M jak Majówka ;)

Mariusz stwierdził, że taki tytuł bloga źle się kojarzy :) Chyba trochę ma rację, bo od razu na początku utknęłam z pisaniem i nie wiem, od czego by tu zacząć. No to może od tej Majówki na M ;)

Pogoda była śliczna, więc postanowiliśmy to wykorzystać. Mariusz zrobił wcześniej mały rekonesans co do imprez majówkowych na Dolnym Śląsku. Wyszło nam, że najciekawiej może być w Kliczkowie (Majówka Rycerska) i na zamku Książ (Festiwal Kwiatów i Sztuki). No więc klamka zapadła, pojechalim. 1 maja spędziliśmy w Kliczkowie. To była chyba jedna z najciekawszych majówek do tej pory, jakie spędziłam. Nie sądziłam, że spodoba mi się klimat rycerski, a tu niespodzianka! Zabawa była przednia! Co prawda nie udało nam się zwiedzić zamku jako takiego (z Miśkiem to ciężko, bo po schodach w zamku się nie da wózkiem), ale za to na terenie wokół zamku było sporo ciekawych imprez z udziałem rycerzy i dam dworu. Ludzie świetnie poprzebierani. Widać było dbałość o każdy szczegół w stroju. Do tego sporo straganów (czyli to, co Zosia lubi najbardziej :)) z różnego rodzaju ciekawymi przedmiotami, strojami itd. Przy tej okazji zakupiliśmy sobie figurki rycerza i księżniczki (na pamiątkę dla Miśka) oraz po świetnym, ręcznie robionym i wypalanym, kubku.

Jedyną chałą było żarcie. Widać było, że firma obsługująca tzw. stoiska z grillem nie wyrobiła się z ilością. W związku z tym dowieziono gotowe żarcie z Wrocławia (małżonek stojący w kolejce widział). To żarcie było w takim stanie, że szkoda gadać. Frytki tak napite olejem, że poszły całe do kosza (a kupiliśmy je z myślą o Miśku), gyros też, karkówka, którą jadł Mariusz w połowie też w koszu wylądowała, bo generalnie wyglądała i smakowała jak podeszwa. Jedyne, co dało radę to pajda chleba ze smalcem. Przynajmniej tym się zapchaliśmy. Wiemy już, że na majówkę do Kliczkowa trzeba zabierać własny prowiant, bo szkoda pieniędzy na coś, co się wyrzuca do kosza po zamówieniu.

Książ. Wreszcie tam dotarliśmy. Już chyba ze dwa lata się wybieraliśmy, by zwiedzić ten zamek. Niestety, tak, jak Kliczków zrobił na nas od razu świetne wrażenie, tak majówka w Książu to było nieporozumienie. Sam zamek śliczny, teren wokół zamku również. Nawet nie udało nam się całego obejść, taki wielki. Ale tłum, jaki tam tego dnia spotkaliśmy przeszedł nasze wyobrażenie. Do tego najgorsze były stragany z mydłem i powidłem (dosłownie i w przenośni) rozstawione przy leśnej ścieżce wiodącej do zamku. Wyglądało to co najmniej jak stragany w Częstochowie. Pełno plastiku, sztucznych kwiatów, dziwnych ubrań za 5 zł i tandetnych zabawek. Widok podróby teletubisia oraz dmuchanego Kubusia Puchatka (że to Puchatek doszliśmy do tego po kolorach ubranka, bo generalnie wyglądał jak krzyżówka świni z ufoludkiem) dopełniał całości kiczu.

