Mamy wynik rezonansu :)

We wtorek moja siostra odebrała wynik rezonansu głowy Micha. Poza stanem zapalnym zatok szczękowych (Michu był wtedy świeżo po infekcji, jak widać jeszcze nie zaleczonej) reszta głowy jest ok!!!!!! Kamień z serca, choć ja i tak nie dopuszczałam jakichkolwiek złych myśli. No, ale upewnić się trzeba było. Za tydzień idziemy do dr Dołyk, więc obejrzy wynik i powie też, co myśli o Michu na tym etapie.

Więcej informacji o tym, jak przygotować dziecko do rezonansu magnetycznego mózgu możecie przeczytać w Dzieciowisku.

Wczoraj, podczas wizyty, pani psycholog stwierdziła, że jeszcze 2-3 miesiące i wypisze Micha z terapii, bo już nie ma wskazań. Na razie jeszcze będziemy chodzić, by mogła go poobserwować trochę, ale sama stwierdziła wczoraj, że zrobiliśmy z Michem duży krok do przodu, i że bardzo ładnie Miś nadrabia straty. Jest szansa, że dogoni rówieśników.

Na obecną chwilę, przy sprawdzaniu norm dla dwulatków (Michu ma 22 miesiące obecnie) Misiek jest na granicy normy w niektórych sferach, natomiast w niektórych jest w normie zupełnie (na przykład motoryka duża, co jest dla mnie szokiem, bo przecież to bardzo kulało. Ale widać, że szybko tu daje się nadrobić straty).

Najbardziej do tyłu jest Misiek w sferze mowy, ale to nas akurat nie bardzo dziwi. Rozwój mowy idzie w parze w rozwojem ruchowym. Jeśli ruchowy był opóźniony, to mowa też będzie. Póki co, nie ma jednak wielkich powodów do zmartwień, Michu mowę bierną ma opanowaną – rozumie dobrze. Porozumieć się z nami potrafi, dużo mówi po swojemu (w zasadzie to nieustannie), mówi kilka zrozumiałych słów, więc teraz teoretycznie wystarczy czekać na dalszy rozwój wypadków. Bo że zacznie mówić, to rzecz pewna. Zresztą od kilku dni znowu zaczyna mocniej kombinować ze słowotwórstwem, tworzy nowe zlepki, układa usta w nowy sposób… Coś się zaczyna dziać w tym kierunku :)

Pani psycholog kładzie nacisk na zajęcia grupowe, zresztą sami widzimy, że jak Michu ma więcej kontaktu z innymi dzieciakami, to jest to dla niego korzystne. Co prawda jest to nadal czas zabaw równoległych, a nie konkretnych interakcji z rówieśnikami, ale Misiek wiele podpatruje, co pozwala mu przełamywać niektóre bariery. Taką barierą było na przykład malowanie paluszkami. Za żadne skarby Michu nie chciał dotykać farb ręką. A tydzień temu, gdy w Urwisku wszystkie dzieci zaczęły babrać się w farbach, Michu też spróbował i nawet obyło się bez standardowego „bleee” :) Progres :)

No więc chodzimy i na grupowe do logopedy raz w tygodniu, i na grupę do Urwiska (Zabawy Fundamentalne), i na grupę na basenie. No a od września zacznie się na dobre, bo liczę, że uda się Micha zapisać do jakiegoś przedszkola. Obyśmy tylko znaleźli coś sensownego.

W poniedziałek skończyłam dziergać Makkę Pakkę. Na dzieciowisku wrzuciłam zdjęcie, tutaj też wrzucę, nie będę taka ;) Z dzieła jestem jak najbardziej dumna :) Można gratulować ;)

No i jeszcze zdanko dla lansu… ;) Kończy mi się umowa w Orange, więc standardowa pani z BOKu zadzwoniła w sprawie przedłużenia i takich tam… No i po konsultacji z małżonkiem (który przytaknął mojemu pomysłowi) zamówiłam sobie iPhone’a 3GS 16GB. Nie ma to jak lans ;)

A tak serio, to cóż. Zwyczajnie mi się ten telefon podoba, nigdy czegoś podobnego nie miałam, więc raz chciałabym spróbować z czym to się je. Jak się będzie psuć, to wiem, że już więcej nie kupię. A jak będę zadowolona, to zostanę wierna i tyle. No i swoją drogą przyznać muszę, że kuszą mnie też różne dostępne gadżety. A Mariusz się cieszy, że będzie miał konsolę do gier w ten sposób :) Czyli wszyscy zadowoleni :) Telefon jest prezentem gwiazdkowym, więc w Święta na nic innego już (no, może poza czekoladą i pomarańczami) nie liczę :)
Cudo ma przyjść na początku listopada. Czekam na nie niczym nastolatka na koncert Backstreet Boys ;)))

Koniec i kropka. Tyle na dziś.

