Idzie luty, podkuj buty…

Przyszedł luty, za oknem zaspy i lodowisko, w dodatku straszą w telewizorze, że w nocy ma znów sypać, a jutro to w ogóle apokalipsa… Czas przeprowadzić się w okolice równika… Ale tam z kolei robactwo… Ech, nie wiadomo, co gorsze. Chyba jednak wolę śnieg.

cos

Przez tydzień trochę się „nadziało”. Mikołaj zakończył adaptację w Zaczarowanej Krainie i od tego tygodnia jest już na pół etatu: w poniedziałki, środy i piątki po 6h. Opiekunki orzekły, że się Misiek szybko przyzwyczaił do nich, do dzieci i do miejsca. To zresztą widać, bo gdy przychodzę, by zabrać Miśka do domu, to młody nie chce wyjść. I nie ma oporów w przytulaniu się do opiekunek :) W ogóle to się taki przytulny zrobił, że aż miło :)
Poza tym coraz częściej bierze udział we wspólnych zorganizowanych zajęciach. W piątek były warsztaty teatralne i dał się przekonać, by usiąść razem z wszystkimi dziećmi, a wczoraj na rytmice to podobno w ogóle było super, bo brał całkiem czynny udział w zajęciach. Zuch chłopak. Co prawda jeszcze ciężko przychodzi mu rozstawanie się ze mną rano, ale wiem, że bardzo szybko się uspokaja. Zresztą, jakby na to nie patrzeć, sama pamiętam jak długo ja wyłam, gdy mnie mama odprowadzała do przedszkola (jeśli zapadło mi to w pamięć, to musiało trwać bardzo długo), a ostatecznie przecież przedszkole lubiłam. Liczę więc, że Misiek przywyknie.

Do naszej kolekcji prac plastycznych Micha przybyło kilka egzemplarzy przyniesionych z przedszkola. Najciekawsze jest coś, co zatytułowano „Karnawał” (bo akurat o karnawale była mowa w przedszkolu):

karnawal

Dzisiaj byłam z Miśkiem w Promyku na zajęciach grupowych u logopedy i muszę pochwalić moje dziecię w tym miejscu – Mikołaj po raz pierwszy dał się namówić na „babranie się” w kisielu! Do tej pory wszystkie moje próby zachęcenia go do tej rozwojowej zabawy kończyły się fiaskiem. Michu ryczał zazwyczaj albo wołał: „bleee” i nawet nie chciał dotknąć. Nareszcie coś zaskoczyło! Dowód rzeczowy tutaj:

kisiel

Mikołaj ma jutro swój pierwszy bal w przedszkolu. Ja oczywiście jestem podekscytowana najbardziej ;) Strój pirata (pirata Rabarbara, rzecz jasna!) przygotowaliśmy wcześniej, a próba generalna została przeprowadzona dziś wieczorem. O dziwo, nasze dziecię zaskoczyło dziś po raz kolejny, gdyż dało namalować sobie na buzi lekkie wąsy i brodę! Szoook! Mam nadzieję, że jutro rano też pozwoli się pomalować. Co do samego stroju, to jest to kompletny samodział. Czapka piracka kupiona w Urwisie, pas piracki z lumpeksu, spodnie i szelki (z trupimi czachami) z H&M, skarpetki stare, ale z piratem na rysunku, body stare, za to pasiaste i morskie. Na zdjęciu zrobionym szybko ajfonem możecie obejrzeć fragment dzieła. Jakość nie powala, próbowaliśmy zrobić zdjęcie lustrzanką, ale Michu nie dał się złapać. Będą balikowe foty z przedszkola, więc wtedy (mam nadzieję) obejrzycie dokładniej. Dodam tylko, że wieczorem domalowałam pisakami na przodzie i tyle bodziaka wielkie trupie czachy. Łaaa!…

pirat

Za punkty smart na shellu zamówiliśmy Miśkowi zestaw lekarski. Taka całkiem przyjemna walizeczka z różnymi akcesoriami medycznymi. Michu zachwycony. Bada wszystkich, którzy zbadać się dają. Do obejrzenia filmik z jednego z wielu przeprowadzonych dziś badań. Śmieszny ten nasz Misiek w tym wszystkim. Podoba mi się szczególnie, jak mierzy temperaturę w uchu i potem udaje, że sprawdza pomiar i mówi, co przeczytał :) Nauczył się też robić profesjonalnie zastrzyki – znaczy się z pomazaniem wacikiem ręki, ukłuciem i znowu pomazaniem wacikiem :) A najbardziej rozbraja mnie, jak przykleja po badaniu misiom naklejki, jako że były „dzielnymi pacjentami”. Ot, piękna zabawa :)

