwis do kawy na 12 osób, w stylu międzywojennym), gotówkę i kwiatki. No…i jeszcze jedna rzecz…Choć w sumie to nie rzecz, lecz już domownik. A może nawet i kochanka ;) Bo Mariusz dostał wymarzony aparat fotograficzny – lustrzankę cyfrową Canon EOS30D! :) I do tego full wypas obiektyw Canon EF 50 f/1.4 USM. Nie wiem co wam mówią te wszystkie nazwy. Mi coś tam już mówią (jak mi Małżonek wytłumaczył), ale zrozumiem, jak stwierdzicie, że niewiele to wnosi do waszego życia i pominiecie ten kawałek :) W każdym razie aparat teraz jest pieszczony na wszelkie sposoby (w związku z czym noc poślubna ciągle się opóźnia ;)) Ale nie narzekam, bo dzięki temu Misiek zrobił mi już parę ładnych fotek, a zanosi się na więcej. No i łatwiej go teraz z domu na spacerki wyciągać, bo kusi go perspektywa zabrania aparatu na miasto i strzelania fotek :) Oj, no nabijam się trochę, ale w końcu takie moje prawo, co nie? A tak szczerze, to gęba mi się uśmiecha jak widzę zadowolonego Miśka, który z błyskiem oka odkrywa coraz to nowe gadżety w swoim aparacie. No i fakt jest też taki, że ja też biorę owego Canona do ręki i się nim bawię – a frajda z tego jest rzeczywiście niezmierna :)

Tutaj możecie obejrzeć więcej zdjęć z naszego ślubu. Zapraszamy!

Pragniemy jeszcze podziękować wszystkim, którzy myślami byli przy nas w dniu naszego ślubu, i którzy te myśli wyrazili w postaci karteczek, telegramów i smsów. Dzięki raz jeszcze! :)

Tosia we Wrocławiu

aqq

W ubiegłym tygodniu odwiedzili nas goście – Monika, Bartek i Tosia. Mimo że przyjechali tylko na 2 dni, to jednak udało im się trochę pozwiedzać nasze piękne miasto. Bo że jest piękne, to chyba nikt nie wątpi?! ;) Dzięki ich wizycie udało mi się wreszcie zwiedzić Panoramę Racławicką. Mariusz nie chciał wcześniej ze mną tam pójść, bo twierdzi, że to kicz wielki. Może i kicz, ale ja musze przyznać szczerze, że mi się podobało. Może jestem kiczolubna ;) Ale całość zrobiła na mnie niesamowite wrażenie – zupełnie inaczej sobie to wszystko wyobrażałam.

Niesamowitą frajdę sprawiało Tosi tropienie wrocławskich krasnoludków. Szkoda, że nie pamiętaliśmy na jakich ulicach są porozmieszczane, bo udało się znaleźć tylko dwa. Ale przynajmniej jest pretekst, by przyjechała do nas ponownie :)

czapki

Jeśli chodzi o Miśkę i Bartka, to dla nich największą frajdą były wizyty u Spiża. Oczywiście, nie bez powodu. W końcu mieli do spróbowania 6 rodzajów Spiżowego piwka. :)

Chyba Tosia bardzo się za mną stęskniła. Ja zresztą za nią też! Bardzo przeżywała, że mam w brzuchu Maluszka. Przytulała się do niego, podnosiła mi bluzkę na brzuchu (z tekstem: Niech sobie trochę pooddycha :)), próbowała przez pępek pogłaskać Mikołaja i rzucała teksty typu: Bo ja go (Mikołaja, znaczy się), Zosiu, tak kocham… To taki mój mały braciszek będzie… Ja go wszystkiego nauczę i będę z nim podróżować… Itd.itp. :) Nie powiem, bo bardzo wzruszające to było :)

I to tyle w skrócie. Szkoda, że przyjechali na tak krótko. W przyszłe wakacje trzeba to nadrobić :)