Intensywny tydzień

Miniony tydzień mieliśmy baaardzo intensywny. Co do jednego dnia :) No, ale za tydzień sobie odbijemy, bo wybieramy się z Mariuszem do Pragi na weekend. W dodatku z Miśkiem zostają Mariusza rodzice, więc będziemy mogli się swobodnie poszwędać :)

No, ale wracając do sprawy – we wtorek ruszyliśmy, Michu i ja, w stronę Szczecina. Bo w środę mieliśmy stawić się w szpitalu na Unii Lubelskiej na rezonans magnetyczny. Po raz pierwszy jechałam sama przez Niemcy. Emocji miałam sporo – bo zawsze prowadził Mariusz, a tu nagle ja sama! No, ale okazało się, że nie taki diabeł straszny (nie takie Niemcy straszne ;))… Jazdę przez Niemcy pokochałam bardzo szybko, zwłaszcza, że cały czas jedzie się autostradą (a po Berliner Ring jedzie się trzema paskami!). I mimo że w sumie droga do Szczecina wiedzie aż przez 4 autostrady, to wszystkie pięknie się łączą, są dobrze oznakowane i nawet się nie pogubiłam :)

Sama droga, gdyby nie liczyć godzinnego postoju w centrum handlowym A10 w Wildau, trwa około 4,5 – 5h. Nieporównywalnie krócej, niż przez Polskę. No i komfort też inny.

W A10 oczywiście przemaszerowałam się z Michem po sklepach. Kupiłam mu organizer na siedzenie samochodowe z Puchatkiem (na różne drobne rupiecie, co to się zawsze walają po podłodze), świetną piłkę (nie będę opisywać, bo opisać się jej nie da, może kiedyś zdjęcia zamieszczę) w sklepie Nanu-Nana, a w drodze powrotnej (też zrobiliśmy tam postój) Michu sam wybrał sobie nową zabawkę. Jest to taki domek edukacyjny – z telefonem, zegarem, tablicą do pisania, liczydłem, pociągiem z melodyjkami, kluczykiem i dziurką do otwierania drzwi, z sorterem do literek i cyfr. Zabawka wpadła Michowi w oko od razu. Nie udało mi się przekonać go na coś tańszego. Potem maszerował z tym ciężkim kartonem po placyku przed centrum i nie chciał w ogóle zabawki puścić. W samochodzie bawił się nią całą drogę do domu (poza 1,5h, gdy spał) i w domu też ją męczył aż do momentu zaśnięcia.
Generalnie nie wiemy, co ta zabawka w sobie ma, ze Michu tak długo się na niej skupia. Ma już jedną podobną, ale nigdy nie bawił się nią tyle godzin co tą. Szok!

No, ale idziemy dalej. W środę rano zwlekliśmy się z łóżka i przed ósmą byłam już z Michem w szpitalu. Pielęgniarka nas spisała i kazała czekać. Po około pół godziny przyszła lekarka, zrobiła ze mną wywiad i obadała Micha. Następnie poszliśmy do zabiegowego, gdzie Michowi założono wenflon. Niestety, udało się to zrobić dopiero za czwartym razem, w nogę, bo w poprzednich razach igła przebijała żyłkę. Cała sytuacja zakładania wenflonu była o wiele bardziej dramatyczna z perspektywy Micha, niż ostatnie pobieranie krwi – wyrywał się strasznie, wrzeszczał, cały się spocił – a mimo to panie cały czas z uśmiechem go zagadywały i jakoś nie przerastała ich sytuacja, jak to miało miejsce tydzień temu na Borowskiej.

W każdym razie, z założonym wenflonem, około godziny 9 rano skierowano nas pod salę rezonansu. Tam, niestety, musieliśmy odczekać kolejne prawie 2 godziny, bo na ileś oddziałów dziecięcych jest jedna ekipa anestezjologiczna do usypiania dzieci i akurat usypiali w innym miejscu. Poza tym przed nami na rezonans czekała jeszcze jedna dziewczynka, więc wiadomo było, że trzeba będzie czekać dość długo.

Michu był w czasie tego czekania na korytarzu bardzo dzielny. Mimo że nie mógł chodzić (żeby wenflon nie wypadł), nie marudził jakoś szczególnie mocno. Trochę dał się zająć pisaniem w moim kalendarzu, no a resztę czasu to, niestety, musiałam go nosić na rękach (następne dni upłynęły mi pod hasłem bolących ramion – ponoście sobie 15 kilowe dziecko przez półtorej godziny, to zrozumiecie).
Bardzo się stresowałam tym rezonansem. W sumie to nie samym badaniem, ale znieczuleniem ogólnym – czy wszystko pójdzie gładko, bez komplikacji itd.