Na zamku zastaliśmy już ten właściwy Festiwal. Ufff… Bo już miałam stres, że te stragany z plastikiem to ta „sztuka”… Na dziedzińcach porozstawiane były stoiska z różnymi sadzonkami i krzakami (trochę sobie inaczej to wyobrażałam, liczyłam na stoiska z kwiatami w stanie bardziej ciętym niż w nasionach i cebulkach ;)). Do tego pełno różnego typu sponsorów-ściemniaczy wciskających, że ich bank jest najlepszy, ich ubezpieczenie jest najkorzystniejsze i ich samochód jest najbezpieczniejszy. Ech…

Na szczęście nie wszystko było do d… Małżonek posiedział na ławeczce z Miśkiem a ja poszłam zwiedzać wnętrze zamku. I okazało się, że to był dobry pomysł, bo tam wreszcie znalazłam to, czego się spodziewałam po tym rozreklamowanym festiwalu. Komnaty zamkowe były wystrojone pięknymi bukietami różnym pracowni florystycznych. Do tego na korytarzach rozstawiono stoiska ze sztuką użytkową i biżuterią. Nabyłam więc kolejnego anioła do kolekcji :) Zrobiłam kilka zdjęć i wróciłam do moich dzielnych chłopaków. Potem zeszliśmy do ogrodów zamkowych. Tam Misiek miał raj. Wyjęliśmy go z wózka, w związku z czym Michu zaraz przeszedł na czworaki. Ponieważ nie było tam trawy (to znaczy była, ale tylko taka do podziwiania), więc dziecko nasze odkryło kamyki. A z kamykami można robić różne fajne rzeczy. Na przykład można je wkładać na murek, a potem zrzucać. Albo wrzucać do fontanny. Można je też lizać, ale wtedy mama krzyczy :) Największą frajdą były właśnie fontanny. Misiek nie przepuścił żadnej – przy każdej trzeba było postać kilkanaście minut, by Michu mógł nawrzucać do niej kamyków. Oczywiście każde odejście od fontanny kończyło się histerią i wyciem. Co za Misiek :)

W skrócie naszą majówkę można uznać za bardzo udaną. Do Kliczkowa na pewno jeszcze pojedziemy, i to właśnie też na Majówkę Rycerską, bo warto. Do Książa pojedziemy również, ale na pewno nie na majówkę tudzież inny festiwal, bo nie warto. Po Książu czujemy niedosyt. Tam trzeba pojechać na cały dzień, w zwykłą niedzielę, bez kilkudziesięciu tysięcy ludzi, i spokojnie pozwiedzać i pospacerować. Bo teraz się nie dało.

Cóż poza tym? Dziś byłam z Michem u kardiologa na badaniach kontrolnych. Przedsionki jeszcze nie zrośnięte, ale szpara jest na 2mm, więc malutka, a że serce rośnie, więc jakby się zmniejszała. Poza tym tej wielkości szpara nie przeszkadza w niczym. No chyba że Michu za 20 lat zamarzy sobie zostać nurkiem. Wtedy, jeśli mu się jeszcze do tego czasu nie zrosną, to mu założą jakiegoś klipsa czy coś w tym stylu. A zresztą, nie będą mu musieli zakładać, bo już ja mu wybiję z głowy nurkowanie ;)
Do ponownej kontroli mamy zgłosić się dopiero za rok.

Minione ciepłe dni (od przedwczoraj pogoda zbrzydła nagle) wykorzystywaliśmy na spacerki do parku i piaskownicy. Michu co prawda stracił zainteresowanie piaskiem, ale bardzo chętnie poczyniał różnego rodzaju samodzielne ekspedycje. Generalnie po każdej takiej wyprawie Michu nadawał się do wrzucenia do wanny razem z ciuchami. Taki był brudny. Ale nie ma co się dziwić, w końcu raczkowanie po trawie w parku i kamieniach przy huśtawkach musiało dać taki efekt. Mieliśmy nawet raz z Mariuszem parcie, by zabrać ze sobą koc, położyć Micha na kocu a my paletki i jazda grać. No ale doszliśmy do wniosku, że to się nie sprawdzi. Koc by leżał, paletki też, a my i tak biegalibyśmy za Miśkiem po okolicy. Taki się z niego wycieczkowicz zrobił :) Byle go jakieś kleszcze nie zaatakowały, to będzie dobrze. Mieliśmy go zaczepić, ale był chory, a potem już było podobno za późno. W przyszłym roku trzeba będzie pamiętać.

