Radośnie :)

W ubiegłym tygodniu pisałam, że wynik rezonansu Miśkowej mózgownicy był dobry. Do tego we wrześniu cieszyliśmy się z poprawy, jaką w rozwoju ruchowym i postawie zaobserwowała dr Kwapisz. Potem psycholog i logopeda chwaliły Micha, że idzie do przodu, a ostatnio to nawet wyszło u psycholog, że Misiek, o ile jeszcze ma jakieś opóźnienie, to jest ono na skraju normy.

No a dziś byłam z Michem u dr Dołyk, neurologa. Pani go obadała, obejrzała, wypytała mnie o wszystko, przeczytała wynik rezonansu, pooglądała wyniki krwi i powiedziała, że Misiek bardzo ładnie nadrobił straty, że jest zadowolona z postępów, że bardzo się rozgadał i w ogóle poszedł do przodu. W zaleceniach zapisała nam: bez terapii. Oczywiście na terapię ruchową do Promyka chodzić będziemy jeszcze przez jakiś czas. Do logopedy na grupową też, tak długo jak się da, bo tu bardziej o aspekt rozwoju społecznego chodzi, o przebywanie Micha z innymi dziećmi. Ale ogólnie to jest ok :) Jak już dr Dołyk stwierdziła, że jest znaczna poprawa i że jest dobrze, to znaczy, że trzeba otwierać szampana :)

Z takich mniejszych spraw, to dr Dołyk stwierdziła, że dobrze by było pokazać Micha laryngologowi, jako że na rezonansie wyszło, że miał zapalenie zatok szczękowych. No i żeby przed następną wizytą powtórzyć badania krwi, bo enzymy aspat i alat były trochę podwyższone. Mówi, że raczej nie ma wskazań, żeby się tym martwić, bo to normalne u dzieci z obniżonym napięciem mięśniowym, ale kontrolować trzeba. A do kontroli mamy się zgłosić za 6-8 miesięcy dopiero! Ekstra!!!

Co do samego Micha to trochę sobie popłakał na początku wizyty, ale ogólnie dobrze się spisał. Poza tym pierwszy raz Michu dziś jechał taksówką, co było dla niego wielkim przeżyciem – pan taksówkarz miał tyle różnych świecących gadżetów na kokpicie, że młodemu się mózg lasował ;)

A taksówką jechaliśmy dlatego, że mamy samochód u lakiernika – w końcu trzeba było naprawić to przytarcie sprzed roku, które, nie chwaląc się, uczyniłam :) Bo szkoda, żeby zaczął nam rdzewieć.

Poza tym dziś Mariusz dostał super zlecenie – z samego rana pojechał do Lidla, by zrobić bardzo poważne zakupy. Od dzisiaj w Lidlu można było kupić różne instrumenty muzyczne, takie małe, perkusyjne, w kompletach.
I tak mamy oto: cymbałki, tamburyn, bębenek, dwa komplety grzechotek zwanych marakasami, trójkąt, dzwonki i janczary. Wszystko to za niecałe 70 zł.
Do tego mi skapnęły kalosze, bardzo ładne, fioletowo-wzorzyste; Michowi cztery bodziaki z długim rękawem (7 zł za sztukę, 100% bawełna, jakość naprawdę przyzwoita) oraz kocyk z mikrowłókien, taki błękitny z jakimś psiakiem.
Uwielbiam Lidla :) Mamy już stamtąd tyle różnych rzeczy, że nawet ciężko zliczyć. Począwszy od namiotu z piłeczkami, przez wigwam i tunel dla Miśka, laminarkę i gilotynkę, różne książki i zabawki Michowe, aż po dzisiejsze instrumenty i inne duperele :) Nie ma to jak Lidlowy newsletter ;)

