Śnieżna codzienność Wrocławianina

Jak każdy spoglądający za okno mieszkaniec Polski wie – zasypało nas totalnie. Nie wiem dokładnie, jak rzecz się ma w innych regionach, szczerze mówiąc moje wiadomości na temat pogody utknęły kilka dni temu na całkowicie zaśnieżonej mapce. Przypuszczam więc, że śnieg pojawił się też i gdzie indziej. Powiem Wam szczerze, że (będę niemiła ;)) mało mnie to interesuje, bo jak na razie to my sami nie możemy poradzić sobie z nadmiarem śniegu we Wrocławiu.

Wrocław jest totalnie zasypany. To moja czwarta zima tutaj i do tej pory nie widziałam jeszcze czegoś podobnego. Nie wspominając o tym, że do tej pory nigdy nie było mi dane prowadzić samochodu w takich zaspach. Totalna masakra, apokalipsa, armagedon i nie wiem co jeszcze. Od piątkowego południa sypie z małymi przerwami cały czas. Tego dnia po południu półtorej godziny zajęła nam droga z Mariusza firmy do domu – zwykle przejeżdżamy ją w 15-20 minut.

Główne drogi były odśnieżane dopiero w sobotę rano. Drogi osiedlowe zostały, rzecz jasna, olane totalnie, w związku z czym pod pokrywą śniegu utworzyła się szklana warstwa lodu. Lód ten sprawia, że my sami dziś trzykrotnie potrzebowaliśmy cudzej pomocy, by się ruszyć z miejsca, nie wspominając o przynajmniej kilkunastu samochodach, które w ten sam sposób ratowały się przed kompletnym utknięciem. Jedyną słuszną w tych warunkach zasadą wydaje się być: jechać i broń Boże się nie zatrzymać. Zatrzymanie się na którejkolwiek z naszych osiedlowych dróg grozi utknięciem na lodzie. Tym samym od razu tworzy się korek. Jakąś godzinę temu pod naszym blokiem utknęło kilka samochodów jednocześnie, w związku z czym zablokowane zostały okoliczne uliczki. No, ale przecież nie ma co liczyć na zarządcę, tudzież na niewiadomokogo, kto by mógł być odpowiedzialny za odśnieżanie i posypywanie tych małych osiedlowych dróżek, którymi nieustannie jeżdżą samochody. Zresztą, nasz zarządca (Fontis, jakby kto pytał) nie jest w stanie zadbać nawet o to, by w niedzielę odśnieżyć podjazd do garażu i chodniki, mimo że S.M. Osada już od rana jeździ odśnieżarką po swoim terenie. Ech, to sobie ponarzekałam.

Powiem Wam tylko, że cudem jakimś zarówno dziś jak i wczoraj dojechałam, i wróciłam z Uniwersytetu bez żadnego śnieżnego utknięcia.

Jutro debiut Micha w „Zaczarowanej Krainie”. Bo na ten klub malucha się zdecydowaliśmy ostatecznie. Do końca stycznia będziemy na okresie adaptacyjnym, a od lutego normalny karnet wykupujemy. Trzy dni w tygodniu – poniedziałki, środy i czwartki, po 6 godzin, od 9 do 15. W tym tygodniu będziemy chodzić codziennie, stopniowo wydłużając czas pobytu Micha i skracając mój. Jestem tym wszystkim bardzo podekscytowana i pełna pozytywnych myśli. Miejsce nam się podoba, „ciocie” też, mam nadzieję, że Misiu szybko się zaadaptuje. Spakowałam mu już dziś jego „przedszkolny” worek („Mam fartuszek z muchomorkiem, do przedszkola chodzę z workiem…” ;)): pieluchy na zapas, ubranie na zmianę, kapcie i szczoteczkę do zębów. Resztę zapewnia Kraina, włącznie z wszelkimi pomocami plastycznymi i innymi niezbędnikami przedszkolnymi. Wspomnieć warto tu jeszcze o owym worku, który Mikołaj dostał od Mariusza :) Żaden tam ze Spidermanem czy innym Batmanem – z najprawdziwszym logo Oracle, jak na dziecko programisty przystało, hahahaha ;) Cóż, jeśli Michu będzie miał dyskomfort z powodu braku odpowiednich do wieku malunków na worku, to sama mu je zrobię ;)
W każdym razie trzymajcie za nas jutro kciuki :) Bo to wielki dzień dla Miśka i dla nas.