Żeby było mało, Mikołaj dostał od nas w weekend ambulans z Lego Duplo. Pojazd nie byle jaki, bo robi najprawdziwsze „ijo-ijo” i świeci (przypuszczam, że ten właśnie świecąco-grający klocek ustalił 3/4 ceny tego auta…), więc teraz Michu jeździ karetką z przyczepką dołączoną z tyłu. Na owej przyczepce na noszach leży dziewczynka (ludzik z Duplo), a obok niej stoi lekarz (kierowca karetki z zestawu). I tak sobie jeżdżą, a broń Boże niech któreś spadnie, to lament jest na całego :)

W Micha pokoju znowu trochę zmian. Co prawda tym razem nic nie poprzestawiałam, ale przybyło kilka rzeczy. Po pierwsze, jakieś 2 tygodnie temu kupiliśmy wiszący zegar z Autami i kalendarz z Krecikiem. Obydwa w celach informacyjno (dla mnie i Mariusza) – dydaktycznych (dla właściciela pokoju). W kalendarzu ma Michu pozaznaczane dni, w które chodzi do przedszkola. Ponadto zrealizowałam w końcu zamiar dekoracyjny, z którym nosiłam się od dawien dawna – kupiliśmy w Leroy Merlin 3 ramki formatu a3 i oprawiłam w nie trzy malunki Miśka, takie kolorowe maziaje na czarnym papierze. Wyglądają czadowo :) A Mikołaj strasznie jest dumny z tego, że jego obrazki wiszą na ścianie.
I jeszcze jedną nowością są trzy żywe kwiatki w pokoju Miśka: żonkil, krokus i orchidea. Codziennie Mikołaj sam je podlewa i wącha :) Bardzo podoba mu się, że tak szybko widać efekt – zakwitły kilka dni po zakupie.

Przybyło nowe słowo: „sio”. Jest wypowiadane zazwyczaj po tym, gdy Mikołaj skończy pić. Nie wiemy jeszcze tak do końca co oznacza: dziękuję, już, skończyłem, wypiłem, wszystko…? Obserwacje będą kontynuowane, może do jakichś sensowniejszych wniosków dojdziemy.
Mikołaj zaczął też odmieniać słowa „mama” i „tata”. Mówi, że coś jest „mami/y” albo „tati/y” w sensie: krem, okulary, buty itd….

Z innej beczki, tydzień temu byłam u ginekologa. Dowiedziałam się, że guzek, który wyczuwam pod blizną po cesarce i który boli to tzw. endometrioza i trzeba to wyciąć. Niestety jest to na tyle poważny zabieg, że trzeba go zrobić pod narkozą. Jak nie urok, to sraczka, jednym słowem. Zawsze coś. Kiedy to zrobię, to jeszcze nie wiem. Jak się dowiem, to Wam powiem.

Dobra, tyle na dziś, bo spać pora. Do następnego :)

P.S. Na koniec jeszcze dwa filmy. Pierwszy to Misiek podczas jednego z ulubionych zajęć – przesypywanie kaszki manny i kamyczków. Drugi to nowy pomysł na jedzenie jogurtu…

Plucie

Na sam początek filmik. Mikołaj, prawdopodobnie zaobserwowawszy w przedszkolu oraz u własnej matki myjącej niekiedy zęby, nauczył się wypluwać. Niby nic takiego, a jednak wielka rzecz. Do tej pory pasta do zębów była połykana, a od wczoraj ląduje w umywalce lub wannie. Do tego Michu nauczył się płukać zęby po myciu. Toż to szok :) Rośnie nam dziecię, nie wiedzieć nawet kiedy :)

