Mamy wynik rezonansu :)

We wtorek moja siostra odebrała wynik rezonansu głowy Micha. Poza stanem zapalnym zatok szczękowych (Michu był wtedy świeżo po infekcji, jak widać jeszcze nie zaleczonej) reszta głowy jest ok!!!!!! Kamień z serca, choć ja i tak nie dopuszczałam jakichkolwiek złych myśli. No, ale upewnić się trzeba było. Za tydzień idziemy do dr Dołyk, więc obejrzy wynik i powie też, co myśli o Michu na tym etapie.

Więcej informacji o tym, jak przygotować dziecko do rezonansu magnetycznego mózgu możecie przeczytać w Dzieciowisku.

Wczoraj, podczas wizyty, pani psycholog stwierdziła, że jeszcze 2-3 miesiące i wypisze Micha z terapii, bo już nie ma wskazań. Na razie jeszcze będziemy chodzić, by mogła go poobserwować trochę, ale sama stwierdziła wczoraj, że zrobiliśmy z Michem duży krok do przodu, i że bardzo ładnie Miś nadrabia straty. Jest szansa, że dogoni rówieśników.

Na obecną chwilę, przy sprawdzaniu norm dla dwulatków (Michu ma 22 miesiące obecnie) Misiek jest na granicy normy w niektórych sferach, natomiast w niektórych jest w normie zupełnie (na przykład motoryka duża, co jest dla mnie szokiem, bo przecież to bardzo kulało. Ale widać, że szybko tu daje się nadrobić straty).

Najbardziej do tyłu jest Misiek w sferze mowy, ale to nas akurat nie bardzo dziwi. Rozwój mowy idzie w parze w rozwojem ruchowym. Jeśli ruchowy był opóźniony, to mowa też będzie. Póki co, nie ma jednak wielkich powodów do zmartwień, Michu mowę bierną ma opanowaną – rozumie dobrze. Porozumieć się z nami potrafi, dużo mówi po swojemu (w zasadzie to nieustannie), mówi kilka zrozumiałych słów, więc teraz teoretycznie wystarczy czekać na dalszy rozwój wypadków. Bo że zacznie mówić, to rzecz pewna. Zresztą od kilku dni znowu zaczyna mocniej kombinować ze słowotwórstwem, tworzy nowe zlepki, układa usta w nowy sposób… Coś się zaczyna dziać w tym kierunku :)

Pani psycholog kładzie nacisk na zajęcia grupowe, zresztą sami widzimy, że jak Michu ma więcej kontaktu z innymi dzieciakami, to jest to dla niego korzystne. Co prawda jest to nadal czas zabaw równoległych, a nie konkretnych interakcji z rówieśnikami, ale Misiek wiele podpatruje, co pozwala mu przełamywać niektóre bariery. Taką barierą było na przykład malowanie paluszkami. Za żadne skarby Michu nie chciał dotykać farb ręką. A tydzień temu, gdy w Urwisku wszystkie dzieci zaczęły babrać się w farbach, Michu też spróbował i nawet obyło się bez standardowego „bleee” :) Progres :)

No więc chodzimy i na grupowe do logopedy raz w tygodniu, i na grupę do Urwiska (Zabawy Fundamentalne), i na grupę na basenie. No a od września zacznie się na dobre, bo liczę, że uda się Micha zapisać do jakiegoś przedszkola. Obyśmy tylko znaleźli coś sensownego.

W poniedziałek skończyłam dziergać Makkę Pakkę. Na dzieciowisku wrzuciłam zdjęcie, tutaj też wrzucę, nie będę taka ;) Z dzieła jestem jak najbardziej dumna :) Można gratulować ;)

No i jeszcze zdanko dla lansu… ;) Kończy mi się umowa w Orange, więc standardowa pani z BOKu zadzwoniła w sprawie przedłużenia i takich tam… No i po konsultacji z małżonkiem (który przytaknął mojemu pomysłowi) zamówiłam sobie iPhone’a 3GS 16GB. Nie ma to jak lans ;)

A tak serio, to cóż. Zwyczajnie mi się ten telefon podoba, nigdy czegoś podobnego nie miałam, więc raz chciałabym spróbować z czym to się je. Jak się będzie psuć, to wiem, że już więcej nie kupię. A jak będę zadowolona, to zostanę wierna i tyle. No i swoją drogą przyznać muszę, że kuszą mnie też różne dostępne gadżety. A Mariusz się cieszy, że będzie miał konsolę do gier w ten sposób :) Czyli wszyscy zadowoleni :) Telefon jest prezentem gwiazdkowym, więc w Święta na nic innego już (no, może poza czekoladą i pomarańczami) nie liczę :)
Cudo ma przyjść na początku listopada. Czekam na nie niczym nastolatka na koncert Backstreet Boys ;)))

Koniec i kropka. Tyle na dziś.

Intensywny tydzień

Miniony tydzień mieliśmy baaardzo intensywny. Co do jednego dnia :) No, ale za tydzień sobie odbijemy, bo wybieramy się z Mariuszem do Pragi na weekend. W dodatku z Miśkiem zostają Mariusza rodzice, więc będziemy mogli się swobodnie poszwędać :)

No, ale wracając do sprawy – we wtorek ruszyliśmy, Michu i ja, w stronę Szczecina. Bo w środę mieliśmy stawić się w szpitalu na Unii Lubelskiej na rezonans magnetyczny. Po raz pierwszy jechałam sama przez Niemcy. Emocji miałam sporo – bo zawsze prowadził Mariusz, a tu nagle ja sama! No, ale okazało się, że nie taki diabeł straszny (nie takie Niemcy straszne ;))… Jazdę przez Niemcy pokochałam bardzo szybko, zwłaszcza, że cały czas jedzie się autostradą (a po Berliner Ring jedzie się trzema paskami!). I mimo że w sumie droga do Szczecina wiedzie aż przez 4 autostrady, to wszystkie pięknie się łączą, są dobrze oznakowane i nawet się nie pogubiłam :)

Sama droga, gdyby nie liczyć godzinnego postoju w centrum handlowym A10 w Wildau, trwa około 4,5 – 5h. Nieporównywalnie krócej, niż przez Polskę. No i komfort też inny.

