Mikołaj I Groźny

I znowu wywaliło mi posta prawie całego. I to przy zapisywaniu. „Gupi” jakiś. No nic, napiszę jeszcze raz, a co mi tam.

To może zacznę od tytułu… Dlaczego Groźny? Bo robi groźną minę. I próbuje nas nią straszyć. Zresztą, nie tylko nas. Ktokolwiek do Micha podejdzie zostaje na dzień dobry postraszony. Generalnie widać, że Michu sobie jaja w ten sposób z ludzi robi. Po kim taki szyderca i jajcarz rośnie, tego nie wie nikt… ;)

Wizyta w Szczecinie. Udało nam się tam spotkać (dzięki p.Danusi i Monice) z neurologiem, logopedą i rehabilitantką. W skrócie wygląda to tak:
Neurolog stwierdziła opóźnienie 2-3 miesięczne, psychoruchowe. Zleciła nam badania krwi (zrobili je na miejscu następnego dnia) w kierunku cytomegalii i toksoplazmozy oraz sprawdzenie poziomu wit. D3. Generalnie szukamy przyczyny opóźnienia. A poziom D3 kazała zbadać dlatego, że Michu długo już przyjmuje dość wysoką dawkę i jest ryzyko, że poszło w nerki. Miejmy nadzieję, że nie. Ponadto zasugerowała rezygnację z Vojty na rzecz masażu suchego całego ciała. I jeśli Misiek po ukończeniu 18 miesięcy nie będzie jeszcze płynnie chodził to zleci wtedy rezonans pod narkozą.

Logopeda była z Micha zadowolona. Miś pokazał co potrafi, pogadał trochę. Pani z kolei pokazała nam jak się bawić, w co i co trenować. No to trenujemy :)

Rehabilitantka opracowała kilka ćwiczeń do wykonywania w domu oraz masaż. Mam nadzieję, że Michu da się przekonać do masażu, bo ostatnio wszelkie próby dotyku i robienia czegokolwiek z jego ciałem kończą się wrzaskiem – taki prezent od Vojty. Mam nadzieję, że tymi ćwiczeniami oraz Bobathami uda się Micha skłonić do płynnego chodzenia, bo wolałabym uniknąć rezonansu.

Ważnym elementem wizyty w Szczecinie był pies :) I spotkanie psa z Mikołajem. Albo raczej Mikołaja z psem. Ogólnie wywarli na sobie chyba pozytywne wrażenie. W każdym bądź razie Misiek psem zafascynowany. Bawił się z Indianą, pozwalał się zaczepiać i sam nie był dłużny. Co prawda widzieli się z doskoku – więcej nas w domu nie było niż byliśmy, ale jest szansa, że jak pojedziemy na Wielkanoc, to się więzi zacieśnią :)

We wtorek poza tym byliśmy u okulisty i ortopedy. Okulista w Spektrum na Olszewskiego. Już tam raz byliśmy, w czerwcu, gdy Michowi oczy ropiały. Teraz trafiliśmy do tej samej lekarki, bardzo sympatycznej zresztą. Zbadała Misiowi oczy i powiedziała, że wszystko jest ok, i że za rok do kontroli.
Co do ortopedy, to wizyta była koszmarna, bo Michu cały czas wył. Niezależnie od tego, czy go lekarz badał, czy tylko jego rentgen oglądał. W każdym razie ortopeda stwierdził, że Michu ma ogromny przykurcz na szyi (ten od kręcza szyi) i że on by radził naciąć mięsień chirurgicznie, ale najpierw mamy się skonsultować na Borowskiej u ortopedy. Ponadto wyczaił płaskostopie i zalecił buty – takie sandałki ortopedyczne. I do kontroli za trzy miesiące. Ciąć Micha nie zamierzamy, ale do tego ortopedy na Borowskiej pójdziemy. Nawet już skierowanie załatwiłam.

