Witaj, Witku! cz. 2

„Odpoczywanie” na sali pooperacyjnej trwało do wieczora. Na jakiś czas dwukrotnie przyniesiono Witka, bym mogła go przystawić do piersi i poprzytulać. Read more

Poród – 8 grudnia 2007

No i mały Misiek jest już z nami. Ale wszystko po kolei…

Na porodówkę poszłam około 9 rano. Standardowo podłączyli mi ktg i po krótkim czasie dostałam kroplówkę. Opiekowała się mną tego dnia pani Mariola – położna, znajoma pani Joli. Pani Jola prosiła ją, by się mną zajęła i by mi pomogła urodzić naturalnie. Kroplówka leciała o wiele szybciej niż w środę – ciekawe, jakim problemem było podkręcić ją już wtedy… Skurcze zaczęły mnie brać dość szybko. I nawet dość porządne. Bolało w cholerę. W międzyczasie badała mnie lekarka z porodówki i pani Mariola. Zaczynało się robić jakieś rozwarcie. Najpierw na jeden palec, potem na dwa… Powoli zaczynałam mieć nadzieję, że się w końcu uda. Oksytocyna dawała czadu. Wkrótce zaczęły się skurcze krzyżowe. Co tu dużo pisać – jak któraś z Was rodziła, to wie, o czym mówię i jak to może boleć… Położna przyniosła mi piłkę, żeby sobie na niej posiedzieć, pomasować krocze – żeby trochę ból złagodzić. Rzeczywiście pomagało – na piłce odnalazłam jedyną pozycję, w której dało się znieść skurcze.

Około wpół do czwartej kolejny raz zbadała mnie pani Mariola. Okazało się, że pęcherz płodowy jest już bardzo napięty, więc go przebiła. Odeszły mi wody – okazało się, że miały już seledynowy kolor. Wtedy położna stwierdziła, że jakby na to nie spojrzeć, dzisiaj na pewno urodzę. I że mogę już zadzwonić po Mariusza.

Misiek przyjechał bardzo szybko. Wolę nie wiedzieć, jak wyglądała ta jego podróż do szpitala ;) Wpuścili go do mnie na salę, mimo że leżałam w boksie do porodów ogólnych, bo obok nikt inny nie rodził. No a sale do rodzinnego były akurat zajęte. Siedzieliśmy więc sobie za parawanikiem, ja na piłce, Mariusz na niewygodnym krześle. Po jakimś czasie poszliśmy pod prysznic, trochę ulżyło, ale nie za bardzo.

Po badaniu lekarka stwierdziła, że dam radę urodzić sama, że macica podjęła czynność, mimo że odłączyli już kroplówkę. Ucieszyliśmy się bardzo. Wizja cesarki oddaliła się.

O 20.00 znowu zostałam zbadana – rozwarcie było już na 3 palce (6 cm). Położna ponownie wysłała mnie pod prysznic i potem miałam mieć podłączone ktg. W międzyczasie przenieśliśmy się na salę do porodu rodzinnego. Misiek mógł tam wreszcie jakoś normalnie usiąść, bo na fotelu. Ja większość czasu klęczałam przy łóżku na kolanach, bo tak było najwygodniej – piłka już nie dawała rady. Dostałam wtedy też jakąś kroplówkę przeciwbólową. Ale nie poskutkowała.

Około 21.30 przyszła pani Mariola i ponownie mnie zbadała. Okazało się, że rozwarcie się nie powiększa. Zawołała lekarkę. Okazało się, że akcja porodowa stanęła w miejscu. I rzeczywiście – nawet skurcze stawały się rzadsze i słabsze. Pani doktor zadecydowała, że trzeba w trybie pilnym zakończyć poród przez cesarskie cięcie. Zrobiło mi się bardzo przykro. Bo wierzyłam, że uda się tego uniknąć. Do tego strasznie bałam się tej operacji, znieczulenia. No ale nie było już innego wyjścia. Prosiłam tylko Mariusza, żeby zaraz po porodzie wziął Mikołaja na ręce, by do niego mówił, by przy nim był. Bo po porodzie naturalnym dziecko od razu wędruje w ramiona mamy i taty. A po cesarce sama nie wiedziałam kiedy go zobaczę po raz pierwszy. A nie chciałam, żeby sam leżał w wózeczku gdzieś na sali.