W A10 oczywiście przemaszerowałam się z Michem po sklepach. Kupiłam mu organizer na siedzenie samochodowe z Puchatkiem (na różne drobne rupiecie, co to się zawsze walają po podłodze), świetną piłkę (nie będę opisywać, bo opisać się jej nie da, może kiedyś zdjęcia zamieszczę) w sklepie Nanu-Nana, a w drodze powrotnej (też zrobiliśmy tam postój) Michu sam wybrał sobie nową zabawkę. Jest to taki domek edukacyjny – z telefonem, zegarem, tablicą do pisania, liczydłem, pociągiem z melodyjkami, kluczykiem i dziurką do otwierania drzwi, z sorterem do literek i cyfr. Zabawka wpadła Michowi w oko od razu. Nie udało mi się przekonać go na coś tańszego. Potem maszerował z tym ciężkim kartonem po placyku przed centrum i nie chciał w ogóle zabawki puścić. W samochodzie bawił się nią całą drogę do domu (poza 1,5h, gdy spał) i w domu też ją męczył aż do momentu zaśnięcia.
Generalnie nie wiemy, co ta zabawka w sobie ma, ze Michu tak długo się na niej skupia. Ma już jedną podobną, ale nigdy nie bawił się nią tyle godzin co tą. Szok!

No, ale idziemy dalej. W środę rano zwlekliśmy się z łóżka i przed ósmą byłam już z Michem w szpitalu. Pielęgniarka nas spisała i kazała czekać. Po około pół godziny przyszła lekarka, zrobiła ze mną wywiad i obadała Micha. Następnie poszliśmy do zabiegowego, gdzie Michowi założono wenflon. Niestety, udało się to zrobić dopiero za czwartym razem, w nogę, bo w poprzednich razach igła przebijała żyłkę. Cała sytuacja zakładania wenflonu była o wiele bardziej dramatyczna z perspektywy Micha, niż ostatnie pobieranie krwi – wyrywał się strasznie, wrzeszczał, cały się spocił – a mimo to panie cały czas z uśmiechem go zagadywały i jakoś nie przerastała ich sytuacja, jak to miało miejsce tydzień temu na Borowskiej.

W każdym razie, z założonym wenflonem, około godziny 9 rano skierowano nas pod salę rezonansu. Tam, niestety, musieliśmy odczekać kolejne prawie 2 godziny, bo na ileś oddziałów dziecięcych jest jedna ekipa anestezjologiczna do usypiania dzieci i akurat usypiali w innym miejscu. Poza tym przed nami na rezonans czekała jeszcze jedna dziewczynka, więc wiadomo było, że trzeba będzie czekać dość długo.

Michu był w czasie tego czekania na korytarzu bardzo dzielny. Mimo że nie mógł chodzić (żeby wenflon nie wypadł), nie marudził jakoś szczególnie mocno. Trochę dał się zająć pisaniem w moim kalendarzu, no a resztę czasu to, niestety, musiałam go nosić na rękach (następne dni upłynęły mi pod hasłem bolących ramion – ponoście sobie 15 kilowe dziecko przez półtorej godziny, to zrozumiecie).
Bardzo się stresowałam tym rezonansem. W sumie to nie samym badaniem, ale znieczuleniem ogólnym – czy wszystko pójdzie gładko, bez komplikacji itd.

Za piętnaście jedenasta przyszła nasza kolej – anestezjolog (bardzo sympatyczny człowiek, ze świetnym podejściem do dzieci) kazał mi wziąć Micha na kolana i pokazał mu taki klips na palec do mierzenia tętna. W tym czasie pielęgniarka wstrzyknęła Michowi tzw. „głupiego jasia”, po czym Michu natychmiast się rozluźnił i zaczął z wszystkiego się śmiać – widok przekomiczny. Wtedy lekarz posprawdzał wszystkie parametry życiowe i kazał mi położyć Micha na łóżku do rezonansu. Pielęgniarka wstrzyknęła Michowi znieczulenie, Michu zaczął zasypiać a mnie wyprosili na korytarz.

Po mniej-więcej 25 minutach wezwano mnie z powrotem. Michu spał przykryty kocykiem na kozetce. Anestezjolog powiedział, że musiał podać Michowi bardzo dużą ilość leków, bo Michu tak szybko je przerabiał, że nie mógł usnąć na dobre. Ale lekarz uspokajał, że nie ma się czym martwić, że tak się niekiedy zdarza, i że jedyne co, to po prostu Michu będzie teraz dłużej się wybudzał. I rzeczywiście – wszystkie parametry miał w normie, reakcje też prawidłowe, więc nie było czym się martwić. Obudził się dopiero po godzinie – gdy go przenosili z kozetki do łóżeczka, żeby przewieźć go na oddział dzienny na obserwację.