W piątek byliśmy u dr Kwapisz na kontroli. Szłam tam z nastawieniem bojowym, coby przeforsować rezygnację z Vojty i czaszkowo-krzyżowej, a tu szok! Albo pani doktor była w dobrym humorze, albo nie mam pojęcia co się stało. W każdym bądź razie wizyta była bardzo przyjemna, pani doktor super miła, Mikołaj płakał tylko podczas badania na stole, a tak to fikał i brykał na podłodze w samym pampersie i pokazywał lekarce na co go stać. Co do diagnozy, to jest pozytywna :) Nastąpiła duża poprawa. Dr Kwapisz jest przekonana, że trzeba dać Mikołajowi czas, to wszystko sobie nadrobi. Mówi tylko, żeby go nie prowadzać za ręce. Ma chodzić jak najwięcej przy meblach bokiem, bo wtedy sobie koryguje to koślawienie stóp. Mówi też, że buty od ortopedy mamy założyć dopiero wtedy, gdy Michu zacznie dobrze chodzić, czyli gdy chodzenie będzie przeważało w ciągu dnia. Bo dopóki głównie raczkuje, to raczkując w butach będzie sobie Michu jeszcze bardziej nogi koślawił. Ponadto stwierdziła poprawę jeśli chodzi o kręcz – jest już pełny obrót głową w obie strony, choć w lewą troszkę utrudniony. Ale nie ma już blokady. Wypas! Więc jak widać, ortopeda nie do końca miał świadomość z jakiego przykurczu Micha wyprowadziliśmy.
Co do Vojty, to dr Kwapisz stwierdziła, że jak chcemy, to możemy zrezygnować. No to powiedziałam, że rezygnujemy. Z czaszkowo-krzyżowej też rezygnujemy, tylko jeszcze raz, może dwa pójdziemy, coby się utrwaliło.

Wczoraj byłam na zajęciach w Poznaniu. Zrobił się syf z naszymi praktykami w szkole. Od listopada słyszeliśmy gadkę, że jeśli ktoś nie chce uprawnień do pracy w szkole, to nie musi robić praktyk. No to trzy osoby z naszej grupy (w tym ja, rzecz jasna), przestały o tym myśleć w ogóle. Mieliśmy tylko złożyć pismo do dziekana, że rezygnujemy z uprawnień. No i się wczoraj okazało, że jednak praktyki robić trzeba, bo jest za nie 8 punktów ECTS, a nie mają już nam ich na co zamienić. Super po prostu! Pojechaliśmy do dziekana, dziekan stwierdził, że nie ma pojęcia dlaczego opiekun praktyk wprowadził nas w błąd i że mamy pogadać ze Strykowskim, może coś nam pomoże. Wypas. Jeśli jemu się nie uda, to trzeba będzie pokombinować w tempie ekspresowym, bo nie zaliczenie praktyki oznacza nie wydanie dyplomu i nie ukończenie studiów. Po prostu sielanka.

A z innej beczki. Wróciłam wczoraj wieczorem do domu, Michu spał, więc nie zaglądałam już do niego. Dziś rano wchodzę do pokoiku, patrzę – Michu w samej piżamie. Myślę sobie – zdjął śpiworek (już mu się kiedyś zdarzyło). Rozglądam się za owym śpiworkiem, a on leży jakiś metr od łóżeczka. W dodatku to był śpiworek na zatrzaski, a Michu potrafi rozpiąć tylko ten na zamek. Na ale myślę: a nuż dzisiaj był ten pierwszy raz, gdy Michu rozpiął wszystkie zatrzaski? Ale skąd śpiworek wziął się tak daleko od łóżeczka? Przecież Michu jeszcze nie rzuca na taką odległość… „Mariuuuusz! Czy Ty założyłeś wczoraj śpiworek Miśkowi?” Przychodzi Mariusz, widzę konsternację na twarzy. Mówi: „Eee… Nie wiem, nie pamiętam. Ale możliwe, że nie” :) Masz ci los :) Zmęczony całodziennym trudem opiekuńczym nad Michem, Mariusz był tak szczęśliwy, że udało mu się złapać Miśka i ubrać go w piżamkę (to nie lada wyczyn, Michu notorycznie ucieka gdy się chce go ubrać lub przewinąć), że zapomniał o śpiworku i wrzucił po prostu Micha do łóżeczka do spania. Co prawda zimno Michowi jakoś szczególnie chyba nie było (mimo że śpi bez skarpetek), stopy miał rano w miarę ciepłe. No ale komfortowo się chyba raczej nie czuł :) W sumie to i tak dobrze, że piżamkę miał na sobie… ;) Tak się dziś nalewam cały dzień z małżonka. Niech ma!

