Heloł!

To znowu ja! W końcu :) Tłumaczyć się nie będę, bo szkoda miejsca. Od razu przejdę do konkretów.

Misiek nam się postarzał. Trzy lata jak z bicza strzelił. Jak ten czas szybko leci… Niedawno przeglądałam zdjęcia z poprzedniego roku, to różnica w wyglądzie Micha jest ogromna. Teraz się wydaje taki poważny, duży, taki przedszkolakowaty. A jeszcze pół roku temu to taki dzidziuś był ;)

Urodziny i imieniny Mikołaja obchodziliśmy hucznie, jak co roku. Objazdowo. Był tort w Głuchowie, był tort w Gnieźnie, był tort w przedszkolu i był tort w domu. I cała góra prezentów. Najpierw św.Mikołaj przyszedł i przyniósł wymarzoną Upsy-Daisy (przytulanka), parasol z Zygzakiem McQuinnem, tablicę świetlną i quiz edukacyjny. Potem z okazji urodzin Michu dostał kolejną stertę – pizzę drewnianą do krojenia, dvd z „Dobranocnym Ogrodem”, karty do rysowania (takie edukacyjne, ze ściereczką, coby potem te rysunki zmazać i wykorzystać ową kartę raz jeszcze) i torbę z różnymi plastikowymi produktami spożywczymi do zabawy – jakieś 130-parę części. Wczoraj ponadto dostał Miś pralkę do zabawy. Na szafie oraz w szatni w pracy Mariusza czeka kolejnych kilka prezentów, które Gwiazdor przyniesie (dla odróżnienia od św.Mikołaja, który niby wygląda tak samo, ale, wiadomo, wielkopolskich korzeni wyzbyć się nie da, więc Gwiazdor przyjść musi ;)).

Sam Mikołaj po raz pierwszy w życiu przeżył świadomie swoje urodziny. Z chęcią dmuchał wszystkie świeczki na tortach, miał wielką radochę, gdy mu śpiewano „Sto lat” i od tego czasu codziennie pyta się nas czy ma dziś urodziny. I gdy słyszy, że nie, zaraz pociesza się, że gdy tata będzie miał niedługo urodziny (za tydzień znaczy się), to on też będzie miał. Generalnie wkręcił się na maksa :)

Przy okazji wyjazdu urodzinowego do Głuchowa i Gniezna doszło do wymiany prezentów świątecznych. Mikołaj już od września przygotowywał swoje podarunki, babcie wydawały się zachwycone własnoręcznie przez Micha wyklejonymi kalendarzami (zakupionymi wcześniej w surowej wersji w Lidlu) oraz wymalowanymi i wyklejonymi bombkami choinkowymi. Dumny był Miś bardzo ze swoich prac, my również, bo chętnie brał się do zdobienia, zarówno kalendarzy, jak i bombek. W ogóle Michu bardzo lubi wszelkiego rodzaju wyklejanie różnymi brokatami, naklejkami i innymi ozdobnikami. Myślę, że po Nowym Roku zabierzemy się za robienie prezentów wielkanocnych ;)

Mikołaj się rozgadał. Maksymalnie. Buduje już tak piękne zdania, że nie możemy wyjść z podziwu. Codziennie czymś nas zaskakuje nowym. Zmiana logopedy również przyniosła oczekiwany efekt. Mikołaj uwielbia panią Małgosię, ćwiczenie z nią nie jest problemem, jak to bywało wcześniej z dwoma poprzednimi logopedami. No i przede wszystkim coraz lepiej można go zrozumieć. Pięknie wymawia już „k” i „g”. Nie we wszystkich słowach, rzecz jasna, ale bardzo często. Czasem nawet sam się poprawia :) My nie ciśniemy go jakoś szczególnie, staramy się mówić wyraźnie i poprawnie, czasem podpowiemy, ale nie natrętnie. I udaje się. Idzie mu naprawdę dobrze. Już nie woła „Tupę i situ!” ;) No i nie ma już na imię „Nitołaj”, ale „Mikołaj”. Brzmi to naprawdę dumnie :) Któregoś dnia (mam nadzieję, że w święta mi się uda) powrzucam jakieś aktualne filmiki, to sami usłyszycie, jaki nastąpił progres :)

