Tataj, quiz i inne dziwności

Dla tych, którzy nie dostali na skrzynkę pocztową wiadomości, wrzucam bardzo ciekawego linka :) Oto quiz do Miśkowej dzieciomowy. Można sobie stworzyć coś takiego na stronie dzieciomowa.pl po uprzednim zarejestrowaniu się oraz zredagowaniu słownika swojej pociechy. Bardzo fajna zabawa :)

Ze śmiesznych rzeczy, dotyczących Miśkomowy (podoba mi się to określenie, chyba będę go nadużywać;)) to kiedyś pisałam Wam o tym, że Michu na tramwaj mówi tataj. Zresztą, przekręca całe mnóstwo innych słów, co już nam się tak wbiło w głowę, że niekiedy sami zaczynamy tak mówić ;) No i ostatnio małżonek mój przeszedł samego siebie, gdy podczas meczu Korony Kielce, na tekst, że Tataj strzelił bramkę, pomyślał coś w stylu: „Kurde, facet nazywa się Tramwaj” :) Nic więcej dodawać nie trzeba.

Mikołaj ostatnio miał ciężkie wejścia do przedszkola. Przez kilka dni w ogóle nie chciał wysiadać z samochodu. Bardzo mnie to zaniepokoiło, bo wcześniej nie było takich problemów. Opiekunki też nie zgłaszały, by coś się działo niedobrego. I muszę Wam powiedzieć, że przeszło jak ręką odjął, gdy Michu zaczął zabierać z domu swoje śniadanie – zamiast zjadać przedszkolne. Nie chodzi bynajmniej o to, że jedzenie w Zaczarowanej jest niedobre, bo jest po prostu pyszne, ale raczej o to, że Michu nie lubi posmarowanego i obłożonego pieczywa. Teraz bierze z domu suchą bułkę, lub niekiedy drożdżówę, i jest szczęśliwy :) Od tego czasu nie ma problemów z wejściem. Dzisiaj to mi wręcz pokazał przez które drzwi mam wyjść :)

W przedszkolu we wtorek był teatrzyk z Krakowa. Wystawiali „Złotą rybkę” – to prezent dla dzieci z okazji Dnia Dziecka. Podobno dzieciaki były zachwycone. Mam nadzieję, że po przerwie letniej uda mi się z Michem uderzyć do teatru lalek – powinno go już to zaciekawić.

Zbliża się Dzień Dziecka, mamy dla Miśka parę niespodzianek. Głównym punktem programu będzie drewniana kolejka Eichhorn. Kupiliśmy ją promocyjnie pół roku temu w Lidlu, ale wtedy Michu był za mały, by się nią sensownie bawić. Teraz ma fazę na wszystko, co jeździ, tym bardziej na „ciucie”, więc prezent będzie jak najbardziej trafiony :) Ponadto mamy kubek i bidon z Zygzakiem oraz płytę ze Strażakiem Samem. Planujemy też dwa wypady w weekend – jeden do zoo (o ile pogoda pozwoli), drugi do kina na poranek (akurat będą ulubione bajki Micha) w Multikinie. W zoo Michu był już trzy razy, w kinie będzie miał teraz debiut. Ciekawa jestem, jak mu się spodoba :)

Wczoraj był Dzień Matki. Dostałam z tej okazji dwa prezenty :) Jeden to warsztaty fotograficzne – plener w zamku w Mosznej – organizowane przez SwiatObrazu.pl, a drugi to własnoręcznie nadziergane przez Micha korale z makaronu :) Tak oto wyglądające:

korale

Jutro małżonek mój zdaje egzamin z Javy. Będziemy trzymać z Misiem kciuki :)

A, i jeszcze jedna wiadomość – Michowi dzisiaj udało się zrobić trochę siku do nocnika w przedszkolu. Hurrra! Mam nadzieję, że w końcu zaskoczy.

Przesunęli nam termin ogłoszenia wyników rekrutacji do przedszkoli, bo muszą na nowo zweryfikować PITy. Pewnie i tak się nie uda.

Tyle na dziś. Do poczytania kolejnym razem :)

Wiosenny duet muzyczny Mikołaja i inne historie

Nareszcie mamy wiosnę! Nie tylko kalendarzową. Wiosnę czuć w powietrzu, a potwierdzają to: dzisiejsze 18 stopni na termometrze i słońce na niebie :) Zimo, precz!

W związku z nastaniem wiosny, Mikołaj zainaugurował sezon turnieju czterech skoczni: zjeżdżalni w parku Skowronim, zjeżdżalni w parku Południowym, zjeżdżalni na naszym dziedzińcu i zjeżdżalni na osiedlu SM Osada. Premierowy skok został wykonany na tej ostatniej. Oto dowód:

Ponadto dzisiaj spędziliśmy prawie dwie godziny na placu zabaw w parku Skowronim, a jutro, jeśli pogoda nadal dopisze, nalatujemy na Południowy. Sama przyjemność teraz w przesiadywaniu na dworze.

Miniony weekend mieliśmy wyjazdowy. W sobotę pojechaliśmy do Gniezna, a w niedzielę, w drodze powrotnej, wstąpiliśmy do Głuchowa. Z Głuchowa przywieźliśmy piękny filmik :) Babcia Tereska – w sensie moja babcia, a Mikołaja prababcia – doczekała się wreszcie prawnuka, który chętnie (jak na razie) podejmuje tradycję rodzinną i gra na harmonijce ustnej :) Oto wiosenny duet Mikołaja z prababcią:

Dzisiaj byłam na praktykach w PORT-cie na Kozanowskiej. Bardzo przyjemne przedszkole. Czekają mnie jeszcze dwa dni praktyki w kwietniu.