Po przebudzeniu Miś był ogólnie osłabiony, trochę się słaniał, ale nie było masakry. Sądziłam, że będzie gorzej – że będzie wymiotował – ale zniósł to ok. Problem był trochę z podaniem kroplówki, bo musiał siedzieć na łóżku prawie 1,5 godziny, co w przypadku takiego małego dziecka nie jest trywialne – utrzymać go na szpitalnym łożu. No ale na szczęście po około pół godziny przyszła moja siostra ze swoim ekstra telefonem, co dało Michowi zajęcie przez następną godzinę :) W ogóle dobrze, że Monika nas tam odwiedziła, bo po pierwsze dostałabym na głowę tyle czasu sama z Michem w tej sali, a po drugie padłabym z głodu. Kochana siostra :)

Kroplówka (glukoza) zleciała do końca i Michu mógł się wreszcie najeść i napić (nie jadł nic i nie pił od poprzedniego wieczora). Zjadł i wypił taką ilość, że byłam w szoku. No ale co się dziwić – wygłodzone dziecię.

Gdy się najadł wróciły mu zupełnie siły i już nie było mowy o leżeniu w łóżku. Zaczął wędrować po sali z tym wenflonem w nodze (dobrze, że już był niepotrzebny). I tak wędrował do 16 prawie, bo przed 16 wyjęli mu wenflon, zmierzyli ciśnienie, stwierdzili, że wszystko ok i wypuścili nas do domu. Ufff…

Wrażeń było co niemiara. Widok własnego dziecka śpiącego w domu w łóżeczku zawsze mnie rozczula, ale widok dziecka śpiącego po jakiejś chemii pod maseczką tlenową bardzo nieprzyjemnie dźgał w sercu.

W drodze powrotnej do Przecławia wstąpiłam z Michem do sklepu i Misiek sobie w nagrodę za to, że był dzielnym pacjentem, wybrał zabawkę – taki budzik, z firmy Tolo.

Popołudnie i wieczór minęły spokojnie, Misiek padł o 19 bez zająknięcia. Rano się spakowaliśmy i przed 10 ruszyliśmy na Wrocław. Dobrze, że już po wszystkim. Wynik będzie za około 2 tygodnie.

Co do pobytu w Przecławiu, to Michu generalnie znowu eksperymentował z psem :) Wkładał mu ręce do pyska i czekał na lizanie i podgryzanie, i miał wielką uciechę, gdy się doczekał :)

Poza tym widać, jak wielki podziw Michu czuje w stosunku do Bartka. Patrzy na niego z uwielbieniem, słucha go jak przysłowiowa świnia grzmotu, ma respekt przed tym, co Bartek do niego mówi – ogólnie szok :)
Bartek poczęstował Micha wodą gazowaną (Michu do tej pory pił tylko niegazowaną), więc Michu szczęśliwy, że coś nowego wujek mu pokazał. A następnego dnia Bartek poczęstował go kiełkami fasoli mung – i Michu wciągał aż mu się uszy trzęsły :)

Tosia z kolei nakłoniła zupełnie bezwiednie Micha do konsumpcji obiadu (po prostu jadła i Michu też tak chciał :)) i nauczyła go obsługiwać swoje stare niemowlęce zabawki, więc Michu szczęśliwy całe trzy dni chodził :)

O rezonansie i pobycie w Szczecinie tyle. Dziś natomiast zaczęłam moje podyplomowe studia logopedyczne. Od 9 do 15.30 był wykład z dr Małgorzatą Młynarską – kierowniczką naszego studium – z norm językowych. Jak na razie jestem pod wrażeniem, logopedia po pierwszym dniu mi się podoba. Wykład był ciekawy, dobrze prowadzony. Doktor popierała teorię przykładami z praktyki, więc dobrze się słuchało. Jutro mamy też cały dzień wykładów – z psychologii z dr Smerekiem.

No i tyle na dziś. Jeszcze tylko filmiki. W sumie będą trzy – pierwszy ze zjeżdżalni, bo Michu wykombinował, że na brzuchu też się da zjechać. Drugi z toru przeszkód, z pniakiem w tle. Trzeci będzie z domu z układania puzzli. Ten ostatni, niestety, nie powala jakością, bo mi Michu ostatnio poprzestawiał aparat i nie zauważywszy tego filmowałam go w kiepskiej jakości. Ale mam nadzieję, że przeżyjecie :)

Półtoraroczny żywot Miśkołaja

Nie da się ukryć, Michu ma dziś dokładnie 18 miesięcy i dwa tygodnie. Postarzał nam się facet. Wiek ten uprawnia go już do pełnego korzystania z przywileju, którym jest tzw. bunt dwulatka (mimo iż wnioskując z nazwy powinien się zacząć jak Michu skończy dwa lata, ale zacne „psychologi” i inni znawcy gatunku dziecięcego twierdzą, iż granica jest płynna i może też wystąpić około 1,5 roku). Przyznać trzeba, że niestety, Mikołaj owego buntu kupił chyba ze trzy pakiety i wykorzystuje je już od jakiegoś czasu. Dochodzi czasem do scen gorszących ;) Staramy się być konsekwentni i w ogóle, ale wiadomo, różnie to bywa. Czasem Michu tak się da we znaki, że szkoda gadać. Cóż. Taki wiek rozwojowy. A nam tylko przeczekać zostaje. Swoją drogą, z Micha to niezły aparat jest. Z reguły cichy i spokojny, grzeczny, społeczny, uśmiechający się, pogodny, taki „przytul mnie”. Na pierwszy rzut oka kochane dziecko. Jak czasem gadam z kimś nowo poznanym, to nie chce wierzyć, że z Micha może być gagatek. Do czasu, aż dojdzie do sytuacji ekstremalnej, czyli słów: „Mikołaj, nie wolno!”. Wtedy Michu wyciąga z kieszeni cały arsenał wrzasków, bicia, szczypania, gryzienia i bóg wie czego jeszcze, no i przegwizdane. Trzeba wierzyć, że z tego wyrośnie.