Co do nowości Michowych, to mogę rzec, że się Misiu nauczył pokazywać brzuszek i serduszko. Powoli zaczyna łapać, że serduszko jest wyżej, a brzuszek niżej. No i pokazuje włosy – że się po nich można głaskać. Bierze moją albo Mariusza rękę, kładzie sobie na głowie i każe się w ten sposób głaskać :) Pieszczoch mały :) Czasem zdarza mu się nawet nas pogłaskać. Ale tylko chwilkę. Jednak bardziej lubi, gdy to my głaszczemy :)
Zauważyłam ponadto, że już nie trzeba Miśkowi podpowiadać przy ubieraniu. Już wyjaśniam o co chodzi. Generalnie gdy ubieram Micha, to Miś pomaga – tzn. podnosi ręce lub nogi, podnosi głowę kiedy trzeba. Zawsze popierałam słowo gestem. Np. gdy mówiłam: „Podnieś/podaj rękę” to delikatnie klepałam daną rękę. A dziś zauważyłam, że wystarczy powiedzieć: „Podnieś rękę” i Miś podaje rękę. Myślę, że dzięki temu nauczył się pokazywać, gdzie jest ręka. Ostatnio wałkujemy bowiem włosy, brzuch, serduszko, paluszki i nogi. Rąk jeszcze nie przerabialiśmy jakoś konkretniej. No i dziś na czuja mówię do Misia: „Pokaż, gdzie masz rękę”. A na to Miś z dziką radością zaczyna ruszać dłonią, a po chwili machać całą ręką :) Straszna ze mnie matka. nawet się nie spodziewałam, że mam takie mądre dziecko :)

Z kolejnych rzeczy to Miś nauczył się rzucać i popychać piłkę. Nie robi tego jakoś spektakularnie, odległości można mierzyć w kilkunastu centymetrach, ale potrafi i to się liczy! Reszta się udoskonali :)

Od jakichś dwóch tygodni ulubionym zajęciem naszego dziecięcia jest trafianie kluczem do dziury. Nieważne jakim kluczem i do jakiej dziury. Ważne, że jest klucz i jest dziura. Dzisiaj zajmował się tym ponad pół godziny. Miał do wyboru dwa pęki kluczy i cztery dziury (od śrubek, w puszce od kablówki), więc było co robić :) Może trza mu jaką wielką kłódkę kupić?

Mikołaj miał w sobotę 21 marca swój pierwszy poważny (bo krwawy) wypadek. Przygrzmocił twarzą w skrzynię na pościel w naszym tapczanie. W pierwszych chwilach wyglądało to naprawdę bardzo groźnie. Krew kapała, Misiek krzyczał, mnie się wydawało, że Michu uderzył nosem, i że nos ma złamany, Mariuszowi wydawało się, że Michu przegryzł sobie kawałek języka. Generalnie masakra. Po kilkunastu minutach uspokajania, po wypiciu przez Misia kubka zimnej wody, okazało się, że krew przestała lecieć i że generalnie nie wygląda to strasznie. Zęby wszystkie i całe, język i nos też. Tylko warga spuchnięta bardzo i otarta. Nasze pierwsze myśli, to: co i jak Misiek teraz będzie jadł? Stoimy tak nad nim i gadamy na głos, że może mleko mu na razie podać, bo nie będzie chciał jeść na pewno nic twardszego, bo go pewnie będzie boleć itd. A na to nasze dziecko patrzy na nas i od niechcenia ściąga ze stołu twardego suchara i gryzie aż mu się uszy trzęsą. I wszystko jasne!
Na dzień dzisiejszy Misiek wygląda jakby w ogóle już nie pamiętał co się stało, do skrzyni z pościelą ładuje się nadal, a opuchlizna z wargi zeszła. Tylko ślad po otarciu pozostał. Jakby nie patrzeć – goi się jak na psie ;)

