Poród – 8 grudnia 2007

No i mały Misiek jest już z nami. Ale wszystko po kolei…

Na porodówkę poszłam około 9 rano. Standardowo podłączyli mi ktg i po krótkim czasie dostałam kroplówkę. Opiekowała się mną tego dnia pani Mariola – położna, znajoma pani Joli. Pani Jola prosiła ją, by się mną zajęła i by mi pomogła urodzić naturalnie. Kroplówka leciała o wiele szybciej niż w środę – ciekawe, jakim problemem było podkręcić ją już wtedy… Skurcze zaczęły mnie brać dość szybko. I nawet dość porządne. Bolało w cholerę. W międzyczasie badała mnie lekarka z porodówki i pani Mariola. Zaczynało się robić jakieś rozwarcie. Najpierw na jeden palec, potem na dwa… Powoli zaczynałam mieć nadzieję, że się w końcu uda. Oksytocyna dawała czadu. Wkrótce zaczęły się skurcze krzyżowe. Co tu dużo pisać – jak któraś z Was rodziła, to wie, o czym mówię i jak to może boleć… Położna przyniosła mi piłkę, żeby sobie na niej posiedzieć, pomasować krocze – żeby trochę ból złagodzić. Rzeczywiście pomagało – na piłce odnalazłam jedyną pozycję, w której dało się znieść skurcze.

Około wpół do czwartej kolejny raz zbadała mnie pani Mariola. Okazało się, że pęcherz płodowy jest już bardzo napięty, więc go przebiła. Odeszły mi wody – okazało się, że miały już seledynowy kolor. Wtedy położna stwierdziła, że jakby na to nie spojrzeć, dzisiaj na pewno urodzę. I że mogę już zadzwonić po Mariusza.

Misiek przyjechał bardzo szybko. Wolę nie wiedzieć, jak wyglądała ta jego podróż do szpitala ;) Wpuścili go do mnie na salę, mimo że leżałam w boksie do porodów ogólnych, bo obok nikt inny nie rodził. No a sale do rodzinnego były akurat zajęte. Siedzieliśmy więc sobie za parawanikiem, ja na piłce, Mariusz na niewygodnym krześle. Po jakimś czasie poszliśmy pod prysznic, trochę ulżyło, ale nie za bardzo.

Po badaniu lekarka stwierdziła, że dam radę urodzić sama, że macica podjęła czynność, mimo że odłączyli już kroplówkę. Ucieszyliśmy się bardzo. Wizja cesarki oddaliła się.

O 20.00 znowu zostałam zbadana – rozwarcie było już na 3 palce (6 cm). Położna ponownie wysłała mnie pod prysznic i potem miałam mieć podłączone ktg. W międzyczasie przenieśliśmy się na salę do porodu rodzinnego. Misiek mógł tam wreszcie jakoś normalnie usiąść, bo na fotelu. Ja większość czasu klęczałam przy łóżku na kolanach, bo tak było najwygodniej – piłka już nie dawała rady. Dostałam wtedy też jakąś kroplówkę przeciwbólową. Ale nie poskutkowała.

Około 21.30 przyszła pani Mariola i ponownie mnie zbadała. Okazało się, że rozwarcie się nie powiększa. Zawołała lekarkę. Okazało się, że akcja porodowa stanęła w miejscu. I rzeczywiście – nawet skurcze stawały się rzadsze i słabsze. Pani doktor zadecydowała, że trzeba w trybie pilnym zakończyć poród przez cesarskie cięcie. Zrobiło mi się bardzo przykro. Bo wierzyłam, że uda się tego uniknąć. Do tego strasznie bałam się tej operacji, znieczulenia. No ale nie było już innego wyjścia. Prosiłam tylko Mariusza, żeby zaraz po porodzie wziął Mikołaja na ręce, by do niego mówił, by przy nim był. Bo po porodzie naturalnym dziecko od razu wędruje w ramiona mamy i taty. A po cesarce sama nie wiedziałam kiedy go zobaczę po raz pierwszy. A nie chciałam, żeby sam leżał w wózeczku gdzieś na sali.