Wczoraj i dzisiaj porobiłam trochę zdjęć Mikołajowi na placach zabaw. Ale jeszcze ich nie obrobiłam, więc jak będą w galerii, to dam znać.

Michu znowu dorzucił sobie parę rzeczy do słownika. Między innymi pięknie używa słowa „też”. Na maksa prawidłowo :) Mówi na przykład: to też, tam też, też nie, ja też, mama też itd. Sam wykombinował :)
Doszło też: „cie” czyli „chcę”, czasami słychać „jeście” czyli „jeszcze”, „tato”, co oznacza „auto” (chociaż na własne uszy dziś słyszałam, jak Michu powiedział poprawnie „auto”, więc leń po prostu z niego wyłazi), „fyfy” to są frytki, „dzi” – „drzwi”. Ponadto dziś podczas odbierania go z przedszkola wyartykułował imiona opiekunek: Agnieszka i Aneta. Nie było to idealne, ale każda z pań wiedziała doskonale, że padło jej imię. Aaa, i dzisiaj usłyszałam jeszcze nowe słowo: „tot” – „tort” :) Tak więc mowa gna do przodu. Może bez wielkich zrywów, ale, co tydzień, coś nowego się pojawia.

Dostałam dziś maila z merlina, że kuchenka Tefal dla Micha (prezent od Zajączka) przyjedzie jutro. Co prawda ciężko będzie ukryć taki wielki karton, ale jakoś może się uda. Rzecz jasna, jak tylko Mikołaj wieczorem pójdzie spać, muszę ją wypróbować ;) W wyposażeniu ma mieć dodatkowo toster i czajnik :) Jak już Zajączek Michowi przyniesie ów prezent, to wrzucę kilka zdjęć naszego kucharza. Bo że z prezentu będzie się cieszył, to pewne jak słońce na niebie. Ma ciągoty do tej zabawki od dawna, a w niedzielę w BabyMax przeszedł samego siebie: chodzimy po sklepie, wyszukaliśmy przyjemny komplet garnków do zabawy, do tego Mariusz znalazł drewniany zegar-puzzle z Autami. Pokazuje to Michowi i mówi: „Patrz Mikołaj, co znalazłem. Kupimy?” Na to Michu z rozbrajającą szczerością, wskazując na plastikową kuchenkę stojącą na wystawie: „Tak. I to też.” :)

Tyle na dziś. Pora kończyć, bo ledwo widzę na oczyska. Intensywny dzień dziś miałam :)

Przedwiośnie…

Wiosnę już czuję pod skórą, a tu w prognozie pogody zapowiadają śnieżycę na sobotę. No bez przesady! Ile można?! Śnieżycy i śniegowi na najbliższe miesiące mówię stanowcze NIE i niech ktoś nie odpowiedzialny weźmie to sobie do serca. Bo jak się zdenerwuję…!

W związku z ozdrowieniem Mikołaja (po dwóch seriach antybiotyków, dwóch tygodniach siedzenia w domu i w sumie pięciu wizytach u lekarzy) udało nam się przedwczoraj wybrać na pierwszy od dawna spacer. Słoneczko piękne świeciło, więc postanowiłam zabrać aparat. Kilka zdjęć wrzuciłam do galerii, możecie sobie obejrzeć, kto ciekaw :)

Na spacerze towarzyszyła nam kaczka. Kaczkę ową kupiliśmy prawie rok temu, ale do tej pory nie wzbudzała szczególnego zainteresowania u naszego dziecięcia. Aż do wtorku, kiedy to postanowił zabrać ją na spacer. W pierwszym momencie chciałam powiedzieć „nie”, bo stanęła mi przed oczami wizja rzuconej po 5 minutach zabawki i noszenia jej potem za Michem. No, ale koniec końców stwierdziłam, że niech będzie. I jakie było moje zdumienie, gdy kaczka wytrwale przez cały spacer tkwiła w ręku Miśka. A Misiek bardzo dzielnie z nią maszerował, chociaż chwilami nie było mu łatwo. Pierwsze chwile grozy przeżyłam, gdy Michu sprowadzał ptactwo po schodach – „Jaaa!” – usłyszałam tylko w odpowiedzi na moją propozycję, że mu/kaczce pomogę. Serce prawie wyskoczyło mi z piersi na widok karkołomnych prób schodzenia Miśka&kaczki, ale nie było wyjścia – jedyne, co mi pozostało to uważna asekuracja. Na szczęście obyło się bez upadków. Ech… Przekonajcie dwulatka, że nie wszystko potrafi zrobić samodzielnie… Medal dla takiej osoby! ;)

Po dwóch tygodniach przerwy Miś wrócił do swojego klubu malucha. Trochę się obawiałam tego powrotu po chorobie, ale dziecię było tak stęsknione za paniami, dziećmi i miejscem, że prawie nie zwróciło na mnie uwagi i pobiegło do sali. Wczoraj i dziś było już trochę gorzej. Popłakało się Misio kochane. Aczkolwiek wiem, że płacz ten trwa chwilę i znika po moim wyjściu za drzwi, więc jestem spokojna.