Za piętnaście jedenasta przyszła nasza kolej – anestezjolog (bardzo sympatyczny człowiek, ze świetnym podejściem do dzieci) kazał mi wziąć Micha na kolana i pokazał mu taki klips na palec do mierzenia tętna. W tym czasie pielęgniarka wstrzyknęła Michowi tzw. „głupiego jasia”, po czym Michu natychmiast się rozluźnił i zaczął z wszystkiego się śmiać – widok przekomiczny. Wtedy lekarz posprawdzał wszystkie parametry życiowe i kazał mi położyć Micha na łóżku do rezonansu. Pielęgniarka wstrzyknęła Michowi znieczulenie, Michu zaczął zasypiać a mnie wyprosili na korytarz.

Po mniej-więcej 25 minutach wezwano mnie z powrotem. Michu spał przykryty kocykiem na kozetce. Anestezjolog powiedział, że musiał podać Michowi bardzo dużą ilość leków, bo Michu tak szybko je przerabiał, że nie mógł usnąć na dobre. Ale lekarz uspokajał, że nie ma się czym martwić, że tak się niekiedy zdarza, i że jedyne co, to po prostu Michu będzie teraz dłużej się wybudzał. I rzeczywiście – wszystkie parametry miał w normie, reakcje też prawidłowe, więc nie było czym się martwić. Obudził się dopiero po godzinie – gdy go przenosili z kozetki do łóżeczka, żeby przewieźć go na oddział dzienny na obserwację.

Po przebudzeniu Miś był ogólnie osłabiony, trochę się słaniał, ale nie było masakry. Sądziłam, że będzie gorzej – że będzie wymiotował – ale zniósł to ok. Problem był trochę z podaniem kroplówki, bo musiał siedzieć na łóżku prawie 1,5 godziny, co w przypadku takiego małego dziecka nie jest trywialne – utrzymać go na szpitalnym łożu. No ale na szczęście po około pół godziny przyszła moja siostra ze swoim ekstra telefonem, co dało Michowi zajęcie przez następną godzinę :) W ogóle dobrze, że Monika nas tam odwiedziła, bo po pierwsze dostałabym na głowę tyle czasu sama z Michem w tej sali, a po drugie padłabym z głodu. Kochana siostra :)

Kroplówka (glukoza) zleciała do końca i Michu mógł się wreszcie najeść i napić (nie jadł nic i nie pił od poprzedniego wieczora). Zjadł i wypił taką ilość, że byłam w szoku. No ale co się dziwić – wygłodzone dziecię.

Gdy się najadł wróciły mu zupełnie siły i już nie było mowy o leżeniu w łóżku. Zaczął wędrować po sali z tym wenflonem w nodze (dobrze, że już był niepotrzebny). I tak wędrował do 16 prawie, bo przed 16 wyjęli mu wenflon, zmierzyli ciśnienie, stwierdzili, że wszystko ok i wypuścili nas do domu. Ufff…

Wrażeń było co niemiara. Widok własnego dziecka śpiącego w domu w łóżeczku zawsze mnie rozczula, ale widok dziecka śpiącego po jakiejś chemii pod maseczką tlenową bardzo nieprzyjemnie dźgał w sercu.

W drodze powrotnej do Przecławia wstąpiłam z Michem do sklepu i Misiek sobie w nagrodę za to, że był dzielnym pacjentem, wybrał zabawkę – taki budzik, z firmy Tolo.

Popołudnie i wieczór minęły spokojnie, Misiek padł o 19 bez zająknięcia. Rano się spakowaliśmy i przed 10 ruszyliśmy na Wrocław. Dobrze, że już po wszystkim. Wynik będzie za około 2 tygodnie.