Jutro idziemy do szczepienia. Przypominająca dawka infanrixu hexa po roku. Jeszcze zostaną nam pokemony (pneumokoki znaczy się) i chyba koniec na ten rok. O ile czegoś nie kręcę. W ogóle byłam u pediatry jakiś czas temu w związku z kartą wypisową, która przyszła ze Szczecina po badaniach krwi zleconych przez dr Hnatyszyn. Pediatra kazała odstawić witaminę d (to zrobiłam już wcześniej, sugerując się zaleceniami z karty) i dała skierowanie do poradni endokrynologicznej. Mają tam dalej badać Miśka pod względem przekroczonego poziomu witaminy. No ale dodzwonić się tam strasznie ciężko. Jak tak dalej pójdzie to trzeba będzie się osobiście pofatygować i zapisać.

W przyszłą środę idziemy na wizytę kontrolną do dr Dołyk, neurolga. Zobaczymy, co powie. Michu nadal nie chodzi samodzielnie. Nawet się za to nie zabiera jeszcze. Nasze próby zachęcenia go nie dają żadnego efektu. No zobaczymy. Pewnie trzeba będzie zrobić rezonans. Jeśli dr Dołyk nam go nie zleci to pewnie zleci go dr Hnatyszyn, bo jakoś słabo możliwe jest, by Michu przez miesiąc zaczął płynnie chodzić. Jeśli się w ogóle nauczy samodzielnie chodzić przez ten miesiąc, to będę uważać to za duży sukces.

No, ale w innych sprawach Michu jest mistrzem :) W ciągu kilku zaledwie minut załapał na czym polega picie przez słomkę. Mimo że nic na to nie wskazywało, że rozumie jak to się robi. A tu dzielny chłopak po kilku demonstracjach mamy i przy kupie śmiechu nagle pokazał, że sam też potrafi! Tak samo było z jeździkiem. Posadziłam go któregoś dnia i pokazałam jak zejść. Po chwili Michu pięknie przełożył nogę i usiadł. W ten sam sposób zszedł po chwili. I nawet sam wykombinował, że jak się chwyci kierownicy z dwu stron, to mu się nie wykopyrtnie :) Do tego wszystkiego zaczął się na jeździku przemieszczać. Co prawda odpycha się na razie do tyłu, ale i tak zuch chłopak!

Nasze częstsze wizyty na pływalni dają zamierzony efekt. Michu przypomniał sobie, że można pływać. Co prawda z koordynacją rąk i nóg jest jeszcze kiepsko, ale nie można mieć wszystkiego od razu. Jakby na to nie spojrzeć, Michu ma dopiero 17 miesięcy. Wiele dzieci w jego wieku jeszcze nigdy na pływalni nie było. A nasze dziecię potrafi już utrzymać się samodzielnie w rękawkach i kółku na wodzie, w samych rękawkach też już kombinuje. Powoli oswaja się z deseczką – że jak nie ma mamy, to się trzeba deseczki chwycić. Cały czas ćwiczymy też przemieszczanie się. Coraz lepiej mu wychodzi. Czasem zdarza mu się przepłynąć bez mojej pomocy kawałek :) W ogóle Misiek kapitalnie oswojony jest z wodą. Wie co robić przy nurkowaniu, żeby się nie zakrztusić. Nie robi tragedii gdy mu ktoś na gębę nachlapie. Przy niespodziewanych podtopieniach tez świetnie sobie radzi. Wodę jednym słowem uwielbia. I chwała nam za to! Moim plecom w szczególności, bo nie ma co ściemniać – każda wyprawa z Michem na basen to dla mnie niezła fizyczna robota. Ale jak widać efekty, to i strzykanie w krzyżu mniej przeszkadza ;)