Tradycyjnie więcej fotek Tosinych do obejrzenia na fotki.zamolski.com

Dorzucam jeszcze linka do stronki o krasnoludkach Wrocławskich. Dwa z nich (tzw.Syzyfki) trzyma Tosia za czapki na zdjęciu. Co do całej krasnoludzkiej inicjatywy to zachęcam do lektury: krasnale.pl

Red Hot Chili Peppers

Przedwczoraj byliśmy znów w Chorzowie. Na koncercie Red Hot Chili Peppers. Zajefajna sprawa :) Mimo że technicznie gorzej niż Genesis. Ale muzyczka i klimat po prostu suuuuper! Troszkę się denerwowałam, bo po wejściu na stadion okazało się, że jest o wiele więcej ludzi niż na Genesis i w związku z tym jest większy ścisk na płycie, ale w rzeczy samej zajęliśmy miejsce na tyłach, przy platformie niepełnosprawnych, gdzie było całkiem spokojnie i bezpiecznie :) W ogóle to koncert był bardzo spokojny i bezpieczny. Nie było żadnych rozrób ani innych przykrych sytuacji. Pacholę dawało znać o sobie i o tym, że podoba mu się muzyczka, bo czuć było jak leciutko podkopuje :) Cóż, rockendrollowe dziecię w końcu chowamy :)

Na koncercie byliśmy większą gromadą. Z nami autkiem przyjechali Dominika i Bartek, a oprócz tego byli jeszcze Wojtek i Śniegu z żonami. Towarzystwo bardzo wesołe i sympatyczne :)

Już się nie mogę doczekać przyszłej środy. No bo na usg idziemy. I dowiemy się czy chłopiec, czy dziewczynka :) Mam nadzieję, że będzie widać porządnie :) Jedyne, co mnie martwi, to wyniki, bo mi ostatnio lecą w dół na łeb, na szyję. Zwłaszcza jeśli o hemoglobinę chodzi. Miesiąc temu miałam na dolnej granicy normy. Obawiam się, że teraz znowu spadła. Zajady mi się robią ciągle i generalnie samopoczucie spada. A przecież wszamiam żelazo gdzie się da. Herbaty z pokrzywy mam już dość i witaminki zjadam. I morele. I tysiące innych rzeczy. No ale zobaczymy za tydzień. W poniedziałek idę do badania krwi, to się okaże.

Muszę jeszcze donieść, że od niedzieli do środy mieliśmy w domku gości. Trzy sympatyczne trutnie w postaci Dominiki, Olgi i Bartka. Co prawda nie widzieli zbyt wiele z Wrocławia, bo prawie cały czas padało, ale nie ma rzeczy, których by się nie dało w przyszłości nadrobić :)

Obydwoje z Mariuszem czekamy na sierpień. W końcu na wakacje pojedziemy. Mam nadzieję, że Misiek trochę odpocznie, bo ma ostatnio w pracy kołomyję. Niektórzy to już urlopują. Na przykład Monika z Bartkiem i Tosią od dzisiaj smażą sie w Egipcie. Ech, takim to dobrze :) Mam nadzieję, że chociaż pocztówkę przyślą ;)

W sobotę jedziemy do Głuchowa na parapetówę do Kieretów :) Fajna impreza się zapowiada :) Od rana ruszamy – najpierw po piwo na granicę, a potem do Głuchowa.

No, a tak w ogóle to ja już mam wakacje od niedzieli! Sesja i zaliczenia poszły całkiem dobrze. Średnia wyszła mi 4,83 nie chwaląc się :) Mam nadzieję na stypendium naukowe od przyszłego roku :) Teraz są wakacje i wieeeelkie wakacyjne plany. Ale ile z nich wyjdzie, to się okaże dopiero :) No bo chcę w końcu tego htmla popchnąć, i Szkołę Fotografowania z Nationale Geographic skończyć. I za angielski się zabrać. I dokończyć Mistrza Klawiatury. I pograć w Harrego Pottera najnowszego. I dokończyć starszego. I na listy poodpisywać. i zrobić porządek w szafach. No i pokoik dziecinny urządzić + umeblować duży, i wyprawkę kupić. Ech…pracowite wakacje to mają być. Ciekawe jakie będą naprawdę :)