Wczoraj panie z klubiku podczas zajęć uczyły dzieci nazw kolorów. I były w szoku, że Mikołaj potrafi bezbłędnie pokazać który to czerwony, który zielony, który niebieski i który żółty. To, że Michu je zna i rozróżnia to wiemy od dość dawna (trzech podstawowych nauczył się na sygnalizatorach drogowych), ale nigdy się jakoś nie zastanawialiśmy nad tym, że to może nie być standard u dwulatków. Hmmm… Właśnie, ciekawa jestem jak to wygląda, tak ogólnie, wśród dzieci. Myślę, że to nic wielkiego – nauka kolorów. Pewnie opanowują to szybko, pod warunkiem, że rodzice/opiekunowie stosunkowo często im dane kolory pokazują i nazywają.
Jakby jednak na to nie spojrzeć, byłam dumna i blada z takiej pochwały mojego dziecka :)

Swoją drogą, wiem też, że Mikołaj rozróżnia bardzo wiele cyfr i liter. Niestety ciągle jeszcze stosunkowo słabo potrafi je wyartykułować. Ale myślę, że jak już zacznie, to na dobre :)

W sumie, to ostatnio doszło kilka nowych słów. O jaju już wspominałam, doszło więc jeszcze „pciepcie”, będące niekiedy „ciepciem”. Wiecie co to? Przejście dla pieszych! Mikołaj od jakiegoś tygodnia ma ulubione zajęcie: sadza mnie lub Mariusza na swoim dywanie ikeowskim (takim z drogą dla samochodzików), wręcza auto i każe jeździć. Należy zatrzymać się przy każdym przejściu dla pieszych, co Michu komentuje entuzjastycznie: „Pciepcie!”… i można jechać dalej. Koniecznie trzeba też przejechać przez rondo, które z niewiadomych powodów zostało nazwane… „siusia” – tak samo, jak siusiak… Gdy my mówimy: rondo, to Mikołaj przytakuje, ale gdy prosimy, by powtórzył słyszymy: „siusia”… Przyznać mi się, kto siusiał na rondzie i został na tym przyłapany przez moje dziecko, hę? ;) Bo mam dowody na filmiku, że wcześniej rondo to było „dodo”. Więc ktoś mi tu dziecko zmanipulował! ;)

Ponadto ewoluowało słowo „światła” (chodzi o sygnalizator drogowy). Już nie ma „sici”. Już są „siapa” zamiennie z „siafa”. Mamy też „fafy” – farby, „fafel” – wafel, „siok” – sok, „sio” – w sensie „chodź” oraz niekiedy „siaban/siafan” na słowo szlaban. Do tego dodajmy: „Siali” – bajkowa Sally, „Sisa/Sysa” – Zygzak (McQuinn, oczywiście), „tuj” – w zależności od potrzeby: Wójt (dla niezorientowanych w Autach Disneya – jeden z bohaterów), albo „stój” (gdy powtarzamy wierszyk z Teletubisiów: „Nie przechodź na drugą stronę, jeśli światło jest czerwone. Czerwone znaczy STÓJ”), „Siamf” – Humf, futrzak z kreskówki z CBeebies, „tom” – tom, to określenie na traktor ogólnie (wywodzi się od bajki o traktorze Tomie). Więcej na razie nie pamiętam :)

Ostatnio musieliśmy zaprzestać oglądania bajki „Auta”. Gdy tylko się kończyła i pojawiały się napisy, Michu zaczynał tak szlochać, że ciężko było go uspokoić. Pierwszy raz widziałam, żeby dziecko tak bardzo reagowało na koniec jakiejś bajki. Aż go żal było. Stwierdziliśmy, że na razie zrobimy przerwę, bo szkoda Miśka i naszych nerwów. Aczkolwiek mania „Aut” trwa nadal. Bajki na cd nadal Misiek chce słuchać, ubrania jak wybieramy z szafy, to koniecznie muszą być z jakimś pojazdem (jak na razie Zygzak widnieje tylko na jednej bluzie, ale na szczęście Michu zadowala się też innymi pojazdami – byle miały kółka). Ostatnio też wyhaczyliśmy jajka z niespodzianką z serii Cars. Dzięki temu mamy już trzy Sally (ku zachwytowi Mikołaja), jednego Zygzaka, jednego Luiggiego i jednego Wójta. Ech… :)

Mikołaj ogólnie bardzo interesuje się tematyką „pojazdowo-drogową”. Ostatnio jego uwagę przykuły znaki drogowe. Wydrukowaliśmy mu więc z Mariuszem w kolorze kilkanaście najczęściej spotykanych i przydatnych, zalaminowaliśmy i teraz Mikołaj się nimi bawi. Doskonale rozpoznaje: przejście dla pieszych, dla rowerzystów, ograniczenie prędkości, wszelkie znaki związane z przejazdami kolejowymi (mówi na nie „ciucia” – ciuchcia), rondo, droga z pierwszeństwem przejazdu, stop, zakaz wjazdu, parking, uwaga dzieci, przystanek autobusowy i tramwajowy oraz znak…Bam! Znak „Bam” jest to swoisty ewenement, gdyż nigdy nie zwracaliśmy Mikołajowi na niego uwagi, co z kolei oznacza, że nasze dziecię samo wykoncypowało, że gdy znak taki się pojawia, to znaczy, że samochód zaraz zrobi „bam”. Co to za znak? Próg zwalniający! Ciągle trwamy z Mariuszem w zdumieniu z powodu spostrzegawczości i logiki myślenia naszego dziecka (po kim on to ma…?).
Znaki te (i jeszcze kilka innych) są nieustannie układane na dywaniku i trzeba przy każdym się zatrzymać i mówić, co oznacza. A jak – oczywiście przypadkiem ;) – powiem źle, to Mikołaj od razu woła: „Nieee!” i jakoś tam mnie po swojemu poprawia :) Zdolna bestia :)

Odebraliśmy Michową opinię od pani psycholog. Misiek dobił do normy, jedyne, co jeszcze kuleje, to mowa czynna, ale jak widać powyżej nabiera ona tempa, więc nie ma się czym martwić.