Tak więc oglądajcie, moi mili, to plucie pierwsze, dla niektórych z pewnością niesmaczne, a dla nas, rodziców, najpiękniejsze na świecie ;)

Cóż prócz opluwania i wypluwania? Michu dziś nie rozpłakał się podczas mojego wychodzenia z przedszkola. Trochę przy wejściu pomarudził, ale szybko doszedł do siebie i nawet drzwi za mną zamknął, i pomachał ręką na pożegnanie przez okno. Coraz lepiej idzie mu przyzwyczajanie się do nowej sytuacji. Zuch :)

Mikołaj wczoraj i przedwczoraj zrobił dla babć z okazji ich święta laurki oraz pomalował farbkami dwa kubki. Cuda nad cudami, rzecz jasna :) Zdjęcie kubków umieszczę przy okazji i jeśli nie zapomnę, a laurki mogę opisać: zielona kartka, a na niej czerwony odcisk Mikołajowej rączki. Babcie z pewnością się ucieszą :)

Wczoraj byłam też porozmawiać z logopedą przedszkolną. Pani będzie brała Micha raz w tygodniu na zajęcia indywidualne, by trochę postymulować rozwój mowy. Git.

Jutro i w niedzielę idę na warsztaty z diagnozy i terapii dysleksji. Mam nadzieję, że będzie ciekawie.

Muszę się Wam na koniec pochwalić, że mój pierwszy artykuł dla portalu naszemaluchy.pl został opublikowany. Cała jestem dumna i blada ;)

Dobranoc!

P.S. A jednak jeszcze jeden filmik na koniec: Voice band na iPhone. Super :) Bardzo mi się podoba. Oczywiście aplikację już dziś pobraliśmy z Mariuszem i będziemy się bawić. Ciekawe, czy cokolwiek nam wyjdzie ;)

Wpis z okazji nowego roku

Święta się skończyły, nowy rok już leci, a tu znowu zaległości. Jakoś ta zima nie nastraja pozytywnie do pisania. Ciągle coś innego do robienia, tudzież deficyty w spaniu po prostu i tak jakoś leci. A pisać nie ma kto :(

Święta minęły nam chorowicie. Od Wigilii Mikołaj wymiotował i miał biegunkę. W pierwsze Święto było lepiej, wydawało nam się, że się poprawiło, ale koniec końców biegunka mu została, przez co w niedzielę wylądowaliśmy w szpitalu Korczaka na izbie przyjęć. Zostawili Miśka na dwie noce w szpitalu, bo był na granicy odwodnienia, no i przy okazji zrobili badania krwi, moczu i kału. Na razie wiemy, że to nie rota ani adenowirus. Ogólnie zdiagnozowali Michowi nieżyt żołądkowo-jelitowy. Mamy jeszcze jeden wynik do odebrania w szpitalu, choć nie wiadomo, czy w końcu dowiemy się co było przyczyną. Z pewnością było to zaraźliwe, bo zarówno Mariusz, jak i ja przeszliśmy w święta to samo, choć jak widać na mniejszą skalę.

W szpitalu pozwolili mi zostać z Mikołajem. Miałam wykupione obok niego osobne łóżko, więc obyło się bez spania na krzesełku. Mikołaj pobyt w szpitalu zniósł nad wyraz dobrze. Jesteśmy z niego dumni tym bardziej, że ze względu na panujące wirusy kazano nam siedzieć cały czas w sali, nawet nie można było pójść do świetlic. A zdajecie sobie sprawę, że utrzymanie dwa dni dwulatka w jednym zamkniętym pokoju to nie lada wyczyn. Raz, co prawda, udało nam się wyjść na spacer, ale Michu był tak słabowity, że nie bardzo mu się chciało spacerować i po 20 minutach wróciliśmy na oddział. Generalnie Miś był spokojny, uroczy, grzeczny i w ogóle. Nawet pozwalał się badać, choć wiadomo, że z tym, to bywa różnie. W każdym razie we wtorek nas wypuścili, Misiek w stanie dobrym, choć – bez owijania w bawełnę – kupa jeszcze nie do końca ok, ale do czwartku wydobrzał zupełnie. No i apetyt mu wrócił.

Tak więc, jak się domyślacie, całe przygotowania kuchenno-świąteczne diabli wzięli, pojedliśmy (Mariusz i ja) tyle, co w Wigilię, bo reszta (nie tknięta) wylądowała w koszu na śmieci z racji naszego złego samopoczucia. Co zrobić. Nie wszystko da się zamrozić. Ważne, że już ok.

Między kolejnymi biegami do łazienki, w chwilach złudnie lepszego samopoczucia udało nam się nawet zaliczyć dwa spacerki – jeden na Rynek, a drugi na Podwale. Zdjęcia do obejrzenia tutaj. Wrzuciłam też kilka zdjęć z urodzin Miśka i tym podobnych grudniowych wydarzeń. Są tutaj.

Mikołaj prawie miesiąc temu skończył dwa lata, jak wiecie. Wpis bilansowy ciągle przede mną, natomiast udało nam się ostatnio z Mariuszem stworzyć w galerii coś na kształt „The best of…” Generalnie wybraliśmy (nie było to łatwe!) po jednym zdjęciu z każdego miesiąca życia Mikołaja. Album do obejrzenia w tym miejscu, jeśli jeszcze ktoś nie widział :) Niesamowicie zmieniło się to nasze dziecię przez ten czas.

Podjęliśmy z Mariuszem decyzję, by posłać Mikołaja do żłobko-przedszkola. Na razie na 3 dni w tygodniu po 6h dziennie. Wybraliśmy dwie placówki i wczoraj oraz dzisiaj byliśmy je zwiedzać. Jedna to Bąbelkowo, a druga Zaczarowana Kraina. Obydwie mają swoje zalety i wady, ale chyba zdecydujemy się na Krainę. Z pewnością dam Wam znać jaki będzie werdykt :)
Michu ogólnie w obydwu miejscach zachowywał się ładnie. W Bąbelkowie była kuchenka, w Krainie bramki w drzwiach i zjeżdżalnia, więc podobało mu się i tu, i tu. Mam nadzieję, że się szybko zaadaptuje i nie będzie problemów z zostawianiem go.

W przyszłym tygodniu idę z Michem do laryngologa, żeby zerknął na jego zatoki i do dr Kwapisz. Ciekawa jestem, czy długo będzie nam jeszcze kazała się rehabilitować.

Wrzucam tradycyjnie już kilka filmików. Powodzenia w oglądaniu :)

Pierwszy to przytulaki Mikołaja w naszej pościeli. Michu od zawsze miał fazę turlania się we wszystkim, w czym się dało, ale ostatnio kupiliśmy nową pościel (bardziej „puchatą”), co doprowadziło Micha do jeszcze większej ekstazy :)

Tutaj Michu odwiedził po raz pierwszy w życiu Kinderplanetę w Renomie. Podobało mu się bardzo, a już najbardziej do gustu przypadła mu maleńka kuchenka. Chyba mamy pomysł na prezent wielkanocny ;)

Mikołaj maluje. Dużo. Uwielbia to ostatnio, choć mamy chwilową posuchę, bo porządne farbki nam się skończyły i teraz czekamy na przesyłkę z 6 litrami nowych. Maluje pędzelkami, gąbkami, klockami drewnianymi (robi stempelki) i czasem nawet da się namówić na malowanie palcami, choć tu nadal bardzo ostrożnie. Ale gdy przypomnę sobie wcześniejszą awersję Miśka do wszelkiego rodzaju farbek, to myślę, że kawał dobrej roboty za nami :)

Mikołaj dostał na urodziny od dziadków z Gniezna prawdziwe sanki. Oto pierwsza wyprawa. Śnieg też pierwszy był wówczas tej zimy. Co prawda czas Miśka na sankach wynosi mniej więcej 10% czasu całego spaceru, ale i tak jest nieźle, że daje się posadzić :)

Tutaj Mikołaj wita Nowy Rok. Tak mniej-więcej o godzinie 19.00. Oczywiście ani zimne ognie, ani uwidocznione race nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia. Jak zawsze najbardziej podekscytowani byliśmy my – Mariusz i ja, no ale co poradzić. Mikołajowe witanie Nowego Roku skończyło się wielkim rykiem, że skoro jest ubrany, to dlaczego nie idziemy na spacer??? Przecież ubieranie się na balkon nie ma sensu, bo przecież balkon to część domu. A buty i kurtkę ubiera się na spacer. Tak… Chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze ;)

I na koniec nadzieja polskich skoczków narciarskich. Znakomity skok zakończony wspaniałym telemarkiem. Maksymalna ilość punktów od sędziów, do tego rekord mamuciej skoczni Parku Południowego we Wrocławiu. Nic, tylko podziwiać:

Na koniec jeszcze obiecane zdjęcia pokoju Micha po przemeblowaniu. I nowe łóżko, rzecz jasna :)

Takie tam

Wczoraj byłam z Michem u doktor Dołyk, neurologa. Generalnie znowu mnie zdołowała, powiedziała, że nadal trudno konkrety podać, ale obawia się, że owo opóźnienie u Miśka może przerodzić się w upośledzenie lekkiego stopnia. Mam nadzieję, że się myli, i że jednak Misiek wyrówna wszystkie straty.

Zaleciła zrobić ponowne badania na hormony tarczycy, spróbować jeszcze pochodzić z Miśkiem na zajęcia do psychologa (żeby ktoś mu indywidualny program ułożył), no i położyć Miśka na oddziale neurologii dziecięcej w celu głębszej diagnostyki problemu. Bo ciągle nie wiemy, co tak Micha opóźnia. Co do tego oddziału, to nie jest to konieczne, ale zalecone, więc na razie z Mariuszem postanowiliśmy poczekać do czerwcowej wizyty w Szczecinie u dr Hnatyszyn. Chcemy zobaczyć, co ona zaleci i wtedy zadecydujemy. Pewnie koniec końców Michu i tak wyląduje na oddziale. Póki co to muszę się bardzo spiąć z pracą magisterską, napisać to badziewie jak najszybciej, żeby w razie czego, nie mieć już na głowie pisania, tylko samego Miśka.

Dr Dołyk radzi też powoli rozejrzeć się za odpowiednim przedszkolem dla Miśka. Mówi, żebyśmy dobrze je wybrali, z nastawieniem na przedszkole z dużym wyborem zajęć rozwijających poznawczo, z opieką psychologa i logopedy. Na moje oko to optymalne byłoby jakieś przedszkole montessoriańskie, ale nie wiem, czy jest takie we Wrocławiu. Muszę poszukać. Wiem, że jest jedno – Klub Krasnoludka, które opiera się na pedagogice Montessori i Wygotskiego. Myślę, że i to byłoby ok. Trzeba będzie się rozejrzeć.

Misiek ma ostatnio pęd na robienie „papa” :) Zrozumiał sytuację, w której „papa” zrobić należy i ostatnio macha łapskami wszystkim i wszędzie :) Nawet już mu czasem nie trzeba mówić, żeby zrobił, tylko tak sam z siebie macha :)

Michu dostał w prezencie od dziadków z Gniezna tablicę. Wypatrzyliśmy ją niedawno w Smyku i pomyśleliśmy, że mogłaby się Michowi przydać. Z jednej strony jest czarna, do pisania kredą, z drugiej strony biała – suchościeralna, na pisaki. Do tego na tej białej stronie są klipsy do zawieszania papieru, no i jest namagnesowana. W pakiecie było chyba z pięć kompletów z literkami i cyferkami, które można na magnes przyczepiać. Na razie Michu rysuje kredą (rysuje, kruszy, łamie, zjada i co jeszcze tylko można z kredą robić) i frajdę ma z tego niesamowitą :) Przy okazji ćwiczy też stawanie, może w końcu zaczai, że można stać nie opierając się o nic.

Za tydzień w sobotę mam absolutorium w Poznaniu. W końcu koniec!

No i tyle chyba na dziś. A nie, jeszcze jedno. Wczoraj byliśmy z Mariuszem w kinie na „Star Trek”. Jestem w szoku, bo mi się ten film autentycznie spodobał! Mnie – Zosi, która za fantastyką z kosmosu nie przepada za bardzo! Tak więc polecam, bo warto obejrzeć. Co prawda istnieje ryzyko, że obejrzany w domu na tv nie zrobi już takiego wrażenia, ale do kina na pewno warto się na niego pofatygować :)