Lutowo

No, całkiem nieźle mi idzie – wpis średnio raz na dwa miesiące… Staczam się na dno… No nic, trza się trochę pozbierać i choćby jakiś „teleekspres” z tych dwóch miesięcy zrobić ;)

Święta nam minęły domowo. W tym roku nie przegięliśmy z ilością żarła, co sobie chwalę, bo i taniej, i szczuplej ;) Kilkanaście zdjęć z Wigilii i świątecznych spacerków obejrzeć możecie sobie w galerii.

Michu, począwszy od imienin, dostał tyle prezentów, że już się pogubiłam. W Wigilię dostał wielki warsztat mechanika samochodowego Cobi, stemple z literami i cyframi, liczydło, Makę Pakę do kąpieli i chyba nie pamiętam więcej :) A nie, pamiętam – zestaw ciastoliny „Lodziarnia”.

W Święta udało nam się wybrać na sanki do parku południowego. Michu nie chciał zejść z górki (jedynej w tym parku!), co zaowocowało potem lekkim katarem z przemarznięcia. Jakieś ofiary muszą być ;) Przy okazji – zakupiliśmy przed Świętami iLive’11 na Maca, w związku z czym przetestowałam opcję trailera. Oto wynik:

Część z Was pewnie to widziała, bo wrzucałam na facebooka :)

Sylwestra również spędziliśmy kameralnie w domu. Michu miał posiedzieć z nami, ale padł o 20.00. Cóż, za rok spróbujemy znowu :) Za to my nie mogliśmy się zdecydować, czy oglądać „porywającego” Sylwestra z tvp1 czy też może „szalonego” Sylwestra na Polsacie… Jedno bardziej żenujące od drugiego…

Między świętami i Sylwestrem Mariusz miał urlop, ja przerwę świąteczną, co zamierzaliśmy przeznaczyć na szwędactwo po mieście (bo Michu miał być w przedszkolu). Niestety, plan wypalił tylko pierwszego dnia, bo od poświątecznego wtorku Michu siedział z nami w domu zakatarzony. Ale przynajmniej dzień wcześniej udało nam się dotrzeć do kina na zaległego Harrego Pottera.

W styczniu wylądowałam na cztery dni w szpitalu na Grabiszyńskiej, w klinice chorób płucnych. Bo mi na jesieni wykryto zmiany w płucach i powiększone węzły chłonne śródpiersia. Podejrzenie sarkoidozy. Diagnoza niczym z dra House’a. W grudniu zrobiłam tomografię płuc, a w szpitalu poszerzyli mi diagnostykę o bronchoskopię (fuuuj!), usg, różne badania krwi oraz dyfuzję dwutlenku węgla w płucach, czy jakoś tak. Ze śluzówki w oskrzelach (czy gdzieś w okolicy) pobrano wycinek i wysłano mnie do domu. Ale ostatecznej diagnozy i wyników nie mam, bo jeszcze nie dotarłam po wypis. Ale kiedyś dotrę :) W każdym razie, lekarz powiedział mi, że na 95% jest to sarkoidoza. Na razie do obserwacji, żadnych leków brać nie muszę. Mam pozostać pod opieką poradni sarkoidozy, żeby w razie pogorszenia się sytuacji, od razu zareagować. Na usg wyszło też, że mam guzek na tarczycy. Prawdopodobnie sarkoidalny, ale to ma rozpoznać endokrynolog. Mam też powiększony węzeł chłonny przy lewej piersi – albo od guzka, który mam do wycięcia w lewej piersi, albo ma to związek z węzłami śródpiersia (też powiększonymi), ale tego na razie nikt nie wie. Ogólnie to coś mi jest, ale nie do końca wiadomo co. Pracować w każdym bądź razie mogę, więc za dużo o tym nie myślę, bo nic to raczej nie da. Jedyne tylko, co przyszło mi od razu do głowy po tym, jak się dowiedziałam, że mam coś w płucach, to to, że rodzaj śmierci, której najbardziej się boję, ma związek właśnie z płucami i oddychaniem – przez utopienie albo uduszenie. Ogólnie – że zabraknie mi powietrza. No i co? I w związku z tą schizą muszą mi się rozlatywać płuca. Bo jakżeby inaczej? No, to sobie ponarzekałam, można iść dalej.