Od tygodnia Mikołaj samodzielnie chodzi. Co prawda zalążki tego chodzenia obserwujemy od około 3 tygodni, ale tydzień temu, we wtorek 16 czerwca, zaczęło się na dobre. Dodam, że pierwsze kroki nasze dziecię stawiło obcując ze sztuką na podłodze Opery Szczecińskiej. Arteterapia chyba jakaś zadziałała, czy coś ;) Teraz przy odrobinie motywacji przechodzi samodzielnie kilka kroczków. Bardzo się z tego cieszymy. No i dodać należy, że równocześnie zaczął samodzielnie wstawać. Brawo, Mikołaj!!! :)))

W ubiegłym tygodniu byłam razem z Miśkiem i moją mamą w Szczecinie. Pojechaliśmy we wtorek, bo tego dnia Tosia miała zakończenie zajęć w studio baletowym. Owo zakończenie przybrało postać pokazu baletowego kilku klas tegoż studio. Tosia też tańczyła. Relację fotograficzną macie tutaj. A poniżej mały fragmencik:

Przyznać trzeba, że była to bardzo miła uroczystość. No i niezłe emocje – oglądać swoją siedmioletnią siostrzenicę-baletnicę na deskach szczecińskiej Opery. Co prawda zbyt wiele nie widziałam, bo Michu nie był za bardzo zainteresowany i wolał chodzić po korytarzu, no ale coś jednak udało mi się obejrzeć i byłam pod wrażeniem :)

Przy okazji pobytu w Szczecinie podjechaliśmy sobie do Międzyzdrojów nad morze. Pogoda akurat tego dnia była śliczna, więc udało nam się posiedzieć trochę na plaży. Kilka widoczków z tej wyprawy macie tutaj i tutaj.

Głównym celem wyjazdu do Szczecina była wizyta u dr Hnatyszyn, neurologa. Obadała Micha i stwierdziła, że opóźnienie nadal jest, ale się nie pogarsza, więc trzeba to uznać za pozytyw. Chodzenia Miśka ocenić jeszcze nie mogła, no bo chodził dopiero od dwóch dni. Ale kazała obserwować, czy dalej będzie tak szeroko nogi stawiał. I jeśli będzie tak stawiał dłużej niż miesiąc to konieczny rezonans głowy. A tak, to rezonans tylko według naszego uznania. Ale skierowanie nam wypisała, więc już Micha zarejestrowałam od razu. Termin jest na 23 września, pod narkozą. Nawet nie tak odległy, myślałam, że będzie gorzej. Musimy się jeszcze zorientować jak wyglądają terminy tutaj na oddziale, bo może udałoby się szybciej. Muszę zadzwonić i się dopytać. Albo najlepiej to podjechać osobiście.
Postanowiliśmy zrobić ten rezonans, bo generalnie liczymy na to, że będzie jasność w końcu – czy są jakieś uszkodzenia mózgu, czy nie ma. I wtedy można też trafniej terapię dobrać. Mam nadzieję, że w końcu się dowiemy na czym stoimy.

Napisałam pracę magisterską. Więcej – już ją nawet oddałam z całą dokumentacją do dziekanatu i 8 lipca mam obronę. Nareszcie! Przyznać muszę, że dużo wysiłku mnie to kosztowało w ostatnim miesiącu. Pisać mogłam tylko jak Michu spał, więc tego czasu nie było zbyt wiele. No, ale najważniejsze, że się udało i jeszcze dwa tygodnie i będę magistrem. Co prawda niewiele lub w ogóle nic to nie zmieni, ale przynajmniej kolejny punkt w „sprawach do załatwienia” będzie do odhaczenia. Zaraz po obronie planujemy wyjechać na kilka dni do Szczecina. Mam nadzieję, że pogoda będzie ładna, bo to co się teraz dzieje, to jest jakieś nieporozumienie.

Ach, zapomniałam napisać, że dwa tygodnie temu w niedzielę pojechaliśmy do wrocławskiego zoo. Miejsce bardzo przyjemne, zwierzaki ładne i ciekawe. Co prawda Michu za wiele jeszcze nie czaił, no ale generalnie podobały mu się kotki (lwy znaczy się), pieski (hieny i wilki) oraz misie. No ale najwięcej frajdy miał na tzw. dziedzińcu. To jest takie miejsce w tutejszym zoo, gdzie na wolnym wybiegu, wśród ludzi, chodzą kozy :) Co więcej, kozy te można karmić. Więc Michu z całą swą szczerością karmił kozy herbatnikami i chrupkim chlebem. Za co kozy były mu niezmiernie wdzięczne obskakując niewinne dziecię ze wszech stron. Co dziwne, Miś wcale się zwierzaków nie bał, nawet jak go oblazły totalnie, że tylko rączki wózka było widać. Uciechę miał tylko wielką, czym prowokował uśmiechy na gębach innych odwiedzających „koziarnię” :)
Tak więc spacerek po naszym zoo wart jest polecenia. Aczkolwiek jeśli chcecie zrobić to w niedzielę, to lepiej uderzać tam z samego rana, od 9, bo godzinę później tworzą się korki i ciężko zaparkować.
A tutaj kilka zdjęć zoologicznych :)
Na fotce poniżej, pod tym kozim tłumem, dzielnie trwa Misiek z uśmiechem na gębie, o dziwo :)

Pewnie słyszeliście o nowo otwartej fontannie multimedialnej w Parku Szczytnickim przy Hali Stulecia. Wrocław chwali się na prawo i lewo, że największa taka w Europie. Więcej info i foty można znaleźć tutaj. My jeszcze nie widzieliśmy, trzeba się pewnie będzie wybrać kiedyś, by obejrzeć ten kicz. W końcu patriotyzm lokalny trzeba szerzyć ;)

Cóż jeszcze… Nie przychodzi mi na razie nic do głowy. Tak długa przerwa w pisaniu zawsze źle wpływa na moją pamięć, więc możliwe, że coś ważnego bardziej lub mniej pominęłam. Trudno.