Na koniec jeszcze dwa filmiki. Obydwa z naszego blokowego (albo raczej wspólnotowo-mieszkaniowego) pokoju zabaw. Mamy taki w bloku, w dodatku w naszej klatce schodowej, piętro pod nami. Jest on dostępny dla lokatorów za zupełną darmochę (powiedzmy, bo wspólnota mieszkaniowa sobie krzywdy nie zrobi, a ktoś to w końcu też sprząta, co jest piękne wliczone w opłaty za mieszkanie).
Mamy tam bardzo przyjemny dla dzieci „małpi gaj”, zjeżdżalnię i basen z piłeczkami. Ostatnio, z powodów pogodowych, coraz częściej tam bywamy. Michowi coraz lepiej idzie pokonywanie całego małpiego gaju. Utyka w dwóch miejscach na piętrze, parter przechodzi bez problemów. Piętro też przechodzi, ale trzeba mu przypomnieć jak ma te feralne fragmenty przejść, bo są raczej dla trochę większych dzieci. Ale koniec końców radzi sobie z nimi i tak znakomicie :)

A oto kilka minut z owego pokoju:

To był Michu na zjeżdżalni, jak widać. A tu mała lekcja pokazowa (czyt. co już umie nasze dziecię):

Postwakacyjny post

Wakacje się skończyły. Niektórzy odczuli to na własnej skórze (na przykład ci, co poszli do szkoły ;)), niektórzy trochę bardziej pośrednio (wzmogły się korki na mieście przez to). My zakończyliśmy wakacje w Gnieźnie i Poznaniu, co zresztą możecie obejrzeć na zdjęciach w galerii.

W Poznaniu byliśmy w zoo na Malcie. Jak bardzo by tam nie było ładnie, to trzeba powiedzieć, że nachodzić się można za wszystkie czasy. No i niestety, jeśli idzie o oznakowanie ścieżek w tym zoo to… mizerota. Owszem, są gdzieniegdzie jakieś mapki, ale mało czytelne. Do tego brak podstawowej rzeczy – dobrego, jasnego oznakowania drogi do wyjścia. Aż dziwne, że to jest zgodne z przepisami BHP. Zoo wrocławskie, mimo że o wiele mniejsze, na każdym chyba „drogowskazie” ma też strzałki informujące w którą stronę należy udać się do wyjścia. Ale poznańskie zoo stwierdziło widocznie, że nie jest to nikomu potrzebne. No i niestety to jest błąd. Rodzina z małym dzieckiem nie zawsze jest w stanie obejść cały obiekt i w momencie, gdy owo dziecko zaczyna wrzeszczeć i chcieć do domu, chętnie chciałaby szybko dotrzeć do bramy i się ewakuować. Nie wspominając już o sytuacjach, kiedy coś się komuś stanie, tudzież należy natychmiast opuścić zoo. W celu szukania wyjścia można sobie pobiegać dookoła jeziora; może cudem trafi się do wyjścia. Generalnie jeśli porównam zoo wrocławskie z poznańskim nowym, to Wrocław jest ciekawszy i bardziej przyjazny. No i jeszcze kwestia placu zabaw przy sławetnej słoniarni. Niech ktoś spróbuje wytłumaczyć uwielbiającemu zjeżdżalnie dwulatkowi, że jedyna zjeżdżalnia na placu zabaw jest przeznaczona dla dzieci od lat 6. Co za imbecyl to tam wstawił? Swoją drogą, zjeżdżalnia jest tak stroma, że nawet dzieci 6-i-więcej-letnie odbijają na niej swoje tyłki.

W związku z rozpoczęciem się nowego roku szkolnego nasze dziecię otrzymało nowe „obowiązki”. Pierwszym jest kontynuacja zajęć na basenie w Pulsantisie (tam, gdzie chodziliśmy przed wakacjami), drugim są zajęcia pt. „Zabawy fundamentalne” w Urwisku, dla dzieci w wieku 18-24 miesiące. Jeśli chodzi o pływanie to trochę się stresowałam przed tymi pierwszymi (po przerwie) zajęciami – czy Misiek usiedzi tyle czasu w wodzie, czy nie będzie chciał wychodzić i się szwędać na brzegu itd. Ale moje obawy okazały się bezpodstawne. Misiek, jak na pierwszy raz, dał radę swobodnie. Trochę zapomniał jak się pływa, ale, o dziwo, chętnie bawił się przy deseczce. W ubiegłym sezonie to było nie do pomyślenia. No i niestety była dziś inna pani. Nie wiem, czy to już na stałe zmiana, ale nowa pani chyba nie przypadła Miśkowi do gustu tak, jak poprzednia. No ale na to już nie mamy wpływu niestety.