Do operacji przygotowali mnie bardzo szybko. Znieczulenie w kręgosłup podziałało od razu, tak jak powinno. Bardzo się go bałam, ale dało się przeżyć. Potem rozłożyli mnie na stole, przegrodzili parawanem, bym nic nie widziała, no i zaczęło się. W międzyczasie zaczęło mi bardzo spadać ciśnienie. Anestezjolog bardzo się zdenerwowała. A mi się robiło słabo i ciemno przed oczami. Słyszałam tylko, jak anestezjolog wyzywała kogoś z porodówki, że kolejny raz przyprowadzili wygłodzoną i odwodnioną prawie pacjentkę, że mogli mi dać chociaż glukozę albo sól fizjologiczną. No ale po kilku minutach zaczęło mi rosnąć ciśnienie i dochodziłam do siebie.

Nie wiem jak długo to wszystko trwało. W pewnym momencie usłyszałam tylko jakiś pisk. Dowiedziałam się wtedy, że doktor wyjął już główkę i za chwilę pójdzie reszta. I rzeczywiście – po kilku chwilach usłyszałam płacz dziecka i się popłakałam. To był pierwszy objaw dla mnie, że z Mikołajem jest ok. Lekarz zaczął mnie zszywać, a w tym czasie Misiaczek powędrował już do kącika noworodka na wszystkie badania. Po paru minutach przyszła położna i powiedziała, że mały dostał 10 punktów w skali Apgar. I że ma widoczne cechy przenoszenia (i niech mnie w d…e pocałują wszyscy ci, którzy mi wpierali, że źle termin obliczyliśmy!!!). Trochę się tym zdenerwowałam, ale okazało się, że to nic groźnego.

Jak już mnie pozszywali to zawołali Mariusza, żeby mnie pomógł przenieść na łóżko. I wywieźli mnie do dyżurki, żeby jeszcze trochę poobserwować.

I wtedy przynieśli mi Mikołajka. Co prawda leżałam plackiem i nie mogłam się ruszać, ale lekarka położyła mi go na piersiach i pomogła przystawić, by mały troszkę possał. I udało mu się! Chwilę musiał poćwiczyć, ale wreszcie zassał! A mi łzy płynęły ze szczęścia, że mamy zdrowe dziecko. Mariusz cały czas był przy nas. I też jakoś nic nie mówił… Chyba też ze wzruszenia :)

misiek

Potem przewieźli mnie na oddział położniczy na salę pooperacyjną. Byłam tam sama przez całą noc. Ale nie za bardzo mogłam pospać. Gdy przestało działać znieczulenie to rana tak mnie zaczęła boleć, że myślałam, że nie wytrzymam. Miałam podłączoną kroplówkę ze środkami przeciwbólowymi, ale zaczęła działać dopiero o 3.30 w nocy, a ja na pooperacyjnej leżałam od około północy. Przeszło zupełnie dopiero nad ranem. Zresztą – „zupełnie” to złe określenie. Bo szycie bolało cały czas. Ale już nie byłam tak bardzo obolała.

Rano, mimo że jeszcze nie mogłam wstawać, położna przywiozła mi Mikołajka i położyła obok mnie na łóżku. Mały spał. Potem go zabrali na obchód, a w międzyczasie przyjechał Mariusz. No i kazali mi też wstawać. To była kolejna masakra, bo zupełnie nie miałam siły, a bolało jak cholera. No ale jakoś się udało i mogłam już przenieść się do zwykłej sali. Poszłam pod prysznic, przyprowadziliśmy z Mariuszem Mikołaja i tak nam mijała niedziela – pierwszy dzień życia naszego synka.

Reszty pobytu w szpitalu nie będę już opisywać. Najważniejsze już za nami – poród. A reszta zleciała szybko na szczęście i w ubiegłą środę wypisali nas już do domu.

Jedno wiem na pewno – jeśli będę rodzić drugie dziecko, to na pewno nie we Wrocławiu. Jakoś mam awersję do tutejszej służby zdrowia. Mariusz też. Życie…

Zdjęcia naszej Pociechy są oczywiście do obejrzenia w galerii. Zapraszam!