W ogóle to Michu na basenie znalazł sobie kilka nowych atrakcji (mam na myśli aquapark, bo tam jest puszczany w miarę swobodnie). Pierwsza to łażenie wzdłuż basenu z falami. Puszcza się go przy jednym końcu, a Michu sobie wędruje po brzegu basenu, chlustany falami, na drugi koniec. Przy okazji tej wycieczki staje na kilka minut przy ratowniku i szczerzy do niego zęby. Autentycznie. Aż mi czasem głupio :) Bo Michu centralnie siada na klęczkach przed panem/panią, zadziera głowę i strzela swój uśmiech pod tytułem „policz wszystkie moje 20 zębów”. Ratownik ma polew, czym utwierdza Miśka w przekonaniu, że ma tak dalej stać i się szczerzyć. Ech… ;)

Dalej, atrakcyjna jest zjeżdżalnia przy brodziku. Tu już moje ręce i plecy po kilku zjazdach odmawiają posłuszeństwa. Niestety Michu też posłuszeństwa odmawia i nie chce słyszeć, że ze zjeżdżalni na dziś koniec.

Kilka razy, od kiedy zrobiło się ciepło, wyszłam z Miśkiem na basen zewnętrzny. Woda jest w nim podgrzana, tyle, że jest się na dworze. Zazwyczaj wychodzimy na zwykły basen, ale ostatnio poszliśmy do solanki na zewnątrz. No i tu Michu czuł się jak na uczcie – jak tylko spróbował, że woda jest słona, to nie było siły – cały czas ją chłeptał. Bleee :)

Misiek ma swojego ulubionego pluszaka. Wiem to na pewno. Jakiś czas temu myśleliśmy, że takową rolę spełnia kaczuszka. Ale zauważyłam, że jak jej nie ma, to generalnie Michu tego jakoś szczególnie nie zauważa. Natomiast teraz jest inaczej. Mikołaj na Wielkanoc dostał pluszowego pieska od szczecińskiego zajączka. Piesek od razu przypadł mu do gustu. Na początku nie kładłam mu go do łóżeczka na czas spania, bo wydawał mi się za duży. Aż tu pewnego dnia moje dziecko przed spaniem pokazuje na pieska. Podałam mu go i od tego czasu sprawa wygląda mniej-więcej tak: przed każdym zaśnięciem wszystkie „drobne” pluszaki zostają wyrzucone z łóżeczka, natomiast zostaje tylko piesek i poduszka. Mikołaj kładzie na materacu poduszkę, na podusi pieska, na piesku głowę i tak zasypia najczęściej. Piesek ani razu nie wylądował na podłodze. To w przypadku Miśka oznacza, że piesek ma specjalne względy :) Bardzo mi się to podoba :)

Ostatnio przeżyliśmy z Mariuszem chwilę grozy. Coś tam gadamy o obcinaniu włosów i mówię do Mariusza: „Trzeba Ci w końcu ogolić te kudły”. Na to Misiek, który bawił się obok, łapie się za włosy. Mariusz i ja w szoku. Skąd Misiek zna słowo kudły? Czyżby aż tak często padało w naszym domu, że je przyswoił? Od razu wniosek: trzeba się bardziej pilnować co do tego, co mówimy przy Miśku, bo zaczyna coraz więcej łapać. Któregoś dnia nas skompromituje ;) Na szczęście następnego dnia okazało się, że musiał to być przypadek. Kilkukrotnie pytany gdzie są kudły Misiek nie potrafił pokazać. Całe szczęście. Co prawda niby nic to strasznego, takie kudły, ale wolałabym, aby nasze dziecię choć trochę potrafiło wysłowić się poprawnie ;) Nie tak jak mama i tata ;)

Zaczęliśmy sadzać Miśka na nocnik. Po tygodniu udało się raz wysikać, przy czym Michu nawet tego nie zarejestrował chyba. Z konkretami jest gorzej, bo Michu zazwyczaj robi kupajcę jak śpi. Jak go rano wyciągam z łóżka to już jest po wszystkim. No, ale może kiedyś uda się trafić na czas w nocnik i zakuma :)

To chyba tyle. W galerii są zdjęcia z Kliczkowa i Książa. I jeszcze chyba jakieś Mikołajowe, o ile dobrze kojarzę. Zapraszam serdecznie :)

P.S. Jakiś czas temu pisałam o uwielbieniu Miśka do pisania. Oto dwa dzieła, jedne z pierwszych :) Dla wnikliwych – na tym drugim to kółko jest mojego autorstwa. Miś jeszcze nie „kółkuje” :) A trzeci obrazek to listy napisane przez Tosię, by Zajączek nie pomylił się z włożeniem prezentów do koszyczków :)

Co nowego?