Mikołaj w ostatnich tygodniach się umuzykalnił ;) Po pierwsze coraz częściej wyjmuje swoje instrumenty (z promocji z Lidla) i grzechocze, dzwoni, bębni i co się tylko jeszcze da. Nauczył się też porządnie dmuchać w harmonijkę ustną i flet. Na razie jeszcze skromne dowody, ale jednak, mamy na filmikach:

Po drugie Michu polubił tańczyć. Zwłaszcza do jednej piosenki Arki Noego, z ostatniej płyty. Nie pamiętam tytułu, ale jest druga w kolejności, i do tego moja ulubiona z tej płyty :) Gdy Michu ją słyszy woła: „Mami!” (w sensie, że to mamy ulubiona piosenka) i ciągnie mnie za ręce do tańca :)

W ostatnią niedzielę przekonaliśmy się z Mariuszem jak niewiele dziecku potrzeba do szczęścia. Zamówiliśmy pizzę. Pizza, jak to pizza, wiadomo, przyniesiona w kartonie. Karton po opróżnieniu i rozłożeniu zaprezentował takie jakby dwie zakładki, które Michowi skojarzyły się z drzwiami. Naprzynosił sobie małych samochodzików i dawaj przez te drzwi je przepychać. No to wzięłam pisak i namalowałam na tym kartonie ulice, rondo, jakiś domek… Michu przeszczęśliwy. Bawił się tym chyba ze trzy dni. Bawiłby się pewnie dłużej, ale niedobra matka postanowiła podczas nieobecności dziecka pozbyć się kartonu, bo zaczął z lekka podśmierdywać pizzą…

A tu kawałek „pciepciowania” na drodze z kartonu od pizzy :)

Teraz jeszcze kilka słów nie o Mikołaju :) Udało nam się w końcu w ostatni weekend lutego dotrzeć do Karpacza na wyczekiwany wyjazd we dwoje :) Pogoda dopisała, wszystko udało się świetnie :) Muszę przyznać, że pokój, w ramach zamówionego pakietu, mieliśmy po prostu rewelacyjny. Był ogromny, około 40m2, do tego ogromny taras. W ramach pakietu w pokoju czekał kosz owoców i szampan. Na sobotę zamówiliśmy sobie uroczystą kolację – przy świecach, winku, w dodatku w oddzielnej sali restauracyjnej, byliśmy tam tylko my dwoje. Trzeba przyznać, że się postarali :)
Co do nas, to jedyną naszą aktywnością był dwugodzinny spacerek w sobotę po Karpaczu. Resztę czasu spędziliśmy leżąc na łóżku, gapiąc się w telewizor, bijąc rekordy w Kulki na Facebooku i czytając odmóżdżające gazety. Rewelacyjnie wypoczęłam! :)

Chyba czas już skończyć, bo kto to potem przeczyta… Brawa dla wszystkich, którzy dotarli do tego momentu :)

Szpital na peryferiach – część kolejna…

Tak, znowu jesteśmy chorzy… Zaczęło się od Miśka, przeszło na Mariusza, a skończyło na mnie. To znaczy taka była kolejność startu, bo ogólnie to Mariusz w tej chwili ma się najlepiej, mnie ciągle boli gardło i kawałek ucha, a Michu, jedyny leczony przez lekarza, ma obecnie taki kaszel, że budzi nas nim w nocy. Co dziwne, sam Misiek kaszleniem swoim się nie budzi. Nie wiem skąd nam się owo cudo chorobotwórcze przywlokło, ale mogłoby już sobie pójść.

Z powodów wyżej wymienionych, jak i z dodatkowego – zachorowania Mariusza taty – musieliśmy przełożyć wyjazd na nasz romantyczny (he he he) weekend do Karpacza na przyszły tydzień. Na szczęście udało się dogadać i nie straciliśmy zaliczki. Mam nadzieję, że do piątku wydobrzejemy wszyscy, bo szkoda byłoby znowu odwoływać.

Michu jutro zostaje w domu, bo nie miałabym sumienia posłać go do przedszkola. A rano muszę zadzwonić do przychodni i zapisać go do pediatry, bo po tych lekach, które dostał w piątek, nie polepszyło się wcale, a wręcz kaszle jeszcze gorzej. Może coś innego poradzą. O ile uda się na jutro zarejestrować.

W czwartek zrobiłam porządne porządki na balkonie. Już mi wstyd było patrzeć przez okno. Na szczęście poprawiła się piękna pogoda – w czwartek wyszło słoneczko – więc ruszyłam do boju. Udało mi się usunąć cały lód z posadzki, uporządkować różne rupiecie, no i przede wszystkim rozebrać choinkę (w końcu już Wielki Post), pociąć ją na drobne i wynieść na śmietnik. Co prawda trzon choinki wraz z doniczką zdobią jeszcze balkon (za ciężkie dla mnie, by wynieść), ale i tak już nieźle. Na koniec umyłam posadzkę i okna, i teraz jest wręcz bajecznie :) Swoją drogą, pogoda od kilku ostatnich dni nas rozpieszcza. Marzę, by się już taka (i lepsza) utrzymała do następnej zimy. A myśląc krótkoterminowo – przynajmniej do naszego wyjazdu do Karpacza.