Dobra, dosyć tego dobrego. Może w końcu dziś opublikuję tego posta, bo piszę go już równo tydzień. Jeśli dotarliście do tego miejsca, to gratuluję :) Mieliście co czytać :)

Skoki rozwojowe

Mikołaj ostatnio przechodzi samego siebie. Robi tak duże postępy, że aż strach pomyśleć, co będzie dalej ;) Chyba najgorsze mamy już za sobą. Do nowych umiejętności doszło jeszcze samodzielne siadanie z pozycji na boku. Co prawda jeszcze musi poćwiczyć, ale idzie mu coraz lepiej. Sam doszedł do tego, że potrafi siadać. No bo my, ciągle gonieni przez rehabilitantów za to, że dziecka się nie sadza, tylko czeka aż samo usiądzie, staraliśmy się, by zrobił to właśnie samodzielnie.

U dr Kwapisz było tym razem bardzie pozytywnie niż negatywnie. Oczywiście asymetria jest nadal widoczna, ale w tej chwili nie jest to już największy problem, z którym należy walczyć. Obecnie skupiamy się w terapii na budowaniu odruchów obronnych. Związane jest to właśnie z siadaniem – Miś obroni się rączkami przed upadkiem w bok, ale jak spada do tyłu to się bronić nie potrafi. A to grozi rozbiciem głowy. Poza tym dalej ciągniemy Vojtę i Bobathy. I od stycznia ponownie uderzamy na terapię czaszkowo-krzyżową. Choć ja ciągle kiepsko to widzę. Misiek nie jest zbyt szczęśliwy jak ma leżeć na plecach na siłę 45 minut. Spina się wtedy bardzo, co trochę zaprzecza terapii, która ma rozluźniać. No ale zobaczymy. Jak się nie da, to trudno. Osobiście nie jestem przekonana do tej metody, ale wiadomo przecież, że człowiek dla dobra dzieciaka próbuje wszystkiego, o teoretycznie może pomóc.

Kolejną rzeczą, którą ćwiczy ostatnio nasze dziecko jest „pa-pa” :) Po dłuuuugich ćwiczeniach wreszcie w ubiegły czwartek udało mu się! :) Oczywiście, to nie do mnie machał, tylko do Mariusza. Widocznie stwierdził, że skoro mama cały czas mu macha ręką, to umie, a tata może nie umie, więc go trzeba nauczyć. Od czasu do czasu więc macha, ale zazwyczaj jak mu się przypomni, że potrafi, albo jak mu się zachce. Większą radochę, póki co, sprawia mu klaskanie, które wykonuje na lewo i prawo. No i trzeba przyznać, że dzięki temu coraz lepiej mu idzie. :) Zuch chłopak!

Następną nowością jest zabawa z klockami i żyrafą. Jakiś czas temu zaczęłam z Misiem ćwiczyć wrzucanie klocków do środka takiej plastikowej żyrafy z fisher price. Nie jest to proste, bo trzeba rączkę dość wysoko podnieść, przy okazji nie wypuszczając z niej klocka, a potem jeszcze (jak się te dwie poprzednie czynności udają) trafić klockiem w dziurę niewiele tylko większą od klocka. No i w niedzielę (16.11) dziecku się to wszystko samodzielnie udało! Byłam z niego bardzo dumna! Zresztą, cały czas jestem :)

Apogeum nadeszło w niedzielę wieczorem, gdy Miś podczas kąpieli podciągnął się za uchwyty od wanny i stanął na klęczkach. A my, durni, nie wiedzieliśmy co zrobić – łapać, kłaść na brzuchu czy patrzeć co się będzie działo. Pozwoliliśmy mu jeszcze chwilę postać (a raczej poklęczeć) ku jego wielkiej radości, po czym sam doszedł do wniosku, że czas wracać na brzuch. Niemożliwe jest to dziecko ostatnimi czasy!