Z okazji, że czeka mnie wkrótce rejestrowanie zajęć logopedycznych do pracy dyplomowej oraz z myślą o przyszłej pracy logopedycznej, małżonek wybrał mi dyktafon – Olympus. Sprzęt daje radę (w końcu wiadomo, że małżonek byle czego nie wybierze), nagrywa rewelacyjnie, ma mnóstwo opcji, ustawienia czułości mikrofonu i inne pierdoły. Przy tej okazji nagrywać zaczęłam też Miśka. Rozmowy z nim czasem powalają :) Myślę, że takie dialogi będą dla niego miłą pamiątką za kilkanaście lat. A jeśli nie dla niego, to dla nas na pewno :)

Święta spędzamy tradycyjnie we Wrocławiu, w swoim trzyosobowym gronie. Rodziny obydwie odwiedziliśmy już, więc nie ma napinki, by w święta jeszcze gdzieś jeździć. Chyba, że nam strzeli coś do głowy i podjedziemy do Głuchowa lub Gniezna na kawę.

Sylwestra też spędzamy w domu. Tylko zimne ognie trzeba kupić :)

Mam trochę nowych zdjęć. Nie za dużo, bo fotografowanie też ostatnio zaniedbałam, ale coś tam, mam nadzieję, w święta wrzucę i wtedy dam znać. Dziś nie wklejam nic, bo już późno, a zdaję sobie sprawę, że jeśli nie wrzucę dzisiaj tego wpisu, to znowu mi przynajmniej kilka dni minie, nim do tego wrócę. Wybaczcie więc brak grafiki jakiejkolwiek. Wkrótce nadrobię i te zaległości.

Na dziś koniec. Choć trochę uzupełniłam braki. Do następnego :)

Przedświątecznie

Ostatnie dwa tygodnie jakoś szybko zleciały. Niestety – ani tutaj, ani w dzieciowisku nie udało mi się nic skrobnąć. Misiek wyrzucił sobie południową drzemkę, w związku z czym odpadł mi błogi czas trzech godzin spokoju w ciągu dnia, które można było przeznaczyć na pisanie choćby. Do tego w niedzielę miałam egzamin, co też znacznie ograniczyło i tak już ograniczony czas. No, ale dość utyskiwań i tłumaczeń. W końcu udało mi się zasiąść. Być może nie napiszę wszystkiego, co bym chciała, ale chociaż zacznę.

To po kolei (mniej-więcej). Półtora tygodnia temu byliśmy w Głuchowie świętować urodzino-imieniny Miśka i imieniny mojej mamy. Był tort, byli goście, były prezenty i było bardzo miło i sympatycznie :) Misiek od swojej „wróżki chrzestnej” (czyt. mojej siostry i jej familii) otrzymał hulajnogę i super strój świętego Mikołaja (jak na imiennika przystało). W stroju owym we wtorek 8 grudnia (w dniu swych drugich urodzin) wparował Misiek do Promyka z torbą pełną pierników i częstował dzieci na zajęciach logopedycznych. Wszyscy byli zachwyceni takim małym św.Mikołajem :)

No tak, Misiek ma już dwa lata. Czas, by zrobić mały bilansik, ale nie w tym wpisie. Bilans dwulatka (mój osobisty) zrobię w poście następnym, bo przypuszczam, że sporo czasu mi to zajmie, a jest jeszcze parę innych rzeczy do opisania na dziś.