W czwartek przysłali nam z mojebambino.pl 6 litrów farbek dla Mikołaja: niebieska, czerwona, zielona, żółta, biała i brązowa. Michu ma frajdę niesamowitą, codziennie chce malować. Do tego kupiłam mu niedawno w Ikei fartuszek do malowania, więc w ogóle jest cały dumny, że ma taki sprzęt. Przed malowaniem każe się w niego ubierać, ogląda w lustrze obrazek z pędzelkami, który widnieje na brzuszku fartucha, po czym zasiada grzecznie na rozłożonej na podłodze folii malarskiej i czeka cierpliwie, aż ponalewam mu farbek. Niektóre dzieła zachowuję na pamiątkę :) Taki mały malarz z niego. Poniżej wrzucam zdjęcie. Jakość nie powala, bo zrobione telefonem, ale zawsze:

Mikołaj, od kiedy jest zupełnie zdrowy (czytaj: nie kapie mu z nosa, nie kaszle i nie ma biegunki) jest „do rany przyłóż”. Taki się zrobił wesoły, pogodny i śmieszny, że aż słów brakuje. Widać też, że okołoświąteczny urlop Mariusza przyniósł owoce – Michu stęskniony za dłuższym przebywaniem z tatą, teraz nie daje Mariuszowi spokoju, ciągle chce się z nim bawić (biedny Mariusz, momentami ;)) i w ogóle nie ma już histerii podczas mojego wychodzenia. Zarówno wczoraj, jak i dzisiaj rano, gdy wychodziłam na zajęcia, Michu ze spokojem pomachał mi ręką i zamknął za mną drzwi. Szoook! Ale bardzo pozytywny :)

Tyle na dziś. Dobrej nocki. Mam nadzieję, że jutro zdarzy się cud i drogi staną się suche i przejezdne. Buhahahaha!

P.S.1: Mamy przez okno niezłe widowisko – kiedykolwiek się przez nie nie wyjrzy przynajmniej jeden samochód usiłuje ruszyć z miejsca pokrytego lodem – generalnie, nasza ulica jest nieustannie zablokowana.

P.S.2: Pora wrzucić trochę nowego słownictwa Miśkowego. Obecnie wygląda to tak:
jaja – LaaLaa (teletubiś, ten żółty)
tu – Po (teletubiś, ten czerwony)
fłał/łał – literka „v”
aaa – literka „a”
ci – zarówno cyfra „trzy”, jak i samo liczenie (jak Michu mówi „ci”, „ci”, „ci” to znaczy, że trzeba mu policzyć coś na głos. Najczęściej jeszcze do tego pokazuje po kolei palcem, co mamy liczyć)
śeś – cyfra „sześć”. Nie odróżnia jej od pozostałych, ale gdy ją słyszy, to powtarza
ta – zarówno oznacza zgodę oraz jest używane w sytuacjach, gdy Mikołaj czegoś chce. Czasem zaczyna wołać „ta, ta, ta!” po czym ciągnie gdzieś mnie lub Mariusza, by pokazać, że np. chce jakąś wysoko schowaną zabawkę.
mamo – używane zamiennie z mama
mniam – używane generalnie na wszelkie smaczne wg Miśka pokarmy i napoje, ze szczególnym uwzględnieniem ketchupu
buuummm – samochód

Więcej nie kojarzę. To jest słownictwo z ostatnich kilku tygodni, wcześniej opanowanego nie powtarzam.

P.S.3: Oto widok z naszego balkonu na naszą uliczkę: blip Mariusza Uroczo!

Wpis z okazji nowego roku

Święta się skończyły, nowy rok już leci, a tu znowu zaległości. Jakoś ta zima nie nastraja pozytywnie do pisania. Ciągle coś innego do robienia, tudzież deficyty w spaniu po prostu i tak jakoś leci. A pisać nie ma kto :(

Święta minęły nam chorowicie. Od Wigilii Mikołaj wymiotował i miał biegunkę. W pierwsze Święto było lepiej, wydawało nam się, że się poprawiło, ale koniec końców biegunka mu została, przez co w niedzielę wylądowaliśmy w szpitalu Korczaka na izbie przyjęć. Zostawili Miśka na dwie noce w szpitalu, bo był na granicy odwodnienia, no i przy okazji zrobili badania krwi, moczu i kału. Na razie wiemy, że to nie rota ani adenowirus. Ogólnie zdiagnozowali Michowi nieżyt żołądkowo-jelitowy. Mamy jeszcze jeden wynik do odebrania w szpitalu, choć nie wiadomo, czy w końcu dowiemy się co było przyczyną. Z pewnością było to zaraźliwe, bo zarówno Mariusz, jak i ja przeszliśmy w święta to samo, choć jak widać na mniejszą skalę.

W szpitalu pozwolili mi zostać z Mikołajem. Miałam wykupione obok niego osobne łóżko, więc obyło się bez spania na krzesełku. Mikołaj pobyt w szpitalu zniósł nad wyraz dobrze. Jesteśmy z niego dumni tym bardziej, że ze względu na panujące wirusy kazano nam siedzieć cały czas w sali, nawet nie można było pójść do świetlic. A zdajecie sobie sprawę, że utrzymanie dwa dni dwulatka w jednym zamkniętym pokoju to nie lada wyczyn. Raz, co prawda, udało nam się wyjść na spacer, ale Michu był tak słabowity, że nie bardzo mu się chciało spacerować i po 20 minutach wróciliśmy na oddział. Generalnie Miś był spokojny, uroczy, grzeczny i w ogóle. Nawet pozwalał się badać, choć wiadomo, że z tym, to bywa różnie. W każdym razie we wtorek nas wypuścili, Misiek w stanie dobrym, choć – bez owijania w bawełnę – kupa jeszcze nie do końca ok, ale do czwartku wydobrzał zupełnie. No i apetyt mu wrócił.