Z nowych rzeczy, to Michu zaczął mówić o sobie „ja”. Tylko momentami wątpi, jak dochodzi do wymiany zdań w stylu: „Kto zjadł wszystkie ciastka?” M: „Ja!” „Ty?” M:”Ta, ty” (i pokazuje na siebie). No, ale powoli, mam nadzieję, uda mu się wytłumaczyć, że gdy on mówi „ja”, a ja mówię do niego „ty”, to ciągle mówimy o nim ;)

Dzięki bytności w przedszkolu (no wiem, że to nie przedszkole, a klub malucha, ale tak mi wygodniej pisać) Michu ma obecnie fazę na dzieci. Uwidacznia się to nawet w słownictwie wyrazem „dzici” (coś pomiędzy „dzicy” a „dzieci”, co w mojej opinii powinno znaczyć to samo ;)). „Dzici” są zauważane wszędzie: w Teletubisiach, Waybaloo, na ulicy, na obrazku, w gazecie… gdzie się da. „Dzici” też Misiek słucha na płycie „Arki Noego”. Chociaż od kilku dni coś innego zajmuje 1 miejsce w rankingu ulubionych płyt Micha. Mamy bowiem na cd całą kolekcję bajek Disneya do słuchania. Od kilku miesięcy puszczaliśmy przed spaniem kolejne części (w sumie chyba 25). Aż nasze dziecko odkryło „Auta”. Uwierzcie, że dziś już prawie wymiotowałam tą bajką – słuchał jej Miś caaały dzień, a każda próba zmiany płyty kończyła się wrzaskiem. Co gorsza, nie udało mi się jeszcze obejrzeć pełnej wersji na dvd (a wydaje się być bardzo ładna), a tu już mam jej dość. Niestety ta wersja na cd jest okrojona do jakichś 20 minut i to tak momentami beznadziejnie, że szkoda gadać. A rozpoczynający opowieść tekst „Zygzak McQuinn był szybki…” śni mi się po nocach.

Wciągnęliśmy się z Mariuszem w grę w kulki na iPhone’a. Co prawda gierkę mamy już dawno, ale jakiś tydzień temu podłączyliśmy ją pod facebooka. Zmieniły się trochę zasady – teraz jedna runda trwa minutkę i szybciej zdobywa się punkty, ale tak strasznie nas zaczęła wciągać, że prawie każdą wolną chwilę przez to marnujemy. Ale cóż zrobić – gierka rewelacyjnie odmóżdża, do tego sama w sobie trwa krótko. Nic, tylko grać.

Tyle na dziś. Zdrowia nam życzcie i trzymajcie kciuki, by najbliższy weekendowy wyjazd w końcu wypalił. Pozdrowienia!

Śpiąco…

Cały dzień jakiś taki śpiący. Dość mam już zimy. Zimo, precz!

Co do Miśkowych ekscesów z nocnikiem i siusiuaniem, to na razie bez większych efektów. Siadać siada, wołać woła (po fakcie), ale póki co to mało skutecznie. Nawet przed kąpaniem, jak puszczam wodę do wanny. Ale się nie poddajemy. Koniec końców kiedyś zaskoczyć musi. W razie czego mamy już 22 pary majtek :)

Misiek się rozgaduje. Coraz więcej stara się po nas powtarzać, czasem nawet dość podobne do naszych słowa mu wychodzą. Z nowości to na przykład słowo „ciuci”, które oznacza „ciuchcia”. Czasem wychodzi też Michowi „ciacio”, co z kolei znaczy „ciastko”. Poza tym od kilku dni Michu notorycznie mówi „no” na widok znaku drogowego informującego o przejściu dla pieszych. Nie jestem w stanie zgadnąć, dlaczego to ma być „no”. Myślę, że z tą tajemnicą Michu pójdzie do grobu, bo przypuszczam, że jak już będzie na tyle duży, żeby umieć nam wytłumaczyć owo enigmatyczne „no”, zapomni co to znaczyło… Jedyne, jakieś nikłe skojarzenie, to takie, że ten znak jest niebieski z czarnym ludzikiem i być może kojarzy się Michowi z „NooNoo” – tym niebieskim odkurzaczem z Teletubisiów. Ale głowy za to nie dam. Zresztą, wtedy to raczej Michu mówiłby zwyczajnie „Noonoo”, bo jak widzi ten odkurzacz, to tak właśnie woła.
No i jeszcze doszło słowo „jajo”, z radością używane na widok jajka z niespodzianką.

W przedszkolu coraz lepiej. W tym tygodniu obyło się w ogóle bez płaczu. Do tego Michu zjadł wszystkie trzy obiadki (w tym pierogi ruskie!!!! – pierwszy raz w życiu), w dodatku włącznie z zupą. Pięknie też zaczyna integrować się z grupą. W środę to nawet usiadł razem z dziećmi na poduszkach podczas czytania książeczki. To w ogóle sukces, bo Mikołaj z reguły był na „nie”, jeśli chodzi o czytanie i oglądanie książek.