Szpital cz.6 – 6.12.2007

Minął jeden dzień z kroplówką, minął drugi po kroplówce i nic… Wczoraj mnie około 11 podłączyli, ale po przebadaniu (jeszcze przed kroplówką) lekarz stwierdził, że raczej nic z tego dzisiaj nie będzie, bo nie ma żadnego rozwarcia. Czyli kiepsko. Bardzo to przeżyłam, szczerze mówiąc. Chciało mi się płakać. Chyba za bardzo się nastawiłam na to, że tego dnia urodzę. Skurcze przyszły, ale nic poza tym – normalna reakcja na oksytocynę. Biedny mój Misiek naczekał się niepotrzebni pod drzwiami, nastresował. Przyjechał o 12.00 i cały czas czekał. Około 14.30 pozwolili mi wyjść na korytarz do Mariusza. I tak siedzieliśmy sobie razem, ja co 20-30 minut szłam na ktg posłuchać serduszka, a Misiek czekał. W końcu około 15.30 odłączyli mi kroplówkę, zrobili ktg i kazali przyjść za 15 minut. Miałam zostać zbadana przez lekarza i mieli powtórzyć ktg. Zgłosiłam się po tych 15 minutach, ale ponieważ zrobił się zamieszanie na porodówce, to lekarz najzwyczajniej w świecie mnie olał i odesłał na oddział. Ekstra po prostu. Wieczorem o 21 zrobili mi ktg. Coś tam się na linii skurczów rysowało, no ale do dzisiejszego ranka przeszło.

W ogóle to wczorajszy dzień był straszny. Byłam nim wykończona psychicznie i emocjonalnie. Płakałam już z tej bezsilności i ze zmęczenia. Mariusz nie wiedział już, co ze mną robić. Gdy siedzieliśmy na korytarzu podszedł do nas ordynator (chyba widział, że byłam zapłakana) i próbował jakoś pocieszyć i uspokoić, że to, że jest to ciąża przeterminowana nie oznacza, że jest przenoszona itd. Bardzo nam pomógł, szczerze mówiąc. Taki zwykły, ludzki odruch. Bardzo tego brakuje w tym szpitalu. Na tym oddziale. Ja wiem, że tak naprawdę nie mam na co narzekać. Cała ciąża poszła doskonale. Mamy w brzuchu zdrowego malucha, nic się z nim złego nadal nie dzieje. Ale po pierwsze dla mnie stresem jest to, że to już dwa tygodnie po terminie, a ten nasz zdrowy maluch się nie rodzi. Po drugie, cały czas słucham tu o różnych patologicznych przypadkach. O porodach po terminie, o kleszczach, o zielonych wodach płodowych, o cesarkach i o tysiącu jeszcze innych rzeczy strasznych lub mniej strasznych. I okazuje się, że jestem w stanie słuchać tego tylko do pewnego momentu. Niestety, ten moment został już dawno przekroczony i w tej chwili jestem tym po prostu wykończona. Wolałabym się wypisać na żądanie i czekać na poród w domu, jeśli tylko na czekaniu miałby polegać mój dalszy pobyt tutaj. Bo dostaję już na głowę. A jeszcze kolejną rzeczą, która mnie rozbraja jest to, że trzeba ciągle za wszystkimi chodzić, by się czegoś dowiedzieć. No i to wymieszanie pacjentek z patologii z dziewczynami z położniczego. Masakra. Humanitarne to to nie jest.

Dziś rano na obchodzie dowiedziałam sie tylko, że będę miała zrobione usg (o ile się uda załatwić, bo to oddziałowe jest od tygodnia zepsute). No i dalej to lekarka stwierdziła, że nie wie, co ze mną zrobić. Spytała tylko położnej, czy mam wszystkie badania do cesarki zrobione. Ekstra – pomyślałam sobie. Zdaję sobie sprawę, że nie można wykluczyć cesarki, ale, kurde, chciałabym usłyszeć to od jakiegoś lekarza osobiście, a nie podsłuchując rozmowę z położną.

Usg wyszło ok. Kolejna osoba stwierdziła, że na pewno coś skopaliśmy przy obliczaniu terminu. Bo ciąża nie wygląda na przenoszoną. No to, kurde, trzeba się chyba z tego cieszyć, nie?! Denerwuje mnie robienie ze mnie głupka, który nie potrafi liczyć. Po pierwsze dlatego, że wszystkie wcześniejsze cykle miałam zanotowane. Po drugie dlatego, że wiem, kiedy miałam ostatnią miesiączkę. I wiem to na 200%, to nie jest trudne. Po trzecie to lekarz mi obliczył termin. A po czwarte, z badań usg to data – lub jej kilkudniowe okolice – potwierdziła się. Czasem była różnica 2-4 dni, ale nic poza tym. No ale cóż… Ja jestem tylko pacjentem i na niczym się nie znam. Nawet na własnym okresie.