Do operacji przygotowali mnie bardzo szybko. Znieczulenie w kręgosłup podziałało od razu, tak jak powinno. Bardzo się go bałam, ale dało się przeżyć. Potem rozłożyli mnie na stole, przegrodzili parawanem, bym nic nie widziała, no i zaczęło się. W międzyczasie zaczęło mi bardzo spadać ciśnienie. Anestezjolog bardzo się zdenerwowała. A mi się robiło słabo i ciemno przed oczami. Słyszałam tylko, jak anestezjolog wyzywała kogoś z porodówki, że kolejny raz przyprowadzili wygłodzoną i odwodnioną prawie pacjentkę, że mogli mi dać chociaż glukozę albo sól fizjologiczną. No ale po kilku minutach zaczęło mi rosnąć ciśnienie i dochodziłam do siebie.

Nie wiem jak długo to wszystko trwało. W pewnym momencie usłyszałam tylko jakiś pisk. Dowiedziałam się wtedy, że doktor wyjął już główkę i za chwilę pójdzie reszta. I rzeczywiście – po kilku chwilach usłyszałam płacz dziecka i się popłakałam. To był pierwszy objaw dla mnie, że z Mikołajem jest ok. Lekarz zaczął mnie zszywać, a w tym czasie Misiaczek powędrował już do kącika noworodka na wszystkie badania. Po paru minutach przyszła położna i powiedziała, że mały dostał 10 punktów w skali Apgar. I że ma widoczne cechy przenoszenia (i niech mnie w d…e pocałują wszyscy ci, którzy mi wpierali, że źle termin obliczyliśmy!!!). Trochę się tym zdenerwowałam, ale okazało się, że to nic groźnego.

Jak już mnie pozszywali to zawołali Mariusza, żeby mnie pomógł przenieść na łóżko. I wywieźli mnie do dyżurki, żeby jeszcze trochę poobserwować.

I wtedy przynieśli mi Mikołajka. Co prawda leżałam plackiem i nie mogłam się ruszać, ale lekarka położyła mi go na piersiach i pomogła przystawić, by mały troszkę possał. I udało mu się! Chwilę musiał poćwiczyć, ale wreszcie zassał! A mi łzy płynęły ze szczęścia, że mamy zdrowe dziecko. Mariusz cały czas był przy nas. I też jakoś nic nie mówił… Chyba też ze wzruszenia :)

misiek

Potem przewieźli mnie na oddział położniczy na salę pooperacyjną. Byłam tam sama przez całą noc. Ale nie za bardzo mogłam pospać. Gdy przestało działać znieczulenie to rana tak mnie zaczęła boleć, że myślałam, że nie wytrzymam. Miałam podłączoną kroplówkę ze środkami przeciwbólowymi, ale zaczęła działać dopiero o 3.30 w nocy, a ja na pooperacyjnej leżałam od około północy. Przeszło zupełnie dopiero nad ranem. Zresztą – „zupełnie” to złe określenie. Bo szycie bolało cały czas. Ale już nie byłam tak bardzo obolała.

Rano, mimo że jeszcze nie mogłam wstawać, położna przywiozła mi Mikołajka i położyła obok mnie na łóżku. Mały spał. Potem go zabrali na obchód, a w międzyczasie przyjechał Mariusz. No i kazali mi też wstawać. To była kolejna masakra, bo zupełnie nie miałam siły, a bolało jak cholera. No ale jakoś się udało i mogłam już przenieść się do zwykłej sali. Poszłam pod prysznic, przyprowadziliśmy z Mariuszem Mikołaja i tak nam mijała niedziela – pierwszy dzień życia naszego synka.

Reszty pobytu w szpitalu nie będę już opisywać. Najważniejsze już za nami – poród. A reszta zleciała szybko na szczęście i w ubiegłą środę wypisali nas już do domu.

Jedno wiem na pewno – jeśli będę rodzić drugie dziecko, to na pewno nie we Wrocławiu. Jakoś mam awersję do tutejszej służby zdrowia. Mariusz też. Życie…

Zdjęcia naszej Pociechy są oczywiście do obejrzenia w galerii. Zapraszam!