Same urodziny spędziliśmy w domu. Tradycyjnie już zamówiliśmy Miśkowi torcik w Filipince. Oczywiście były obowiązkowe świeczki, no i Mariusz kupił w tesco race. Radochę miał Misiek po pachy na widok takiej strzelającej wielkiej świeczki :)
Dmuchanie (świeczek) ma Michu już opanowane do perfekcji (dzięki zajęciom w Urwisku), więc wszystkie dwie zgasły jak trzeba :) Sam tort był w równej mierze zjedzony przeze mnie i Miśka, no i mały kawałek dostał się Mariuszowi (nie miał, biedny, szans z moim i Micha apetytem).

Jeśli rzecz idzie o prezenty, to Misiek dostał od nas garaż-warsztat Pata i Mata, latarkę i puzzle drewniane z pojazdami. Każdy z prezentów trafiony w sedno :) Warsztat udało się wypatrzeć Mariuszowi w tesco. Tani był – 45 zł niecałe, a jaka frajda dla Miśka – bawi się nim cały czas. Mieści się w nim spora część licznej kolekcji różnorodnych autek, do tego ma dwa podjazdy, otwierane bramy, okna, czyli wszystko, czego Misiek od garażu oczekuje :) Do tego przyznać trzeba, że jakość jest bardzo przyzwoita.

Co do puzzli z pojazdami, to są jednymi z czterech ulubionych puzzli Miśka (pozostałe to drewniany alfabet, drewniane cyfry i tekturowe pojazdy). Układanie opanował w kilka minut i teraz każdy ranek rozpoczynamy godziną zabawy puzzlami. Swoją drogą te puzzle też udało nam się wyhaczyć tanio – za jakieś 10 zł w Lidlu, a znanej, dobrej firmy Eichhorn. Wykonanie pierwszorzędne. Trochę żałuję, że kupiliśmy tylko te z pojazdami, bo ogólnie było kilka różnych wzorów.

Latarka też okazała się bardzo przydatna – wieczorem Misiek świeci nią sobie w pokoju, a poza tym (albo raczej przede wszystkim) znakomicie sprawdza się podczas popołudniowych spacerów (które jeśli odbywają się w okolicach godziny 16 to są obecnie raczej spacerami wieczornymi) oraz cotygodniowych wypraw do Urwiska (z samochodu do przedszkola jest dość spory kawałek przez ciemnawą okolicę).

Wcześniej miał Michu też imieniny, z których to okazji też dostał kilka prezentów – jak na przykład chyba z 10 samochodzików (zestaw Hot Wheels i zestaw policyjny). Udało nam się też dostać w empiku książkę z Dobranocnego Ogrodu, a w tesco książkę o Teletubisiach. I trzeba po raz kolejny się pochwalić, że prezenty trafione. Misiek do tej pory szerokim łukiem omijał oglądanie książeczek. Jakoś go nie interesowały (mimo różnych zachęt). Ale książka z Dobranocnego Ogrodu to już co innego… Książka z Dobranocnego Ogrodu oglądana jest kilka razy dziennie, a przy każdym oglądaniu ma miejsce swoisty rytuał poszukiwań wraz z narratorem kocyka Igipigla :) Mam nadzieję, że pojawi się więcej książek z tej serii :) Jak nie, to sama zrobię.

No i jeszcze rzecz najważniejsza – Mikołaj, jako że już kawał chłopa i w ogóle, otrzymał nowe łóżko. Zakup z Ikei, kolor czerwony (zresztą zobaczycie na zdjęciach, jak mi się w końcu uda je zgrać). Dziecię meblem zachwycone. Pomagał usilnie przy składaniu :) Dwie wcześniejsze noce spał na materacu na podłodze, bo łóżeczko wywieźliśmy już do Głuchowa. Generalnie na materacu dał sobie radę świetnie, więc wiedzieliśmy, że z łóżkiem też powinno pójść gładko. No i rzeczywiście. Miś polubił łóżko, polubił kapę z żabą. Od razu widać, że mu w nim lepiej, niż w łóżeczku, bo może się rozłożyć, wyprostować, a w łóżeczku to już spał skulony. Generalnie problemów nie ma – śpi jak dotąd całą noc, wieczorem bawi się jeszcze w swoim pokoju przed zaśnięciem, potem grzecznie wchodzi na łóżko i śpi :) Cudowne dziecko :) Dumna jestem z niego, że tak ładnie przez to wszystko przeszedł.