Do następnego :)

Mikołaj I Groźny

I znowu wywaliło mi posta prawie całego. I to przy zapisywaniu. „Gupi” jakiś. No nic, napiszę jeszcze raz, a co mi tam.

To może zacznę od tytułu… Dlaczego Groźny? Bo robi groźną minę. I próbuje nas nią straszyć. Zresztą, nie tylko nas. Ktokolwiek do Micha podejdzie zostaje na dzień dobry postraszony. Generalnie widać, że Michu sobie jaja w ten sposób z ludzi robi. Po kim taki szyderca i jajcarz rośnie, tego nie wie nikt… ;)

Wizyta w Szczecinie. Udało nam się tam spotkać (dzięki p.Danusi i Monice) z neurologiem, logopedą i rehabilitantką. W skrócie wygląda to tak:
Neurolog stwierdziła opóźnienie 2-3 miesięczne, psychoruchowe. Zleciła nam badania krwi (zrobili je na miejscu następnego dnia) w kierunku cytomegalii i toksoplazmozy oraz sprawdzenie poziomu wit. D3. Generalnie szukamy przyczyny opóźnienia. A poziom D3 kazała zbadać dlatego, że Michu długo już przyjmuje dość wysoką dawkę i jest ryzyko, że poszło w nerki. Miejmy nadzieję, że nie. Ponadto zasugerowała rezygnację z Vojty na rzecz masażu suchego całego ciała. I jeśli Misiek po ukończeniu 18 miesięcy nie będzie jeszcze płynnie chodził to zleci wtedy rezonans pod narkozą.

Logopeda była z Micha zadowolona. Miś pokazał co potrafi, pogadał trochę. Pani z kolei pokazała nam jak się bawić, w co i co trenować. No to trenujemy :)

Rehabilitantka opracowała kilka ćwiczeń do wykonywania w domu oraz masaż. Mam nadzieję, że Michu da się przekonać do masażu, bo ostatnio wszelkie próby dotyku i robienia czegokolwiek z jego ciałem kończą się wrzaskiem – taki prezent od Vojty. Mam nadzieję, że tymi ćwiczeniami oraz Bobathami uda się Micha skłonić do płynnego chodzenia, bo wolałabym uniknąć rezonansu.

Ważnym elementem wizyty w Szczecinie był pies :) I spotkanie psa z Mikołajem. Albo raczej Mikołaja z psem. Ogólnie wywarli na sobie chyba pozytywne wrażenie. W każdym bądź razie Misiek psem zafascynowany. Bawił się z Indianą, pozwalał się zaczepiać i sam nie był dłużny. Co prawda widzieli się z doskoku – więcej nas w domu nie było niż byliśmy, ale jest szansa, że jak pojedziemy na Wielkanoc, to się więzi zacieśnią :)

We wtorek poza tym byliśmy u okulisty i ortopedy. Okulista w Spektrum na Olszewskiego. Już tam raz byliśmy, w czerwcu, gdy Michowi oczy ropiały. Teraz trafiliśmy do tej samej lekarki, bardzo sympatycznej zresztą. Zbadała Misiowi oczy i powiedziała, że wszystko jest ok, i że za rok do kontroli.
Co do ortopedy, to wizyta była koszmarna, bo Michu cały czas wył. Niezależnie od tego, czy go lekarz badał, czy tylko jego rentgen oglądał. W każdym razie ortopeda stwierdził, że Michu ma ogromny przykurcz na szyi (ten od kręcza szyi) i że on by radził naciąć mięsień chirurgicznie, ale najpierw mamy się skonsultować na Borowskiej u ortopedy. Ponadto wyczaił płaskostopie i zalecił buty – takie sandałki ortopedyczne. I do kontroli za trzy miesiące. Ciąć Micha nie zamierzamy, ale do tego ortopedy na Borowskiej pójdziemy. Nawet już skierowanie załatwiłam.

W piątek byliśmy u dr Kwapisz na kontroli. Szłam tam z nastawieniem bojowym, coby przeforsować rezygnację z Vojty i czaszkowo-krzyżowej, a tu szok! Albo pani doktor była w dobrym humorze, albo nie mam pojęcia co się stało. W każdym bądź razie wizyta była bardzo przyjemna, pani doktor super miła, Mikołaj płakał tylko podczas badania na stole, a tak to fikał i brykał na podłodze w samym pampersie i pokazywał lekarce na co go stać. Co do diagnozy, to jest pozytywna :) Nastąpiła duża poprawa. Dr Kwapisz jest przekonana, że trzeba dać Mikołajowi czas, to wszystko sobie nadrobi. Mówi tylko, żeby go nie prowadzać za ręce. Ma chodzić jak najwięcej przy meblach bokiem, bo wtedy sobie koryguje to koślawienie stóp. Mówi też, że buty od ortopedy mamy założyć dopiero wtedy, gdy Michu zacznie dobrze chodzić, czyli gdy chodzenie będzie przeważało w ciągu dnia. Bo dopóki głównie raczkuje, to raczkując w butach będzie sobie Michu jeszcze bardziej nogi koślawił. Ponadto stwierdziła poprawę jeśli chodzi o kręcz – jest już pełny obrót głową w obie strony, choć w lewą troszkę utrudniony. Ale nie ma już blokady. Wypas! Więc jak widać, ortopeda nie do końca miał świadomość z jakiego przykurczu Micha wyprowadziliśmy.
Co do Vojty, to dr Kwapisz stwierdziła, że jak chcemy, to możemy zrezygnować. No to powiedziałam, że rezygnujemy. Z czaszkowo-krzyżowej też rezygnujemy, tylko jeszcze raz, może dwa pójdziemy, coby się utrwaliło.