Do tego wszystkiego oczywiście cały czas ćwiczy stawanie na czworakach i kołysanie się na nich w przód i w tył. Idzie mu to coraz lepiej. Pewnie jeszcze z dwa tygodnie i ruszy raczkowanie :)

A dzisiaj ruszamy do dermatologa, bo coś się Miśkowi wysypka na tyłku utrzymuje od dłuższego czasu. Kremy zapisywane przez pediatrę niewiele dają. Może dermatolog coś poradzi?

W niedzielę mieliśmy świetne przedpołudnie. Chcieliśmy pójść na basen, ale po wejściu do aquaparku okazało się, że kolejka jest gigantyczna, więc zrezygnowaliśmy. W zamian za to (pomysł mojego kochanego małżonka) pojechaliśmy na Stare Miasto na spacerek. Szwędaliśmy się przez dwie godziny, mimo że czasem siąpił deszcz. Misiek się zdrzemnął, a ja zrobiłam kilka zdjęć. I odkryłam świetną klatkę schodową w starej kamienicy. Niestety, bez statywu było ciężko zrobić ostre zdjęcie :(
Już dawno nie mieliśmy takie szwędackiej niedzieli.

Zdjęcie poniżej i zdjęcie na górze strony to dowody naszej łazęgi :)

Cóż poza tym? Planujemy Misiowy roczek. Podzielimy go między Głuchowo i Gniezno. Będą dwa torty :) Już jeden prezent kupiliśmy – klocki duże. Nawet wczoraj je wypróbowaliśmy z Mariuszem jak Michu spał :)

Tyle nowości. I tak dużo :) Jak tak dalej pójdzie, to będę codziennie musiała robić wpis, żeby wszystkie osiągnięcia Miśka upamiętniać :)

10 miesięcy!

Mikołaj kilka dni temu skończył dziesięć miesięcy. Tradycyjnie powiem: stary byk z niego ;) Czas leci jak szalony, Misiek się zmienia równie szybko. Co potrafi? Sporo już. Między innymi: pełzać z prędkością światła i czasem nawet ultradźwiękowo (można go przez to rozdeptać przypadkiem, bo nie słychać, jak się zbliża), powtarzać „ma-ma”, „ta-ta”, „ba-ba”, „da-da”. Rozumie co znaczy słowo „daj” poparte gestem. Słowo „weź” też rozumie. I bardzo się cieszy, gdy mu się potem bije brawo :) Potrafi się wspinać na poduszki (wtedy się na kolanach podpiera). I nauczył się, diablo mały, że jak mama wychodzi na balkon drzwiami w dużym pokoju, to można ją podglądać przez drzwi balkonowe w małym pokoju :) Stuka we wszystko, co się da, rączkami. Zaczepia, żeby się z nim bawić, tudzież do niego zagadać. Wie, że przedmioty nie znikają, ale że ktoś je gdzieś schował – potrafi ich szukać (często z wielkim zacięciem). Potrafi chwytać i bawić się maleńkimi przedmiotami (wszystkie „koty” z zakurzonej podłogi potrafi powyciągać ;)). Ma osiem zębów i dziewiąty jest w drodze. Waży około 10 kg i jest bardzo długi (wysoki znaczy się). I włoski trochę mu podrosły. I gęstnieją.