Po południu przyszła lekarka i powiedziała, że w sobotę znów pójdę na kroplówkę. I tyle. Zobaczymy, co się będzie dalej działo. Może coś się ruszy. Mam wrażenie, że od wczoraj odchodzi mi czop śluzowy, ale nie wiem, czy to na pewno jest to. I brzuch mi się strasznie napina. Ale wszyscy ciągle mówią, że jest strasznie wysoko jeszcze. Czy zawsze wszystkie kobiety przed porodem mają nisko brzuch? Może zdarzają się jakieś małe wyjątki?

Uspokoiłam się o tyle, że dają mi jeszcze szanse na naturalny poród. Że nie od razu każą kłaść się pod nóż. Ja wiem, że jak będzie trzeba, to się zgodzę na cesarkę, ale jeśli się uda po tej kroplówce, to będzie to spełnienie moich marzeń.

A Mikołaj dziś nie daje mi spokoju. Wieczorem tak się rozbrykał, że szczerze przyznam, momentami mam już dość i chętnie bym mu oddała ;) Kopie mnie tak mocno, że wyję z bólu. Mały złośliwiec…

Szpital cz.4 – 3.12.2007

Poniedziałkowe popołudnie w szpitalu. Rano przyszła pani Jola. Powiedziała, że pogada z lekarzem. Potem był nawet całkiem normalny obchód. Lekarka kazała się zgłosić do zabiegówki. Tam mnie zbadała, stwierdziła, że jest ok i że szyjka krótka, gotowa do porodu. Położna powiedziała, bym za chwilę się zgłosiła, to zrobią mi lewatywę i wyślą na porodówkę na test oct. Jak się dowiedziałam, to ten test to po prostu kroplówka z oksytocyny. Powoli zwiększają dawką i sprawdzają na ktg reakcję serca dziecka. Jak będzie prawidłowa, to odeślą na oddział i będą dalej decydować, co robić, a jak nieprawidłowa, to może być różnie – od wywołania po cesarkę. I tyle.
Poszłam więc na tę porodówkę. Położyli mnie na wyrku za parawanem. Podłączyli ktg i dali kroplówkę. W międzyczasie przyszła pani Jola, pogadała z lekarzem z porodówki i z położną, i powiedziała, że jestem z jej szkoły rodzenia. Nie wiem, czy to zasługa tych słów, czy po prostu tamten personel jest inny, ale opieka od razu była bardziej odczuwalna. Doktor zaglądał bardzo często. Przychodziła też położna. Na koniec gdy już mnie odłączyli jeszcze raz przyszła tamta położna pogadać ze mną. Powiedziała, że próba wyszła dobrze. Pytałam o badania wód. Powiedziała, że można wykluczyć zzielenienie wód z niedotlenienia, bo z ktg widać, że mały jest dotleniony. A jeśli idzie o smółkę, to powinno wyjść na usg. No ale usg mi nie zrobią, bo od tygodnia jest zepsuta głowica. Wypas. W ogóle to lekarz z porodówki się dziwił, że nikt nie wysłał mnie na test oct do nich już w piątek, skoro tu już od wtedy leżę. Kolejny wypas.

No i teraz leżę u siebie na sali i czekam. Albo na skurcze, albo na jakąś decyzję. Może tu jeszcze pani Jola wpadnie, to się spytam, może ona coś będzie wiedzieć na co mam się nastawić. Poza tym jestem strasznie śpiąca i zmęczona.