Co do pobytu w Przecławiu, to Michu generalnie znowu eksperymentował z psem :) Wkładał mu ręce do pyska i czekał na lizanie i podgryzanie, i miał wielką uciechę, gdy się doczekał :)

Poza tym widać, jak wielki podziw Michu czuje w stosunku do Bartka. Patrzy na niego z uwielbieniem, słucha go jak przysłowiowa świnia grzmotu, ma respekt przed tym, co Bartek do niego mówi – ogólnie szok :)
Bartek poczęstował Micha wodą gazowaną (Michu do tej pory pił tylko niegazowaną), więc Michu szczęśliwy, że coś nowego wujek mu pokazał. A następnego dnia Bartek poczęstował go kiełkami fasoli mung – i Michu wciągał aż mu się uszy trzęsły :)

Tosia z kolei nakłoniła zupełnie bezwiednie Micha do konsumpcji obiadu (po prostu jadła i Michu też tak chciał :)) i nauczyła go obsługiwać swoje stare niemowlęce zabawki, więc Michu szczęśliwy całe trzy dni chodził :)

O rezonansie i pobycie w Szczecinie tyle. Dziś natomiast zaczęłam moje podyplomowe studia logopedyczne. Od 9 do 15.30 był wykład z dr Małgorzatą Młynarską – kierowniczką naszego studium – z norm językowych. Jak na razie jestem pod wrażeniem, logopedia po pierwszym dniu mi się podoba. Wykład był ciekawy, dobrze prowadzony. Doktor popierała teorię przykładami z praktyki, więc dobrze się słuchało. Jutro mamy też cały dzień wykładów – z psychologii z dr Smerekiem.

No i tyle na dziś. Jeszcze tylko filmiki. W sumie będą trzy – pierwszy ze zjeżdżalni, bo Michu wykombinował, że na brzuchu też się da zjechać. Drugi z toru przeszkód, z pniakiem w tle. Trzeci będzie z domu z układania puzzli. Ten ostatni, niestety, nie powala jakością, bo mi Michu ostatnio poprzestawiał aparat i nie zauważywszy tego filmowałam go w kiepskiej jakości. Ale mam nadzieję, że przeżyjecie :)

Półtoraroczny żywot Miśkołaja

Nie da się ukryć, Michu ma dziś dokładnie 18 miesięcy i dwa tygodnie. Postarzał nam się facet. Wiek ten uprawnia go już do pełnego korzystania z przywileju, którym jest tzw. bunt dwulatka (mimo iż wnioskując z nazwy powinien się zacząć jak Michu skończy dwa lata, ale zacne „psychologi” i inni znawcy gatunku dziecięcego twierdzą, iż granica jest płynna i może też wystąpić około 1,5 roku). Przyznać trzeba, że niestety, Mikołaj owego buntu kupił chyba ze trzy pakiety i wykorzystuje je już od jakiegoś czasu. Dochodzi czasem do scen gorszących ;) Staramy się być konsekwentni i w ogóle, ale wiadomo, różnie to bywa. Czasem Michu tak się da we znaki, że szkoda gadać. Cóż. Taki wiek rozwojowy. A nam tylko przeczekać zostaje. Swoją drogą, z Micha to niezły aparat jest. Z reguły cichy i spokojny, grzeczny, społeczny, uśmiechający się, pogodny, taki „przytul mnie”. Na pierwszy rzut oka kochane dziecko. Jak czasem gadam z kimś nowo poznanym, to nie chce wierzyć, że z Micha może być gagatek. Do czasu, aż dojdzie do sytuacji ekstremalnej, czyli słów: „Mikołaj, nie wolno!”. Wtedy Michu wyciąga z kieszeni cały arsenał wrzasków, bicia, szczypania, gryzienia i bóg wie czego jeszcze, no i przegwizdane. Trzeba wierzyć, że z tego wyrośnie.

Od tygodnia Mikołaj samodzielnie chodzi. Co prawda zalążki tego chodzenia obserwujemy od około 3 tygodni, ale tydzień temu, we wtorek 16 czerwca, zaczęło się na dobre. Dodam, że pierwsze kroki nasze dziecię stawiło obcując ze sztuką na podłodze Opery Szczecińskiej. Arteterapia chyba jakaś zadziałała, czy coś ;) Teraz przy odrobinie motywacji przechodzi samodzielnie kilka kroczków. Bardzo się z tego cieszymy. No i dodać należy, że równocześnie zaczął samodzielnie wstawać. Brawo, Mikołaj!!! :)))

W ubiegłym tygodniu byłam razem z Miśkiem i moją mamą w Szczecinie. Pojechaliśmy we wtorek, bo tego dnia Tosia miała zakończenie zajęć w studio baletowym. Owo zakończenie przybrało postać pokazu baletowego kilku klas tegoż studio. Tosia też tańczyła. Relację fotograficzną macie tutaj. A poniżej mały fragmencik:

Przyznać trzeba, że była to bardzo miła uroczystość. No i niezłe emocje – oglądać swoją siedmioletnią siostrzenicę-baletnicę na deskach szczecińskiej Opery. Co prawda zbyt wiele nie widziałam, bo Michu nie był za bardzo zainteresowany i wolał chodzić po korytarzu, no ale coś jednak udało mi się obejrzeć i byłam pod wrażeniem :)

Przy okazji pobytu w Szczecinie podjechaliśmy sobie do Międzyzdrojów nad morze. Pogoda akurat tego dnia była śliczna, więc udało nam się posiedzieć trochę na plaży. Kilka widoczków z tej wyprawy macie tutaj i tutaj.