W sumie to nie za wiele. Szykujemy się na długi weekend. A raczej do wyjazdu długoweekendowego do Szczecina. Mam nadzieję, że pogoda dopisze, bo liczymy, że uda się wyskoczyć któregoś dnia nad morze.

Poza tym od przyszłego poniedziałku czeka mnie druga część praktyk hospitacyjnych w szkole w Głuchowie. Cieszę się, że już będę miała to z głowy, bo to naprawdę bez sensu, że każą nam zrobić aż 50 godzin. Nie wiem, kto układa plan praktyk, ale chyba ktoś bez głowy. Po co 50 godzin (zegarowych, żeby było śmieszniej) hospitacji? Na dziennych chyba mają mniej. Zresztą, co tu dużo mówić, pomysły dziekańskie najczęściej pozostawiają wiele do życzenia. Ale walka z systemem rzadko przynosi jakieś rezultaty.

W niedzielę byliśmy w Gnieźnie. Rodzice Mariusza bardzo ucieszyli się z odwiedzin wnuka. Zabrali go nawet na długi spacer, dzięki czemu mieliśmy chwilę wytchnienia :)

Tydzień temu zaszczepiliśmy Miśka. Zostało nam jeszcze tylko jedno podanie prevenaru za miesiąc i potem chyba dopiero około 13-14 miesiąca. To dobrze, bo kupę forsy kosztowały już nas te szczepionki. Lepiej by było, gdyby zamiast dawać becikowe przeznaczyli tę kasę na lepsze szczepionki. I w ogóle gdyby poszerzyli listę obowiązkowych refundowanych szczepień. To, co oferuje służba zdrowia obecnie, jest po prostu śmieszne. Zresztą ostatnio znowu się odbiliśmy od okienka rejestracji, jeśli chodzi o świadczenia NFZ. Raz chciałam się zapisać do lekarza rodzinnego, to się dowiedziałam, że na najbliższe kilka dni nie ma wolnych miejsc. „No chyba, że ma pani gorączkę, to wtedy jutro w południe możemy panią przyjąć”. Wypas. Skończyło się na prywatnym Dolmedzie tego samego dnia, trzy godziny po telefonie do rejestracji. A drugi raz to była próba zapisania się do ginekologa. „Od piątku będziemy zapisywać na terminy w maju”. Jeszcze większy wypas. Gdyby się coś pilnego działo, to do maja człowiek mógłby zdechnąć przypadkiem. Ale co tam.
Dobrze, że przynajmniej z Miśkiem mamy na razie spokój z lekarzami. Aż dziwnie się z tym czuję ;)

Z Miśka coraz większa gaduła się robi. To dobrze :) W ogóle to w ubiegłym tygodniu dostał super prezent od Fingo (firma Mariusza) – krzesełko do karmienia. Bardzo fajne – z regulacją wysokości i oparcia, z pasami bezpieczeństwa, wyścielone ceratą, coby się tapicerka dała łatwo oczyścić… Naprawdę super! Teraz nasz Prezes ma swój prawdziwy własny fotel ;)

No i tyle na razie. Coś tam pewnie napiszę dopiero za dwa tygodnie, jak wrócę z praktyk, bo wcześniej nie będę miała dostępu do Internetu. Trzymajcie się się cieplutko i miłego weekendu! No i jak zawsze, zapraszamy do obejrzenia nowych zdjęć w galerii. A tu jeszcze najnowsze zdjęcia ze spacerku po wykopaliskach w centrum Wrocławia.