Zwiedzanie porodówki na Chałubińskiego

Jeśli chodzi o niedzielę, to udało nam się zwiedzić oddział położniczy w szpitalu na Chałubińskiego. Akurat wszystkie sale porodowe były puste, więc mogliśmy, dzięki pani Joli, zajrzeć niemal wszędzie :) Szczególnie jedna sala do porodu rodzinnego nam się spodobała. W sumie jest to pokój do rodzenia w wodzie, ale podobno mało jest takich porodów, w związku z czym, o ile ta sala jest akurat wolna, można poprosić o rodzenie właśnie tam, za nieco większą opłatą niż standardowa. I tak stwierdziliśmy z Miśkiem, że ją weźmiemy, gdy będzie okazja. Oczywiście chodzi przede wszystkim o kanapę skórzaną, która tam stoi :) W tej mniejszej sali jest tylko krzesełko, a perspektywa możliwości poleżenia sobie w czasie porodu bardzo się Miśkowi spodobała :) W ogóle to oddział bardzo mi się spodobał. Są dwie sale jednoosobowe do leżenia po porodzie (mam nadzieję, że będzie jedna wolna, gdy będziemy rodzić). Muszę przyznać, że z chwilą zwiedzenia oddziału minął mi zupełnie stres związany z porodem. W ogóle to gadaliśmy wczoraj z Miśkiem, że tak już teraz na luzie podchodzimy do tego tematu. I dzięki Bogu, bo jeśli mielibyśmy ciągle nie przesypiać nocy ze stresu (jak to było we wrześniu), to byśmy się powykańczali. A tak to luzik, póki co. Wiadomo, że na pewno będzie jakiś stres jak się zacznie poród. Ale póki co nastawienie mamy bardzo pozytywne. Dużo też daje szkoła rodzenia. Dla nas to jest niczym grupa wsparcia. Człowiek się może o wszystko wypytać, bo czytanie gazetek dla mam lub różnych stronek internetowych czy forów, tak naprawdę niewiele nam wcześniej dało. W szkole można pogadać z żywym człowiekiem, który odebrał ileś-set porodów i wie o czym mówi. Jak będziecie kiedyś w ciąży, to nie omijajcie, kochani, szkoły rodzenia. Tylko poszukajcie jakiejś porządnej :) Nam już niewiele zajęć zostało. Za tydzień w czwartek wyczekiwana nauka kąpieli i pielęgnacji noworodka :) Musimy wziąć ze sobą aparat :) Bo na pewno będzie śmiesznie :)

Coraz bliżej…

Po dzisiejszej wizycie w Mediconcepcie postanowiliśmy spakować torby do szpitala. Generalnie wszystko jest ok, a w szczegółach… Cóż, rozwarcie na 1 centymetr. Na razie to nic poważnego, ale Mydłowski stwierdził, że maluszkowi się najwidoczniej śpieszy. Powiedział też, że nawet jeśli się wcześniej urodzi, to jest już tak duży, że spokojnie sobie da radę. Następną wizytę mam za dwa tygodnie – wtedy Mydłoś ma powypisywać wszystkie skierowania na ostatnie przedporodowe badania no i będziemy czekać… Coś czuję, że do terminu nie dotrwamy… Na szczęście mamy już całą wyprawkę. Do „torby mamy” do szpitala brakuje nam jeszcze klapków, stanika do karmienia i wkładek laktacyjnych, poza tym reszta skompletowana. Trzeba to tylko spakować, no i mieć w pogotowiu. Aczkolwiek mam nadzieję, że aż tak wcześnie się nie urodzi, mógłby trochę poczekać nasz Mikołajek z tym pchaniem się na świat :) Choć prawdą jest, że nie możemy się obydwoje doczekać. My, tzn Mariusz i ja, oczywiście, bo Mikołaj jak na razie nie potrafi wyrazić swego zdania.
Byłam też na ktg, wynik prawidłowy. Za tydzień mam się zgłosić znowu.

Cóż poza tym… Misiek jest chory, leży w łóżeczku od kilku dni i zdycha. No, w sumie to już nie zdycha, bo mu się trochę polepsza po antybiotykach. Nie zmienia to jednak faktu, że nudzi mu się strasznie. Wczoraj kupiłam mu puzzle. Zajął się nimi na dobre :) Przynajmniej nie spędza tyle czasu przy komputerze, co do tej pory.

USG trójwymiarowe

Wczoraj byliśmy w Mediconcepcie na trójwymiarowym USG. Na początku były małe problemy, bo źle się nagrywało. Dr Mydłowski się, biedny, zestresował, no bo w końcu bardzo nam zależało na tym nagraniu. Ale w końcu sytuacja została opanowana – oczywiście dzięki mnie! :))) Bo przed wyjściem jakoś mi się intuicyjnie pomyślało, żeby zabrać z domu pustą płytką dvd. No i okazało się, że pomysł był celny, bo nagrywarka nie zapisywała dlatego, że w przychodni kupili jakieś felerne płytki. Na naszej wszystko udało się zarejestrować :)