No i poza tym Mikołaj rozwija się plastycznie. We wtorek malował znowu paluszkami na zajęciach logopedycznych – bez oporów. Poza tym widać po jego rysunkach przedszkolnych, jak się rozkręca – coraz więcej zamalowuje, kreski są coraz mocniejsze. W tym tygodniu dostaliśmy od Misia piękne walentynkowe serduszko, które dumnie zawisło u niego w pokoju pod zegarem. Mikołaj jest bardzo dumny ze swoich prac. I widać, jak bardzo cieszy się, że nam się podobają. Kochany Miś :)

Mikołaj rozróżnia litery: A, M, V, O oraz cyfry: 0, 2, 3. Z jedynką jest jeszcze kłopot. Trójka też czasem mu się pomyli, ale stosunkowo rzadko. Natomiast dwójkę rozpoznaje wszędzie. Poza tym nauczył się w końcu pokazywać dwa na palcach (co wałkuję od drugich urodzin). Oto dowód:

Cóż, jedni pokazują „pięć piw”, a Michu „dwa faworki” ;)

Mikołaj ostatnio przeżywa fascynację wszelkimi miksturami kosmetycznymi, do jakich tylko uda mu się dotrzeć. Z półek w łazience musiały więc poznikać co droższe kremy, perfumy czy pasta do zębów, bo nie można było być pewnym ich spokojnej przyszłości. Któregoś dnia dałam Michowi jego krem bambino i oto, co z tego wyszło:

Przyznać trzeba, że to też kolejny powód do radości. Przypominam sobie bowiem, gdy rok temu zaczęliśmy chodzić na zajęcia logopedyczne i któregoś razu p.Asia dała dzieciakom różne pachnące kremy, by sobie ręce nimi trochę pobrudziły. I pamiętam ryk Miśka, który za Chiny nie chciał zanurzyć choćby paluszka. A teraz… Teraz to Ameryka! :)

W ubiegłą niedzielę udało nam się dotrzeć do aquaparku. Misiek się nabiegał, w związku z czym, jak potem podjechaliśmy jeszcze do małpiego gaju w Arkadach, prawie nie miał siły się tam bawić. Ale w domu jakimś cudem wielkim się zregenerował i nie chciał spać w południe. W sumie, to nie pamiętam już chyba, kiedy Misiek ostatnio zasnął w ciągu dnia. Dzięki temu wieczorem jest gotów do spania po 19.00, co daje nam godzinę więcej czasu :)

Dzisiaj, z okazji jutrzejszych walentynek, małżonek zaprosił nas rodzinnie na lody do Grycana. Michu, który ostatnimi czasy bardzo polubił lodziarnię, wybrał sobie deser pt. Motylek. Za każdym razem wybiera inny i, o dziwo, zjada prawie wszystko. Żarłok się z niego zrobił :)

Mamy zdjęcia z pierwszego balu Miśka. Dziś p.Agata z Zaczarowanej Krainy przysłała je mailem. Widać, że Miś bardzo dobrze się bawił :)

pirat

To chyba na tyle. Nie wiem, czy wspomniałam o wszystkim, o czym chciałam. Najwyżej dopiszę, jeśli mi się coś przypomni. Miłej niedzieli Wam życzę!

Siusiu…

Wreszcie z ust naszego dziecka padły te tytułowe słowa! Pierwszym świadkiem byłam ja (bo małżonek pojechał na Bielany), ale koniec końców Mariusz może potwierdzić, bo również słyszał. Kilka dni temu Mikołaj zaczął wołać „Blee” po tym, jak narobił w pieluchę. Ale tylko przy „grubszych” sprawach. Sikanie jakoś nie bardzo docierało. Hmm… To znaczy wiedział, co to znaczy sikać, ale ani razu nie zdarzyło mu się zawołać na czas albo chociaż po czasie. Aż tu dzisiaj wieczorem, puszczam wodę do wanny, Michu w gotowości stoi przy wannie i czeka, aż go rozbiorę do kąpania. I nagle słyszę: „siusiu”. Ja oczy w słup i pytam: „Mikołaj, chcesz siusiu?” „Siusiu” – słyszę… I Michu pokazuje mi na pieluchę. Co prawda okazało się, że to „siusiu” wybrzmiało po wysikaniu się w pieluchę, ale uważam to za ogromny sukces dnia dzisiejszego. Michu dojrzał do odpieluchowania, więc czas zacząć na dobre. W poniedziałek muszę pogadać z paniami z przedszkola, żeby też na Micha zwróciły uwagę. Zresztą, one już chyba tę uwagę zwróciły, bo nikt nam nie wmówi, że słowo „siusiu” Michu zna od nas… My mówimy „siku”, więc jeśli Michu miałby załapać od nas, gadałby właśnie tak. Widać, że panie w przedszkolu nie próżnują :)

Dzisiaj kupiliśmy Michowi nakładkę na sedes, nocnik mamy od dawna. Trzeba jeszcze trochę gatek kupić i do roboty.

Przed chwilą mnie olśniło z tym sikaniem. Trzeba jutro spróbować z wysadzeniem Micha na siku przed puszczeniem wody do wanny. Niech usiądzie na klopie, a następnie puszczę wodę. Wiem, że większości z Was pewnie nie wyda się to odkrywcze, ale cóż… Dla mnie to jest nowy ląd ;) Jak zrobi siku (przepraszam: „siusiu”) do nocnika albo klopa, to zaczai raz dwa, mam nadzieję.

Poza tym, Mikołaj nagrodzony sowicie brawami i uściskami przeze mnie i Mariusza za „siusiu”, tak się zachwycił nowym słowem, że do pójścia spać ciągle demonstrował, jak on to ładnie mówi. Ech, ten Michu.