Fajny, bystry chłopak…

… taki tekst rzuciła nam wczoraj pani neurolog. No bo wreszcie się doczekaliśmy wizyty. Swoją drogą to żenada, by na tak duże miasto, jakim jest Wrocław było tak mało neurologów dziecięcych. Ale wracając do sedna – pani doktor obadała Miśka z każdej strony. Postukała go młoteczkiem, pozginała kończyny, pogadała do niego, pogruchała grzechotką i stwierdziła, że neurologicznie mały jest zdrowy. Powiedziała, że bardzo ładnie rozwija sie społecznie. Zdziwiona była, że odpowiada uśmiechem na uśmiech – podobno robią tak 4-miesięczniaki. Chyba też dobrze go gimnastykujemy, bo się nie doczepiła, że coś nie tak z nóżkami.
Jedyne co, to stwierdziła, że Misiek ma krzywą głowę (znaczy się potwierdziła to, co sama zauważyłam). To taka pamiątka po ciasnym ułożeniu w brzuchu. Przez to też bardziej go ciągnęło do odwracania główki w prawą stronę. Ogólnie lekarka powiedziała, że to nic strasznego, tyle, że trzeba więcej Miśka układać na brzuchu i na lewym boku, żeby nie miał wady postawy. No i na usg ciemiączkowe idziemy w przyszłym tygodniu, żeby sprawdzić czy nie ma wodniaków. No i tyle. Czyli wszystko w normie. Jak usg będzie ok, to nawet nie musimy się kontaktować z nią więcej.

W ubiegłym tygodniu byliśmy na drugim szczepieniu. Pediatra pozwoliła nam też zacząć chodzić z Miśkiem na basen. Chcieliśmy iść w weekend, ale rozebrało nas przeziębienie, więc oswajanie małego z wodą musi trochę poczekać. Mam nadzieję, ze nie za długo :)

Poza tym dziecię rośnie jak na drożdżach – gdy go wżyli w przychodni to miał 6930g. Reszta też w normie. Za dwa tygodnie idziemy znowu szczepić – tym razem na pneumokoki. Przereklamowane czy nie – zaszczepić nie zaszkodzi.

Mikołaj coraz więcej „gada”. Dziś zauważyłam nawet jakąś intonację w „wypowiedziach”. Mówca nam rośnie ;)

Muszę napisać tu jeszcze o mojej dzisiejszej frustracji. Dotyczy ona wózkowni w naszym bloku, a dokładniej mówiąc rowerów tam składowanych.. My mamy rower i trzymamy go na balkonie. Dlaczego inni tak nie mogą? Zamiast tego zawalają wózkownię. I wózki tam stojące. W południe wychodziłam na spacer, schodzę po wózek z Miśkiem na rękach, a tu nasza bryka zablokowana jakimś rowerem. Ani do niej dojść, żeby położyć Miśka i jakoś odblokować, ani przestawić rower, no bo ręce zajęte trzymaniem dzieciaka… Co za chorzy ludzie! Nie będę tu cytować wiąchy, która cisnęła mi się na usta, bo to i tak nic nie da. No po prostu debile!

Tyle na dziś. Zachęcam jeszcze do obejrzenia naszych – Mariusza i moich – zdjęć z dzieciństwa w galerii. Niektóre są bardzo sympatyczne :)

Na przykład takie:
mariusz

i takie:
mikolaj

Podobni?

Już prawie osiem tygodni…

Tak, już prawie osiem tygodni Misiek jest z nami. Stary byk z niego ;) A jaki duży! W ubiegłym tygodniu byliśmy u lekarza, bo trzeba było synka zaszczepić. Ważył wtedy 5780g. Kawał klocka. Poza tym na szczęście zdrów jak ryba. Szczepienie przeszedł dobrze, jeśli chodzi o jakieś skutki uboczne. Bo jeśli chodzi o samo ukłucie, to żalił się strasznie. Dobrze, że mieliśmy szczepionkę 6w1, bo nie wyobrażam sobie jakby go mieli kłuć trzy razy. A pojutrze jesteśmy zapisami do pani doktor na szczepienie przeciwko rotawirusom. Ale to jest podawane doustnie na szczęście.