Szpital cz.6 – 6.12.2007

Minął jeden dzień z kroplówką, minął drugi po kroplówce i nic… Wczoraj mnie około 11 podłączyli, ale po przebadaniu (jeszcze przed kroplówką) lekarz stwierdził, że raczej nic z tego dzisiaj nie będzie, bo nie ma żadnego rozwarcia. Czyli kiepsko. Bardzo to przeżyłam, szczerze mówiąc. Chciało mi się płakać. Chyba za bardzo się nastawiłam na to, że tego dnia urodzę. Skurcze przyszły, ale nic poza tym – normalna reakcja na oksytocynę. Biedny mój Misiek naczekał się niepotrzebni pod drzwiami, nastresował. Przyjechał o 12.00 i cały czas czekał. Około 14.30 pozwolili mi wyjść na korytarz do Mariusza. I tak siedzieliśmy sobie razem, ja co 20-30 minut szłam na ktg posłuchać serduszka, a Misiek czekał. W końcu około 15.30 odłączyli mi kroplówkę, zrobili ktg i kazali przyjść za 15 minut. Miałam zostać zbadana przez lekarza i mieli powtórzyć ktg. Zgłosiłam się po tych 15 minutach, ale ponieważ zrobił się zamieszanie na porodówce, to lekarz najzwyczajniej w świecie mnie olał i odesłał na oddział. Ekstra po prostu. Wieczorem o 21 zrobili mi ktg. Coś tam się na linii skurczów rysowało, no ale do dzisiejszego ranka przeszło.

W ogóle to wczorajszy dzień był straszny. Byłam nim wykończona psychicznie i emocjonalnie. Płakałam już z tej bezsilności i ze zmęczenia. Mariusz nie wiedział już, co ze mną robić. Gdy siedzieliśmy na korytarzu podszedł do nas ordynator (chyba widział, że byłam zapłakana) i próbował jakoś pocieszyć i uspokoić, że to, że jest to ciąża przeterminowana nie oznacza, że jest przenoszona itd. Bardzo nam pomógł, szczerze mówiąc. Taki zwykły, ludzki odruch. Bardzo tego brakuje w tym szpitalu. Na tym oddziale. Ja wiem, że tak naprawdę nie mam na co narzekać. Cała ciąża poszła doskonale. Mamy w brzuchu zdrowego malucha, nic się z nim złego nadal nie dzieje. Ale po pierwsze dla mnie stresem jest to, że to już dwa tygodnie po terminie, a ten nasz zdrowy maluch się nie rodzi. Po drugie, cały czas słucham tu o różnych patologicznych przypadkach. O porodach po terminie, o kleszczach, o zielonych wodach płodowych, o cesarkach i o tysiącu jeszcze innych rzeczy strasznych lub mniej strasznych. I okazuje się, że jestem w stanie słuchać tego tylko do pewnego momentu. Niestety, ten moment został już dawno przekroczony i w tej chwili jestem tym po prostu wykończona. Wolałabym się wypisać na żądanie i czekać na poród w domu, jeśli tylko na czekaniu miałby polegać mój dalszy pobyt tutaj. Bo dostaję już na głowę. A jeszcze kolejną rzeczą, która mnie rozbraja jest to, że trzeba ciągle za wszystkimi chodzić, by się czegoś dowiedzieć. No i to wymieszanie pacjentek z patologii z dziewczynami z położniczego. Masakra. Humanitarne to to nie jest.

Dziś rano na obchodzie dowiedziałam sie tylko, że będę miała zrobione usg (o ile się uda załatwić, bo to oddziałowe jest od tygodnia zepsute). No i dalej to lekarka stwierdziła, że nie wie, co ze mną zrobić. Spytała tylko położnej, czy mam wszystkie badania do cesarki zrobione. Ekstra – pomyślałam sobie. Zdaję sobie sprawę, że nie można wykluczyć cesarki, ale, kurde, chciałabym usłyszeć to od jakiegoś lekarza osobiście, a nie podsłuchując rozmowę z położną.

