Logopedia wita

No, to się udało. Zaniosłam dziś papiery na Uniwersytet i przyjęli mnie na podyplomówkę z logopedii. Jest około 160 osób na moim roku. Generalnie myślałam, że będzie jakaś rozmowa kwalifikacyjna jeszcze, ale pani powiedziała, że jestem już przyjęta. Nie wiem, czy w tym roku z tego zrezygnowano, czy dlatego, że się zgłosiłam po zakończeniu rekrutacji, w każdym razie rozmowa mnie ominęła. A w poprzednich latach była. I git. Mam nadzieję, że te studia będą sensowniejsze niż te, które skończyłam w tym roku. Jakby na to jednak nie spojrzeć, cieszę się bardzo, że się udało :)

Wczoraj byliśmy w Książu na zamku w ramach spacerku. Bardzo się rozczarowaliśmy, bo liczyliśmy na spacer w dół górki, jest takie przejście z tarasów zamkowych. Niestety, trwa tam obecnie remont i nie da się przejść :( Buuu… A po to głównie tam pojechaliśmy. No cóż. Ale i tak był fajnie. Misiek nachodził się jak zwykle czyli bardzo. Tylko dwa razy miał atak histerii, więc to naprawdę nieźle :)

W sobotę pod wieczór natomiast bryknęliśmy na Stary Rynek. Misiek szalał przy fontannie i na schodach ratusza. Na koniec poszedł posiedzieć w ogródku piwnym Piwnicy Świdnickiej. Co sobie będzie żałował :) Co do samego rynku, to oczywiście tłum ludzi, bo to weekend i do tego święto, i wakacje, i w ogóle. Ale jakoś nas nie zadeptali :)

Idę prasować, bo mi się przez weekend stos prania nazbierał. A! Zdjęcia z soboty i niedzieli oczywiście są tutaj. No i na koniec jeszcze dwa filmiki. Jeden z wczoraj z Książa – jak Michu rozbrajał aparaty z kulkami. A drugi stary z saneczek – pasjonujące kino drogi ;) Mariusz sugeruje, że powinnam zacząć obrabiać te filmiki i trochę je czasem ciąć, ale na razie nie mam czasu i chęci, by się tego nauczyć, więc wybaczcie, ale póki co będą żywcem takie, jakie je robię.

Mama we Wrocławiu

W ubiegłym tygodniu przyjechała do mnie mama. Bo Misiek sobie pojechał do Krakowa i mnie samą chciał zostawić ;( W czwartek wieczorkiem poszłyśmy na koncert SDMu do Impartu. Szczerze powiem, że pierwszą połową koncertu byłam lekko załamana. Na wszystkich poprzednich koncertach SDMu było tak, że nowe piosenki przeplatały się ze starymi przebojami. Bardzo mi to odpowiadało. Tymczasem teraz przez godzinę z hakiem zespół grał po kolei piosenki tylko z ostatniej płyty, do tekstów Rybowicza. Przyznam, że byłam tym dość znużona. Nie twierdzę, że piosenki były kiepskie, bo nie były. Bardzo dużo z nich mi się podobało, ale generalnie są one dość smętne, więc ponad godzinna dawka dużej melancholii zrobiła swoje. A i reszta publiki chyba nie była tak do końca zachwycona, sądząc po reakcjach ludzi. No, ale wreszcie zaczęli grać jak stary dobry SDM :) Jednym słowem – rozpoczął się normalny, wyczekiwany koncert, złożony ze znanych – starszych lub nowszych – hiciorów :) Oczywiście od razu wszyscy zaczęli śpiewać wraz z zespołem. Tak więc ogólna ocena koncertu podskoczyła do góry. Bo już sie martwiłam, że przestanę lubić koncerty SDMu.

W piątek przed południem ruszyłyśmy z mamą na podbój Wrocławia. Pogodę miałyśmy po prostu rewelacyjną. Zaczęłyśmy więc od Starego Rynku, a dokładniej od małego piwka u Spiża :)

spiz

Potem nawiedziłyśmy kościół garnizonowy i dalej w stronę Uniwersytetu. Pierwszy raz weszłam do środka. Kupiłyśmy bileciki i zwiedziłyśmy Aulę Leopoldyńską oraz Salę Muzyczną. Coś pięknego. Naprawdę, jeśli będziecie kiedyś we Wrocławiu to pójdźcie obejrzeć Aulę. Warto!

aula

Z Uniwerku ruszyłyśmy w stronę Ossolineum, a potem na obiadek do Kurnej Chaty. Oczywiście na słynne radzieckie pierogi :) Bardzo mamie smakowały :)

No i tyle by było z tych odwiedzin, bo po obiadku odwiozłam mamę na dworzec i pojechała sobie w kierunku Kościana :)