Coś aktualnego…

Z aktualnych spraw to taka, że Mikołajowi wczoraj udało się pierwszy raz samodzielnie (bo z naszą pomocą to już mu się zdarzało) przewrócić z brzuszka na bok i dalej na plecy :) Zrobił to na razie jeden raz, ale będziemy trenować dalej :) No i do wczorajszych sukcesów dorzucić też należy, że Misiek zaczął się interesować swoimi paluszkami. O co chodzi? Już rozwijam temat. Do tej pory Misiek jak sobie leżał. to zazwyczaj miał piąstki zaciśnięte i z reguły kładł je do buzi albo nimi machał w różnych kierunkach. A wczoraj Mariusz zaobserwował, że mały zaczyna się nimi bawić – rozcapierza palce, chwyta palcami jednej rączki paluchy drugiej i potrafi tak się nimi zająć nawet kilkanaście minut! Do tego wszystkiego zaczyna świadomie chwytać przedmioty. Oczywiście jeszcze baaardzo niezdarnie i często mu nie wychodzi, ale widać po nim, jak się stara i jak się na tym skupia :) Dzisiaj rano na przykład leżał na macie i sam chwycił zwisający z łuku księżyc (do tego miał wielką radochę, bo ten księżyc jest wypchany jakąś szeleszczącą folią, więc miał do tego efekty akustyczne!). I nie zrobił tego przypadkiem, bo obserwowałam go uważnie i potem udało mu się to jeszcze kilkukrotnie. W ogóle to widać po nim, że odkrywanie rączek i manipulowanie nimi sprawia mu niezwykłą frajdę. Nam zresztą też, gdy to obserwujemy :) A gada przy tym! I zaczął tak śmiesznie wargę dolną chować pod górną. Wnosi to trochę nowości do jego gadulstwa :)

misio

W ogóle to ciągle nie możemy się z Mariuszem nadziwić jakiego fajnego Miśka mamy w domu :) Bo grzeczny jest i uśmiechnięty :) A najfajniejszy widok przedstawia sobą rano, gdy po przebudzeniu woła nas tym swoim „Yyyyyy”. Zaglądamy wtedy do łóżeczka a tam Misiek leży z rozwichrzonymi włosami (bo sobie w nich ciągle grzebie), przeciąga się i śmieje całą gębą (całą zaspaną gębą, trzeba dodać) :) Świetny jest :)

Ubiegły weekend znowu mieliśmy w siodle. Nie miałam co prawda zajęć, ale odprowadzaliśmy Maciejowi samochód. No i jechaliśmy do Gniezna na urodziny mamy Mariusza. Zmęczyła nas ta wyprawa niesłychanie – zwłaszcza Miśka, któremu się nocne spanie przez to rozregulowało – ale na szczęście po dwóch dniach w domu wrócił do normy. Jakoś ciężko znosi spanie w innym miejscu, wierci się często. My wtedy nie możemy przez to spać, bo nas budzi. I wtedy my się wiercimy i budzimy jego. I tak w kółko. Chyba ze trzy czy cztery razy wstawałam wtedy w nocy do karmienia. A już od tygodnia Misiek jadł w nocy tylko raz. No, ale uregulował się z powrotem i znowu tylko jedno karmienie mamy. Zresztą, nawet gdybym nie musiała wstawać do niego w nocy już wcale, to i tak sie budzę około 3-4, bo pokarmu już mam za dużo i cycki mnie bolą niesłychanie. Jak dobrze, że ktoś wymyślił laktator!

Od tygodnia jeździmy nowym autkiem. Jest super! Na początku miałam strasznego stresa, żeby usiąść za kierownicą, bo to taka kobyła wielka, ale w niedzielę prowadziłam całą drogę z Poznania do domu i już się nie boję. Jednak szybko udało się przyzwyczaić. Choć muszę jeszcze popracować nad pedałami ;) No bo bardzo leciutko chodzą, a ja przyzwyczaiłam się, że trzeba jednak trochę przycisnąć. Ale spoko – tak samo było, gdy przestawiałam się z uno na punto – to dopiero był skok jakościowy! I dałam radę. Teraz też dam.
Co do samego autka, to ma mnóstwo bajerów, które jeszcze nie do końca potrafimy obsługiwać. Mnie się najbardziej podobają takie dwa lustereczka z lampką, hehehe. No i schowek na okulary, chociaż moje się tam nie mieszczą, bo za duże. Nie no żartuję – nie tylko to mi się podoba. Autem się ogólnie świetnie jeździ. Jest o wiele mocniejsze od poprzedniego, no i jest duuuża różnica przy wyprzedzaniu. Udał nam sie zakup :)

Mariusza od dwóch dni rozbiera przeziębienie. Z nosa mu cieknie i kicha straszliwie. Oby tylko się Misiek nie zaraził, bo w przyszłym tygodniu idziemy do szczepienia i szkoda by było, żeby je przekładać.