Półtora tygodnia temu zafundowaliśmy Mikołajowi objazdówkę – Głuchowo – Gniezno. Nie do końca był to udany pomysł, bo tłumy ludzi i hałas temu towarzyszący bardzo Miśka męczą. Do tego dwa zupełnie nowe miejsca noclegowe to też przeżycie. Ale jakoś to przetrwał i o dziwo nie pochorował nam się, czego obawialiśmy się najbardziej. W każdym razie w najbliższej przyszłości zamieramy oszczędzić mu takich stresów, w miarę możliwości oczywiście, bo nie wszystko da sie zaplanować.

Zarówno w Głuchowie jak i w Gnieźnie Misiek wzbudzał ogólny zachwyt i radość. Babcia (moja, bo Miśka prababcia) opowiadała wszystkim, że się mały do niej uśmiechnął na powitanie. Nie dało się jej wytłumaczyć, że Mikołaj wtedy jeszcze nie za bardzo śmiał się świadomie. Chociaż zresztą kto wie… Może tak mu się prababcia spodobała, że postanowił ją obdarować takim słodkim chichotem… :) Teraz z dnia na dzień obserwujemy jak się Misiek rozwija pod kątem społecznych uśmiechów – no i można je otrzymać gdy się go łaskocze pod brodą, po brzuchu, gdy się do niego gada jak leży na przewijaku i gdy się do niego długo śmieje :) A wygląda wtedy mniej-więcej tak:

usmiech

W Głuchowie odwiedziliśmy Agę w jej nowym mieszkanku. Bardzo fajnie się tam urządziła. No a poza tym udało nam się załapać na kawałek imprezy, bo Justyna tego dnia obroniła pracę doktorską i świętowała z rodzinką właśnie u Agi.

W Gnieźnie Misiek też bardzo ładnie się zachowywał. Grzeczne dziecko mamy :) Zresztą, sami zobaczcie, jak mu tam było dobrze:

Nareszcie nasz synek zaczyna wydłużać czas swojego snu, Jest to radość zwłaszcza w nocy, bo zdarza mu się czasem nawet pospać ciągiem 4h. Ale to akurat rzadkość, póki co – najczęściej śpi około 3h. To dla mnie ulga, bo myślałam czasem, że się wykończę budząc się co 1,5 godziny. Zresztą, Misiek nie tylko dłużej śpi ale i więcej je. Niedługo nie zdążę ściągać takiej ilości mleka żeby wystarczyło mu podczas moich wyjazdów na Uczelnię.

Mimo że dziecię zaczyna normować swój rozkład dnia nie znaczy to wcale, że mamy z Mariuszem masę wolnego czasu i jesteśmy wyspani. Ale na pewno jest już o wiele, wiele lepiej niż kilka tygodni temu. Udaje nam się już coś obejrzeć wieczorem, ostatnio nawet obejrzeliśmy cały trzeci sezon Przyjaciół. A to już sukces.

Postanowiliśmy z Mariuszem zrobić porządek w swoich fotkach, jakoś je skatalogować. Mamy tego całą masę, a do tego wielki w nich burdel. Mam nadzieję, że się uda. Ostatnio wrzuciłam do galerii panoramki z Bieszczad. Stare są, chyba sprzed trzech lat, ale nigdy nie chciało mi się ich posklejać. Wreszcie się za to zabrałam i efekt jest niczego sobie :) Możecie sobie obejrzeć tutaj.

Jutro Mariusz bierze urlop bo idziemy z małym do gastroenterologa. Zobaczymy co nam powie. Mam nadzieję, że wszystko będzie ok, bo Misiek ostatnio coraz mniej ulewa a i charczeć zdarza mu się bardzo, bardzo rzadko. Chyba mu zaczyna układ pokarmowy dojrzewać :)

No i tyle na razie. Jak zwykle zachęcam do zaglądania do naszej galerii.