Usg wyszło ok. Kolejna osoba stwierdziła, że na pewno coś skopaliśmy przy obliczaniu terminu. Bo ciąża nie wygląda na przenoszoną. No to, kurde, trzeba się chyba z tego cieszyć, nie?! Denerwuje mnie robienie ze mnie głupka, który nie potrafi liczyć. Po pierwsze dlatego, że wszystkie wcześniejsze cykle miałam zanotowane. Po drugie dlatego, że wiem, kiedy miałam ostatnią miesiączkę. I wiem to na 200%, to nie jest trudne. Po trzecie to lekarz mi obliczył termin. A po czwarte, z badań usg to data – lub jej kilkudniowe okolice – potwierdziła się. Czasem była różnica 2-4 dni, ale nic poza tym. No ale cóż… Ja jestem tylko pacjentem i na niczym się nie znam. Nawet na własnym okresie.

Po południu przyszła lekarka i powiedziała, że w sobotę znów pójdę na kroplówkę. I tyle. Zobaczymy, co się będzie dalej działo. Może coś się ruszy. Mam wrażenie, że od wczoraj odchodzi mi czop śluzowy, ale nie wiem, czy to na pewno jest to. I brzuch mi się strasznie napina. Ale wszyscy ciągle mówią, że jest strasznie wysoko jeszcze. Czy zawsze wszystkie kobiety przed porodem mają nisko brzuch? Może zdarzają się jakieś małe wyjątki?

Uspokoiłam się o tyle, że dają mi jeszcze szanse na naturalny poród. Że nie od razu każą kłaść się pod nóż. Ja wiem, że jak będzie trzeba, to się zgodzę na cesarkę, ale jeśli się uda po tej kroplówce, to będzie to spełnienie moich marzeń.

A Mikołaj dziś nie daje mi spokoju. Wieczorem tak się rozbrykał, że szczerze przyznam, momentami mam już dość i chętnie bym mu oddała ;) Kopie mnie tak mocno, że wyję z bólu. Mały złośliwiec…

Szpital cz.5 – 4.12.2007

Cóż.. Mama nie ma dziś prezentu imieninowego w postaci wnuka. Ale mam nadzieję, że będzie go miała jutro. Dziś pani doktor zapisała mnie na kroplówkę naskurczową na jutro. Zrobili mi ekg, badania krzepliwości, no i teoretycznie mogłabym już pójść. Pytałam położnej czy mam jeść jutro śniadanie. „Pani chce jutro jeść czy rodzić?!” usłyszałam w odpowiedzi. Mam więc nie jeść śniadania, no i dzisiaj też już się nie obżerać za bardzo. Bo na porodówkę mam iść z samego rana. Co prawda może się coś poprzesuwać, ale mam nadzieję, że wszystko się uda załatwić w miarę wcześnie. No i że będzie wolna sala do porodu rodzinnego. I że urodzę naturalnie o własnych siłach. Chyba całą noc będę się w tej intencji modlić.

Myśli mi się kłębią w głowie tak, że nie mogę się skupić, co pisać najpierw. Już się nie mogę doczekać jutra. Ale też trochę się boję. I cieszę się. Boją się, że coś pójdzie nie tak, że kroplówka nie podziała… I cieszę się, że to już jutro.
Szkoda, że będzie pani Joli na dyżurze.

Był Mariusz, pojechał niedawno. Też – biedactwo moje kochane – zestresowany, Chyba bardziej, niż ja. Nie dziwię mu się.

Cały dzisiejszy dzień dłużył mi się niesłychanie. No bo rano powiedzieli, że jutro kroplówka i potem, poza kilkuminutowym ekg i ktg, nic się nie działo. Myślałam, że zwariuję. Dobrze, że chociaż Misiek przyjechał i mi te dwie godziny z nim uciekły szybciutko. Trochę za szybciutko. Ale za to do rana już jakoś przetrwam. Poczytam jeszcze, pospaceruję może. Pójdę pod prysznic. Około 10-11 spać i jakoś doczekam.