Wczoraj byłam na zajęciach w Poznaniu. Zrobił się syf z naszymi praktykami w szkole. Od listopada słyszeliśmy gadkę, że jeśli ktoś nie chce uprawnień do pracy w szkole, to nie musi robić praktyk. No to trzy osoby z naszej grupy (w tym ja, rzecz jasna), przestały o tym myśleć w ogóle. Mieliśmy tylko złożyć pismo do dziekana, że rezygnujemy z uprawnień. No i się wczoraj okazało, że jednak praktyki robić trzeba, bo jest za nie 8 punktów ECTS, a nie mają już nam ich na co zamienić. Super po prostu! Pojechaliśmy do dziekana, dziekan stwierdził, że nie ma pojęcia dlaczego opiekun praktyk wprowadził nas w błąd i że mamy pogadać ze Strykowskim, może coś nam pomoże. Wypas. Jeśli jemu się nie uda, to trzeba będzie pokombinować w tempie ekspresowym, bo nie zaliczenie praktyki oznacza nie wydanie dyplomu i nie ukończenie studiów. Po prostu sielanka.

A z innej beczki. Wróciłam wczoraj wieczorem do domu, Michu spał, więc nie zaglądałam już do niego. Dziś rano wchodzę do pokoiku, patrzę – Michu w samej piżamie. Myślę sobie – zdjął śpiworek (już mu się kiedyś zdarzyło). Rozglądam się za owym śpiworkiem, a on leży jakiś metr od łóżeczka. W dodatku to był śpiworek na zatrzaski, a Michu potrafi rozpiąć tylko ten na zamek. Na ale myślę: a nuż dzisiaj był ten pierwszy raz, gdy Michu rozpiął wszystkie zatrzaski? Ale skąd śpiworek wziął się tak daleko od łóżeczka? Przecież Michu jeszcze nie rzuca na taką odległość… „Mariuuuusz! Czy Ty założyłeś wczoraj śpiworek Miśkowi?” Przychodzi Mariusz, widzę konsternację na twarzy. Mówi: „Eee… Nie wiem, nie pamiętam. Ale możliwe, że nie” :) Masz ci los :) Zmęczony całodziennym trudem opiekuńczym nad Michem, Mariusz był tak szczęśliwy, że udało mu się złapać Miśka i ubrać go w piżamkę (to nie lada wyczyn, Michu notorycznie ucieka gdy się chce go ubrać lub przewinąć), że zapomniał o śpiworku i wrzucił po prostu Micha do łóżeczka do spania. Co prawda zimno Michowi jakoś szczególnie chyba nie było (mimo że śpi bez skarpetek), stopy miał rano w miarę ciepłe. No ale komfortowo się chyba raczej nie czuł :) W sumie to i tak dobrze, że piżamkę miał na sobie… ;) Tak się dziś nalewam cały dzień z małżonka. Niech ma!

Co do nowości Michowych, to mogę rzec, że się Misiu nauczył pokazywać brzuszek i serduszko. Powoli zaczyna łapać, że serduszko jest wyżej, a brzuszek niżej. No i pokazuje włosy – że się po nich można głaskać. Bierze moją albo Mariusza rękę, kładzie sobie na głowie i każe się w ten sposób głaskać :) Pieszczoch mały :) Czasem zdarza mu się nawet nas pogłaskać. Ale tylko chwilkę. Jednak bardziej lubi, gdy to my głaszczemy :)
Zauważyłam ponadto, że już nie trzeba Miśkowi podpowiadać przy ubieraniu. Już wyjaśniam o co chodzi. Generalnie gdy ubieram Micha, to Miś pomaga – tzn. podnosi ręce lub nogi, podnosi głowę kiedy trzeba. Zawsze popierałam słowo gestem. Np. gdy mówiłam: „Podnieś/podaj rękę” to delikatnie klepałam daną rękę. A dziś zauważyłam, że wystarczy powiedzieć: „Podnieś rękę” i Miś podaje rękę. Myślę, że dzięki temu nauczył się pokazywać, gdzie jest ręka. Ostatnio wałkujemy bowiem włosy, brzuch, serduszko, paluszki i nogi. Rąk jeszcze nie przerabialiśmy jakoś konkretniej. No i dziś na czuja mówię do Misia: „Pokaż, gdzie masz rękę”. A na to Miś z dziką radością zaczyna ruszać dłonią, a po chwili machać całą ręką :) Straszna ze mnie matka. nawet się nie spodziewałam, że mam takie mądre dziecko :)

Z kolejnych rzeczy to Miś nauczył się rzucać i popychać piłkę. Nie robi tego jakoś spektakularnie, odległości można mierzyć w kilkunastu centymetrach, ale potrafi i to się liczy! Reszta się udoskonali :)

Od jakichś dwóch tygodni ulubionym zajęciem naszego dziecięcia jest trafianie kluczem do dziury. Nieważne jakim kluczem i do jakiej dziury. Ważne, że jest klucz i jest dziura. Dzisiaj zajmował się tym ponad pół godziny. Miał do wyboru dwa pęki kluczy i cztery dziury (od śrubek, w puszce od kablówki), więc było co robić :) Może trza mu jaką wielką kłódkę kupić?

