Szpital cz.4 – 3.12.2007

Poniedziałkowe popołudnie w szpitalu. Rano przyszła pani Jola. Powiedziała, że pogada z lekarzem. Potem był nawet całkiem normalny obchód. Lekarka kazała się zgłosić do zabiegówki. Tam mnie zbadała, stwierdziła, że jest ok i że szyjka krótka, gotowa do porodu. Położna powiedziała, bym za chwilę się zgłosiła, to zrobią mi lewatywę i wyślą na porodówkę na test oct. Jak się dowiedziałam, to ten test to po prostu kroplówka z oksytocyny. Powoli zwiększają dawką i sprawdzają na ktg reakcję serca dziecka. Jak będzie prawidłowa, to odeślą na oddział i będą dalej decydować, co robić, a jak nieprawidłowa, to może być różnie – od wywołania po cesarkę. I tyle.
Poszłam więc na tę porodówkę. Położyli mnie na wyrku za parawanem. Podłączyli ktg i dali kroplówkę. W międzyczasie przyszła pani Jola, pogadała z lekarzem z porodówki i z położną, i powiedziała, że jestem z jej szkoły rodzenia. Nie wiem, czy to zasługa tych słów, czy po prostu tamten personel jest inny, ale opieka od razu była bardziej odczuwalna. Doktor zaglądał bardzo często. Przychodziła też położna. Na koniec gdy już mnie odłączyli jeszcze raz przyszła tamta położna pogadać ze mną. Powiedziała, że próba wyszła dobrze. Pytałam o badania wód. Powiedziała, że można wykluczyć zzielenienie wód z niedotlenienia, bo z ktg widać, że mały jest dotleniony. A jeśli idzie o smółkę, to powinno wyjść na usg. No ale usg mi nie zrobią, bo od tygodnia jest zepsuta głowica. Wypas. W ogóle to lekarz z porodówki się dziwił, że nikt nie wysłał mnie na test oct do nich już w piątek, skoro tu już od wtedy leżę. Kolejny wypas.

No i teraz leżę u siebie na sali i czekam. Albo na skurcze, albo na jakąś decyzję. Może tu jeszcze pani Jola wpadnie, to się spytam, może ona coś będzie wiedzieć na co mam się nastawić. Poza tym jestem strasznie śpiąca i zmęczona.

Zwiedzanie porodówki na Chałubińskiego

Jeśli chodzi o niedzielę, to udało nam się zwiedzić oddział położniczy w szpitalu na Chałubińskiego. Akurat wszystkie sale porodowe były puste, więc mogliśmy, dzięki pani Joli, zajrzeć niemal wszędzie :) Szczególnie jedna sala do porodu rodzinnego nam się spodobała. W sumie jest to pokój do rodzenia w wodzie, ale podobno mało jest takich porodów, w związku z czym, o ile ta sala jest akurat wolna, można poprosić o rodzenie właśnie tam, za nieco większą opłatą niż standardowa. I tak stwierdziliśmy z Miśkiem, że ją weźmiemy, gdy będzie okazja. Oczywiście chodzi przede wszystkim o kanapę skórzaną, która tam stoi :) W tej mniejszej sali jest tylko krzesełko, a perspektywa możliwości poleżenia sobie w czasie porodu bardzo się Miśkowi spodobała :) W ogóle to oddział bardzo mi się spodobał. Są dwie sale jednoosobowe do leżenia po porodzie (mam nadzieję, że będzie jedna wolna, gdy będziemy rodzić). Muszę przyznać, że z chwilą zwiedzenia oddziału minął mi zupełnie stres związany z porodem. W ogóle to gadaliśmy wczoraj z Miśkiem, że tak już teraz na luzie podchodzimy do tego tematu. I dzięki Bogu, bo jeśli mielibyśmy ciągle nie przesypiać nocy ze stresu (jak to było we wrześniu), to byśmy się powykańczali. A tak to luzik, póki co. Wiadomo, że na pewno będzie jakiś stres jak się zacznie poród. Ale póki co nastawienie mamy bardzo pozytywne. Dużo też daje szkoła rodzenia. Dla nas to jest niczym grupa wsparcia. Człowiek się może o wszystko wypytać, bo czytanie gazetek dla mam lub różnych stronek internetowych czy forów, tak naprawdę niewiele nam wcześniej dało. W szkole można pogadać z żywym człowiekiem, który odebrał ileś-set porodów i wie o czym mówi. Jak będziecie kiedyś w ciąży, to nie omijajcie, kochani, szkoły rodzenia. Tylko poszukajcie jakiejś porządnej :) Nam już niewiele zajęć zostało. Za tydzień w czwartek wyczekiwana nauka kąpieli i pielęgnacji noworodka :) Musimy wziąć ze sobą aparat :) Bo na pewno będzie śmiesznie :)