Jest też jednak kilka rzeczy, których Miś jeszcze nie robi, choć powinien. Nie potrafi jeszcze siedzieć samodzielnie i stabilnie. Nie raczkuje jeszcze, o wstawaniu i chodzeniu nie wspominając. Rozwój ruchowy jest opóźniony, trzeba postawić sprawę jasno. Chodzimy na rehabilitacje – metodą Vojty, metodą Bobath, czaszkowo-krzyżową. Ale rezultaty są ostatnio znikome, a co do asymetrii to wręcz się pogorszyło. Czasem to aż żal tego malca, bo miewa dni, że od rana jeździ po lekarzach i rehabilitantach. Bez szansy na normalną zabawę. No ale jakoś trzeba to wszystko pogodzić.
Dobrze chociaż, że logopedycznie wszystko ok. Czeka nas jeszcze wizyta u psychologa, ale nie wiemy kiedy, bo na razie to jesteśmy wpisani na listę oczekujących. Dostaliśmy skierowanie od dr Kwapisz, bo podobno przy okazji pierwszego roku życia (a Michu się do roczku zbliża) dzieci ośrodkowe (z ośrodka dziennego w Promyku Słońca) mają się raz przejść profilaktycznie do takiego specjalisty. Ale to dobrze. Może psycholog jakoś przebada, czy intelektualnie wszystko ok. Nam się wydaje, że ok, ale my możemy nie być obiektywni.

W każdym bądź razie, jakby nie było, to ogromną radość przynosi nam Mikołaj każdego dnia. Śmieje się po prostu przecudownie, jest bardzo żywy. Zmienił nasze życie. Rzec by można, że wręcz wywrócił je do góry nogami, ale nie wyobrażam sobie teraz, że mogłoby go nie być. Kochany jest :)

Praskie przygody

No, to byliśmy w Pradze :) Wyprawa była baaardzo ciekawa i nie brakowało nam urozmaiceń. Nie myślcie sobie, że było tylko zwiedzanie. Co to, to nie! Było na przykład szukanie samochodu, który zniknął z miejsca, na którym stał. Potem była wizyta na komisariacie i wiadomość, że samochodu nie ukradli, a odholowali :) Potem była wyprawa przez pół Pragi (tramwaj, metro, autobus) na parking straży miejskiej po autko. Na szczęście nic się nie stało naszej „Kia-nce”. Generalnie podróż pełna wrażeń, dobrze, że skończyło się tylko na odholowaniu, bo jak by nam ukradli wóz, to byłoby bardzo ciężko. W każdym razie przestroga: „Na modrej zonie” w Pradze się nie parkuje. SIC! :)

Swoją drogą to trzeba oddać szacun Czechom, bo wszędzie – i na policji, i na straży miejskiej dogadać się można po angielsku. U nas to się chyba raczej nie zdarza. Mariusz twierdzi, że nasza policja podobno coś robi w tym kierunku, żeby się po angielsku dogadać, ale ja jakoś nie jestem do tego tak optymistycznie nastawiona jak mój małżonek :)

Praga piękna jest. Ci, co byli, wiedzą. A ci, co nie byli, to muszą koniecznie pojechać. Bo naprawdę jest po co. Miasto jest piękne, zabytki w większości odnowione, tudzież odnawiane, wokół czysto… Cudnie. Nie było do czego się przyczepić. Zbyt wiele nie udało nam się obejrzeć (Miś nas trochę stopował), ale to, co widzieliśmy i tak wywarło niezapomniane wrażenie. Zdjęcia do obejrzenia są w kilku miejscach w naszej galerii. Po pierwsze są landszafty, które zrobiłam z wieży widokowej na Strachowie. Potem jest album z różami z Różanego Ogrodu (też Strachow), dalej jest czarno-biała Praga i Praga współczesna. Oczywiście fajnie by było, gdybyście wszystkie obejrzeli i się, rzecz jasna, pozachwycali ;)

Co do Pragi jeszcze, to Mariusz stwierdził, że już dawno nie widział u mnie takiego uśmiechu (dosłownie, to mój małżonek rzekł: banana) na twarzy przez tyle godzin. I przyznam mu rację. Praga mi się tak podobała, że chodziłam wyszczerzona jak u dentysty. Aż mnie wieczorem mięśnie twarzy bolały.