Mikołaj miał w sobotę 21 marca swój pierwszy poważny (bo krwawy) wypadek. Przygrzmocił twarzą w skrzynię na pościel w naszym tapczanie. W pierwszych chwilach wyglądało to naprawdę bardzo groźnie. Krew kapała, Misiek krzyczał, mnie się wydawało, że Michu uderzył nosem, i że nos ma złamany, Mariuszowi wydawało się, że Michu przegryzł sobie kawałek języka. Generalnie masakra. Po kilkunastu minutach uspokajania, po wypiciu przez Misia kubka zimnej wody, okazało się, że krew przestała lecieć i że generalnie nie wygląda to strasznie. Zęby wszystkie i całe, język i nos też. Tylko warga spuchnięta bardzo i otarta. Nasze pierwsze myśli, to: co i jak Misiek teraz będzie jadł? Stoimy tak nad nim i gadamy na głos, że może mleko mu na razie podać, bo nie będzie chciał jeść na pewno nic twardszego, bo go pewnie będzie boleć itd. A na to nasze dziecko patrzy na nas i od niechcenia ściąga ze stołu twardego suchara i gryzie aż mu się uszy trzęsą. I wszystko jasne!
Na dzień dzisiejszy Misiek wygląda jakby w ogóle już nie pamiętał co się stało, do skrzyni z pościelą ładuje się nadal, a opuchlizna z wargi zeszła. Tylko ślad po otarciu pozostał. Jakby nie patrzeć – goi się jak na psie ;)

Dobra, dosyć tego dobrego. Może w końcu dziś opublikuję tego posta, bo piszę go już równo tydzień. Jeśli dotarliście do tego miejsca, to gratuluję :) Mieliście co czytać :)

O neurologach i psychologach będzie tu mowa…

Byliśmy z Michem w środę u neurologa. Drugi raz w jego 14 miesięcznym życiu. Pierwszy raz byliśmy prawie rok temu, u dr Ujmy-Czapskiej. No i wtedy z tej wizyty wynikło tyle, że Michu był trzy o trzy miesiące za późno rehabilitowany, bo dr zlekceważyła jego asymetrię. Teraz dr Kwapisz poleciła nam skontaktowanie się z dr Dołyk. Udało nam się nawet szybko załatwić wizytę, cudem, doprawdy, bo zazwyczaj na termin u neurologa dziecięcego we Wrocławiu to czeka się około dwóch miesięcy. A my czekaliśmy dwa tygodnie. Przed wizytą zrobiliśmy zlecone przez dr Dołyk (przez telefon) badania krwi, no i w środę dotarliśmy na 8.30 do Pulsantisu. Co prawda Misiek był jeszcze trochę chory (dwa dni wcześniej okazało się, że chociaż przeszło mu przeziębienie i zeszła temperatura, to zachorowało ucho), ale postanowiliśmy, że pojedziemy, bo potem nie wiadomo kiedy uda się znowu umówić.

Dr Dołyk obadała Miśka od stóp do głów, poobserwowała, porzucała w próbach Vojty, postukała młoteczkiem i wypytała nas doszczętnie o wszystko. Misiek zniósł wizytę nawet znośnie, mimo że był moment, że ryczał jak wół :) Ale to już taki urok – tak ma zakodowane w łepetynie, że jak się rozbiera przy obcej pani, to to pewnie będzie ćwiczenie Vojtą. I profilaktycznie zaczyna wyć. Mam nadzieję, że kiedyś mu przejdzie, bo żal mi się go wtedy strasznie robi. A nie chce posłuchać, że nie ma powodu do płaczu.

Co do diagnozy, to dziś, z perspektywy kilku dni, patrzymy już na nią spokojniej. Ale w pierwszym momencie nas osłabiła. Generalnie dr Dołyk podejrzewa, że Miś ma jakieś uszkodzenie układu nerwowego. Dokładnie jakie to jest uszkodzenie, nie jest w stanie nam, na razie, powiedzieć. Być może coś z móżdżkiem, ale to niepewne. Póki co, nie chce nas wysyłać na rezonans, bo mówi, że by trzeba było Miśka do tego uśpić, a nie warto ryzykować. Natomiast sam rezonans może by i coś pokazał, ale pewności nie ma. Tak więc, na razie, my mamy obserwować wnikliwie rozwój Micha, a ona porówna za trzy miesiące jakie zaszły zmiany.

Jednakże najbardziej powaliło nas coś innego. Dr Kwapisz wysyłając nas do dr Dołyk powiedziała, że generalnie dr Dołyk ma sprawdzić czemu Michu tak przeprostowuje nogi i czemu jeszcze nie wstaje (na dzień dzisiejszy wstaje już od dwóch tygodni). Natomiast dr Dołyk stwierdziła, że ona na razie nie skupiłaby się tak bardzo na motoryce Mikołaja, ale na jego percepcji i rozwoju mowy, bo jej zdaniem tu ma poważne braki. Spytała, czy badał go psycholog. Powiedziałam, że tak, dwa miesiące temu, że w diagnozie było, że nie trzeba terapii, bo rozwija się prawidłowo poza motoryką dużą (ale to akurat nie nowość, no bo w końcu z powodu tyłów w motoryce Miśka rehabilitujemy). Na to dr Dołyk powiedziała, żeby jeszcze raz Miśka zdiagnozować u innego psychologa, w ciągu pół roku od poprzedniego badania. I żeby się skontaktować z jakimś pedagogiem, logopedą lub psychologiem by doradził jakieś konkretne zabawy, które pomogą rozwijać mowę, rozumienie i percepcję. Zasugerowała generalnie, że poprzednia diagnoza psychologiczna była błędna.