Szpital cz.4 – 3.12.2007

Poniedziałkowe popołudnie w szpitalu. Rano przyszła pani Jola. Powiedziała, że pogada z lekarzem. Potem był nawet całkiem normalny obchód. Lekarka kazała się zgłosić do zabiegówki. Tam mnie zbadała, stwierdziła, że jest ok i że szyjka krótka, gotowa do porodu. Położna powiedziała, bym za chwilę się zgłosiła, to zrobią mi lewatywę i wyślą na porodówkę na test oct. Jak się dowiedziałam, to ten test to po prostu kroplówka z oksytocyny. Powoli zwiększają dawką i sprawdzają na ktg reakcję serca dziecka. Jak będzie prawidłowa, to odeślą na oddział i będą dalej decydować, co robić, a jak nieprawidłowa, to może być różnie – od wywołania po cesarkę. I tyle.
Poszłam więc na tę porodówkę. Położyli mnie na wyrku za parawanem. Podłączyli ktg i dali kroplówkę. W międzyczasie przyszła pani Jola, pogadała z lekarzem z porodówki i z położną, i powiedziała, że jestem z jej szkoły rodzenia. Nie wiem, czy to zasługa tych słów, czy po prostu tamten personel jest inny, ale opieka od razu była bardziej odczuwalna. Doktor zaglądał bardzo często. Przychodziła też położna. Na koniec gdy już mnie odłączyli jeszcze raz przyszła tamta położna pogadać ze mną. Powiedziała, że próba wyszła dobrze. Pytałam o badania wód. Powiedziała, że można wykluczyć zzielenienie wód z niedotlenienia, bo z ktg widać, że mały jest dotleniony. A jeśli idzie o smółkę, to powinno wyjść na usg. No ale usg mi nie zrobią, bo od tygodnia jest zepsuta głowica. Wypas. W ogóle to lekarz z porodówki się dziwił, że nikt nie wysłał mnie na test oct do nich już w piątek, skoro tu już od wtedy leżę. Kolejny wypas.

No i teraz leżę u siebie na sali i czekam. Albo na skurcze, albo na jakąś decyzję. Może tu jeszcze pani Jola wpadnie, to się spytam, może ona coś będzie wiedzieć na co mam się nastawić. Poza tym jestem strasznie śpiąca i zmęczona.

Szpital cz.1 – 30.11.2007

Ale masakra. Jak sobie myślę, że mam opisać cały dzisiejszy dzień tutaj, to zbiera mi się na śmiech.

Poranna wizyta w poradni patologii ciąży nie wniosła do naszego życia nic poza skierowaniem do przyjęcia na oddział patologii ciąży. Lekarz, który mnie tam przyjął, to jakiś dziwak był, delikatnie mówiąc. O dziwo zbadał mnie (bo we wtorek jakoś chyba nie widział potrzeby), ale nic nie powiedział. Pokręcił się po gabinecie (ja cały czas grzecznie siedziałam na krzesełku) i stwierdził, że muszą mnie przyjąć na oddział, mimo że nie ma miejsc.

Poszliśmy z Mariuszem do rejestracji (bo od tego momentu zaczęła się szpitalna biurokracja). Tam pani wypisała jakieś papierki, z którymi odesłała mnie na izbę przyjęć. Na izbie przyjęć kazano mi się przebrać w koszulę i znowu wypełniali jakieś dokumenty. Z tą różnicą, że zmierzyli mi dodatkowo temperaturę i dali do podpisania jakiś kwit, że zgadzam się na to, że w razie śmierci moją dokumentację przekażą Mariuszowi. Ciekawe, czy ciało też by mu przekazali ;)

Potem z panią z izby przyjęć pojechaliśmy na oddział. Tam wylądowałam na dyżurce u położnej, która wypełniała kolejne papierzyska. I zmierzyła mi ciśnienie. Zrobiła też wywiad dotyczący alergii i innych pierdoł (ważnych z punktu widzenia medycyny). Po papierach położnej przyszedł czas na spotkanie ze stażystą, który też robił ze mną jakiś wywiad i zapełniał kolejne arkusze. Szczegół, że sporo pytań powtarzało się z tymi, które zadawała położna. Może sprawdzali moją prawdomówność – czy się nie plączę w zeznaniach ;)

W końcu dostałam łóżko. Ale tylko na chwilę, bo zabrali mnie na ktg. Czy zapis był dobry, tego się nie dowiedziałam, mimo iż spytałam. „Wszystkie wyniki ogląda lekarz” usłyszałam. I tyle.