Tak więc, jak się domyślacie, całe przygotowania kuchenno-świąteczne diabli wzięli, pojedliśmy (Mariusz i ja) tyle, co w Wigilię, bo reszta (nie tknięta) wylądowała w koszu na śmieci z racji naszego złego samopoczucia. Co zrobić. Nie wszystko da się zamrozić. Ważne, że już ok.

Między kolejnymi biegami do łazienki, w chwilach złudnie lepszego samopoczucia udało nam się nawet zaliczyć dwa spacerki – jeden na Rynek, a drugi na Podwale. Zdjęcia do obejrzenia tutaj. Wrzuciłam też kilka zdjęć z urodzin Miśka i tym podobnych grudniowych wydarzeń. Są tutaj.

Mikołaj prawie miesiąc temu skończył dwa lata, jak wiecie. Wpis bilansowy ciągle przede mną, natomiast udało nam się ostatnio z Mariuszem stworzyć w galerii coś na kształt „The best of…” Generalnie wybraliśmy (nie było to łatwe!) po jednym zdjęciu z każdego miesiąca życia Mikołaja. Album do obejrzenia w tym miejscu, jeśli jeszcze ktoś nie widział :) Niesamowicie zmieniło się to nasze dziecię przez ten czas.

Podjęliśmy z Mariuszem decyzję, by posłać Mikołaja do żłobko-przedszkola. Na razie na 3 dni w tygodniu po 6h dziennie. Wybraliśmy dwie placówki i wczoraj oraz dzisiaj byliśmy je zwiedzać. Jedna to Bąbelkowo, a druga Zaczarowana Kraina. Obydwie mają swoje zalety i wady, ale chyba zdecydujemy się na Krainę. Z pewnością dam Wam znać jaki będzie werdykt :)
Michu ogólnie w obydwu miejscach zachowywał się ładnie. W Bąbelkowie była kuchenka, w Krainie bramki w drzwiach i zjeżdżalnia, więc podobało mu się i tu, i tu. Mam nadzieję, że się szybko zaadaptuje i nie będzie problemów z zostawianiem go.

W przyszłym tygodniu idę z Michem do laryngologa, żeby zerknął na jego zatoki i do dr Kwapisz. Ciekawa jestem, czy długo będzie nam jeszcze kazała się rehabilitować.

Wrzucam tradycyjnie już kilka filmików. Powodzenia w oglądaniu :)

Pierwszy to przytulaki Mikołaja w naszej pościeli. Michu od zawsze miał fazę turlania się we wszystkim, w czym się dało, ale ostatnio kupiliśmy nową pościel (bardziej „puchatą”), co doprowadziło Micha do jeszcze większej ekstazy :)

Tutaj Michu odwiedził po raz pierwszy w życiu Kinderplanetę w Renomie. Podobało mu się bardzo, a już najbardziej do gustu przypadła mu maleńka kuchenka. Chyba mamy pomysł na prezent wielkanocny ;)

Mikołaj maluje. Dużo. Uwielbia to ostatnio, choć mamy chwilową posuchę, bo porządne farbki nam się skończyły i teraz czekamy na przesyłkę z 6 litrami nowych. Maluje pędzelkami, gąbkami, klockami drewnianymi (robi stempelki) i czasem nawet da się namówić na malowanie palcami, choć tu nadal bardzo ostrożnie. Ale gdy przypomnę sobie wcześniejszą awersję Miśka do wszelkiego rodzaju farbek, to myślę, że kawał dobrej roboty za nami :)

Mikołaj dostał na urodziny od dziadków z Gniezna prawdziwe sanki. Oto pierwsza wyprawa. Śnieg też pierwszy był wówczas tej zimy. Co prawda czas Miśka na sankach wynosi mniej więcej 10% czasu całego spaceru, ale i tak jest nieźle, że daje się posadzić :)

Tutaj Mikołaj wita Nowy Rok. Tak mniej-więcej o godzinie 19.00. Oczywiście ani zimne ognie, ani uwidocznione race nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia. Jak zawsze najbardziej podekscytowani byliśmy my – Mariusz i ja, no ale co poradzić. Mikołajowe witanie Nowego Roku skończyło się wielkim rykiem, że skoro jest ubrany, to dlaczego nie idziemy na spacer??? Przecież ubieranie się na balkon nie ma sensu, bo przecież balkon to część domu. A buty i kurtkę ubiera się na spacer. Tak… Chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze ;)

I na koniec nadzieja polskich skoczków narciarskich. Znakomity skok zakończony wspaniałym telemarkiem. Maksymalna ilość punktów od sędziów, do tego rekord mamuciej skoczni Parku Południowego we Wrocławiu. Nic, tylko podziwiać:

Na koniec jeszcze obiecane zdjęcia pokoju Micha po przemeblowaniu. I nowe łóżko, rzecz jasna :)