Głównym celem wyjazdu do Szczecina była wizyta u dr Hnatyszyn, neurologa. Obadała Micha i stwierdziła, że opóźnienie nadal jest, ale się nie pogarsza, więc trzeba to uznać za pozytyw. Chodzenia Miśka ocenić jeszcze nie mogła, no bo chodził dopiero od dwóch dni. Ale kazała obserwować, czy dalej będzie tak szeroko nogi stawiał. I jeśli będzie tak stawiał dłużej niż miesiąc to konieczny rezonans głowy. A tak, to rezonans tylko według naszego uznania. Ale skierowanie nam wypisała, więc już Micha zarejestrowałam od razu. Termin jest na 23 września, pod narkozą. Nawet nie tak odległy, myślałam, że będzie gorzej. Musimy się jeszcze zorientować jak wyglądają terminy tutaj na oddziale, bo może udałoby się szybciej. Muszę zadzwonić i się dopytać. Albo najlepiej to podjechać osobiście.
Postanowiliśmy zrobić ten rezonans, bo generalnie liczymy na to, że będzie jasność w końcu – czy są jakieś uszkodzenia mózgu, czy nie ma. I wtedy można też trafniej terapię dobrać. Mam nadzieję, że w końcu się dowiemy na czym stoimy.

Napisałam pracę magisterską. Więcej – już ją nawet oddałam z całą dokumentacją do dziekanatu i 8 lipca mam obronę. Nareszcie! Przyznać muszę, że dużo wysiłku mnie to kosztowało w ostatnim miesiącu. Pisać mogłam tylko jak Michu spał, więc tego czasu nie było zbyt wiele. No, ale najważniejsze, że się udało i jeszcze dwa tygodnie i będę magistrem. Co prawda niewiele lub w ogóle nic to nie zmieni, ale przynajmniej kolejny punkt w „sprawach do załatwienia” będzie do odhaczenia. Zaraz po obronie planujemy wyjechać na kilka dni do Szczecina. Mam nadzieję, że pogoda będzie ładna, bo to co się teraz dzieje, to jest jakieś nieporozumienie.

Ach, zapomniałam napisać, że dwa tygodnie temu w niedzielę pojechaliśmy do wrocławskiego zoo. Miejsce bardzo przyjemne, zwierzaki ładne i ciekawe. Co prawda Michu za wiele jeszcze nie czaił, no ale generalnie podobały mu się kotki (lwy znaczy się), pieski (hieny i wilki) oraz misie. No ale najwięcej frajdy miał na tzw. dziedzińcu. To jest takie miejsce w tutejszym zoo, gdzie na wolnym wybiegu, wśród ludzi, chodzą kozy :) Co więcej, kozy te można karmić. Więc Michu z całą swą szczerością karmił kozy herbatnikami i chrupkim chlebem. Za co kozy były mu niezmiernie wdzięczne obskakując niewinne dziecię ze wszech stron. Co dziwne, Miś wcale się zwierzaków nie bał, nawet jak go oblazły totalnie, że tylko rączki wózka było widać. Uciechę miał tylko wielką, czym prowokował uśmiechy na gębach innych odwiedzających „koziarnię” :)
Tak więc spacerek po naszym zoo wart jest polecenia. Aczkolwiek jeśli chcecie zrobić to w niedzielę, to lepiej uderzać tam z samego rana, od 9, bo godzinę później tworzą się korki i ciężko zaparkować.
A tutaj kilka zdjęć zoologicznych :)
Na fotce poniżej, pod tym kozim tłumem, dzielnie trwa Misiek z uśmiechem na gębie, o dziwo :)

Pewnie słyszeliście o nowo otwartej fontannie multimedialnej w Parku Szczytnickim przy Hali Stulecia. Wrocław chwali się na prawo i lewo, że największa taka w Europie. Więcej info i foty można znaleźć tutaj. My jeszcze nie widzieliśmy, trzeba się pewnie będzie wybrać kiedyś, by obejrzeć ten kicz. W końcu patriotyzm lokalny trzeba szerzyć ;)

Cóż jeszcze… Nie przychodzi mi na razie nic do głowy. Tak długa przerwa w pisaniu zawsze źle wpływa na moją pamięć, więc możliwe, że coś ważnego bardziej lub mniej pominęłam. Trudno.

Do następnego :)