Szczecin

Ostatni weekend wrześnie spędziliśmy w Szczecinie. Wypróbowaliśmy trasę przez Niemcy i rzeczywiście – jest przyjemniej i szybciej niż jadąc przez Zieloną Górę i Gorzów. Co prawda pogoda średnio dopisała, ale i tak było bardzo sympatycznie :)

W sobotę na godzinę 11.00 pojechaliśmy z Tosią do przedszkola, bo odbywał się tam piknik jesienny i pasowanie na zerówkowicza. W ogóle było sporo atrakcji – konkurs rzeźb z warzyw i owoców, grill, tańce i zabawy dla dzieciaczków. Porobiliśmy mnóstwo zdjęć – kilka z nich jest tutaj, a trochę więcej, jak zawsze, w galerii.

Pasowanie na zerówkowicza Tosia przeszła wyśmienicie – rasowa z niej Zerówa ;) Kandydaci musieli zaśpiewać piosenkę, wyrecytować wspólnie wiersz i przejść próbę. Co to za próba? Otóż każde z dzieci otrzymywało w kubeczku „eliksir” do wypicia – jeśli podczas picia eliksir zamieniał się w pyszny soczek oznaczało to, że dziecko jest już gotowe do wstąpienia w szeregi zerówki. Natomiast jeśli eliksir miał obrzydliwy smak – niestety, zerówka musi poczekać jeszcze trochę ;) Oczywiście dzieciaki były znakomicie przygotowane do przejścia do dalszego etapu edukacji, bo jakoś dziwnym trafem nikt nie musi repetować starszaków – wszyscy przeszli :)

tosia

Wieczorkiem podjechałyśmy też z Miśką do centrum handlowego – w poszukiwaniu kozaków. Wyprawa była udana :) Wcześniej natomiast podskoczyliśmy do Galaxy – kupiliśmy kolejny fajny ciuszek dla Mikołajka – taką błękitno-białą piżamkę, ale trochę będzie musiał do niej dorosnąć :)

Wczoraj dokupiliśmy też jeszcze trochę wyprawkowych rzeczy – kosmetyki do mycia, mokre chusteczki i pieluchy. Jeszcze została apteka do załatwienia. No i w tym tygodniu powinna przyjść paczka z e-dziecko. Zamówiliśmy jeszcze parę drobiazgów – kocyk, laktator i inne bajery. Z wszystkich dzidziusiowych spraw zostanie nam jeszcze tylko wózek – bo ciągle szukamy.

Dziś zabrałam się za malowanie szablonów w pokoiku. Ale chyba za jasną mam farbę, bo średnio mi się podoba. Jutro muszę podjechać do Leroy Merlin po jakieś ciemniejsze próbki.

Dziś mamy wolne od szkoły rodzenia. Szkoda :( Bo lubię bardzo tam chodzić. Ale nie ma tego złego… Przynajmniej Mariusz może dziś podjechać po półki do Ikei :)

Jeszcze z 6 tygodni :)

Wczoraj zaliczyłam kolejną wizytę w Mediconcepcie. Położna podłączyła mnie do ktg (dla nie wtajemniczonych – taka maszynka, która przez kilka minut bada rytm serca dzidziusia i sprawdza skurcze macicy). Okazało się, że wszystko ok. To już 32 tydzień ciąży – jeszcze z 6 tygodni i można zacząć rodzić :)
Co do badań lekarskich to dr Mydłowski powiedział wczoraj, że skróciła się szyjka macicy. Stwierdził, że to na razie nic groźnego, ale mam się „oszczędzać” i zacząć „chodzić dostojnie jak kobieta w ciąży” :) Generalnie mam nie dźwigać i dużo odpoczywać :) No, czyli tak, jak robię cały czas ;)

Żadnych nowych fotek Mikołaja nie mam, bo umówiliśmy się na poniedziałek na usg trójwymiarowe z zapisem na płytkę. Może się coś z tego uda pokazać w blogu. Ale nie wiem, tym się będzie musiał zająć Mariusz raczej, bo ja się nie znam.