Obecnie mamy w domu mały szpital. Ubiegły cały tydzień leżałam w łóżku z gorączką, kaszlem i całym innym dobrodziejstwem grypy. Kaszel i lekki katar jeszcze pozostały, reszta doszła do siebie. Natomiast od ubiegłej środy do wczoraj wieczorem Michu był rozwalony totalnie – 7 bitych dni gorączkował, i to nie byle jak – do 39,1. Masakra. Co mu zbiliśmy temperaturę, to nachodziła po kilku godzinach na nowo. Miał też zapalenie spojówek, masakryczny katar i kaszel. Zjadł całą butlę antybiotyku i średni dało to efekt. Ale dziś chyba jakiś przełom nastąpił – mam taką nadzieję – bo od rana tylko 37,4 i póki co wyżej nie poszło. Bo jakby poszło, to mieliśmy nakaz jechać do kliniki na Bujwida, żeby coś wymyślili. Ale mam nadzieję, że uda się bez tego i że teraz będzie już tylko lepiej.

Jeszcze dwa dni i ferie! Pierwszy tydzień zapowiada się pracowicie – zapisałam się na praktyki do przedszkola na Kozanowie – codziennie po 8h. Ale za to drugi tydzień to będzie sielanka! Razem z Mikołajem, moją siostrą i Antosią jadę na tydzień do Pobierowa. Już nie możemy się doczekać. Michu przeżywa, że będzie siedział z Antosią w samochodzie i że będzie z nią spał :) Przyda mu się towarzystwo starszej kuzynki :) Zwłaszcza, że bardzo się lubią.

Micha wizyty u logopedy przynoszą dobre efekty, choć ostatni tydzień (przerwa chorobowa) przyniosła mały regresik w wymowie. Ale tłumaczę to też tym, że Michu ma totalnie zawalony nos i zwyczajnie trudniej mu się mówi. Co też nasze dziecię, jako leń wrodzony, od razu wykorzystuje i poddaje się temu dyskomfortowi pogarszając zrozumiałość swej wymowy. Co dziwne w tej całej chorobie, rozpiera Micha energia (poza momentami wysokiej gorączki). Gada tyle i tak głośno, że momentami można zwariować. Marzymy już o tym, by poszedł do przedszkola ;) Tak, tak, to piszę ja, wyrodna matka :)

Z okazji trzecich urodzin Micha zrobiłam kilkuminutowy album ze zdjęciami w iMovie. Muza Leibacha :)

Jutro jadę na przegląd naszą kijanką. Matko, po trzech latach ma pyknięte 75 000. Duuużo. Ale dobrze się trzyma. Kochane autko :)

W tym roku czeka mnie praca dyplomowa z logopedii. Temat mam taki: „Diagnoza operacyjna i nominalna dziecka z opóźnionym rozwojem mowy”. Będę nagrywać zajęcia z dzieckiem z pl.Macieja. Po feriach chcę się skontaktować z logopedką, u której będę to realizować. Liczę, że uda mi się zmobilizować i napisać pracę do czerwca, by się przed wakacjami jeszcze obronić. Trzymajcie kciuki, żeby się udało. Jak nie – następny termin to wrzesień.

Tyle na dziś. Dzięki za przeczytanie :)

Heloł!

To znowu ja! W końcu :) Tłumaczyć się nie będę, bo szkoda miejsca. Od razu przejdę do konkretów.

Misiek nam się postarzał. Trzy lata jak z bicza strzelił. Jak ten czas szybko leci… Niedawno przeglądałam zdjęcia z poprzedniego roku, to różnica w wyglądzie Micha jest ogromna. Teraz się wydaje taki poważny, duży, taki przedszkolakowaty. A jeszcze pół roku temu to taki dzidziuś był ;)

Urodziny i imieniny Mikołaja obchodziliśmy hucznie, jak co roku. Objazdowo. Był tort w Głuchowie, był tort w Gnieźnie, był tort w przedszkolu i był tort w domu. I cała góra prezentów. Najpierw św.Mikołaj przyszedł i przyniósł wymarzoną Upsy-Daisy (przytulanka), parasol z Zygzakiem McQuinnem, tablicę świetlną i quiz edukacyjny. Potem z okazji urodzin Michu dostał kolejną stertę – pizzę drewnianą do krojenia, dvd z „Dobranocnym Ogrodem”, karty do rysowania (takie edukacyjne, ze ściereczką, coby potem te rysunki zmazać i wykorzystać ową kartę raz jeszcze) i torbę z różnymi plastikowymi produktami spożywczymi do zabawy – jakieś 130-parę części. Wczoraj ponadto dostał Miś pralkę do zabawy. Na szafie oraz w szatni w pracy Mariusza czeka kolejnych kilka prezentów, które Gwiazdor przyniesie (dla odróżnienia od św.Mikołaja, który niby wygląda tak samo, ale, wiadomo, wielkopolskich korzeni wyzbyć się nie da, więc Gwiazdor przyjść musi ;)).