Przyznam szczerze, że mnie to trochę przeraziło i podłamało. Generalnie mieliśmy jakieś obawy, czy Miś prawidłowo się rozwija, ale to naturalne przy rehabilitowaniu dziecka, że się rodzą różne lęki. Poszliśmy więc do psychologa i diagnoza była pozytywna. To mnie uspokoiło. Logopeda też go przecież oglądała i mówiła, że nie ma potrzeby terapii, że tylko mamy się co jakiś czas kontrolować. I tu nagle coś takiego. Trochę już się na siłę zaczęliśmy doszukiwać, że może rzeczywiście jest coś nie tak. Kilka rzeczy, owszem, wzbudzało nasz niepokój wcześniej, ale tłumaczyliśmy to sobie, że przecież Miś ma czas, że się nauczy… A tu nagle bach – obuchem w łeb. Ale z perspektywy tych kilku dni jestem jednak spokojniejsza. Zaczęliśmy baczniej przyglądać się Mikołajowi. Jeszcze tydzień temu wydawało nam się (a może było tak naprawdę), że nie potrafi zapamiętać nazw przedmiotów, swoich zabawek, nie potrafi wskazać tego, o co się go pyta. Ale być może pytaliśmy nie o to, co trzeba; nie o to, co leży w kręgu zainteresowań naszego dziecka. Bo Miś doskonale potrafi pokazać pilota od tv :), telefon, but, tygryska, kaczkę, piłkę. W dodatku widać, że wiele rzeczy go interesuje. Każdy przedmiot, który chwyta w ręce wyciąga w naszym kierunku, by powiedzieć mu jak się to nazywa. A że jeszcze nie mówi? Poza mama i tata? Cóż, logopeda powiedziała mi wcześniej, że za każdym razem, gdy dziecko nabiera nowej sprawności ruchowej, to cofa się mowa. I że to naturalne, i przejdzie. Dziecko jest wtedy tak zafascynowane nową umiejętnością, że wszystko inne odchodzi na bok. Zresztą, naukowo dowiedzione jest, że najczęściej chłopcy zaczynają mówić później.

Cóż więc zrobić? Jutro przyjeżdża do Wrocławia mama mojego szwagra. Jest psychologiem, zgodziła się spotkać z nami i przyjrzeć się Mikołajowi, coś doradzić. Poza tym postanowiliśmy zdiagnozować Miśka u psychologa wcześniej niż pół roku po poprzedniej diagnozie. Udało mi się umówić z psychologiem dziecięcym już na poniedziałek. Niech go obejrzy raz jeszcze ktoś niezależny i powie, co myśli. I też coś doradzi. Spróbuję umówić się też w tym samym ośrodku z logopedą. Być może wydaje się to przewrażliwieniem, albo histerią, albo Bóg wie czym jeszcze, ale powiem Wam szczerze, że mi to zupełnie wisi. Mówimy o naszym dziecku, więc dmucham na zimne i wolę iść sprawdzić diagnozę do drugiego specjalisty, bo, niestety, jak już z praktyki wiemy, lekarzom ufać bezgranicznie się nie da. Przekonaliśmy się już o tym trzy razy w sumie, w przeciągu niecałego roku. Tak więc trzymajcie kciuki. Jestem dobrej myśli. Jakoś nikomu wcześniej nie rzuciło się w oczy, że Mikołaj ma jakieś tyły. Wszystkie pozostałe lekarki i rehabilitantki twierdzą, że Miś jest bystry, kontaktowy… Więc tego, póki co, się trzymajmy. Gdy będziemy po wizycie, to skrobnę co nieco, ale nie od razu. Bo w poniedziałek wyjeżdżam z Mikołajem do Głuchowa i wrócę dopiero w czwartek. Ale po powrocie napiszę na pewno.

A co do Miśka, to jego umiejętność wstawania rozwija się. Co prawda ciągle szpotawi prawą stopę (a czasem wykoślawia – zależy jak mu się uda), a na lewej staje na palcach, ale za to dzisiaj zaczął uczyć się schodzić do pozycji na kolanach. To progres :) Bo od kilku dni, jak wstał przez nikogo nie zauważony, to potem wołał płaczliwie, bo nie umiał zejść. Najczęściej zdarzało mu się to rano, tudzież po południowej drzemce, gdy wstawał w łóżeczku i nogi odmawiały posłuszeństwa, a nie potrafił sobie sam poradzić. A dziś nagle zaczaił, że to trzeba się na kolana z powrotem dostać. Na razie jeszcze różnie mu to wychodzi, ale praktyka czyni mistrza :)

A tak z innej beczki, to mieliśmy dzisiaj kolędę. Znaczy wizytę duszpasterską. I powiem Wam, że do tej pory trwam w szoku. Obydwoje trwamy w sumie, Mariusz i ja. Przyszedł ksiądz, pokropił nas wodą święconą, usiadł, spisał nas dokładnie (bo kolędę mieliśmy tu pierwszy raz, więc w papierach nas nie było) i… poszedł. Zrobił to tak szybko i z zaskoczenia, że nawet nie zaczaiłam, że wychodzi i jak głupia goniłam go z kopertą. Kurde, nawet nie próbował jakkolwiek zagaić, zapytać jak zdrowie, cokolwiek… Mariusz od początku sceptycznie nastawiony do wizyty księdza, namówiony przeze mnie, pełen dobrych chęci i otwarty, by w razie czego z księdzem pogadać, a tu ksiądz, jak taki buc, wypełnił papierki i w długą! Po prostu byłam w szoku. Zanim dotarło do mnie, co się stało, ksiądz pewnie kończył kolędę w następnym mieszkaniu. Maskara. Wiecie, nawet jakby człowiek chciał sam zagadać, to nie było szansy! Kurde belek, po choinkę ja leciałam za nim z tą kopertą?! No, ale taki automat się we mnie włączył – cały czas powtarzałam sobie, żeby nie zapomnieć o kasie dla księdza, że oczywiście nie zapomniałam. A szkoda. Byłoby jutro na dobry obiad w Agawie ;) Tak więc, jak widzicie, pecha mamy do księży z naszej parafii. Przyszłoroczne przyjęcie księdza pozostaje pod znakiem zapytania.

Tyle na dziś. Duuużo tego. Odezwę się po powrocie z Głuchowa.