Przedwczoraj udało mi się kupić fajny szlafrok – już z myślą o szpitalu. Piszę „udało mi się”, bo już od dawna się z Miśkiem rozglądaliśmy za czymś sensownym i albo były super drogie, albo tanie ale kiepskie jakościowo. A ten nie był zbyt drogi i do tego bardzo, bardzo milutki :) Mariusz, do mówienia do mnie „Miśku” dorzuca jeszcze „pluszowy”, bo szlafroczek pluszowy jest :)

We wtorek wybrałam się też sama do kina. Sama, bo seans był w godzinach wczesno-popołudniowych, a do tego film był z gatunku takich, których Mariusz nie lubi – do bólu romantyczny :) „Zakochana Jane” – taka biografia Jane Austen. Śliczny był, polecam wszystkim kobietkom :)

Ciągle szukamy wózka…. Masakra… Niby znaleźliśmy ideał, ale musimy go jeszcze gdzieś obejrzeć. Mam nadzieję, że uda się w przyszłym tygodniu.

A! Od soboty mamy ślicznie zawieszone półeczki w pokoju i pokoiku :) Udało nam się nawet poukładać wszystko na tych półeczkach i meblościance. Z mebelków zostało nam jeszcze kupienie półek na płyty cd, dywanik do pokoiku i lampki nocne. No i firanki z Puchatkiem :)

Wczoraj dostałam przedwczesne prezenty urodzinowe od Miśka :) Trzy super książeczki – „Język niemowląt” Tracy Hogg, „Sekrety mistrza fotografii cyfrowej” Scotta Kelby’ego oraz „Gringo wśród dzikich plemion” Wojciecha Cejrowskiego. Tę ostatnią zaczęłam już czytać – świetna :) Dziękuję :)

Na ostatnich zajęciach w szkole rodzenia mieliśmy „parcie markowane”. Każda z nas kładła się w pozycji jak do porodu, obok siadał małżonek, położna przy nogach i uczyłyśmy się przeć. Najpierw parę głębokich powolnych oddechów przeponowych jak podczas skurczu, po czym trzeba było nabrać powietrza, wstrzymać je i przeć. Oczywiście my nie parłyśmy na serio, bo nie wolno – jeszcze by któraś tam zaczęła rodzić. Ale chodziło o wyrobienie umiejętności oddychania podczas skurczu i parcia i o szybką zmianę powietrza w przeponie podczas skurczu. Trochę skomplikowanie to opisałam, ale mam nadzieję, że zrozumiecie. Jeśli nie – trudno :)
A jeśli chodzi i to parcie, to Misiek był ze mnie dumny, bo tak super mi poszło, że aż położna była zaskoczona i pochwaliła :) A to wszystko tak naprawdę dzięki Mariuszowi. Bo bardzo pomogło mi w tym nurkowanie, którego uczył mnie na basenie :) Ech… żeby tylko tak łatwo poszło przy porodzie :)

Jutro jedziemy do Szczecina na weekend. Już nie mogę się doczekać. A więc następny wpis w przyszłym tygodniu z relacją z wyjazdu :)

Przedporodowe koszmary nocne ;)

Ech, nie sądziłam, że psychiczne przygotowanie do rodzenia może być takie trudne. Ale stres mam chyba makabryczny, bo od tygodnia nie zdarzyło mi się przespać ciurkiem całej nocy :( I to nie dlatego, że Mikołaj mnie budzi kopami w żebra, ale właśnie dlatego, że mam jakieś dziwaczne sny. Dzisiaj się obudziłam o 2.30 bo mi się śniło, że już rodzę. I tak co noc. Tylko, że sny się zmieniają. Czasem mi się śni, ze rodzę, czasem, że robię jakieś zakupy wyprawkowe. Zwariować można. Do tego jeszcze po obejrzeniu jakiegoś programu w tvn24 śniła mi się Jola Kwaśniewska (że jest w ciąży oczywiście) i J.M.Rokita. Potem mi się śniło, że Mariusz popłynął gdzieś jakąś łódką w nocy i rano go znalazłam, jak obierał ryby z rybkami. Masssakra po prostu.
A co do Mariusza, to on też mi dziś w nocy nie ułatwiał spania ;) Najpierw mnie przez sen głaskał po policzku, a potem łaskotał palcami od nóg w stopy. Rano nic nie pamiętał, rzecz jasna :)