Na razie nie uda nam się raczej umieścić tu tego nagrania, bo trochę przy tym trzeba będzie popracować – a to dola Mariusza. Ale póki co to fotki możecie obejrzeć. Bo ciekawe są :) Mnie się najbardziej podoba ta (bo widać, jak Mikołajek ssie palucha):

kciuk

Są też kolejne zdjęcia potwierdzające, że Mikołaj to na 1000% chłopiec, a nie dziewczynka :) Ciekawe, czy uda Wam się dostrzec (podpowiem, że zerkać trzeba bardziej na lewą część fotki):

siusiak

Co poza tym? Synuś ułożony już jak do porodu. Z łożyskiem wszystko ok. Serduszko czterojamowe, ślicznie bijące :) Nerki w porządku, kręgosłup piękny, nogi długie, pęcherz moczowy w normie. No i brzuszek nasze maleństwo ma podobno pokaźny :) Mydłowski stwierdził, że widać, iż się w ciąży nie odchudzałam :) Żołądek ma Mikołaj ogromniasty – ale w normie :) Po prostu mały łakomczuszek z niego :) Ciekawe… Po mamusi czy po tatusiu… ;) Zresztą na USG świetnie to wyglądało – taki mały naburmuszony pyszczek (mimika ewidentnie po tatusiu ;)), pucołowate poliki i do tego łapsko jak mała parówka :) Mniam mniam – taki maluszek tłuściutki do schrupania :) No i waży tez swoje – bo już 2190g. Mydłowski powiedział, że duży chłopak z naszego Mikołajka. Dobrze, że kupiliśmy większość ubranek w rozmiarze 62 :)

A! I wg badania USG przewidywany termin porodu jest już nie na 23 listopada, ale na 14… Cóż… Trzeba będzie niedługo torbę pakować :)

Do obejrzenia większej ilości zdjęć Pacholęcia zapraszam do naszej galerii.

Jeszcze z 6 tygodni :)

Wczoraj zaliczyłam kolejną wizytę w Mediconcepcie. Położna podłączyła mnie do ktg (dla nie wtajemniczonych – taka maszynka, która przez kilka minut bada rytm serca dzidziusia i sprawdza skurcze macicy). Okazało się, że wszystko ok. To już 32 tydzień ciąży – jeszcze z 6 tygodni i można zacząć rodzić :)
Co do badań lekarskich to dr Mydłowski powiedział wczoraj, że skróciła się szyjka macicy. Stwierdził, że to na razie nic groźnego, ale mam się „oszczędzać” i zacząć „chodzić dostojnie jak kobieta w ciąży” :) Generalnie mam nie dźwigać i dużo odpoczywać :) No, czyli tak, jak robię cały czas ;)

Żadnych nowych fotek Mikołaja nie mam, bo umówiliśmy się na poniedziałek na usg trójwymiarowe z zapisem na płytkę. Może się coś z tego uda pokazać w blogu. Ale nie wiem, tym się będzie musiał zająć Mariusz raczej, bo ja się nie znam.

Przedwczoraj udało mi się kupić fajny szlafrok – już z myślą o szpitalu. Piszę „udało mi się”, bo już od dawna się z Miśkiem rozglądaliśmy za czymś sensownym i albo były super drogie, albo tanie ale kiepskie jakościowo. A ten nie był zbyt drogi i do tego bardzo, bardzo milutki :) Mariusz, do mówienia do mnie „Miśku” dorzuca jeszcze „pluszowy”, bo szlafroczek pluszowy jest :)

We wtorek wybrałam się też sama do kina. Sama, bo seans był w godzinach wczesno-popołudniowych, a do tego film był z gatunku takich, których Mariusz nie lubi – do bólu romantyczny :) „Zakochana Jane” – taka biografia Jane Austen. Śliczny był, polecam wszystkim kobietkom :)

Ciągle szukamy wózka…. Masakra… Niby znaleźliśmy ideał, ale musimy go jeszcze gdzieś obejrzeć. Mam nadzieję, że uda się w przyszłym tygodniu.