W tym czasie Misiek pilnował mi łóżka. Jak przyszłam, to już nawet miałam pościel założoną. Ale nie było czym się zachwycać – pościel (głównie prześcieradło, ale nie tylko) jest podarta w trzy dupy. Nie wiem też w jakie słowa ubrać stan stolika nocnego, bo słowo złom wydaje się być zbyt delikatne. Jedzenia nie komentuję, bo to osobny rozdział. W końcu ja dość wybredna jestem, a może innym smakuje. W każdym razie jutro Misiek ma dowieźć mi kanapki, bo po kiepskim obiedzie i chlebie z masłem na kolację czuję pewien niedosyt. I herbatę w termosie mi obiecał, bo tu nie ma czajnika, żeby sobie zaparzyć.

Co do samego oddziału, to rzec można przede wszystkim, że jest przepełniony i zapuszczony. Rozbrajają mnie ubikacje, w których nie można się zamknąć od środka. Chyba będę mieć przez to mega-zatwardzenie, bo nie mogę się tu skupić.

W sali leżę z 2 babkami. Jesteśmy wymieszane – jedna leży z noworodkiem, a my dwie jesteśmy „patologiczne”. Ale na towarzystwo to akurat nie mogę narzekać, bo obydwie są sympatyczne.

Żeby dopełnić lekko „montypythonowską”wizją szpitala dodać warto, że położna prosiła, by Mariusz przywiózł mi jutro termometr, bo mają za mało.

Ech… Nawet się na to wszytko nie denerwuję, bo i tak nic się nie da przecież z tym zrobić. Miśka tylko szlag trafia. Ja to mam wisielczy humor raczej. Chociaż nie – to jest głupawka. Wszystko mnie rozśmiesza na razie. Ciekawe jak długo. Mam nadzieję, że nie będę tu wiekować. Mógłby się wreszcie mały zdeklarować. Bo poznałam tu dziewczynę, która jest już 2 tygodnie po terminie i ciągle chodzi. Oby mnie to nie spotkało…

Jeszcze z 6 tygodni :)

Wczoraj zaliczyłam kolejną wizytę w Mediconcepcie. Położna podłączyła mnie do ktg (dla nie wtajemniczonych – taka maszynka, która przez kilka minut bada rytm serca dzidziusia i sprawdza skurcze macicy). Okazało się, że wszystko ok. To już 32 tydzień ciąży – jeszcze z 6 tygodni i można zacząć rodzić :)
Co do badań lekarskich to dr Mydłowski powiedział wczoraj, że skróciła się szyjka macicy. Stwierdził, że to na razie nic groźnego, ale mam się „oszczędzać” i zacząć „chodzić dostojnie jak kobieta w ciąży” :) Generalnie mam nie dźwigać i dużo odpoczywać :) No, czyli tak, jak robię cały czas ;)

Żadnych nowych fotek Mikołaja nie mam, bo umówiliśmy się na poniedziałek na usg trójwymiarowe z zapisem na płytkę. Może się coś z tego uda pokazać w blogu. Ale nie wiem, tym się będzie musiał zająć Mariusz raczej, bo ja się nie znam.