W te nieprzespane noce przynajmniej nadrabiam czytanie książek. Jak tak człowiek sobie dwie godziny w nocy poczyta, to się potem lepiej zasypia ;) Chociaż, jakby nie było, wolałabym spać całą noc a poczytać sobie w dzień. Ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

Ale generalnie, to stresujemy się obydwoje. Tylko, że z innych nieco powodów. Ja denerwuję się porodem, a Mariusz bardziej tym, że takiego maluszka będziemy mieli w domu i czy sobie dobrze poradzimy :) Chociaż, mimo stresu, czekamy bardzo obydwoje :) Wczoraj w szkole rodzenia mieliśmy zajęcia o pierwszych godzinach i dniach po porodzie. I pani Jola opowiadała o tym, że przez pierwsze dwie godziny maleństwo zostaje na sali porodowej z rodzicami. I że wtedy jest czas, żeby nawiązać pierwszy kontakt, poprzytulać itd. I że to jest chwila, na którą każda z mam czekała całe 9 miesięcy. No i ma rację. Bo ja też bardzo czekam na ten moment :) Ta szkoła rodzenia to naprawdę błogosławieństwo!

A właśnie, jeśli chodzi o szkołę, to wczoraj mieliśmy pół godziny gimnastyki. Oczywiście tatusiowie pomagali :) A potem uczyli się masować plecy mamuś :) Nie powiem, milutkie to było :) Generalnie to śmiechu było na tych zajęciach wiele. Wszyscy tam przychodzą odreagować chyba. I głupawka nas tam łapie. Ale to dobrze, bo przynajmniej można pogadać z ludźmi, którzy jadą na tym samym wózku :)

Szkoła rodzenia

Wczoraj rozpoczęliśmy zajęcia w szkole rodzenia. Co prawda grupa spotyka się już od kilku tygodni, ale pani Jola – położna prowadząca szkołę – pozwoliła nam na dopisanie się teraz i nadrobienie zaległych lekcji z następną grupą. Po prostu trochę przespaliśmy termin rozpoczęcia zajęć. Spotkania trwają 2 miesiące, 2 razy w tygodniu po 2 godziny. Gdybyśmy chcieli zacząć
zajęcia z następną grupą raczej nie zdążylibyśmy przed porodem. A jak się okazuje, w wielu szpitalach jest wymagany papier ze szkoły rodzenia, gdy się chce przejść poród rodzinny. Dobrze, że choć tak nam się udało :)

Pierwsze spotkanie zrobiło na nas dobre wrażenie. To znaczy – mam tu na myśli spotkanie z panią Jolą i uczestniczącymi w kursie rodzicami. Sala dydaktyczna wydaje się być dobrze wyposażona, choć osobiście zmieniłabym tam krzesła na coś bardziej miękkiego – po dwóch godzinach siedzenia bolał mnie tradycyjnie lewy półżytek ;)

Otrzymaliśmy trochę materiałów dydaktycznych do poczytania w domu i płytę z filmem o ciąży i porodzie do obejrzenia. Potem zaczęliśmy zajęcia z oddychania. Ponieważ dziewczyny już ćwiczyły oddychanie przeponowe wcześniej, musiałam trochę nadrobić zaległości. Ale chyba poszło mi nie najgorzej :)