Mikołajowi to nie wiemy, czy się w Pradze podobało, czy nie. Nie wyrobił sobie jeszcze opinii na ten temat. Za to na pewno podobało mu się, że pierwszy raz w życiu spał z nami w łóżku. Jak się budził w nocy, to nas „pyrgał” ręką, żeby się z nim bawić i się śmiał ciągle. A rozpychał się strasznie. Nie wiedziałam, że taki maluch może zająć tyle miejsca w łóżku. W każdym razie nam się nie podobało wspólne spanie, bo nie przyzwyczajeni do tego jesteśmy. Ciężko nam idzie już samo spanie z Miśkiem w pokoju, a w łóżku razem z nim to już prawdziwa masakra. Nigdy więcej, mam nadzieję.

Dziecku naszemu wyszedł dziś ósmy ząb. To już prawie połowa mlecznej paszczy :) Myjemy je codziennie pastą. Doszło już do tego, że musiałam Miśkowi drugą szczoteczkę kupić, bo mi cały czas wyrywał z ręki. No i teraz myje mu zęby jedną szczoteczką, a Misiek swoją druga potem „poprawia” ;) Tak się z nią zżył, że nawet kładzie się z nią spać. Cóż. Jedni mają przytulanki, inni szczoteczkę…

Rehabilitowanie przynosi efekty. Miś robi się coraz silniejszy i wysoko już dźwiga cielsko do góry. Czekamy aż zacznie raczkować. Poza tym byliśmy wczoraj po raz pierwszy na terapii czaszkowo-krzyżowej. Wygląda to trochę szamańsko :) Terapeutka kładzie Miśkowi ręce w różnych miejscach głowy, szyi i pleców, uciska jakieś mięśnie i tak trzyma po kilka minut w jednym miejscu. Misiek o dziwo znosi to bardzo spokojnie i po terapii w ogóle był jakiś taki wyluzowany, spokojniejszy… Widocznie to działa. Ma pomóc w zlikwidowaniu przykurczów w szyi.

No i to by było tyle.

Kwiatek z Pragi na koniec:

Kudowa i Bolków

Ostatnie dwa weekendy mieliśmy wyjazdowe. Tydzień temu byliśmy w Kudowie. Upał był nie z tej ziemi, więc zaraz po lodach w mojej ulubionej Sissi, poszliśmy na podbój parku zdrojowego (w celu znalezienia godnego miejsca do odpoczynku). No i tak sobie chodzimy i chodzimy, aż dotarliśmy do stawu na końcu parku. Wokół spacerują ludzie, trawka nad stawem świeżo skoszona, zacieniona… Tylko jakoś nikt na tej trawie nie leży. No więc my, jak to my, przeszliśmy się obok owej trawy dwa razy i postanowiliśmy przełamać bariery i na niej zlec. Rozłożyliśmy kocyk, położyliśmy na nim Miśka (przeszczęśliwego, bo pierwszy raz w życiu miał tak bliski kontakt z trawą) i rozpoczęliśmy leniuchowanie :) Zabawa była przednia. Udało nam się nawet trochę pograć w badmintona (następnego dnia tylko Mariusza ręka bolała od machania). Ale najlepsze było to, że jak ludzie koło nas przechodzili, to najpierw bacznie nas obserwowali (no bo widać tam nie ma zwyczaju wylegiwania się na tej przyciętej trawie), po czym patrzymy za jakiś czas na trawę obok, a tu kolejni się przysiadają :) Nie ma to jak łamać bariery :)

Z Kudowy pojechaliśmy jeszcze na zakupy do Nachodu (oczywiście lentilkowo-piwne), a potem do zamku na Szczytniku. Sam zamek nie jest dostępny dla zwiedzających (bo mieści się tam dom pomocy społecznej), ale warto tam podjechać z dwóch powodów – bardzo przyjemnej kaplicy zamkowej (można ją obejrzeć) oraz platformy widokowej.