Co do zajęć w Urwisku to muszę przyznać, że są rewelacyjne. Chodzimy na nie w czwartki na 17.30. Pani prowadząca zajęcia jest kapitalna – świetnie przygotowana, cały czas w dobrym kontakcie z dziećmi. Poza tym nieustannie podczas zajęć coś się dzieje – nie ma zbyt wielkiej szansy by taki Misiek się nudził i gdzieś przez to łaził. Nawet jak odejdzie na chwilę od grupy to zaraz pani wyskakuje z jakąś fajną zabawą i Misiek od razu do niej leci. Szok! :) Naprawdę wiemy za co płacimy. Zajęcia trwają pełną godzinę i naprawdę jest to czas wykorzystany. Jak sobie przypomnę zajęcia dla dzieci, na których byliśmy kilka razy w ubiegłym roku w Stumilowym Gaju, to nie ma porównania. W Gaju pani nie bardzo wiedziała co robić z tymi maluszkami, więcej gadała z rodzicami, niż organizowała zabawy dla dzieci. W Urwisku pani jest przygotowana na całą godzinę zajęć, ma mnóstwo pomysłów i potrafi je zrealizować z grupą takich maluszków. Nic tylko pozbierać szczękę z podłogi i pogratulować :)

Miałam trochę obaw o dojazd – na Wejherowską mamy dość daleko i bałam się, że będziemy długo jechać, ale skończyło się na 40 minutach, co jak na wrocławskie warunki jest w normie.

A wracając jeszcze do zajęć to nasze dziecko wczoraj nawet przełamało się, by malować farbami. Misio nasz bardzo nie lubi brudzić rąk – czy to zabawa z kisielem, czy malowanie rączkami czy ciastolina… Nic, co przykleja mu się do rąk nie jest mile widziane. Powoli przełamuje się, by na przykład wykrawać z masy solnej foremką – ale bez dotykania ciasta. No i wczoraj też udało się go zachęcić do robienia pieczątek farbkami. I mimo że miał kilka razy pobrudzone ręce obyło się bez wrzasku, tylko pokazał spokojnie, że ma brudne i żeby mu wytrzeć. Kulturka :)

Cóż jeszcze? Tyle mniej więcej. Wczoraj byłam z Michem na badaniach krwi. Żelazo już ma w normie, resztę też, więc nie trzeba już więcej kropli podawać. Ekstra! W przyszłym tygodniu za to idziemy do endokrynologa i do dr Kwapisz. Zobaczymy, co powiedzą.

Jeszcze coś na koniec. Słownik Mikołajowy :) Misiek rozwija powoli swój język, coś tam zaczyna więcej gadać. W ostatnim czasie ustabilizowało się, że coś „sieci” – to znaczy świeci (lampa, światła drogowe, światła w samochodach, słoneczko). Sporo rzeczy jest nadal nazywanych „tata”. Ale powoli ogólnie rozumiane „tata” zostaje wypierane słowem „baba”. Baba znaczy już nie tylko „żaba” ale także: biedronka, bajka, Cbeebies, czasem nawet lampa, płatki i klamka.
Niekiedy zdarza się usłyszeć „leci” (jak Miś widzi samolot) albo „jedzie” (pociąg). Jest jeszcze „ne-na” czyli „nie ma”, do tego poparte gestem rozłożonych rąk. Poza tym naśladuje Miś wszelkie nasze intonacje, i zawołania typu „ojej”, „o-oo”, „ojojoj” :) No i gada caaały czas. W domu nie jest to tak zauważalne, ale jak jechaliśmy tydzień temu do Gniezna, to myślałam, że w samochodzie zwariujemy przez tego gadułę! :)

Huśtawkowo

Mikołaj skończył dzisiaj 15 miesięcy. Taka ze mnie wyrodna matka, że zapomniałabym o tym zupełnie, gdyby nie Mariusz, który mi przypomniał. Stary byk z niego. Z Miśka, oczywiście, bo małżonek mój jeszcze całkiem młody, buhahaha ;) W każdym razie dobrze się trzyma, jak na swoje lata ;)