Dzisiaj stwierdziliśmy ponadto, że stworzyliśmy potwora :) Generalnie Michu, gdy odpowiadał twierdząco używał słowa „tak” – oczywiste, prawda? Zarówno Mariusz jak i ja w takich sytuacjach mówimy – jak się to zaraz okaże najwyraźniej zbyt często – „no”. Nie brzmi to może najlepiej, ale cóż powiedzieć – takie fakty… No i od czasu do czasu, gdy mówiliśmy „no”, to Michu po nas sobie powtarzał to „no”. Ogólnie zabawnie to wychodziło. Aż tu dzisiaj Michu na każde zadane pytanie, na które chciał odpowiedzieć twierdząco, zaczął mówić „nooo”. Oczywiście skumaliśmy zaraz w czym rzecz, więc zaczęliśmy dziecię poprawiać: „tak”. W związku z tym, dzisiaj cały dzień Mikołaj mówił coś w stylu: „nooo… tak… mhm…”. Każdą twierdzącą odpowiedź tak rozwijał. Najśmieszniejsze jest to „mhm” na końcu, które też, jak widać, musiał od nas podłapać. Brzmi to świetnie i śmiesznie. Jak mi się uda, to spróbuję nagrać :)

Byliśmy dziś w Renomie. Michu godzinę szalał w Kinderplanecie, potem wszamał cały deser lodowy „Pajacyk” u Grycana, pożarł Happy Meal (tak, zdrowo się dziś odżywiał ;)) i wrócił do domu pełen energii… Mimo że obudził się o szóstej rano… :/

Jutro próbujemy od rana uderzyć do aquaparku, bo dawno nie byliśmy. A na obiad spróbujemy zrobić po raz pierwszy pizzę. Mam nadzieję, że wyjdzie :) Michu będzie przeszczęśliwy.

Mariusz dziś wieczorem skończył sklejać swój pierwszy model helikoptera (jakiś dzień premier chyba mamy). Teraz moja kolej – będę go malować. Małżonek mój także, celem odreagowywania różnych stresów oraz odmóżdżania się po pracy zakupił 6 zestawów elektronicznej „oślej łączki”. Wygląda to ciekawie, zapowiada się jeszcze lepiej :)

Skończyłam czytać nowego Dana Browna – „Zaginiony symbol”. Wciągało, jak wszystkie książki tego autora, chociaż trochę już mógłby zmienić tematykę. Trzecia książka o historycznych, tajnych stowarzyszeniach już tak nie wzrusza. Poza tym nie była aż tak zaskakująca jak „Kod Leonarda da Vinci” czy „Anioły i demony”. Można znaleźć pewien schemat z „Kodu” powielony w „Symbolu”. Trochę się rozczarowałam, choć i tak muszę przyznać, że mi się podobało. Relaksująca książka na maksa. Choć nie ekscytuje tak, jak poprzednie. Ale nie można mieć wszystkiego.

Dobranoc.

Śnieżna codzienność Wrocławianina

Jak każdy spoglądający za okno mieszkaniec Polski wie – zasypało nas totalnie. Nie wiem dokładnie, jak rzecz się ma w innych regionach, szczerze mówiąc moje wiadomości na temat pogody utknęły kilka dni temu na całkowicie zaśnieżonej mapce. Przypuszczam więc, że śnieg pojawił się też i gdzie indziej. Powiem Wam szczerze, że (będę niemiła ;)) mało mnie to interesuje, bo jak na razie to my sami nie możemy poradzić sobie z nadmiarem śniegu we Wrocławiu.

Wrocław jest totalnie zasypany. To moja czwarta zima tutaj i do tej pory nie widziałam jeszcze czegoś podobnego. Nie wspominając o tym, że do tej pory nigdy nie było mi dane prowadzić samochodu w takich zaspach. Totalna masakra, apokalipsa, armagedon i nie wiem co jeszcze. Od piątkowego południa sypie z małymi przerwami cały czas. Tego dnia po południu półtorej godziny zajęła nam droga z Mariusza firmy do domu – zwykle przejeżdżamy ją w 15-20 minut.

Główne drogi były odśnieżane dopiero w sobotę rano. Drogi osiedlowe zostały, rzecz jasna, olane totalnie, w związku z czym pod pokrywą śniegu utworzyła się szklana warstwa lodu. Lód ten sprawia, że my sami dziś trzykrotnie potrzebowaliśmy cudzej pomocy, by się ruszyć z miejsca, nie wspominając o przynajmniej kilkunastu samochodach, które w ten sam sposób ratowały się przed kompletnym utknięciem. Jedyną słuszną w tych warunkach zasadą wydaje się być: jechać i broń Boże się nie zatrzymać. Zatrzymanie się na którejkolwiek z naszych osiedlowych dróg grozi utknięciem na lodzie. Tym samym od razu tworzy się korek. Jakąś godzinę temu pod naszym blokiem utknęło kilka samochodów jednocześnie, w związku z czym zablokowane zostały okoliczne uliczki. No, ale przecież nie ma co liczyć na zarządcę, tudzież na niewiadomokogo, kto by mógł być odpowiedzialny za odśnieżanie i posypywanie tych małych osiedlowych dróżek, którymi nieustannie jeżdżą samochody. Zresztą, nasz zarządca (Fontis, jakby kto pytał) nie jest w stanie zadbać nawet o to, by w niedzielę odśnieżyć podjazd do garażu i chodniki, mimo że S.M. Osada już od rana jeździ odśnieżarką po swoim terenie. Ech, to sobie ponarzekałam.

Powiem Wam tylko, że cudem jakimś zarówno dziś jak i wczoraj dojechałam, i wróciłam z Uniwersytetu bez żadnego śnieżnego utknięcia.

Jutro debiut Micha w „Zaczarowanej Krainie”. Bo na ten klub malucha się zdecydowaliśmy ostatecznie. Do końca stycznia będziemy na okresie adaptacyjnym, a od lutego normalny karnet wykupujemy. Trzy dni w tygodniu – poniedziałki, środy i czwartki, po 6 godzin, od 9 do 15. W tym tygodniu będziemy chodzić codziennie, stopniowo wydłużając czas pobytu Micha i skracając mój. Jestem tym wszystkim bardzo podekscytowana i pełna pozytywnych myśli. Miejsce nam się podoba, „ciocie” też, mam nadzieję, że Misiu szybko się zaadaptuje. Spakowałam mu już dziś jego „przedszkolny” worek („Mam fartuszek z muchomorkiem, do przedszkola chodzę z workiem…” ;)): pieluchy na zapas, ubranie na zmianę, kapcie i szczoteczkę do zębów. Resztę zapewnia Kraina, włącznie z wszelkimi pomocami plastycznymi i innymi niezbędnikami przedszkolnymi. Wspomnieć warto tu jeszcze o owym worku, który Mikołaj dostał od Mariusza :) Żaden tam ze Spidermanem czy innym Batmanem – z najprawdziwszym logo Oracle, jak na dziecko programisty przystało, hahahaha ;) Cóż, jeśli Michu będzie miał dyskomfort z powodu braku odpowiednich do wieku malunków na worku, to sama mu je zrobię ;)
W każdym razie trzymajcie za nas jutro kciuki :) Bo to wielki dzień dla Miśka i dla nas.

W czwartek przysłali nam z mojebambino.pl 6 litrów farbek dla Mikołaja: niebieska, czerwona, zielona, żółta, biała i brązowa. Michu ma frajdę niesamowitą, codziennie chce malować. Do tego kupiłam mu niedawno w Ikei fartuszek do malowania, więc w ogóle jest cały dumny, że ma taki sprzęt. Przed malowaniem każe się w niego ubierać, ogląda w lustrze obrazek z pędzelkami, który widnieje na brzuszku fartucha, po czym zasiada grzecznie na rozłożonej na podłodze folii malarskiej i czeka cierpliwie, aż ponalewam mu farbek. Niektóre dzieła zachowuję na pamiątkę :) Taki mały malarz z niego. Poniżej wrzucam zdjęcie. Jakość nie powala, bo zrobione telefonem, ale zawsze:

Mikołaj, od kiedy jest zupełnie zdrowy (czytaj: nie kapie mu z nosa, nie kaszle i nie ma biegunki) jest „do rany przyłóż”. Taki się zrobił wesoły, pogodny i śmieszny, że aż słów brakuje. Widać też, że okołoświąteczny urlop Mariusza przyniósł owoce – Michu stęskniony za dłuższym przebywaniem z tatą, teraz nie daje Mariuszowi spokoju, ciągle chce się z nim bawić (biedny Mariusz, momentami ;)) i w ogóle nie ma już histerii podczas mojego wychodzenia. Zarówno wczoraj, jak i dzisiaj rano, gdy wychodziłam na zajęcia, Michu ze spokojem pomachał mi ręką i zamknął za mną drzwi. Szoook! Ale bardzo pozytywny :)

Tyle na dziś. Dobrej nocki. Mam nadzieję, że jutro zdarzy się cud i drogi staną się suche i przejezdne. Buhahahaha!

P.S.1: Mamy przez okno niezłe widowisko – kiedykolwiek się przez nie nie wyjrzy przynajmniej jeden samochód usiłuje ruszyć z miejsca pokrytego lodem – generalnie, nasza ulica jest nieustannie zablokowana.

P.S.2: Pora wrzucić trochę nowego słownictwa Miśkowego. Obecnie wygląda to tak:
jaja – LaaLaa (teletubiś, ten żółty)
tu – Po (teletubiś, ten czerwony)
fłał/łał – literka „v”
aaa – literka „a”
ci – zarówno cyfra „trzy”, jak i samo liczenie (jak Michu mówi „ci”, „ci”, „ci” to znaczy, że trzeba mu policzyć coś na głos. Najczęściej jeszcze do tego pokazuje po kolei palcem, co mamy liczyć)
śeś – cyfra „sześć”. Nie odróżnia jej od pozostałych, ale gdy ją słyszy, to powtarza
ta – zarówno oznacza zgodę oraz jest używane w sytuacjach, gdy Mikołaj czegoś chce. Czasem zaczyna wołać „ta, ta, ta!” po czym ciągnie gdzieś mnie lub Mariusza, by pokazać, że np. chce jakąś wysoko schowaną zabawkę.
mamo – używane zamiennie z mama
mniam – używane generalnie na wszelkie smaczne wg Miśka pokarmy i napoje, ze szczególnym uwzględnieniem ketchupu
buuummm – samochód

Więcej nie kojarzę. To jest słownictwo z ostatnich kilku tygodni, wcześniej opanowanego nie powtarzam.

P.S.3: Oto widok z naszego balkonu na naszą uliczkę: blip Mariusza Uroczo!

Jo-jo-jo

Dwa słówka tylko. Przybyło coś nowego do Miśkowego słownika. Jakiś miesiąc temu zaczął mówić, że kaczka robi „ta-ta-ta” (takim grubym, charczącym głosem ;)), a od kilku dni na odgłos przejeżdżającej karetki pogotowia słyszę: „jo-jo-jo” :)

Rozwijamy się… :)