No a wczoraj umówiliśmy się z Moniką i Bartkiem, i ruszyliśmy do Bolkowa. W końcu udało nam się zwiedzić ten zamek, bo już kilka razy koło niego przejeżdżaliśmy i jakoś nie było okazji wstąpić. A jest bardzo ładny. I bardzo malownicze widoczki można z niego obejrzeć.

Namierzyliśmy też miejsce naszego przyszłorocznego urlopu – Paprotki. Obecnie trzy tygodnie spędzają tam Monika i Bartek, i są bardzo zadowoleni. Bo tam jest ślicznie. No i jest to świetna baza wypadowa na całe południe Dolnego Śląska. Wypas :)

Byliśmy na wizycie u dr Kwapisz w Promyku Słońca. Krzywizna Misia zmniejsza się, ale jeszcze trzeba ćwiczyć. Doktor zaleciła nam dodatkowo nową terapię – czaszkowo-krzyżową. Też będziemy chodzić na nią do Promyka, raz w tygodniu. Ćwiczenia robi tylko terapeuta, w domu nie trzeba. Niestety wizyty nie są refundowane. Ale jak trzeba, to trzeba.

Poza tym, jeśli chodzi o Miśka, to zasypianie samodzielne weszło nam już w nawyk. On czasem jeszcze protestuje (bezskutecznie zresztą). Ale my się już chyba trochę uodporniliśmy na te jego „jęki z Białołęki”. Zresztą, jak się czasem do niego wchodzi, to widać, że te płacze, to wymuszanie czyjegoś towarzystwa. Bo jak się nachylamy nad łóżeczkiem, to się zaczyna śmiać. A jak tylko odchodzimy, to wyje. Cały Misiek.
Ponadto coraz wyżej wspiera się na dłoniach. Może w końcu uda mu się unieść tyłek i raczkować…
Z gaworzeniem też coraz lepiej. Nasze dziecko popisuje się ostatnio nienaganną dykcją w wymawianiu „a-ba-ba-ba-ba”. Szkoda tylko, że robi to najczęściej w środku nocy. A my, durni rodzice, nie potrafimy wtedy jakoś docenić tych starań ;)

W ubiegłym tygodniu byłam na trzy dni w Głuchowie. Oczywiście razem z Mikołajem. To były bardzo intensywne dni. Ale udało mi się prawie wszystko pozałatwiać – oczywiście do ślubu. Kupiłam suknię. Ale jaką, to nie powiem – kto będzie, to zobaczy. A kto nie będzie, to najwyżej później na zdjęciach obejrzy :) Trochę trzeba ją poprzerabiać, ale pani w sklepie powiedziała, że spokojnie zdążą przed 23 sierpnia. W czwartek jadę do pierwszej przymiarki. A dzisiaj buty jeszcze dokupiłam. Tak więc jakoś powolutku się wszystko posuwa do przodu. Mam już też umówioną kosmetyczkę i fryzjerkę oraz zamówiony bukiet. Jeszcze tylko muszę się umówić tutaj u fryzjera, żeby mi włosy pofarbował i podciął.

Tyle na dziś. W piątek jedziemy do Pragi na trzy dni. Już nie mogę się doczekać. Kolejny wpis pewnie będzie po powrocie. :)

A-ha! Utworzyliśmy w galerii nowy album – Landszafty ładne i ładniejsze. To po to, żeby się pochwalić nowym obiektywem szerokokątnym. Żartuję :) Nie, to dlatego, że ostatnio coraz więcej ładnych widoczków przywozimy do domu i postanowiliśmy stworzyć dla nich nową kategorię. Więc zaglądajcie tam czasem, proszę :)