Byliśmy dziś rano w aquaparku. Misiek przeszczęśliwy. Ostatnio przeprosił się z wodą i znowu zaczął pływać. Zarówno tydzień temu jak i przedwczoraj na zajęciach z pływania w Pulsantisie dawał czadu. Kwiczał z radości i całkiem sprawnie wykonywał polecenia. Mimo że był śpiący, bo ostatnio mamy w piątki tak, że po Bobathach nie ma czasu położyć Misia spać, tylko od razu jedziemy na pływalnię. Ale tak mu się spodobało na nowo pływanie, że aż miło patrzeć. Zresztą postępy też są – już go czasem można puścić, gdy jest w rękawkach i kółku, albo na makaronie. W ogóle to w aquaparku bardzo mu się podoba. Punkt obowiązkowy to zjeżdżalnia. Biedny tylko mój kręgosłup ;)

Po południu ruszyliśmy na spacerek do Parku Południowego. Mamy z tej wyprawy kilka zdjęć w galerii. W sumie to mamy ich o wiele więcej, ale nie chcieliśmy Was zanudzać. W parku jest plac zabaw, a na nim huśtawka. Pisałam o niej ostatnio. Dziś była do huśtawki kolejka, ale udało się dopchać. I pozjeżdżać na zjeżdżalni też trzeba było, bo by Michu chyba nam nie wybaczył.

Co do nowości Mikołajowych, to Miś potrafi pokazać włosy :) Kolejny sukces :) Dziś wypatrzony. No i Mariusz stwierdził po przeczytaniu ostatniego posta, że nie napisałam, że Michu coraz lepiej i pewniej stoi przy meblach i że się coraz sprawniej przy nich porusza. No to piszę: Mikołaj coraz lepiej i pewniej stoi przy meblach i coraz sprawniej się przy nich porusza. Fakt to niezaprzeczalny :) I dziś zaczął jeszcze mówić coś w stylu „ne-ne”, ale trochę bardziej miękko. W sumie trochę jak „ńe-ńe”. Bo „nie-nie” to jeszcze nie jest. Ale się zastanawiam, czy nie ma jakiegoś przekazu w tym. Ale muszę jeszcze poobserwować. Bo może to tylko zwykłe powtarzanie. A może to już całkiem świadome: „nie”? Dziś w ogóle Michu był świetny. Gdy weszliśmy na teren aquaparku to czekałam z nim na Mariusza. Siedzieliśmy sobie na murku i pokazuję Misiowi, że idzie Mariusz. A na to Miś: „Tata!” No rozwalił mnie tym kompletnie. Mariusza zresztą też. Ale nie ma się w umie co dziwić. Gdy wczoraj byłam na zajęciach to Mariusz cały dzień ćwiczył z Michem mówienie „tata” ;)

We wtorek jedziemy do Szczecina. Mama Szwagra załatwiła nam konsultację neurologiczną. Bardzo się cieszę. Z dwóch powodów: Po pierwsze, że Miśka obejrzy jeszcze ktoś poza doktor Dołyk, a po drugie, że się w końcu spotkam z naszymi ulubionymi Szczeciniakami. Bo bardzo się za nimi stęskniłam! I spotkam się też z mamą, bo akurat jest w Szczecinie. Super :)

Tyle na dziś. Reszta pewnie po powrocie ze Szczecina!

O neurologach i psychologach będzie tu mowa…

Byliśmy z Michem w środę u neurologa. Drugi raz w jego 14 miesięcznym życiu. Pierwszy raz byliśmy prawie rok temu, u dr Ujmy-Czapskiej. No i wtedy z tej wizyty wynikło tyle, że Michu był trzy o trzy miesiące za późno rehabilitowany, bo dr zlekceważyła jego asymetrię. Teraz dr Kwapisz poleciła nam skontaktowanie się z dr Dołyk. Udało nam się nawet szybko załatwić wizytę, cudem, doprawdy, bo zazwyczaj na termin u neurologa dziecięcego we Wrocławiu to czeka się około dwóch miesięcy. A my czekaliśmy dwa tygodnie. Przed wizytą zrobiliśmy zlecone przez dr Dołyk (przez telefon) badania krwi, no i w środę dotarliśmy na 8.30 do Pulsantisu. Co prawda Misiek był jeszcze trochę chory (dwa dni wcześniej okazało się, że chociaż przeszło mu przeziębienie i zeszła temperatura, to zachorowało ucho), ale postanowiliśmy, że pojedziemy, bo potem nie wiadomo kiedy uda się znowu umówić.

Dr Dołyk obadała Miśka od stóp do głów, poobserwowała, porzucała w próbach Vojty, postukała młoteczkiem i wypytała nas doszczętnie o wszystko. Misiek zniósł wizytę nawet znośnie, mimo że był moment, że ryczał jak wół :) Ale to już taki urok – tak ma zakodowane w łepetynie, że jak się rozbiera przy obcej pani, to to pewnie będzie ćwiczenie Vojtą. I profilaktycznie zaczyna wyć. Mam nadzieję, że kiedyś mu przejdzie, bo żal mi się go wtedy strasznie robi. A nie chce posłuchać, że nie ma powodu do płaczu.

Co do diagnozy, to dziś, z perspektywy kilku dni, patrzymy już na nią spokojniej. Ale w pierwszym momencie nas osłabiła. Generalnie dr Dołyk podejrzewa, że Miś ma jakieś uszkodzenie układu nerwowego. Dokładnie jakie to jest uszkodzenie, nie jest w stanie nam, na razie, powiedzieć. Być może coś z móżdżkiem, ale to niepewne. Póki co, nie chce nas wysyłać na rezonans, bo mówi, że by trzeba było Miśka do tego uśpić, a nie warto ryzykować. Natomiast sam rezonans może by i coś pokazał, ale pewności nie ma. Tak więc, na razie, my mamy obserwować wnikliwie rozwój Micha, a ona porówna za trzy miesiące jakie zaszły zmiany.

Jednakże najbardziej powaliło nas coś innego. Dr Kwapisz wysyłając nas do dr Dołyk powiedziała, że generalnie dr Dołyk ma sprawdzić czemu Michu tak przeprostowuje nogi i czemu jeszcze nie wstaje (na dzień dzisiejszy wstaje już od dwóch tygodni). Natomiast dr Dołyk stwierdziła, że ona na razie nie skupiłaby się tak bardzo na motoryce Mikołaja, ale na jego percepcji i rozwoju mowy, bo jej zdaniem tu ma poważne braki. Spytała, czy badał go psycholog. Powiedziałam, że tak, dwa miesiące temu, że w diagnozie było, że nie trzeba terapii, bo rozwija się prawidłowo poza motoryką dużą (ale to akurat nie nowość, no bo w końcu z powodu tyłów w motoryce Miśka rehabilitujemy). Na to dr Dołyk powiedziała, żeby jeszcze raz Miśka zdiagnozować u innego psychologa, w ciągu pół roku od poprzedniego badania. I żeby się skontaktować z jakimś pedagogiem, logopedą lub psychologiem by doradził jakieś konkretne zabawy, które pomogą rozwijać mowę, rozumienie i percepcję. Zasugerowała generalnie, że poprzednia diagnoza psychologiczna była błędna.

Przyznam szczerze, że mnie to trochę przeraziło i podłamało. Generalnie mieliśmy jakieś obawy, czy Miś prawidłowo się rozwija, ale to naturalne przy rehabilitowaniu dziecka, że się rodzą różne lęki. Poszliśmy więc do psychologa i diagnoza była pozytywna. To mnie uspokoiło. Logopeda też go przecież oglądała i mówiła, że nie ma potrzeby terapii, że tylko mamy się co jakiś czas kontrolować. I tu nagle coś takiego. Trochę już się na siłę zaczęliśmy doszukiwać, że może rzeczywiście jest coś nie tak. Kilka rzeczy, owszem, wzbudzało nasz niepokój wcześniej, ale tłumaczyliśmy to sobie, że przecież Miś ma czas, że się nauczy… A tu nagle bach – obuchem w łeb. Ale z perspektywy tych kilku dni jestem jednak spokojniejsza. Zaczęliśmy baczniej przyglądać się Mikołajowi. Jeszcze tydzień temu wydawało nam się (a może było tak naprawdę), że nie potrafi zapamiętać nazw przedmiotów, swoich zabawek, nie potrafi wskazać tego, o co się go pyta. Ale być może pytaliśmy nie o to, co trzeba; nie o to, co leży w kręgu zainteresowań naszego dziecka. Bo Miś doskonale potrafi pokazać pilota od tv :), telefon, but, tygryska, kaczkę, piłkę. W dodatku widać, że wiele rzeczy go interesuje. Każdy przedmiot, który chwyta w ręce wyciąga w naszym kierunku, by powiedzieć mu jak się to nazywa. A że jeszcze nie mówi? Poza mama i tata? Cóż, logopeda powiedziała mi wcześniej, że za każdym razem, gdy dziecko nabiera nowej sprawności ruchowej, to cofa się mowa. I że to naturalne, i przejdzie. Dziecko jest wtedy tak zafascynowane nową umiejętnością, że wszystko inne odchodzi na bok. Zresztą, naukowo dowiedzione jest, że najczęściej chłopcy zaczynają mówić później.

Cóż więc zrobić? Jutro przyjeżdża do Wrocławia mama mojego szwagra. Jest psychologiem, zgodziła się spotkać z nami i przyjrzeć się Mikołajowi, coś doradzić. Poza tym postanowiliśmy zdiagnozować Miśka u psychologa wcześniej niż pół roku po poprzedniej diagnozie. Udało mi się umówić z psychologiem dziecięcym już na poniedziałek. Niech go obejrzy raz jeszcze ktoś niezależny i powie, co myśli. I też coś doradzi. Spróbuję umówić się też w tym samym ośrodku z logopedą. Być może wydaje się to przewrażliwieniem, albo histerią, albo Bóg wie czym jeszcze, ale powiem Wam szczerze, że mi to zupełnie wisi. Mówimy o naszym dziecku, więc dmucham na zimne i wolę iść sprawdzić diagnozę do drugiego specjalisty, bo, niestety, jak już z praktyki wiemy, lekarzom ufać bezgranicznie się nie da. Przekonaliśmy się już o tym trzy razy w sumie, w przeciągu niecałego roku. Tak więc trzymajcie kciuki. Jestem dobrej myśli. Jakoś nikomu wcześniej nie rzuciło się w oczy, że Mikołaj ma jakieś tyły. Wszystkie pozostałe lekarki i rehabilitantki twierdzą, że Miś jest bystry, kontaktowy… Więc tego, póki co, się trzymajmy. Gdy będziemy po wizycie, to skrobnę co nieco, ale nie od razu. Bo w poniedziałek wyjeżdżam z Mikołajem do Głuchowa i wrócę dopiero w czwartek. Ale po powrocie napiszę na pewno.

A co do Miśka, to jego umiejętność wstawania rozwija się. Co prawda ciągle szpotawi prawą stopę (a czasem wykoślawia – zależy jak mu się uda), a na lewej staje na palcach, ale za to dzisiaj zaczął uczyć się schodzić do pozycji na kolanach. To progres :) Bo od kilku dni, jak wstał przez nikogo nie zauważony, to potem wołał płaczliwie, bo nie umiał zejść. Najczęściej zdarzało mu się to rano, tudzież po południowej drzemce, gdy wstawał w łóżeczku i nogi odmawiały posłuszeństwa, a nie potrafił sobie sam poradzić. A dziś nagle zaczaił, że to trzeba się na kolana z powrotem dostać. Na razie jeszcze różnie mu to wychodzi, ale praktyka czyni mistrza :)

A tak z innej beczki, to mieliśmy dzisiaj kolędę. Znaczy wizytę duszpasterską. I powiem Wam, że do tej pory trwam w szoku. Obydwoje trwamy w sumie, Mariusz i ja. Przyszedł ksiądz, pokropił nas wodą święconą, usiadł, spisał nas dokładnie (bo kolędę mieliśmy tu pierwszy raz, więc w papierach nas nie było) i… poszedł. Zrobił to tak szybko i z zaskoczenia, że nawet nie zaczaiłam, że wychodzi i jak głupia goniłam go z kopertą. Kurde, nawet nie próbował jakkolwiek zagaić, zapytać jak zdrowie, cokolwiek… Mariusz od początku sceptycznie nastawiony do wizyty księdza, namówiony przeze mnie, pełen dobrych chęci i otwarty, by w razie czego z księdzem pogadać, a tu ksiądz, jak taki buc, wypełnił papierki i w długą! Po prostu byłam w szoku. Zanim dotarło do mnie, co się stało, ksiądz pewnie kończył kolędę w następnym mieszkaniu. Maskara. Wiecie, nawet jakby człowiek chciał sam zagadać, to nie było szansy! Kurde belek, po choinkę ja leciałam za nim z tą kopertą?! No, ale taki automat się we mnie włączył – cały czas powtarzałam sobie, żeby nie zapomnieć o kasie dla księdza, że oczywiście nie zapomniałam. A szkoda. Byłoby jutro na dobry obiad w Agawie ;) Tak więc, jak widzicie, pecha mamy do księży z naszej parafii. Przyszłoroczne przyjęcie księdza pozostaje pod znakiem zapytania.

Tyle na dziś. Duuużo tego. Odezwę się po powrocie z Głuchowa.

Zdjęcia i inne takie

Mamy zdjęcia ze ślubu. A raczej ślubochrzcin :) Dotarły do nas w czwartek – bardzo wyczekiwane. I są świetne. Warto było :)

Oczywiście, po umieszczeniu ich w naszej galerii (oczywiście to nie wszystkie, które mamy) oglądalność wzrosła przez trzy dni do prawie 100 wejść na stronę, więc wnioskuję, że większość z Was już je obejrzała. Ale w razie gdyby ktoś jakimś cudem ich nie widział, to tu jest link. Miłego oglądania.

Autorem zdjęć jest Iza Zdziebko. Prowadzi Pracownię Wspomnień. Jeśli ktoś będzie poszukiwał fotografa na ślub, to gorąco polecam. Dziewczyny (Iza oraz jej asystentka Iwona) są świetne – dobrze się z nimi współpracuje, generalnie w czasie uroczystości w ogóle nie „rzucały” nam się w oczy. Do tego bardzo kontaktowe i z poczuciem humoru. No, ale przede wszystkim, to zdjęcia robią dobre :)

Co do Miśka, to ciągle nabiera prędkości w pełzaniu. Myślę, że trzeba mu urządzić jakieś wyścigi z innymi pełzakami ;) Ma spore szanse na wygraną.
Zaczął się też wyżej podpierać na dłoni, gdy leży na boku. Jeszcze chwila i siądzie.
W piątek byłam z Miśkiem po raz drugi na zajęciach pływania dla niemowląt. Zapisaliśmy się do Fariaszki, zajęcia odbywają się w Pulsantisie. Bardzo nam się – Miśkowi i mnie – tam podoba. To znaczy, basen do cudów nie należy (jest raczej ruderowaty, choć czysty, na szczęście), ale te zajęcia to kapitalna sprawa. Już dwa razy nurkowaliśmy :) Misiek jest po prostu szalenie szczęśliwy w czasie zabaw w wodzie, świetnie sobie radzi, widać, że sprawia mu to ogromną przyjemność. Przyznać trzeba, że nasza w tym zasługa, bo przecież oswajamy go z wodą od dawna i bardzo polubił chlapanie :)

No i do sukcesów ostatnich dni dodać należy, że Miś się rozgadał. Ale nie tak, jak do tej pory. Miś zaczął świadomie powtarzać po nas. Na razie ćwiczy „ma-ma”. Nie łudzę się, że wie, co mówi. Ale świetnie to wygląda, gdy zaczyna się do niego mówić „ma-ma”, a on najpierw układa buzię w ciup, następnie powtarza po cichu, a potem na całe gardło, ku naszej uciesze :) Najczęściej wychodzi mu, tak jak powinno, a czasem „amam”, „mamam”, „aaammm”, „mam”, „mamama” :) Najlepsze jest to, że Miś mówi „mama” także wtedy, gdy podpowiada mu się „ta-ta” :) Ku mojej diablej radości i ku małemu załamaniu Mariusza ;)

Weekend spędziliśmy w Gnieźnie, bo w sobotę zaczęłam zajęcia na Uczelni. Miś świetnie się sprawował. Nie robił problemów ze spaniem w nowym miejscu, zasypiał samodzielnie i grzecznie jak w domu. Zuch chłopak! :)

Kończę na dziś. Pozdrowienia dla Was wszystkich – wytrwałych Czytelników :)