Zastanawiam się ostatnio nad jednym – czy Mikołaj jest taki „żelazny”, czy też po prostu te wszystkie gadania na temat diety kobiety karmiącej są nieco (?) przesadzone. Pewnie, że dzieciaki miewają alergie pokarmowe itd., ale tak naprawdę ile dzieci jest uczulonych? Wiem, że alergia może się ujawnić w każdej chwili, ale… Ja ostatnio naprawdę nie za bardzo uważam na to, co jem. Wiadomo, że nie obżeram się „nowościami” na potęgę, ale jakoś nie zastanawiam się jakoś specjalnie nad tym, co w jakiej kolejności wprowadzać. I póki co Misiek nie ma alergii. Przyznam się, że jem nawet cytrusy, piję sok pomarańczowy (czasem nawet świeżo wyciskany) i nic się nie dzieje. Jakieś dwa tygodnie temu nagotowałam grochówki i też było ok. Stwierdziliśmy z Mariuszem, że jak mały przeżyje grochówę, to przeżyje wszystko ;) No i nawet go nie wzdęło. Trochę więcej puszczał pryków i na tym się skończyło. Jeśli chodzi o produkty mleczne, to też jem normalnie, tak jak w ciąży i przed ciążą. No i nic. Czasem się zastanawiamy z Mariuszem, czy to normalne, bo tyle się nasłuchaliśmy na temat diety, że aż głupio, że Misiek bez alergii. Oczywiście, nie można wykluczyć, że jej kiedyś nie dostanie, ale póki co zdrów jak ryba, a i ja nie narzekam, bo wreszcie jem sensowne rzeczy (na kurczaka to już prawie patrzeć nie mogę). No i jeśli chodzi o ulewanie, to też widać, że moja dieta nie za wiele ma z tym wspólnego – ostatnio prawie wcale nie ulewa. Czasem mu sie zdarzy, jak jest przejedzony, albo zmęczony, albo czymś się zestresuje. No i tyle.

Kupiliśmy Miśkowi kurteczkę wiosenną. Bo w misiu ze Szczecina to już się nie mieści, a w kombinezonach zimowych to mu już było za gorąco (chociaż podobno ma przyjść ochłodzenie, więc trzeba je będzie przeprosić i znowu ubierać). Kurteczka jest granatowa, z podpinką. Mariusz wybierał. I do tego jest czapa wiosenna. Do kompletu udało się dostać. Ja choruję jeszcze na taki bezrękawnik z bluzą, Ale to może w okolicach kwietnia kupię, jak już będzie na tyle ciepło, żeby mógł nosić. No bo nie wiem, w jakim rozmiarze. Chociaż pewnie tę wiosnę przepyka w 68. Swoją drogą, w ubiegłym tygodniu byłam z małym na kontroli u pediatry. Ważyła go i wyszło 6650g. Grubas mały :) No i jeszcze do chirurga dziecięcego mamy sie zgłosić, bo mu podobno jąderko jedno „ucieka”. Już nas umówiłam – na 9 kwietnia. To są dopiero terminy!

Zdjęć nowych nie mamy na razie. Tylko te z ubiegłego tygodnia (hehehe, pomyślałby ktoś, że one stare). Możecie je obejrzeć tutaj. Teraz będę polować z aparatem na Miśka jak sie paluszkami bawi :)

A! I jeszcze małą informacja – 23 sierpnia będziemy brać ślub i chrzcić Miśka. Mojej mamie udało się załatwić salę w Głuchowie w celu pożarcia obiadku weselnego (wesela jako takiego nie robimy – tylko obiad i deserek dla rodziny). Ślub też będzie prawdopodobnie w Głuchowie. Piszę prawdopodobnie, bo jeszcze nie byliśmy u księdza i nie wiemy do końca, czy nie ma tego dnia już zajętego terminu. Ale jesteśmy dobrej myśli. Poza tym, w razie czego jest jeszcze Kościan i Czempiń – wszystko nam jedno gdzie to będzie. Tak więc my już nie będziemy grzesznym konkubinatem, a Misiek nie będzie poganinem :)

Dobra. Tyle na dziś. Do poczytania kiedyś tam.

