Nożownik ;)

Tytuł dość drastyczny, ale nie o prawdziwego nożownika chodzi, a o Miśka, który opanowuje coraz lepiej posługiwanie się nożem. Do tej pory kroił plastikowym nożykiem ciastolinę (całkiem nawet zgrabnie), natomiast w niedzielę Misiu miał swój debiut w krojeniu prawdziwym obiadowym nożem (z zestawu dla dzieci) najpierw brzoskwini, a potem parówki. Na weekend planujemy zrobienie wspólnej sałatki owocowej, z nieskromnym udziałem Miśka wyposażonego w nóż :) A oto pierwsze „prawdziwe” krojenie:

Mam nadzieję, że wartka akcja i mnogość wydarzeń w filmiku nie doprowadziły Was do ataku epileptycznego ;)

Ostatnio chwaliłam się, że Misiek śpiewa. Oto dowody: Po pierwsze, dziś rano wyśpiewane „Sto lat” dla wuja Bartka z okazji jego imienin:

Po drugie, w końcu udało mi się nagrać „Jedzie pociąg z daleka” :)

Dziś byłam z Michem po opinię psychologiczną, bo tydzień temu miał badania. Ogólnie wynik jest przeciętny, czyli git. Pani stwierdziła, że bardzo prawdopodobne jest, że w rzeczywistości poziom rozwoju jest ponad przeciętną, bo bardzo wielu zadań Michu nie chciał wykonać (a np. w domu robi), ale ona musi ocenić po tym, co widziała. To i tak całkiem nieźle, bo szczerze mówiąc, po tych badaniach w ubiegłym tygodniu, to byłam załamana. W sensie, że wiedziałam, że Michu większość z tych zadań potrafi, ale je totalnie u pani olewał. Psycholog stwierdziła, że terapia nie jest potrzebna, a na następne badania możemy się zgłosić za pół roku. Ponadto stwierdziła, że mocne strony Micha, rozwinięte bardziej, niż norma w jego wieku, to pamięć i umiejętności społeczne. Na pamięć wcześniej zwracała nam też logopeda, że bardzo szybko Michu zapamiętuje nowe rzeczy. Trzeba mu to ćwiczyć, coby się nie rozlazło.

Wczoraj byłam załatwić sobie badania z medycyny pracy. Udało mi się wszystko (laryngolog, okulista, krew i rtg klatki piersiowej) obejść od razu, mimo że w pierwotnej wersji byłam zapisana na za tydzień. Ale pani była miła i mi się upiekło. W pn tylko muszę podskoczyć do lekarza medycyny pracy po wpis i tyle. Udało mi się też od ręki otrzymać z Krajowego Rejestru Karnego zaświadczenie, że nie byłam karana. W sumie słowo „otrzymałam” nie jest tu trafne. Bardziej pasuje „kupiłam”, bo kosztowało mnie to 50 zł.

No nic, jutro pierwszy dzień w pracy, trzymajcie kciuki :)

Piątkowo-wieczorne pisanie

Generalnie to spać mi się chce straszliwie, ale głupio tak przed 22 kłaść się do łóżka, więc słów kilka postanowiłam napisać. Z nowości (za dużo ich nie ma w tym tygodniu) to Misiek nauczył się wczoraj odkręcać i zakręcać butelki :) Jest to z pewnością cenna umiejętność. Zwłaszcza, że teraz dużo butelek z piwem ma tego rodzaju zamykanie zamiast standardowego kapsla ;) Poza tym wczoraj też debiutował nasz Miś w chodzeniu do tyłu. W sumie widzieliśmy to wczoraj raz i dzisiaj ze trzy razy. Śmiesznie to wygląda, zwłaszcza, że Michu ma wtedy minę, jakby przeszedł do kolejnego levela. Hm, no bo w sumie to chyba przeszedł. W ogóle to Michu śmiga jak najęty. Wymusza wychodzenie na spacery – przynosi najpierw swoje buty i rzuca mi pod nogi, następnie przynosi mi moje buty i ciągnie za rękę, żebym wstała. Masakra :) Tak nam się dziecię rozspacerowało!

We wtorek byłam z Michem na zajęciach grupowych u logopedy. Z całej grupy przyszedł tylko Misiek i jeszcze jeden chłopiec. Ale nie narzekaliśmy, bo widać, że Michu się przez ten miesiąc przerwy odzwyczaił. Nie chciał w ogóle ćwiczyć i był jakiś taki nerwowy. A punkt kulminacyjny był wtedy, jak pani Asia wyjęła kredki pastelowe i zaczęła je rozcierać na papierze Miśka ręką. Michu wpadł w szał. Generalnie on nie lubi się brudzić tego typu rzeczami. Zauważyliśmy to już kiedyś. Ciężko mu idzie przekonanie się do pomazania się kremem, farbkami, kredkami do malowania po ciele, do miętolenia ciastoliny. Logopeda doradziła ugotowanie różnych kolorów kisielu, żeby Michu się w tym babrał w domu. Ugotowałam mu trzy, ale jak tylko to zobaczył stwierdził „bleee” i w żaden sposób nie dał się namówić na zabawę. Pogadałam o tym w środę z psychologiem i pani powiedziała, że to wskazuje, że Misiek ma zaburzenia integracji sensorycznej. Brzmi mądrze, ale nie za wiele mówi. Poszukaliśmy trochę informacji, dowiedzieliśmy się czegoś więcej. Można pod tym kątem dziecko zdiagnozować u specjalisty, ale na razie jeszcze poczekamy. Zobaczymy, co pokaże rezonans. A jak się nic nie zmieni to pewnie poszukamy jakiegoś terapeuty od integracji. Mam nadzieję, że nie będzie trzeba, że jakoś się uda nad tym popracować w domu i z panią psycholog. Pani mu co tydzień robi taki specjalny masaż z czuciem głębokim na nogach. Mam nadzieję, że pomoże.

Postanowiliśmy z Mariuszem wysłać mnie na studia podyplomowe. Konkretnie to na logopedię. Co prawda, na Uniwerku we Wrocławiu rekrutacja jest już zakończona, ale dzwoniłam w środę do dziekanatu i pani powiedziała, że jeśli szybko dostarczę papiery, to ona może jeszcze kilka osób wciągnąć na listę. No to zadzwoniłam do dziekanatu w Poznaniu z pytaniem, czy mój dyplom jest już przygotowany. Usłyszałam, że rektor nie podpisał jeszcze żadnego dyplomu z lipca. Uroczo. Ale pani wypisała mi zaświadczenie i w czwartek po nie pojechałam. Byliśmy dzisiaj przed południem w tym studium logopedii, ale było zamknięte. Uderzę tam w poniedziałek zaraz po 10, mam nadzieję, że mi się uda dostać. Byłoby super. W razie czego pozostaje jeszcze logopedia na DSW i chyba na Uniwersytecie Śląskim. Trzymajcie kciuki, żeby mi się udało :)

Nie mam żadnych nowych zdjęć Miśka, ale za to wrzucę nowe filmiki. No, może nie takie nowe, ale na pewno z Michem w roli głównej :) Cóż, musicie się z tym pogodzić – od kiedy nauczyłam się obsługiwać youtube’a macie przegwizdane ;)

Pierwszy filmik jest „świeży” – z ubiegłej niedzieli w Kudowie, jak Misiek pcha wózek. Niesamowicie pasjonujące kino ;)))

Drugi jest baaardzo stary. Ma prawie 20 miesięcy. Nakręcił go tata Mariusza. Mikołaj miał wtedy 2 tygodnie :) Ogólnie rzecz biorąc Michu próbuje tu zasnąć, ale chyba widok aparatu mu nie pozwala ;) Uważajcie jednak, byście sami nie posnęli ;)

No i jeszcze trzeci filmik (a co!). Nie wiem dokładnie z kiedy, bo nie pamiętam. Ogólnie rzecz biorąc Michu w wannie :) Z 6-7 miesięcy może tu mieć. Oczywiście, jak dwa poprzednie, dynamika akcji może przytłoczyć niewprawnego widza ;)

No, skoro doszliście do tego momentu, to znak, że obejrzeliście wszystkie trzy perły kina światowego. No chyba, że oszukiwaliście ;) W każdym razie gratuluję!

Na koniec jeszcze informacja. Założyłam sobie konto na Blipie. Co to jest Blip tłumaczyć nie będę, jak ktoś nie wie a chce się dowiedzieć, to niech poczyta. W każdym razie pisuję tam na razie testowo, nie wiem, czy mnie to wciągnie, czy nie, czy będzie mi się chciało kilka razy dziennie pamiętać, by coś wpisać. Ale jeśli chcecie pozerkać sobie na moje krótkie notki to zapraszam serdecznie tutaj.

Upalne pisanie

Upał, że aż boli. Ale mi to chyba ciężko dogodzić – to za dużo pada, to za zimno, to za ciepło… W sumie to nie, temperatura 22 stopni i słońce załatwiłyby sprawę. Ale to, co się obecnie dzieje za oknem, to już jest przesada! Choć i tak dobrze, że burze ustały (ciekawe na jak długo), bo przez ostatnich kilka dni to nie było popołudnia, żeby nie trzaskały pioruny. Jak jest tak gorąco to mi się mózg lasuje.

Wczoraj bylim w kinie na Epoce Lodowcowej 3. Rewelacja. Dobrze zrobiona animacja. Świetnie rozbudowana opowieść i wyśmienicie zbudowane postaci. Sama przyjemność! Mniejsza przyjemność czekała nas po wyjściu z kina, gdy okazało się, że Misiek zaczął brykać po naszym wyjściu z domu i Ola (opiekunka) musiała wkroczyć do akcji (to znaczy do pokoju), wyjąć zapłakańca z łóżeczka i poprzytulać. Michu trochę zagubiony w tym wszystkim („Gdzie jest mama?????????”), Ola dała sobie świetnie radę, no a my cóż… Mariusz odwiózł Olę, a ja poprzytulałam Miśka, pogłaskałam (głaskanie to jest ostatnio na żądanie niemal, jak Michu bierze moją rękę i kładzie ją sobie na głowie), posiedziałam i zasnął. Było grubo po północy. Na szczęście już się więcej nie budził. Trochę jest Miś podziębiony, więc mogło mu to przeszkadzać w zaśnięciu. No i też te upały! Dzisiaj śpi na golasa, tylko w cienkim śpiworku.
Co do wspomnianej Oli, to niestety, wczoraj ostatni raz opiekowała się Miśkiem, bo wyjeżdża na stałe do Francji, no i kicha :( Teraz to do kina oddzielnie będziemy chodzić :( Bo że chodzić będziemy to pewne – ja już szykuję się na Harrego Pottera, bo wchodzi na ekrany niedługo :)

Tydzień temu skończyliśmy oglądać piąty sezon dr House’a (nigdy o tym wcześniej nie wspominałam, ale jestem wieeelkim fanem tego serialu). No i generalnie masakra. House’a mi psychiatryku zamknęli! Koszmar!

W środę bronię magistra. Swojego, rzecz jasna :) Proszę trzymać kciuki! Temat pracy brzmi: „Rola fotografii w podręcznikach szkolnych do przyrody”. Porywający, czyż nie? ;)

Zastanawiam się nad rezygnacją z rehabilitacji. Ogólnie rzecz biorąc jest jeszcze Michowi potrzebna, ale to, co się ostatnio z Michem dzieje, sprawia, że Bobathy powoli przestają mieć sens. W ubiegły wtorek na zajęciach Mikołaj po raz kolejny tak wył i się wyrywał, że rehabilitantka nic nie była w stanie z nim zrobić. Od poniedziałku wraca nasza pani Kasia, może Mikołaj lepiej zareaguje na nią niż na zastępczynię, choć szczerze mówiąc wątpię, czy to była tylko kwestia zmiany terapeutki. Michu ostatnio jest taki nieprzewidywalny, dostaje jakichś napadów histerii i reaguje na nie waleniem głową w to, co ma akurat pod… głową. Siniak na czole nie schodzi mu od kilku tygodni. No i na terapii wygląda to tak samo. Jak tak dalej pójdzie to będziemy musieli się wycofać, bo bez sensu będzie chodzić i się tylko denerwować. Problem może być tylko w powrocie, bo wątpliwe jest, czy Michu w ogóle jeszcze potem będzie chciał ćwiczyć. Może jak będzie trochę starszy? Może jeszcze jakąś inną metodą? Na razie trzeba poczekać na rozwój wypadków.

Bardzo dobrze idzie nam współpraca z panią psycholog (Wielisława Zwierz-Wasylew). Pani mniej-więcej wyczuła Miśka, wie, że trzeba go czasem trochę pooszukiwać, bo inaczej ona nie osiągnie tego, co chce. I w ten sposób, dzięki temu, że pozwoliła Michowi posiedzieć przy swoim kompie i poklikać w klawiaturę, Michu pozwolił sobie wymasować całe nogi. Dodam, że tydzień wcześniej, logopedzie nie udało się to, bo Michu wył jak wyjec przez całe 40 minut. Generalnie pani psycholog bardzo konkretna. Bardzo mi się podoba.

Jezu, właśnie po raz kolejny w tvn24 słyszę coś na temat „króla popu” i tego, jak wspaniale tańczył i śpiewał na filmiku, który został opublikowany w Internecie. Żenada. Generalnie cała ta szopka wokół Jacksona strasznie mnie już zmęczyła. Ludzie, dajcie spokój! Koleś zmarł, ok, współczuć należy najbliższym i tyle. Być może faktycznie zaznaczył się jakoś w historii muzyki współczesnej, nie zaprzeczam, ja się na tym nie znam. Ale robienie z niego jakiegoś bohatera, to już wielka przesada jest. Z tego, co słychać i co można przeczytać, koleś wiecznie naćpany jakimiś prochami, ledwo się kupy trzymał; jak na niego patrzę na tym filmiku to cały czas mam stresa, że mu zaraz coś odpadnie. Chory człowiek po prostu. Chory psychicznie, żeby było jasne. To, co z sobą zrobił, najlepiej o tym świadczy. Nie chciałabym, żeby był moim idolem. Bo co, miałabym sobie nos oderwać? Żenada… No i te teksty zewsząd, że na tym filmiku z prób widać, że był w świetnej formie. Ludzie, czy wy ślepi jesteście jeszcze, czy tylko głupi? Po czym widać tę świetną formę? Po tym, że on się ledwo na nogach trzymał? Że choreografia, którą tańczył, była żenująco uboga w figury (w porównaniu z tym, co ten koleś robił w czasach swojej świetności) i że patrząc na niego cały czas miałam wrażenie, że ten człowiek się masakrycznie męczy i wręcz boi się ruszać, albo go coś boli? Jezu. Ja się naprawdę dziwię, że on się jeszcze wcześniej nie rozpadł. Masakra. Ok, chory człowiek, żal go, i tyle. Przestańcie robić z niego boga, bo nim nie jest. A jeśli ktoś uważa, że jest, to mu współczuję z całego serca.

Kończę. W galerii kilka nowych zdjęć. Pewnie już niektórzy widzieli. Oczywiście Miśkowe :)

O gryzieniu i wytykaniu palcem

Mamy z Michem mały kłopot. Micho gryzie. I to nie byle jak! Mariusz ma już strupa na brzuchu, a ja znak na ramieniu. Do tej pory zdarzało się Misiowi podgryzać tylko mnie. Tak od czasu do czasu, nawet chyba kiedyś o tym pisałam. Brałam to za nieumiejętne buziaki, takie tam okazywanie miłości. No ale teraz to zaobserwować możemy gryzienie z dwóch powodów. Pierwszy to taki, gdy Miś nie potrafi sobie poradzić z nadmiarem emocji. Jak się bawi z nami jakoś wariacko i się zaśmiewa, to nagle bach – gryz w udo, bach – gryz w ramię… Ech… To by jeszcze można zrozumieć. Ale drugi rodzaj „gryzów” jest mniej zabawny. Miś w ten sposób zaczął okazywać swoją złość. „Nie pozwalacie mi stukać w klawiaturę taty? To ugryzę tatę! Nie pozwalacie mi dusić po przyciskach na pralce? To ugryzę mamę!” Generalnie o te dwie rzeczy zazwyczaj toczy się wojna. Zwłaszcza o tę klawiaturę. No i co tu zrobić? Mówimy, że nie wolno, odnosimy do pokoiku. Zawsze kończy się rykiem i raczkowaniem w naszą stronę, żebyśmy na pewno widzieli, jaką to krzywdę Miś przeżywa. Tak samo robimy, gdy gryzie. Czasem dociera. Nawet dziś, gdy leżeliśmy sobie w trójkę na dywanie w pokoiku i Miś miał kilka podejść do gryzienia, Mariusz mówił: „Nie wolno”, to Miś stopował. Ale czuję, że jeszcze nie raz będziemy kwiczeć z bólu, zanim całkowicie się oduczy. Ale miejmy nadzieję, że się uda.

Poza tym Miś zaczął pokazywać ręką. To wyczekiwany progres, bo generalnie powinien robić to już od jakichś dwóch miesięcy. Na razie jeszcze rzadko udaje mu się ułożyć palec wskazujący, więc pokazuje całą dłonią, ale i tak cieszymy się z tego jak diabli. To oczywiście owocuje tym, że Miś może oddać się swoistemu lenistwu. Nie musi już podchodzić do przedmiotu, o który go pytamy, tylko wystarczy mu, że pokaże go ręką. Taki to oszczędny w ruchach ten nasz synek :) Ale fajne jest też to, że już potrafi nam pokazać konkretnie, co chce. Że na przykład chce pić. Albo że chce, by mu podać jakąś trudno dostępną zabawkę. Fajne to jest :)

Do rozwijania umiejętności stawania możemy dodać z ostatnich kilku dni to, że Miś nauczył się schodzić ze stojaka do pozycji na kolanach. Nawet szybko to zaczaił. Chyba stwierdził, że nie ma rady, musi się nauczyć, bo na rodziców to się czasem może nie doczekać, aż przyjdą i wyratują ;) W każdym bądź razie Mariusz wyłapał wczoraj dwa sposoby Miśkowego schodzenia. Jedno w kuczki, drugie na kolana ślizgiem. Ot, taki zdolniacha ;) No i jeszcze do tego wszystkiego dziecię nasze nauczyło się wchodzić na tak zwane „wyżki”. Tapczan w pokoju i fotel nie stanowią już dla niego problemu. Włazi, gdzie może :) Nawet mogę powiedzieć, że umie schodzić z tapczana. Co prawda, potrzebna mu jest asekuracja, ale generalnie wie, że może zlecieć na łeb, więc rzucając się szczupakiem z łóżka pięknie wyciąga przed siebie ręce. No i o dziwo, przynosi to pozytywny skutek. Na razie wypadków brak, a Misiek zadowolony, że samowystarczalny :)

Miałam napisać jak tam u psychologa. A więc (pamiętajcie, nie zaczyna się zdania od „więc”) najpierw niedziela. Bo w niedzielę spotkaliśmy się z mamą mojego szwagra (zawiłe to wszystko), która jest psychologiem i akurat zatrzymała się kilka dni w naszym mieście. P.Danusia poobserwowała Misia, wyłapała kilka rzeczy, których Miś nie potrafi zrobić, a już powinien, ale ogólnie była nim zachwycona i stwierdziła, że na nic poważnego się nie zanosi raczej. I że, miejmy nadzieję, wszystko uda się jakoś wyrównać poprzez odpowiednie ćwiczenia i zabawy. Być może uda się jej też załatwić dla Mikołaja konsultację neurologiczną. Dobrze by było.
W poniedziałek natomiast dotarliśmy do centrum Mamy dziecko. Znalazłam je przez Internet. Tam umówieni byliśmy z panią Zwierz-Wasylew, psychologiem. Pani bardzo sympatyczna, Miś szybko ja zaakceptował. Też głównie obserwowała i dużo pytała. Opinię mam do odebrania jutro. Generalnie stwierdziła, że rzeczywiście, może być jakiś ślad uszkodzenia układu nerwowego. Ale nie jest w stanie na razie określić nic więcej. Zaleciła nam kilka zabaw, zakup książek z programu„Zabawy fundamentalne” oraz wkręciła nas na zajęcia logopedyczne w grupie w Promyku Słońca. Ruszamy na nie od wtorku. Poza tym pani stwierdziła, że będziemy cały czas w kontakcie poprzez logopedę prowadzącą zajęcia. I tyle. Generalnie bardzo uspokoiły nas te dwie wizyty. Co prawda, nie możemy powiedzieć, że wszystko jest super, bo jakieś deficyty są, ale rokowania nie są straszne. I to jest najważniejsze. Rzecz jasna nic nie lekceważymy. Ale mamy nadzieję, że jakoś to wszystko, a przynajmniej w większości, da się wyrównać.

„Zabawy fundamentalne”. Seria książek z zabawami i materiałami do tych zabaw dla dzieci od 0 do 6 lat. Opinie na forach super. Każdy to zaleca, zachwyca się, mówi, jak to pomaga w rozwoju dziecka, jak wspaniale stymuluje itd. I co z tego? Książki prawie nie do dostania. Gdzieś tam, w naszym wrocławskim Berku udało mi się namierzyć część „ZF 2”, dla dzieci powyżej 2 roku życia. Ale części pierwszej nie ma po prostu. Jedyną szansą było Allegro. No i za trzecim razem udało mi się wylicytować w końcu tę pierwsza część – w sumie dwie książeczki + książka-przewodnik z płytą z materiałami. Poszło na to prawie całe moje miesięczne stypendium. Bo wylicytowałam to za… 224,50 zł… Masakra. Książki, które można było wcześniej kupić w księgarni z 30zł sztuka. No ale cóż było robić? I tak dobrze, że się udało. Bo walki szły ostre. Książeczki owe na Allegro rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. No nic, teraz tylko wpłacić pieniądze trzeba i czekać na przesyłkę.

Cztery dni ubiegłego tygodnia spędziłam z Miśkiem w Głuchowie. Generalnie ten wyjazd po raz kolejny przekonał mnie, że Miś nie nadaje się do spania poza domem i to z kimś w pokoju. Przez trzy noce, jakie spędziliśmy u babci, przespałam w sumie może z 10 godzin… Michu budził się co noc, na 2 – 3 godziny. Po czym liczyłam, że chociaż rano trochę dłużej pośpi. Ale nie. Punkt szósta i zrywał mnie z łóżka jego płacz. Masakra. Jak wracaliśmy w czwartek do domu samochodem, to myślałam, że nie dojadę, tak mi się oczy kleiły. Powiem Wam, że do dzisiaj jeszcze nie jestem do końca wypoczęta. Ale żeby nie było – wróciliśmy do domu i Miś przesypia całe noce… Ech…

W czasie, gdy my byliśmy u babci, Mariusz z ekipą z Fingo pojechał do Pragi na konferencję Oraclową. I przywiózł prezenty!!! Poza piwem, czekoladami studenckimi i lentilkami kupił Miśkowi Krecika i drewnianą klockową zabawkę. Krecik Michowi od razu przypadł do gustu. Nos ma obgryzany notorycznie :) I Mikołaj potrafi już nawet pokazać kto to Krecik :) A co do zabawki drewnianej, to jest wypaśna. W ogóle to Mariusz namierzył w Pradze sklep z zabawkami drewnianymi. Można sobie asortyment obejrzeć na stronie. No i muszę przyznać, u nas jeszcze takiego wyboru, w dodatku tak tanich zabawek drewnianych, nie spotkałam. Spory wybór ma firma Boikido, nawet ciekawe i ładne, ale nie wiem, gdzie poza stroną Marko-zabawki można je znaleźć. A porównując z tym czeskim Woodylandem to… nie ma co porównywać. W każdym razie już postanowiliśmy, że następna wizyta w Pradze będzie obfitować w zakup drewnianych zabawek :) A co!

Dziś rano skoczyliśmy do aquaparku. Postanowiliśmy, że będziemy chodzić w miarę możliwości co tydzień + w piątki nasze zwyczajne zajęcia dla dzieci, bo Michu zapomniał jak się w wodzie poruszać. Szkoda. Liczymy, że jak znowu ostro pochodzimy, to mu to wróci. Wody się na szczęście ciągle nie boi, lubi się pluskać, ale już tak fajnie mu szło pływanie. A teraz, przez przerwę świąteczną i nasze choróbska ostatnie pozapominało mu się. Nawet dziś zainwestowaliśmy w piankowy makaron jako wspomaganie, takie jak mamy na zajęciach. Może to go trochę zmobilizuje.

Ale się ostatnio zaczęłam rozpisywać… Cóż, jak widać, dużo się dzieje. Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca :) Jeśli tak, to gratuluję. Jeśli nie, to rozumiem :)

O neurologach i psychologach będzie tu mowa…

Byliśmy z Michem w środę u neurologa. Drugi raz w jego 14 miesięcznym życiu. Pierwszy raz byliśmy prawie rok temu, u dr Ujmy-Czapskiej. No i wtedy z tej wizyty wynikło tyle, że Michu był trzy o trzy miesiące za późno rehabilitowany, bo dr zlekceważyła jego asymetrię. Teraz dr Kwapisz poleciła nam skontaktowanie się z dr Dołyk. Udało nam się nawet szybko załatwić wizytę, cudem, doprawdy, bo zazwyczaj na termin u neurologa dziecięcego we Wrocławiu to czeka się około dwóch miesięcy. A my czekaliśmy dwa tygodnie. Przed wizytą zrobiliśmy zlecone przez dr Dołyk (przez telefon) badania krwi, no i w środę dotarliśmy na 8.30 do Pulsantisu. Co prawda Misiek był jeszcze trochę chory (dwa dni wcześniej okazało się, że chociaż przeszło mu przeziębienie i zeszła temperatura, to zachorowało ucho), ale postanowiliśmy, że pojedziemy, bo potem nie wiadomo kiedy uda się znowu umówić.

Dr Dołyk obadała Miśka od stóp do głów, poobserwowała, porzucała w próbach Vojty, postukała młoteczkiem i wypytała nas doszczętnie o wszystko. Misiek zniósł wizytę nawet znośnie, mimo że był moment, że ryczał jak wół :) Ale to już taki urok – tak ma zakodowane w łepetynie, że jak się rozbiera przy obcej pani, to to pewnie będzie ćwiczenie Vojtą. I profilaktycznie zaczyna wyć. Mam nadzieję, że kiedyś mu przejdzie, bo żal mi się go wtedy strasznie robi. A nie chce posłuchać, że nie ma powodu do płaczu.

Co do diagnozy, to dziś, z perspektywy kilku dni, patrzymy już na nią spokojniej. Ale w pierwszym momencie nas osłabiła. Generalnie dr Dołyk podejrzewa, że Miś ma jakieś uszkodzenie układu nerwowego. Dokładnie jakie to jest uszkodzenie, nie jest w stanie nam, na razie, powiedzieć. Być może coś z móżdżkiem, ale to niepewne. Póki co, nie chce nas wysyłać na rezonans, bo mówi, że by trzeba było Miśka do tego uśpić, a nie warto ryzykować. Natomiast sam rezonans może by i coś pokazał, ale pewności nie ma. Tak więc, na razie, my mamy obserwować wnikliwie rozwój Micha, a ona porówna za trzy miesiące jakie zaszły zmiany.

Jednakże najbardziej powaliło nas coś innego. Dr Kwapisz wysyłając nas do dr Dołyk powiedziała, że generalnie dr Dołyk ma sprawdzić czemu Michu tak przeprostowuje nogi i czemu jeszcze nie wstaje (na dzień dzisiejszy wstaje już od dwóch tygodni). Natomiast dr Dołyk stwierdziła, że ona na razie nie skupiłaby się tak bardzo na motoryce Mikołaja, ale na jego percepcji i rozwoju mowy, bo jej zdaniem tu ma poważne braki. Spytała, czy badał go psycholog. Powiedziałam, że tak, dwa miesiące temu, że w diagnozie było, że nie trzeba terapii, bo rozwija się prawidłowo poza motoryką dużą (ale to akurat nie nowość, no bo w końcu z powodu tyłów w motoryce Miśka rehabilitujemy). Na to dr Dołyk powiedziała, żeby jeszcze raz Miśka zdiagnozować u innego psychologa, w ciągu pół roku od poprzedniego badania. I żeby się skontaktować z jakimś pedagogiem, logopedą lub psychologiem by doradził jakieś konkretne zabawy, które pomogą rozwijać mowę, rozumienie i percepcję. Zasugerowała generalnie, że poprzednia diagnoza psychologiczna była błędna.

Przyznam szczerze, że mnie to trochę przeraziło i podłamało. Generalnie mieliśmy jakieś obawy, czy Miś prawidłowo się rozwija, ale to naturalne przy rehabilitowaniu dziecka, że się rodzą różne lęki. Poszliśmy więc do psychologa i diagnoza była pozytywna. To mnie uspokoiło. Logopeda też go przecież oglądała i mówiła, że nie ma potrzeby terapii, że tylko mamy się co jakiś czas kontrolować. I tu nagle coś takiego. Trochę już się na siłę zaczęliśmy doszukiwać, że może rzeczywiście jest coś nie tak. Kilka rzeczy, owszem, wzbudzało nasz niepokój wcześniej, ale tłumaczyliśmy to sobie, że przecież Miś ma czas, że się nauczy… A tu nagle bach – obuchem w łeb. Ale z perspektywy tych kilku dni jestem jednak spokojniejsza. Zaczęliśmy baczniej przyglądać się Mikołajowi. Jeszcze tydzień temu wydawało nam się (a może było tak naprawdę), że nie potrafi zapamiętać nazw przedmiotów, swoich zabawek, nie potrafi wskazać tego, o co się go pyta. Ale być może pytaliśmy nie o to, co trzeba; nie o to, co leży w kręgu zainteresowań naszego dziecka. Bo Miś doskonale potrafi pokazać pilota od tv :), telefon, but, tygryska, kaczkę, piłkę. W dodatku widać, że wiele rzeczy go interesuje. Każdy przedmiot, który chwyta w ręce wyciąga w naszym kierunku, by powiedzieć mu jak się to nazywa. A że jeszcze nie mówi? Poza mama i tata? Cóż, logopeda powiedziała mi wcześniej, że za każdym razem, gdy dziecko nabiera nowej sprawności ruchowej, to cofa się mowa. I że to naturalne, i przejdzie. Dziecko jest wtedy tak zafascynowane nową umiejętnością, że wszystko inne odchodzi na bok. Zresztą, naukowo dowiedzione jest, że najczęściej chłopcy zaczynają mówić później.

Cóż więc zrobić? Jutro przyjeżdża do Wrocławia mama mojego szwagra. Jest psychologiem, zgodziła się spotkać z nami i przyjrzeć się Mikołajowi, coś doradzić. Poza tym postanowiliśmy zdiagnozować Miśka u psychologa wcześniej niż pół roku po poprzedniej diagnozie. Udało mi się umówić z psychologiem dziecięcym już na poniedziałek. Niech go obejrzy raz jeszcze ktoś niezależny i powie, co myśli. I też coś doradzi. Spróbuję umówić się też w tym samym ośrodku z logopedą. Być może wydaje się to przewrażliwieniem, albo histerią, albo Bóg wie czym jeszcze, ale powiem Wam szczerze, że mi to zupełnie wisi. Mówimy o naszym dziecku, więc dmucham na zimne i wolę iść sprawdzić diagnozę do drugiego specjalisty, bo, niestety, jak już z praktyki wiemy, lekarzom ufać bezgranicznie się nie da. Przekonaliśmy się już o tym trzy razy w sumie, w przeciągu niecałego roku. Tak więc trzymajcie kciuki. Jestem dobrej myśli. Jakoś nikomu wcześniej nie rzuciło się w oczy, że Mikołaj ma jakieś tyły. Wszystkie pozostałe lekarki i rehabilitantki twierdzą, że Miś jest bystry, kontaktowy… Więc tego, póki co, się trzymajmy. Gdy będziemy po wizycie, to skrobnę co nieco, ale nie od razu. Bo w poniedziałek wyjeżdżam z Mikołajem do Głuchowa i wrócę dopiero w czwartek. Ale po powrocie napiszę na pewno.

A co do Miśka, to jego umiejętność wstawania rozwija się. Co prawda ciągle szpotawi prawą stopę (a czasem wykoślawia – zależy jak mu się uda), a na lewej staje na palcach, ale za to dzisiaj zaczął uczyć się schodzić do pozycji na kolanach. To progres :) Bo od kilku dni, jak wstał przez nikogo nie zauważony, to potem wołał płaczliwie, bo nie umiał zejść. Najczęściej zdarzało mu się to rano, tudzież po południowej drzemce, gdy wstawał w łóżeczku i nogi odmawiały posłuszeństwa, a nie potrafił sobie sam poradzić. A dziś nagle zaczaił, że to trzeba się na kolana z powrotem dostać. Na razie jeszcze różnie mu to wychodzi, ale praktyka czyni mistrza :)

A tak z innej beczki, to mieliśmy dzisiaj kolędę. Znaczy wizytę duszpasterską. I powiem Wam, że do tej pory trwam w szoku. Obydwoje trwamy w sumie, Mariusz i ja. Przyszedł ksiądz, pokropił nas wodą święconą, usiadł, spisał nas dokładnie (bo kolędę mieliśmy tu pierwszy raz, więc w papierach nas nie było) i… poszedł. Zrobił to tak szybko i z zaskoczenia, że nawet nie zaczaiłam, że wychodzi i jak głupia goniłam go z kopertą. Kurde, nawet nie próbował jakkolwiek zagaić, zapytać jak zdrowie, cokolwiek… Mariusz od początku sceptycznie nastawiony do wizyty księdza, namówiony przeze mnie, pełen dobrych chęci i otwarty, by w razie czego z księdzem pogadać, a tu ksiądz, jak taki buc, wypełnił papierki i w długą! Po prostu byłam w szoku. Zanim dotarło do mnie, co się stało, ksiądz pewnie kończył kolędę w następnym mieszkaniu. Maskara. Wiecie, nawet jakby człowiek chciał sam zagadać, to nie było szansy! Kurde belek, po choinkę ja leciałam za nim z tą kopertą?! No, ale taki automat się we mnie włączył – cały czas powtarzałam sobie, żeby nie zapomnieć o kasie dla księdza, że oczywiście nie zapomniałam. A szkoda. Byłoby jutro na dobry obiad w Agawie ;) Tak więc, jak widzicie, pecha mamy do księży z naszej parafii. Przyszłoroczne przyjęcie księdza pozostaje pod znakiem zapytania.

Tyle na dziś. Duuużo tego. Odezwę się po powrocie z Głuchowa.

Krok po kroku, krok po kroczku najpiękniejsze w całym roku idą Święta…

Idą Święta. Nie da się ukryć. Na mieście i we wszystkich centrach handlowych tłum. Lekka masakra. No ale na szczęście mamy już prawie wszystko zakupione, po resztę Mariusz pojedzie w poniedziałek przed południem do Tesco. Tylko choinkę jutro trzeba załatwić. Co roku obiecujemy sobie, że tym razem kupimy wcześniej, bo potem to same drapaki, no i w końcu i tak wychodzi na to, że mamy krzywusa z dwoma czubkami bo dwa dni przed Wigilią ciężko dostać coś lepszego. No ale co zrobić… :)

W związku z tym, że wszyscy robią zakupy, my też dziś na trochę ruszyliśmy w teren. Udało nam się cudem trafić wreszcie do Factory Outlet. Kawał drogi to od nas, ale jestem usatysfakcjonowana – za niewiele ponad 50 zł kupiliśmy w 5-10-15 trzy pary spodni i bluzę dla Miśka. Do tego też mniej więcej za tyle w Coccodrillo udało nam się znaleźć bluzę i dwie pary body. Wypas :) Na zakupy Miśkowe trzeba będzie właśnie tam jeździć.
No i dla siebie kupiłam też śliczne majtki z Intimissimi, za niecałe 10 zł sztuka.

Po południu – z racji dzisiejszego starzenia się Mariusza – pojechaliśmy do Arkad na urodzinowy obiad. No i kicha. Poszliśmy do Sphinxa i okazało się, że to błąd był. Żarcie okropne po prostu. Szarma – niewielka ilość mięsa, wielka ilość twardych jak kamień frytek i dwie zwiędnięte surówki. Żenua. Trzeba było jednak pojechać na lasagne do Agawy.

W Traffic Club udało mi się dostać „Małomównego i rodzinę” M.Musierowicz. Jak skończymy czytać „Ferdynanda Wspaniałego”, to Małomówny pójdzie w następnej kolejce do wieczornego czytania Miśkowi przed spaniem. Tak sobie ostatnio przypomniałam o Musierowiczowej. Dostałam na Mikołajki od Mariusza nową książkę – „Sprężynę”. Śliczna jest. Przynajmniej mnie bardzo poruszyła. Zwłaszcza wątek dotyczący starości Ignacego. Może kiedyś napiszę coś więcej odnośnie moich przemyśleń związanych z tą książką.
W każdym bądź razie postanowiłam, że teraz będę zbierać od początku wszystkie części Jeżycjady. To takie dobre książki.

Misiek raczkuje :) Od środy, 17 grudnia. Nareszcie się doczekaliśmy :) To dobrze, bo jest szansa na to, że się trochę poprostuje. To bardzo niedobrze, gdy dziecko omija etap raczkowania. Ma to wpływ na całą sylwetkę, na rozwój mięśni ramion, klatki piersiowej, na kręgosłup. Mam nadzieję, że Miś trochę poraczkuje, a nie od razu zabierze się do stawania.
Poza tym coraz ciężej ćwiczy nam się Vojtę. Masakra generalnie. Mały się wygina, ma tyle siły, że nie daję rady go utrzymać. Coś czuję, że jeszcze trochę i zostaną nam tylko Bobathy.

Kupiliśmy kilka dni temu Miśkowi w Lidlu taki namiocik z piłeczkami (250 piłeczek, namiocik w stylu namiotu fotograficznego bezcieniowego, ale nie biały, tylko kolorowy). Stoi to teraz w małym pokoju, zajmuje połowę metrażu, ale Miśkowi się chyba podoba :) Co prawda najbardziej lubi tam siedzieć ze mną (jak jest sam, to się szybko nudzi), ale widzę, że się do tych piłeczek bardziej przekonał niż do tych w basenie w naszym blokowym pokoju zabaw. Bo mamy w naszej klatce schodowej taki wypaśny pokój zabaw dla dzieciaków – z labiryntem typu małpi gaj i z basenem z piłeczkami. Ogólnie to jest za darmo, dla mieszkańców, każdy ma do tego klucz. Gdy poszłam tam z Michem jakiś czas temu, żeby pobawić się z nim w piłeczkach, to nie był tym zbyt zachwycony. Leżał i nie wiedział o co chodzi. Może jak się oswoi w domu w mniejszej ilości, to i tam mu się w końcu spodoba?

Tydzień temu w piątek byliśmy u pani psycholog po opinię. Wynik jest dobry, nie trzeba chodzić na żadną terapię. Psychicznie Miś rozwija się prawidłowo, mamy się zgłosić tylko wówczas, jeśli będzie nas coś niepokoiło. A póki co, nie ma żadnych wskazań, żeby się z panią psycholog jeszcze kiedyś spotykać. To dobrze :)

W środę piekliśmy pierniki. Masa roboty przy tym, sama to raczej nie dałabym rady. Ale na szczęście mam kochanego męża, który ugniótł ciasto. A powiem Wam, że to nie lada wyczyn. Ci, co robili pierniki, wiedzą, o czym mówię. A ci, co nie robili nigdy, niech uwierzą, że wyrobienie ciasta piernikowego (przynajmniej tego z głuchowskiego przepisu) jest sto razy cięższe od wyrobienia ciasta drożdżowego (które też czeka na ręce Mariusza, bo w środę piec będziemy makowca ;)) W każdym razie pierniki upieczone, polukrowane i schowane do pudła (bo mogłyby przypadkiem nie doczekać Świąt) :) Nic tylko Święta wyprawiać :)

Wigilię tego roku też spędzamy w domu u siebie. Bardzo jesteśmy z tego zadowoleni. Podobało nam się takie świętowanie w ubiegłym roku. W pierwsze święto pojedziemy z odwiedzinami do Głuchowa, a w następny weekend do Gniezna. Sylwestra spędzimy w domu. Mam tylko nadzieję, że Miś prześpi noc bez przeszkód, że nie obudzą go żadne petardy.

Tyle na dziś. Nie wiem, czy jeszcze zdążę coś dopisać przed Świętami. Jeśli nie, to zawczasu składam Wam, Kochani, serdeczne życzenia bożonarodzeniowe. Życzę Wam, aby były to pełne miłości, pokoju i rodzinnej atmosfery dni. Żeby się spełniły wszystkie dobre życzenia i aby na Waszych drogach nigdy nie zabrakło dobrych ludzi. Tego Wam życzę. Niech się Wam spełni :)

10 miesięcy!

Mikołaj kilka dni temu skończył dziesięć miesięcy. Tradycyjnie powiem: stary byk z niego ;) Czas leci jak szalony, Misiek się zmienia równie szybko. Co potrafi? Sporo już. Między innymi: pełzać z prędkością światła i czasem nawet ultradźwiękowo (można go przez to rozdeptać przypadkiem, bo nie słychać, jak się zbliża), powtarzać „ma-ma”, „ta-ta”, „ba-ba”, „da-da”. Rozumie co znaczy słowo „daj” poparte gestem. Słowo „weź” też rozumie. I bardzo się cieszy, gdy mu się potem bije brawo :) Potrafi się wspinać na poduszki (wtedy się na kolanach podpiera). I nauczył się, diablo mały, że jak mama wychodzi na balkon drzwiami w dużym pokoju, to można ją podglądać przez drzwi balkonowe w małym pokoju :) Stuka we wszystko, co się da, rączkami. Zaczepia, żeby się z nim bawić, tudzież do niego zagadać. Wie, że przedmioty nie znikają, ale że ktoś je gdzieś schował – potrafi ich szukać (często z wielkim zacięciem). Potrafi chwytać i bawić się maleńkimi przedmiotami (wszystkie „koty” z zakurzonej podłogi potrafi powyciągać ;)). Ma osiem zębów i dziewiąty jest w drodze. Waży około 10 kg i jest bardzo długi (wysoki znaczy się). I włoski trochę mu podrosły. I gęstnieją.

Jest też jednak kilka rzeczy, których Miś jeszcze nie robi, choć powinien. Nie potrafi jeszcze siedzieć samodzielnie i stabilnie. Nie raczkuje jeszcze, o wstawaniu i chodzeniu nie wspominając. Rozwój ruchowy jest opóźniony, trzeba postawić sprawę jasno. Chodzimy na rehabilitacje – metodą Vojty, metodą Bobath, czaszkowo-krzyżową. Ale rezultaty są ostatnio znikome, a co do asymetrii to wręcz się pogorszyło. Czasem to aż żal tego malca, bo miewa dni, że od rana jeździ po lekarzach i rehabilitantach. Bez szansy na normalną zabawę. No ale jakoś trzeba to wszystko pogodzić.
Dobrze chociaż, że logopedycznie wszystko ok. Czeka nas jeszcze wizyta u psychologa, ale nie wiemy kiedy, bo na razie to jesteśmy wpisani na listę oczekujących. Dostaliśmy skierowanie od dr Kwapisz, bo podobno przy okazji pierwszego roku życia (a Michu się do roczku zbliża) dzieci ośrodkowe (z ośrodka dziennego w Promyku Słońca) mają się raz przejść profilaktycznie do takiego specjalisty. Ale to dobrze. Może psycholog jakoś przebada, czy intelektualnie wszystko ok. Nam się wydaje, że ok, ale my możemy nie być obiektywni.

W każdym bądź razie, jakby nie było, to ogromną radość przynosi nam Mikołaj każdego dnia. Śmieje się po prostu przecudownie, jest bardzo żywy. Zmienił nasze życie. Rzec by można, że wręcz wywrócił je do góry nogami, ale nie wyobrażam sobie teraz, że mogłoby go nie być. Kochany jest :)