Sam Mikołaj po raz pierwszy w życiu przeżył świadomie swoje urodziny. Z chęcią dmuchał wszystkie świeczki na tortach, miał wielką radochę, gdy mu śpiewano „Sto lat” i od tego czasu codziennie pyta się nas czy ma dziś urodziny. I gdy słyszy, że nie, zaraz pociesza się, że gdy tata będzie miał niedługo urodziny (za tydzień znaczy się), to on też będzie miał. Generalnie wkręcił się na maksa :)

Przy okazji wyjazdu urodzinowego do Głuchowa i Gniezna doszło do wymiany prezentów świątecznych. Mikołaj już od września przygotowywał swoje podarunki, babcie wydawały się zachwycone własnoręcznie przez Micha wyklejonymi kalendarzami (zakupionymi wcześniej w surowej wersji w Lidlu) oraz wymalowanymi i wyklejonymi bombkami choinkowymi. Dumny był Miś bardzo ze swoich prac, my również, bo chętnie brał się do zdobienia, zarówno kalendarzy, jak i bombek. W ogóle Michu bardzo lubi wszelkiego rodzaju wyklejanie różnymi brokatami, naklejkami i innymi ozdobnikami. Myślę, że po Nowym Roku zabierzemy się za robienie prezentów wielkanocnych ;)

Mikołaj się rozgadał. Maksymalnie. Buduje już tak piękne zdania, że nie możemy wyjść z podziwu. Codziennie czymś nas zaskakuje nowym. Zmiana logopedy również przyniosła oczekiwany efekt. Mikołaj uwielbia panią Małgosię, ćwiczenie z nią nie jest problemem, jak to bywało wcześniej z dwoma poprzednimi logopedami. No i przede wszystkim coraz lepiej można go zrozumieć. Pięknie wymawia już „k” i „g”. Nie we wszystkich słowach, rzecz jasna, ale bardzo często. Czasem nawet sam się poprawia :) My nie ciśniemy go jakoś szczególnie, staramy się mówić wyraźnie i poprawnie, czasem podpowiemy, ale nie natrętnie. I udaje się. Idzie mu naprawdę dobrze. Już nie woła „Tupę i situ!” ;) No i nie ma już na imię „Nitołaj”, ale „Mikołaj”. Brzmi to naprawdę dumnie :) Któregoś dnia (mam nadzieję, że w święta mi się uda) powrzucam jakieś aktualne filmiki, to sami usłyszycie, jaki nastąpił progres :)

Z okazji, że czeka mnie wkrótce rejestrowanie zajęć logopedycznych do pracy dyplomowej oraz z myślą o przyszłej pracy logopedycznej, małżonek wybrał mi dyktafon – Olympus. Sprzęt daje radę (w końcu wiadomo, że małżonek byle czego nie wybierze), nagrywa rewelacyjnie, ma mnóstwo opcji, ustawienia czułości mikrofonu i inne pierdoły. Przy tej okazji nagrywać zaczęłam też Miśka. Rozmowy z nim czasem powalają :) Myślę, że takie dialogi będą dla niego miłą pamiątką za kilkanaście lat. A jeśli nie dla niego, to dla nas na pewno :)

Święta spędzamy tradycyjnie we Wrocławiu, w swoim trzyosobowym gronie. Rodziny obydwie odwiedziliśmy już, więc nie ma napinki, by w święta jeszcze gdzieś jeździć. Chyba, że nam strzeli coś do głowy i podjedziemy do Głuchowa lub Gniezna na kawę.

Sylwestra też spędzamy w domu. Tylko zimne ognie trzeba kupić :)

Mam trochę nowych zdjęć. Nie za dużo, bo fotografowanie też ostatnio zaniedbałam, ale coś tam, mam nadzieję, w święta wrzucę i wtedy dam znać. Dziś nie wklejam nic, bo już późno, a zdaję sobie sprawę, że jeśli nie wrzucę dzisiaj tego wpisu, to znowu mi przynajmniej kilka dni minie, nim do tego wrócę. Wybaczcie więc brak grafiki jakiejkolwiek. Wkrótce nadrobię i te zaległości.

Na dziś koniec. Choć trochę uzupełniłam braki. Do następnego :)