Nie, to jednak jeszcze nie koniec! W tym miejscy przyszedł czas na gratulacje dla Izy W. I dla jej Małżonka. Bo urodziło im się drugie dzieciątko – mała Milenka! :) Tak więc gratulujemy serdecznie i życzymy, by dzieciątko było zdrowe i aby było źródłem nieustannej radości dla swoich rodziców. No a Przemkowi gratulujemy siostrzyczki! :)

Ach, co to był za ślub…

fuck

No, tośmy się pobrali :) W USC impreza trwała dokładnie 11 minut. Beznamiętne to i treściwe. No i dobrze nawet, bo na przeżycia
duchowe i wzruszenia to się szykujemy raczej przy okazji ślubu kościelnego :) Przysięga poszła nam ładnie, tylko z nakładaniem obrączek był mały kłopot. Mariusz po prostu chciał nałożyć mi swoją. Rozmiarem to ona może by i pasowała, ale na palucha u nogi ;) Z Pałacu Ślubów (ach, jak dumnie to brzmi, a jak miernie wygląda) ruszyliśmy na Stary Rynek, bo mieliśmy zarezerwowany stolik Pod Złotym Psem. Tu nadszedł czas, by wymienić naszych ślubnych gości :) Tak więc obecnością swoją zaszczycili nas: Rodzice Mariusza, Jolka, moja Mama, Monika, Bartek i Antosia. Za co serdecznie wszystkim po raz kolejny dziękujemy :)

Restauracja spisała się bardzo dobrze. Wszyscy byli bardzo zadowoleni z jedzonka, które dostali. Przyznam szczerze, że nam ulżyło z tego powodu, bo niełatwo trafić w gust podniebień tylu osób.

Po obiadku i deserku poszliśmy jeszcze do Spiża, bo rodzinki nasze chciały zaopatrzyć się w miejscowe piwko. Wyszło na to, że nasz ślub stał się dobrym pretekstem do odwiedzin Wrocławia i chmielowych zakupów ;) Potem zjechaliśmy do domku i powoli goście zaczęli sie rozjeżdżać każdy w swoją stronę (czyli w sumie w dwie – do Poznania i do Głuchowa) :) My, wypompowani, padliśmy na łóżku. Noc poślubną przełożyliśmy na inny termin ;)

Musimy się jeszcze pochwalić prezentami ślubnymi. Bo oczywiście, mimo naszych zaklinań, że żadnych prezentów nie chcemy widzieć, dostaliśmy ich furę, jak na tak niewielką liczbę gości :) I tak nasze gospodarstwo domowe wzbogaciło się o: piękną szklaną paterę na owoce/ciasto, komplet sztućców Gerlach na 12 osób, komplet porcelany Ćmielów (serwis do kawy na 12 osób, w stylu międzywojennym), gotówkę i kwiatki. No…i jeszcze jedna rzecz…Choć w sumie to nie rzecz, lecz już domownik. A może nawet i kochanka ;) Bo Mariusz dostał wymarzony aparat fotograficzny – lustrzankę cyfrową Canon EOS30D! :) I do tego full wypas obiektyw Canon EF 50 f/1.4 USM. Nie wiem co wam mówią te wszystkie nazwy. Mi coś tam już mówią (jak mi Małżonek wytłumaczył), ale zrozumiem, jak stwierdzicie, że niewiele to wnosi do waszego życia i pominiecie ten kawałek :) W każdym razie aparat teraz jest pieszczony na wszelkie sposoby (w związku z czym noc poślubna ciągle się opóźnia ;)) Ale nie narzekam, bo dzięki temu Misiek zrobił mi już parę ładnych fotek, a zanosi się na więcej. No i łatwiej go teraz z domu na spacerki wyciągać, bo kusi go perspektywa zabrania aparatu na miasto i strzelania fotek :) Oj, no nabijam się trochę, ale w końcu takie moje prawo, co nie? A tak szczerze, to gęba mi się uśmiecha jak widzę zadowolonego Miśka, który z błyskiem oka odkrywa coraz to nowe gadżety w swoim aparacie. No i fakt jest też taki, że ja też biorę owego Canona do ręki i się nim bawię – a frajda z tego jest rzeczywiście niezmierna :)

Tutaj możecie obejrzeć więcej zdjęć z naszego ślubu. Zapraszamy!

Pragniemy jeszcze podziękować wszystkim, którzy myślami byli przy nas w dniu naszego ślubu, i którzy te myśli wyrazili w postaci karteczek, telegramów i smsów. Dzięki raz jeszcze! :)