A! Od soboty mamy ślicznie zawieszone półeczki w pokoju i pokoiku :) Udało nam się nawet poukładać wszystko na tych półeczkach i meblościance. Z mebelków zostało nam jeszcze kupienie półek na płyty cd, dywanik do pokoiku i lampki nocne. No i firanki z Puchatkiem :)

Wczoraj dostałam przedwczesne prezenty urodzinowe od Miśka :) Trzy super książeczki – „Język niemowląt” Tracy Hogg, „Sekrety mistrza fotografii cyfrowej” Scotta Kelby’ego oraz „Gringo wśród dzikich plemion” Wojciecha Cejrowskiego. Tę ostatnią zaczęłam już czytać – świetna :) Dziękuję :)

Na ostatnich zajęciach w szkole rodzenia mieliśmy „parcie markowane”. Każda z nas kładła się w pozycji jak do porodu, obok siadał małżonek, położna przy nogach i uczyłyśmy się przeć. Najpierw parę głębokich powolnych oddechów przeponowych jak podczas skurczu, po czym trzeba było nabrać powietrza, wstrzymać je i przeć. Oczywiście my nie parłyśmy na serio, bo nie wolno – jeszcze by któraś tam zaczęła rodzić. Ale chodziło o wyrobienie umiejętności oddychania podczas skurczu i parcia i o szybką zmianę powietrza w przeponie podczas skurczu. Trochę skomplikowanie to opisałam, ale mam nadzieję, że zrozumiecie. Jeśli nie – trudno :)
A jeśli chodzi i to parcie, to Misiek był ze mnie dumny, bo tak super mi poszło, że aż położna była zaskoczona i pochwaliła :) A to wszystko tak naprawdę dzięki Mariuszowi. Bo bardzo pomogło mi w tym nurkowanie, którego uczył mnie na basenie :) Ech… żeby tylko tak łatwo poszło przy porodzie :)

Jutro jedziemy do Szczecina na weekend. Już nie mogę się doczekać. A więc następny wpis w przyszłym tygodniu z relacją z wyjazdu :)

Przedporodowe koszmary nocne ;)

Ech, nie sądziłam, że psychiczne przygotowanie do rodzenia może być takie trudne. Ale stres mam chyba makabryczny, bo od tygodnia nie zdarzyło mi się przespać ciurkiem całej nocy :( I to nie dlatego, że Mikołaj mnie budzi kopami w żebra, ale właśnie dlatego, że mam jakieś dziwaczne sny. Dzisiaj się obudziłam o 2.30 bo mi się śniło, że już rodzę. I tak co noc. Tylko, że sny się zmieniają. Czasem mi się śni, ze rodzę, czasem, że robię jakieś zakupy wyprawkowe. Zwariować można. Do tego jeszcze po obejrzeniu jakiegoś programu w tvn24 śniła mi się Jola Kwaśniewska (że jest w ciąży oczywiście) i J.M.Rokita. Potem mi się śniło, że Mariusz popłynął gdzieś jakąś łódką w nocy i rano go znalazłam, jak obierał ryby z rybkami. Masssakra po prostu.
A co do Mariusza, to on też mi dziś w nocy nie ułatwiał spania ;) Najpierw mnie przez sen głaskał po policzku, a potem łaskotał palcami od nóg w stopy. Rano nic nie pamiętał, rzecz jasna :)

W te nieprzespane noce przynajmniej nadrabiam czytanie książek. Jak tak człowiek sobie dwie godziny w nocy poczyta, to się potem lepiej zasypia ;) Chociaż, jakby nie było, wolałabym spać całą noc a poczytać sobie w dzień. Ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

Ale generalnie, to stresujemy się obydwoje. Tylko, że z innych nieco powodów. Ja denerwuję się porodem, a Mariusz bardziej tym, że takiego maluszka będziemy mieli w domu i czy sobie dobrze poradzimy :) Chociaż, mimo stresu, czekamy bardzo obydwoje :) Wczoraj w szkole rodzenia mieliśmy zajęcia o pierwszych godzinach i dniach po porodzie. I pani Jola opowiadała o tym, że przez pierwsze dwie godziny maleństwo zostaje na sali porodowej z rodzicami. I że wtedy jest czas, żeby nawiązać pierwszy kontakt, poprzytulać itd. I że to jest chwila, na którą każda z mam czekała całe 9 miesięcy. No i ma rację. Bo ja też bardzo czekam na ten moment :) Ta szkoła rodzenia to naprawdę błogosławieństwo!

A właśnie, jeśli chodzi o szkołę, to wczoraj mieliśmy pół godziny gimnastyki. Oczywiście tatusiowie pomagali :) A potem uczyli się masować plecy mamuś :) Nie powiem, milutkie to było :) Generalnie to śmiechu było na tych zajęciach wiele. Wszyscy tam przychodzą odreagować chyba. I głupawka nas tam łapie. Ale to dobrze, bo przynajmniej można pogadać z ludźmi, którzy jadą na tym samym wózku :)