Potem zaczęły się zajęcia, które można nazwać porażką. Miała je prowadzić pani psycholog, nie znam nazwiska (może nawet dobrze, bo jeszcze bym jej karierę zniszczyła przypadkiem ;)) W swoim życiu spotkałam już sporą ilość psychologów i muszę przyznać, że owa pani mogłaby być pokazywana jako obiekt patologiczny tej grupy zawodowej. Pomijam fakt, że pani była cały czas strasznie zestresowana, mówiła cicho i niepewnie, jakby się nas bojąc. Do tego wszystkiego okazała się kompletnie nieprzygotowana pod względem merytorycznym, co wyszło już na samym początku spotkania. Kurde, jak się człowiek podejmuje prowadzenia jakichś warsztatów (tak to owa pani nazwała), to niech chociaż potrafi ściemnić tak, żeby człowiek się nie pokapował. Nie wspominając już o tym, że przecież normalne jest, iż nawet fachowiec nie musi wiedzieć wszystkiego, i że wystarczy powiedzieć, że w tej chwili nie posiada wystarczającej wiedzy na ten temat, ale na następne zajęcia udzieli odpowiedzi. Ale to widać było za trudne dla pani psycholog. Plątała się strasznie w wypowiedziach. Nie była w stanie wprost odpowiadać na naprawdę proste pytania mam. Poza tym wzbudziła w pewnym sensie atmosferę stresu. Ponieważ tematem dyskusji była depresja poporodowa, pani generalnie roztoczyła wizję, że mamy się nie przejmować, bo to wszystko jest tak trudne (znaczy się opieka nad dzieckiem, pogodzenie roli matki i żony, czy też taty i ojca), że może się nie udać. Nastawienie „cokolwiek byście robili i tak będzie ciężko” było tak budujące, że szlag by trafił. No i jeszcze wspaniały był tekst na końcu – Gdybyście kiedykolwiek miały halucynacje, przywidzenia, to trzeba zgłosić się do psychiatry. Tego już było za wiele. Dziewczyny wystraszone spytały, czy to się zdarza w depresji poporodowej. Pani odpowiedziała, że nie wie. No więc po co, do jasnej choinki, gada takie rzeczy?!
Żenujące też było, że pani okazała się zupełnie zielona w dziedzinie psychologi rozwojowej. Szczerze mogę przyznać, że po zajęciach z rozwojówki na moich studiach wiedziałam więcej, mimo że nie przykładałam się nigdy do tego przedmiotu. Na kilka pytań to ja udzieliłam odpowiedzi, bo pani kiwała głową, że nie wie, lub też zaczynała wciskać kity, że to nie wiadomo, bo nie ma reguły, że to jest indywidualna sprawa itd. Jezu, naprawdę nie wiem, po co ta kobieta tam przyszła. Mariusz stwierdził, że ona sama nadaje się na terapię.

Poza tym pani chyba jest bardzo niechętna korzystaniu z dorobku współczesnej psychologii amerykańskiej jeśli chodzi o wychowywanie dzieci. Generalnie, mimo że młoda była, zalatywała mocherem i Rydzykiem. Twierdziła, że najlepiej jest czerpać z wiedzy naszych matek i babć. No dobra, nie umniejszam roli wychowawczej naszych przodkiń oraz ich wiedzy i mądrości życiowej – ale – sorry – sporo się zmieniło w kulturze i społeczeństwie od 25, 30 lat, kiedy one były matkami małych dzieci. I niektóre (pewnie nawet wiele) metody są już z lekka przestarzałe. A niektóre pewnie były zwyczajnie błędne, no i nic w tym dziwnego. Teraz też nie ma złotej metody wychowawczej, zależy to przecież od wielu różnych czynników. Ale nie znaczy to, że nie warto szukać, czytać, pytać tych, którzy w obecnych czasach wychowują dzieci!

Wiecie, nawet jak to piszę dzień po tym spotkaniu, jeszcze jestem zdenerwowana. Całe szczęście, że jutro będzie spotkanie tylko z panią Jolą. To jest naprawdę świetny człowiek i dobry fachowiec.

A tak w ogóle, to jeśli chcecie bliżej zapoznać się z naszą szkołą rodzenia to możecie sobie zajrzeć na jej stronkę.

Cóż poza tym? Zaczęłam wyrastać z butów. Te, które nadają się na zimniejsze dni są już po prostu za ciasne :( Przedwczoraj przeszliśmy z Miśkiem szereg sklepów w poszukiwaniu jakichś wygodnych, ale, niestety, nie dało rady takowych znaleźć. Za to kupiliśmy fajne sztruksy, bo spodnie też zostały mi tylko cienkie, na lato. Więc odkopałam moje czarne Reeboki, poluzowałam sznurówki i okazało się to całkiem rozsądnym pomysłem.

Tyle na dziś. Do przeczytania następnym razem :)