Przy okazji łóżka zrobiliśmy przemeblowanie w pokoju Micha. Efekt całkiem przyjemny.

Przygotowania do Świąt idą jakoś. Mamy już większość zakupów spożywczych, tylko mięsa, ryby i warzywa będą do dokupienia. Pierniki też już upieczone – wyszły pysznie, jak zawsze :) Przy okazji, muszę się pochwalić dwoma nowymi nabytkami kuchennymi – jeden to mikser electrolux, taki z metalową miską. Do miksera wzdychałam już mniej-więcej od lat dwóch, no i się doczekałam :))) Mikser w domu być musi i basta.

Druga rzecz to już typowy zbytek, natomiast było to głównie marzenie Mariusza (moje trochę też, ale w mniejszym stopniu) – wypiekacz do chleba. Taki z Moulinexu. Ma całe mnóstwo funkcji, włącznie z bagietkami, bułeczkami, wyrabianiem ciast drożdżowych, robieniem dżemów (tylko loda/ów nie robi chyba ;)). Chleb wypiekamy w nim prawie codziennie, bo taki mały bochenek – 750g to akurat nam na dzień wystarcza. Póki co jedziemy z gotowych mieszanek – i o dziwo wszystkie wychodzą! Trochę gorzej z bułkami, nie do końca jest to to, o co mi chodzi, ale będę próbować dalej. Może muszę zmienić przepis, bo z tego, co mam, to bardziej pyzy wychodzą niż bułki :) Maszyna owa piekielna będzie w tym roku wieeelką wyręką dla małżonka mojego, bo nie będzie musiał zarabiać ciasta na: pierogi, makowiec i paszteciki wigilijne. Cuda po prostu! ;) Co do ceny, to z gotowej mieszanki wychodzi około 3 zł za bochenek, czyli bardzo przyzwoicie. Mieszanki są w stylu żytnio-pszennych, orkiszowych itp., które tutaj kosztują około 4 zł za bochenek, więc jak na razie nam się opłaca wypiekanie bardziej niż kupno w sklepie gotowego chleba.

No, to jak już się tak nachwaliłam, to kończę. Nie wiem, czy to już wszystko, co chciałam dziś napisać, ale więcej nie pamiętam. Liczę, ze następny wpis będzie jeszcze przed świętami, ale zapewnić nie mogę.

Na koniec trochę kina. Zdjęcia wrzucę w ciągu najbliższych dni, jak znajdę trochę czasu. A póki co macie:

Michu układający swoje konstrukcje z klocków drewnianych (ostatnio bardzo polubił wszelkie budowanie). Najpierw superwieża (nauczył się od mamy) a następnie Miśkowa wersja Stonehenge ;)

Drugi film, to kolejne z wielu ulubionych zajęć Miśka. Komentować nie trzeba ;)

I jeszcze jeden – z wspomnianymi puzzlami urodzinowymi:

Kochani, niestety, musicie być świadomi, że ilość filmików Miśkowych znacznie wzrośnie. Na Wasze nieszczęście mogę bezpośrednio eksportować filmiki z iPhone’a do Youtube, pomijając komputer. Sprawia to, że przestaję się kontrolować, więc wybaczcie. Jak nie chcecie, to nie oglądajcie. Ale ja umieszczać nadal będę :)

Ech, no dobra, nie wytrzymałam – wrzucam na szybcika fotę łóżka Miśka. Jakość jest, jaka jest, bo zdjęcie telefonem zrobione: