Przedświątecznie

Ostatnie dwa tygodnie jakoś szybko zleciały. Niestety – ani tutaj, ani w dzieciowisku nie udało mi się nic skrobnąć. Misiek wyrzucił sobie południową drzemkę, w związku z czym odpadł mi błogi czas trzech godzin spokoju w ciągu dnia, które można było przeznaczyć na pisanie choćby. Do tego w niedzielę miałam egzamin, co też znacznie ograniczyło i tak już ograniczony czas. No, ale dość utyskiwań i tłumaczeń. W końcu udało mi się zasiąść. Być może nie napiszę wszystkiego, co bym chciała, ale chociaż zacznę.

To po kolei (mniej-więcej). Półtora tygodnia temu byliśmy w Głuchowie świętować urodzino-imieniny Miśka i imieniny mojej mamy. Był tort, byli goście, były prezenty i było bardzo miło i sympatycznie :) Misiek od swojej „wróżki chrzestnej” (czyt. mojej siostry i jej familii) otrzymał hulajnogę i super strój świętego Mikołaja (jak na imiennika przystało). W stroju owym we wtorek 8 grudnia (w dniu swych drugich urodzin) wparował Misiek do Promyka z torbą pełną pierników i częstował dzieci na zajęciach logopedycznych. Wszyscy byli zachwyceni takim małym św.Mikołajem :)

No tak, Misiek ma już dwa lata. Czas, by zrobić mały bilansik, ale nie w tym wpisie. Bilans dwulatka (mój osobisty) zrobię w poście następnym, bo przypuszczam, że sporo czasu mi to zajmie, a jest jeszcze parę innych rzeczy do opisania na dziś.

Same urodziny spędziliśmy w domu. Tradycyjnie już zamówiliśmy Miśkowi torcik w Filipince. Oczywiście były obowiązkowe świeczki, no i Mariusz kupił w tesco race. Radochę miał Misiek po pachy na widok takiej strzelającej wielkiej świeczki :)
Dmuchanie (świeczek) ma Michu już opanowane do perfekcji (dzięki zajęciom w Urwisku), więc wszystkie dwie zgasły jak trzeba :) Sam tort był w równej mierze zjedzony przeze mnie i Miśka, no i mały kawałek dostał się Mariuszowi (nie miał, biedny, szans z moim i Micha apetytem).

Jeśli rzecz idzie o prezenty, to Misiek dostał od nas garaż-warsztat Pata i Mata, latarkę i puzzle drewniane z pojazdami. Każdy z prezentów trafiony w sedno :) Warsztat udało się wypatrzeć Mariuszowi w tesco. Tani był – 45 zł niecałe, a jaka frajda dla Miśka – bawi się nim cały czas. Mieści się w nim spora część licznej kolekcji różnorodnych autek, do tego ma dwa podjazdy, otwierane bramy, okna, czyli wszystko, czego Misiek od garażu oczekuje :) Do tego przyznać trzeba, że jakość jest bardzo przyzwoita.

Co do puzzli z pojazdami, to są jednymi z czterech ulubionych puzzli Miśka (pozostałe to drewniany alfabet, drewniane cyfry i tekturowe pojazdy). Układanie opanował w kilka minut i teraz każdy ranek rozpoczynamy godziną zabawy puzzlami. Swoją drogą te puzzle też udało nam się wyhaczyć tanio – za jakieś 10 zł w Lidlu, a znanej, dobrej firmy Eichhorn. Wykonanie pierwszorzędne. Trochę żałuję, że kupiliśmy tylko te z pojazdami, bo ogólnie było kilka różnych wzorów.

Latarka też okazała się bardzo przydatna – wieczorem Misiek świeci nią sobie w pokoju, a poza tym (albo raczej przede wszystkim) znakomicie sprawdza się podczas popołudniowych spacerów (które jeśli odbywają się w okolicach godziny 16 to są obecnie raczej spacerami wieczornymi) oraz cotygodniowych wypraw do Urwiska (z samochodu do przedszkola jest dość spory kawałek przez ciemnawą okolicę).

Wcześniej miał Michu też imieniny, z których to okazji też dostał kilka prezentów – jak na przykład chyba z 10 samochodzików (zestaw Hot Wheels i zestaw policyjny). Udało nam się też dostać w empiku książkę z Dobranocnego Ogrodu, a w tesco książkę o Teletubisiach. I trzeba po raz kolejny się pochwalić, że prezenty trafione. Misiek do tej pory szerokim łukiem omijał oglądanie książeczek. Jakoś go nie interesowały (mimo różnych zachęt). Ale książka z Dobranocnego Ogrodu to już co innego… Książka z Dobranocnego Ogrodu oglądana jest kilka razy dziennie, a przy każdym oglądaniu ma miejsce swoisty rytuał poszukiwań wraz z narratorem kocyka Igipigla :) Mam nadzieję, że pojawi się więcej książek z tej serii :) Jak nie, to sama zrobię.

No i jeszcze rzecz najważniejsza – Mikołaj, jako że już kawał chłopa i w ogóle, otrzymał nowe łóżko. Zakup z Ikei, kolor czerwony (zresztą zobaczycie na zdjęciach, jak mi się w końcu uda je zgrać). Dziecię meblem zachwycone. Pomagał usilnie przy składaniu :) Dwie wcześniejsze noce spał na materacu na podłodze, bo łóżeczko wywieźliśmy już do Głuchowa. Generalnie na materacu dał sobie radę świetnie, więc wiedzieliśmy, że z łóżkiem też powinno pójść gładko. No i rzeczywiście. Miś polubił łóżko, polubił kapę z żabą. Od razu widać, że mu w nim lepiej, niż w łóżeczku, bo może się rozłożyć, wyprostować, a w łóżeczku to już spał skulony. Generalnie problemów nie ma – śpi jak dotąd całą noc, wieczorem bawi się jeszcze w swoim pokoju przed zaśnięciem, potem grzecznie wchodzi na łóżko i śpi :) Cudowne dziecko :) Dumna jestem z niego, że tak ładnie przez to wszystko przeszedł.

Przy okazji łóżka zrobiliśmy przemeblowanie w pokoju Micha. Efekt całkiem przyjemny.

Przygotowania do Świąt idą jakoś. Mamy już większość zakupów spożywczych, tylko mięsa, ryby i warzywa będą do dokupienia. Pierniki też już upieczone – wyszły pysznie, jak zawsze :) Przy okazji, muszę się pochwalić dwoma nowymi nabytkami kuchennymi – jeden to mikser electrolux, taki z metalową miską. Do miksera wzdychałam już mniej-więcej od lat dwóch, no i się doczekałam :))) Mikser w domu być musi i basta.

Druga rzecz to już typowy zbytek, natomiast było to głównie marzenie Mariusza (moje trochę też, ale w mniejszym stopniu) – wypiekacz do chleba. Taki z Moulinexu. Ma całe mnóstwo funkcji, włącznie z bagietkami, bułeczkami, wyrabianiem ciast drożdżowych, robieniem dżemów (tylko loda/ów nie robi chyba ;)). Chleb wypiekamy w nim prawie codziennie, bo taki mały bochenek – 750g to akurat nam na dzień wystarcza. Póki co jedziemy z gotowych mieszanek – i o dziwo wszystkie wychodzą! Trochę gorzej z bułkami, nie do końca jest to to, o co mi chodzi, ale będę próbować dalej. Może muszę zmienić przepis, bo z tego, co mam, to bardziej pyzy wychodzą niż bułki :) Maszyna owa piekielna będzie w tym roku wieeelką wyręką dla małżonka mojego, bo nie będzie musiał zarabiać ciasta na: pierogi, makowiec i paszteciki wigilijne. Cuda po prostu! ;) Co do ceny, to z gotowej mieszanki wychodzi około 3 zł za bochenek, czyli bardzo przyzwoicie. Mieszanki są w stylu żytnio-pszennych, orkiszowych itp., które tutaj kosztują około 4 zł za bochenek, więc jak na razie nam się opłaca wypiekanie bardziej niż kupno w sklepie gotowego chleba.

No, to jak już się tak nachwaliłam, to kończę. Nie wiem, czy to już wszystko, co chciałam dziś napisać, ale więcej nie pamiętam. Liczę, ze następny wpis będzie jeszcze przed świętami, ale zapewnić nie mogę.

Na koniec trochę kina. Zdjęcia wrzucę w ciągu najbliższych dni, jak znajdę trochę czasu. A póki co macie:

Michu układający swoje konstrukcje z klocków drewnianych (ostatnio bardzo polubił wszelkie budowanie). Najpierw superwieża (nauczył się od mamy) a następnie Miśkowa wersja Stonehenge ;)

Drugi film, to kolejne z wielu ulubionych zajęć Miśka. Komentować nie trzeba ;)

I jeszcze jeden – z wspomnianymi puzzlami urodzinowymi:

Kochani, niestety, musicie być świadomi, że ilość filmików Miśkowych znacznie wzrośnie. Na Wasze nieszczęście mogę bezpośrednio eksportować filmiki z iPhone’a do Youtube, pomijając komputer. Sprawia to, że przestaję się kontrolować, więc wybaczcie. Jak nie chcecie, to nie oglądajcie. Ale ja umieszczać nadal będę :)

Ech, no dobra, nie wytrzymałam – wrzucam na szybcika fotę łóżka Miśka. Jakość jest, jaka jest, bo zdjęcie telefonem zrobione:

Usamodzielnianie

Tydzień nie pisałam, a tu tyle się działo, że nie wiem od czego zacząć ;)

Od wtorku przeszliśmy do kolejnego etapu usamodzielniania Miśka. Ponieważ powoli przestaje mieścić się w łóżeczku i wisi nad nami wizja kupna mu łóżka prawdziwego, postanowiliśmy zacząć go przyzwyczajać do bardziej samodzielnego chodzenia spać.

Generalnie opisywałam całkiem niedawno proces usypiania Miśka. We wtorek ubogaciliśmy to w nie zamykanie łóżeczka. Barierki (te dwie wyjmowane) schowałam i teraz cały czas łóżeczko ma „drzwi” otwarte. Michu jest tym tak podjarany, że zasypia od trzech dni grubo po dziesiątej, a od ósmej (gdy go już zostawiamy w pokoju samego) łazi po swoich włościach i się bawi. Rano jest co sprzątać, bo generalnie rusza wszystko, co się tylko da. Póki co, o dziwo, na razie nie wychodzi z pokoju. Miał co prawda kilka prób, ale przez zamknięte drzwi pogadałam, że to już pora spania, że teraz się nie chodzi po mieszkaniu, że ma iść do łóżeczka, i – szoook! – dziecię posłuchało!

Niestety, od tychże trzech dni stajemy się świadkami nowej tradycji… Trzeci wieczór swobody Miśka, trzecia piżama do zmiany… Będę pewnie według niektórych obrzydliwa, ale cóż zrobić. Co wieczór, już po kąpaniu i mniej-więcej po 1,5h harców Michu wali kupę taką, że trzeba go przebierać kompletnie. Nie wiem o co chodzi. Do tej pory załatwiał sprawę w dzień. Ale może to owe harce powodują wzmożoną pracę jelit… ;) Ogólnie rzecz biorąc – przesrane!

No i do tego wszystkiego dziecię nauczyło się rozbierać ze śpiworka. Tak więc jakieś 5 minut po zamknięciu Micha w pokoju Michu pozbywa się utrudniającego przemieszczanie badziewia i balanguje w samej piżamie. Powlekłam mu kołdrę, ciekawe na ile zda egzamin. Śpiworek jednak chronił przed rozkopywaniem kołdry…

Poza tym Mikołaj przeprosił się z łyżeczką. Tak, wiem, dziecko 23 miesięczne powinno już posługiwać się łyżeczką i to w dość przyzwoity sposób. Ale cóż, nasze dziecię nie chciało. Widelec tak, owszem. Ale próby jakiejkolwiek nauki jedzenia łyżeczką, czy choćby pokazania jak trzymać, żeby zawartość nie spadała, kończyły się fochem ze strony Miśka. On sam wiedział najlepiej ;) Próbowałam przez zabawę w wodzie, przez nabieranie kamyczków… Nic nie skutkowało. Co prawda psycholog uspokajała, że ma czas, że jak potrafi widelcem, to dobrze, że przyjdzie czas na łyżeczkę, ale wiadomo jak to jest.

W każdym bądź razie kilka dni temu Michu w nagły, niespodziewany sposób zaczął władać łyżką w taki sposób, że mu z niej już tak dużo nie spada. Hmm… w sumie to źle napisałam. Spada dużo, ale Michu wie, jak ma łyżkę trzymać, żeby chociaż coś trafiło do buzi. Dumni jesteśmy bardzo, zwłaszcza, że to kolejna przyjemna z punktu widzenia rodzica rzecz – jak dziecko samo się nakarmi :)

Dla upamiętnienia filmik „żarłoczny”. Pewnie nudny w pień, ale chyba nie muszę mówić, że dla mnie najciekawszy na świecie ;) Kto nie chce oglądać, to przymusu nie ma, ale w odpowiednim momencie i tak odpytam ;)

Dziś byłam z Michem u dr Barg, endokrynologa. Ogólnie pani zadowolona z wyników hormonów tarczycy i z Miśka jako takiego :) Hormony mamy jeszcze podawać, w sumie przez około pół roku (razem z tymi dwoma miesiącami, które mamy już za sobą). W lutym znowu do kontroli, ale ogólny obraz sytuacji jest bardzo zadowalający.

Zapisałam się na fitness, razem z Romą, moją koleżanką ze studiów dziennych. Niedaleko mnie w dodatku. Chodzimy dwa razy w tygodniu – w poniedziałki na Antycellulite, w środy na Stretch. Albo odwrotnie :) Wycisk dostajemy niemały, ale generalnie o to chodziło :) A przyznać muszę, że i cena przyjemna, bo 10 zł za zajęcia, w tym raz w tygodniu sauna gratis. Warunki w klubie całkiem przyzwoite. Może mi się trochę wydolność organizmu poprawi, bo ogólnie to kiepsko jest momentami. No, i nie będę tu ściemniać – liczę, że schudnę co nieco :)

W sobotę mamy szkolenie logopedyczne. Nie jest obowiązkowe, ale 10 godzin praktyk można tym zaliczyć :)

Na koniec nowy singiel Strachów na Lachy. Zupełnie jak nie oni :) Ale bardzo mi się podoba. W lutym trzeba będzie kupić płytę.

Tyle na dziś. Dobrej nocki!

P.S. A jednak jeszcze nie koniec :) Po pierwsze na dobranoc filmik (kolejny): „Dlaczego iPhone może być niebezpieczny” (dłuższy opis tutaj):

Po drugie demotywatory :) Znalezione kilka dni temu przez małżonka:

No, to teraz misja wypełniona ;) Można spać :)

Zdjęcia i inne takie

Mamy zdjęcia ze ślubu. A raczej ślubochrzcin :) Dotarły do nas w czwartek – bardzo wyczekiwane. I są świetne. Warto było :)

Oczywiście, po umieszczeniu ich w naszej galerii (oczywiście to nie wszystkie, które mamy) oglądalność wzrosła przez trzy dni do prawie 100 wejść na stronę, więc wnioskuję, że większość z Was już je obejrzała. Ale w razie gdyby ktoś jakimś cudem ich nie widział, to tu jest link. Miłego oglądania.

Autorem zdjęć jest Iza Zdziebko. Prowadzi Pracownię Wspomnień. Jeśli ktoś będzie poszukiwał fotografa na ślub, to gorąco polecam. Dziewczyny (Iza oraz jej asystentka Iwona) są świetne – dobrze się z nimi współpracuje, generalnie w czasie uroczystości w ogóle nie „rzucały” nam się w oczy. Do tego bardzo kontaktowe i z poczuciem humoru. No, ale przede wszystkim, to zdjęcia robią dobre :)

Co do Miśka, to ciągle nabiera prędkości w pełzaniu. Myślę, że trzeba mu urządzić jakieś wyścigi z innymi pełzakami ;) Ma spore szanse na wygraną.
Zaczął się też wyżej podpierać na dłoni, gdy leży na boku. Jeszcze chwila i siądzie.
W piątek byłam z Miśkiem po raz drugi na zajęciach pływania dla niemowląt. Zapisaliśmy się do Fariaszki, zajęcia odbywają się w Pulsantisie. Bardzo nam się – Miśkowi i mnie – tam podoba. To znaczy, basen do cudów nie należy (jest raczej ruderowaty, choć czysty, na szczęście), ale te zajęcia to kapitalna sprawa. Już dwa razy nurkowaliśmy :) Misiek jest po prostu szalenie szczęśliwy w czasie zabaw w wodzie, świetnie sobie radzi, widać, że sprawia mu to ogromną przyjemność. Przyznać trzeba, że nasza w tym zasługa, bo przecież oswajamy go z wodą od dawna i bardzo polubił chlapanie :)

No i do sukcesów ostatnich dni dodać należy, że Miś się rozgadał. Ale nie tak, jak do tej pory. Miś zaczął świadomie powtarzać po nas. Na razie ćwiczy „ma-ma”. Nie łudzę się, że wie, co mówi. Ale świetnie to wygląda, gdy zaczyna się do niego mówić „ma-ma”, a on najpierw układa buzię w ciup, następnie powtarza po cichu, a potem na całe gardło, ku naszej uciesze :) Najczęściej wychodzi mu, tak jak powinno, a czasem „amam”, „mamam”, „aaammm”, „mam”, „mamama” :) Najlepsze jest to, że Miś mówi „mama” także wtedy, gdy podpowiada mu się „ta-ta” :) Ku mojej diablej radości i ku małemu załamaniu Mariusza ;)

Weekend spędziliśmy w Gnieźnie, bo w sobotę zaczęłam zajęcia na Uczelni. Miś świetnie się sprawował. Nie robił problemów ze spaniem w nowym miejscu, zasypiał samodzielnie i grzecznie jak w domu. Zuch chłopak! :)

Kończę na dziś. Pozdrowienia dla Was wszystkich – wytrwałych Czytelników :)

To i owo

Tak ostatnio doszliśmy z Mariuszem do wniosku, że wakacje to dobry czas, żeby Miśka oduczyć zasypiania przy cycku, a co za tym idzie – nauczyć go zasypiać samodzielnie. Przyznam, że trochę mieliśmy obawy, czy Miś nie za mały i jak się w ogóle za to zabrać. No ale powiem Wam, że się udało. Pierwszego wieczora było ciężko. Półtoragodzinny płacz (hehe, płacz to delikatne określenie), a co za tym idzie, nasza frustracja i jeszcze większe obawy, czy dobrze robimy. No ale trzeba być konsekwentnym w wychowaniu. Podobno… Dlatego też drugiego dnia konsekwentnie trochę odpuściliśmy, hehehe. Nie zostawialiśmy Miśka samego w pokoju, tylko leżałam z nim tak długo na łóżku, dopóki nie zasnął (ale cycek był schowany). Niewiele to wniosło do mojego życia, bo i tak musiałam przy nim siedzieć, a generalnie chodziło nam o to, by mieć trochę więcej czasu wieczorem. Trzeciego dnia natomiast poszłam na rehabilitację z Miśkiem i pogadałam z naszą terapeutką. Ona stwierdziła, że Miś jest już na tyle duży, by zasypiać samodzielnie, a że płacze – cóż, trenuje „postawę roszczeniową” ;) Popłacze kilka wieczorów i się przyzwyczai. Jedyne, co jeszcze nam doradziła, to to, żebyśmy – gdy wchodzimy do pokoju, by Misia uspokoić – nie brali go na ręce. No i powiem Wam, że poskutkowało! Tego trzeciego wieczoru Miś jęczał 40 minut, w piątek 20, w sobotę około 10, a w niedzielę zasnął bez jęczenia w południe i wieczorem. Wczoraj i dziś trochę pojęczał, ale tak dla zasady raczej. Jestem z niego bardzo dumna. I w dodatku przez te kilka dni nauczył się tak, że jak sobie popłakuje, to nie po to, żeby przyjść i dać mu cycka, ale wystarcza mu, jak się podejdzie i pogłaszcze – wtedy Misio przewraca się na lewy boczek i zasypia :) Cudne dziecię po prostu!

W weekend mieliśmy odwiedziny Szczeciniaków. Pochodziliśmy troszkę po mieście, dowody macie tu i tu. Byliśmy też (Mariusz i ja) z Tosią w kinie na WALL-E. Śliczna baja. Polecam. Nawet Mariusz w swoim blogu słów kilka o niej skrobnął. Przy okazji Monika przywiozła zdjęcia z wakacji w Egipcie. Umieściliśmy kilka w naszej galerii. Szczególnie zachęcam do obejrzenia zdjęć z rafy koralowej, autorstwa mojego szwagra. Śliczne są.

Wracając do Miśka – wyszedł mu wczoraj kolejny ząb. Szósty już. Dwójka. I to w dodatku nie ta, której się spodziewaliśmy, tylko na dole. Niezła jazda.

Na koniec jeszcze gratulacje – dla nowych, szczęśliwych Mam – Marysi i Agaty. I tyle na dziś.

Wyjazdowo…

Poprzedni weekend spędziliśmy, jak to się mówi, w siodle. Korzystając z wolnej chaty Szczeciniaków (którzy akurat wylegiwali się w Egipcie), pojechaliśmy sobie właśnie do Szczecina na 3 dni. Wycieczka zaczęła się od przygody. Zamierzaliśmy jechać standardowo przez Niemcy (bo jest szybciej). Ale po przejechaniu kawałka autostrady utknęliśmy w korku. Udało nam się zjechać w Krzeptowie. Ponieważ nie wyglądało to za ciekawie (generalnie wszystkie samochody z autostrady uciekały na Krzeptów), postanowiliśmy bocznymi drogami dotrzeć do trasy na Zieloną Górę i jechać przez Polskę. Nie powiem, droga malownicza, ale w sumie to jechaliśmy 8 godzin. Masakra. Najpierw próbowaliśmy dostać się do jakiejś głównej drogi. To nie było trywialne. Jechaliśmy w ciemno, bo tych dróg nie było na naszej lipnej mapie. Oznaczeń i drogowskazów w podwrocławskich wioskach też jak na lekarstwo. GPS w domu na półce. No ale w końcu się udało.
Potem stanęliśmy na godzinę w korku pod Nową Solą. Budują tam obwodnicę i nieźle się czeka, mimo wahadłowego ruchu. Zastanawiam się tylko, jak długo się tam stoi w ciągu dnia, bo my byliśmy po 20.00, a kolejka na ogromna. Dodatkową atrakcją była burza, w środku której się znaleźliśmy. Największy luz miał Misiek, któremu ogromną radochę sprawiało to, że się błyska. No, ale koniec końców, o 1 w nocy byliśmy już (?) na miejscu.

Sobotę spędziliśmy w Szczecinie. Koło południa dotarliśmy do zamku Książąt Pomorskich, potem obiadek w Columbusie (o dziwo Misio dał nam się swobodnie najeść, cały czas brykał sobie w wózku). W drodze do domu wstąpiliśmy jeszcze na cmentarz przy ul.Ku Słońcu. To chyba drugi co do wielkości zabytkowy cmentarz w Europie. Piękny jest. Ja już tam kilka razy byłam, ale Mariusz odwiedził go po raz pierwszy i miejsce to zrobiło na nim ogromne wrażenie.

W niedzielę ruszyliśmy nad morze, do Międzyzdrojów. Pogoda była jednak nie za bardzo plażowa, więc tylko posiedzieliśmy na molo, zjedliśmy rybkę, pochodziliśmy po straganach i wróciliśmy pod wieczór do domu.

W poniedziałek przed południem zbieraliśmy się już w drogę powrotną. Tym razem przez Niemcy. Po drodze wstąpiliśmy do berlińskiego centrum handlowego A10. Już prawie kupiłam tam sukienkę na ślub. Ogólnie rzecz biorąc centrum to zrobiło na mnie niezłe wrażenie (jeśli chodzi o wielkość niektóych sklepów z odzieżą – w Polsce jeszcze takich dużych nie spotkałam). Poza tym ceny podobne (jeśli chodzi o ciuchy), ale o wiele większy wybór. Porównując towar w Orsay’u, to w naszych sklepach tej sieci nie ma większości rzeczy, które są w Niemczech. A szkoda. Podobnie się rzecz miała z ubraniami dla dzieci w H&M. Większy wybór i, ogólnie rzecz biorąc, ciekawsze. Kupiliśmy małe co nieco dla Miśka :)
Bardzo też nam się spodobał ogromny sklep z artykułami dla dzieci. Oczywiście również wybór większy niż u nas. Zabawek Chicco, jakie tam widzieliśmy, nie ma nawet w naszych polskich katalogach tej firmy.
Ogólnie rzecz biorąc, stwierdziliśmy, że następnym razem zrobimy tam małe zakupy.

Po wyjeździe z Berlina podjechaliśmy jeszcze pod Tropical Islands. Widać to już z autostrady, mimo że jest oddalone od niej o jakieś 5 km. I powiem Wam, że robi niesamowite wrażenie. Jak się widzi to z oddali z parkingu, to się wydaje, że ot, taka tam sobie konstrukcja. Ale im bliżej się podjeżdża, tym bardziej szczęka opada, że to taki kolos jest. Zdjęcie nie oddaje rzeczywistości. Jest zrobione z końca parkingu, który jest naprawdę ogromny. A kopuła… cóż, musicie sami pojechać i zobaczyć. My zamierzamy pojechać tam na cały dzień w grudniu, w Mariusza urodziny, żeby się wybyczyć na piaseczku :) Ciekawe, jakie wrażenie zrobi na nas wnętrze.

Co do Miśka, to wczoraj byliśmy u lekarza rehabilitacji. Ogólnie pani powiedziała, że jest ogromna poprawa, ale to jeszcze nie jest to, o co nam chodzi. Pracować trzeba z Miśkiem dalej, nadal cztery razy dziennie. Musimy tylko jutro poprosić o zmianę jednego ćwiczenia, bo się go już nie daje rady z małym robić. Ale w sumie to zmierzamy w dobrym kierunku.

Mikołaj od wczoraj zaczął (chyba już na dobre) gaworzyć. Do tej pory coś tam próbował gadać, ale nie tak typowo gaworząc. Do tego jak już zaczynał gaworzyć to tylko jak miał rączkę w buzi. Jak mu wyciągaliśmy rękę to przestawał gadać. A wczoraj nam się rozgadał na całego. Śmiesznie to brzmi. Czasem coś tam szepcze do zabawki, czasem na całe gardło gaworzy. Świetnie to brzmi :)

Od wczoraj też próbujemy uczyć Miśka samodzielnego zasypiania. To znaczy na razie bez cycka, ale w towarzystwie mamy lub taty. Wczoraj wył z tego powodu 1,5 godziny. A dzisiaj przed południem poszło szybko. Zobaczymy jak będzie wieczorem. Fajnie by było, gdyby się nauczył, bo nie byłby tak uzależniony w zasypianiu od mojej obecności. Miejmy nadzieję, że się uda :)

No i na koniec tradycyjne zaproszenie do galerii. Nowe zdjęcia są w dwóch albumach. Link do jednego jest tutaj, a do drugiego tutaj. Zapraszamy!