Przedwczoraj udało mi się kupić fajny szlafrok – już z myślą o szpitalu. Piszę „udało mi się”, bo już od dawna się z Miśkiem rozglądaliśmy za czymś sensownym i albo były super drogie, albo tanie ale kiepskie jakościowo. A ten nie był zbyt drogi i do tego bardzo, bardzo milutki :) Mariusz, do mówienia do mnie „Miśku” dorzuca jeszcze „pluszowy”, bo szlafroczek pluszowy jest :)

We wtorek wybrałam się też sama do kina. Sama, bo seans był w godzinach wczesno-popołudniowych, a do tego film był z gatunku takich, których Mariusz nie lubi – do bólu romantyczny :) „Zakochana Jane” – taka biografia Jane Austen. Śliczny był, polecam wszystkim kobietkom :)

Ciągle szukamy wózka…. Masakra… Niby znaleźliśmy ideał, ale musimy go jeszcze gdzieś obejrzeć. Mam nadzieję, że uda się w przyszłym tygodniu.

A! Od soboty mamy ślicznie zawieszone półeczki w pokoju i pokoiku :) Udało nam się nawet poukładać wszystko na tych półeczkach i meblościance. Z mebelków zostało nam jeszcze kupienie półek na płyty cd, dywanik do pokoiku i lampki nocne. No i firanki z Puchatkiem :)

Wczoraj dostałam przedwczesne prezenty urodzinowe od Miśka :) Trzy super książeczki – „Język niemowląt” Tracy Hogg, „Sekrety mistrza fotografii cyfrowej” Scotta Kelby’ego oraz „Gringo wśród dzikich plemion” Wojciecha Cejrowskiego. Tę ostatnią zaczęłam już czytać – świetna :) Dziękuję :)

Na ostatnich zajęciach w szkole rodzenia mieliśmy „parcie markowane”. Każda z nas kładła się w pozycji jak do porodu, obok siadał małżonek, położna przy nogach i uczyłyśmy się przeć. Najpierw parę głębokich powolnych oddechów przeponowych jak podczas skurczu, po czym trzeba było nabrać powietrza, wstrzymać je i przeć. Oczywiście my nie parłyśmy na serio, bo nie wolno – jeszcze by któraś tam zaczęła rodzić. Ale chodziło o wyrobienie umiejętności oddychania podczas skurczu i parcia i o szybką zmianę powietrza w przeponie podczas skurczu. Trochę skomplikowanie to opisałam, ale mam nadzieję, że zrozumiecie. Jeśli nie – trudno :)
A jeśli chodzi i to parcie, to Misiek był ze mnie dumny, bo tak super mi poszło, że aż położna była zaskoczona i pochwaliła :) A to wszystko tak naprawdę dzięki Mariuszowi. Bo bardzo pomogło mi w tym nurkowanie, którego uczył mnie na basenie :) Ech… żeby tylko tak łatwo poszło przy porodzie :)

Jutro jedziemy do Szczecina na weekend. Już nie mogę się doczekać. A więc następny wpis w przyszłym tygodniu z relacją z wyjazdu :)

Szkoła rodzenia

Wczoraj rozpoczęliśmy zajęcia w szkole rodzenia. Co prawda grupa spotyka się już od kilku tygodni, ale pani Jola – położna prowadząca szkołę – pozwoliła nam na dopisanie się teraz i nadrobienie zaległych lekcji z następną grupą. Po prostu trochę przespaliśmy termin rozpoczęcia zajęć. Spotkania trwają 2 miesiące, 2 razy w tygodniu po 2 godziny. Gdybyśmy chcieli zacząć
zajęcia z następną grupą raczej nie zdążylibyśmy przed porodem. A jak się okazuje, w wielu szpitalach jest wymagany papier ze szkoły rodzenia, gdy się chce przejść poród rodzinny. Dobrze, że choć tak nam się udało :)

Pierwsze spotkanie zrobiło na nas dobre wrażenie. To znaczy – mam tu na myśli spotkanie z panią Jolą i uczestniczącymi w kursie rodzicami. Sala dydaktyczna wydaje się być dobrze wyposażona, choć osobiście zmieniłabym tam krzesła na coś bardziej miękkiego – po dwóch godzinach siedzenia bolał mnie tradycyjnie lewy półżytek ;)

Otrzymaliśmy trochę materiałów dydaktycznych do poczytania w domu i płytę z filmem o ciąży i porodzie do obejrzenia. Potem zaczęliśmy zajęcia z oddychania. Ponieważ dziewczyny już ćwiczyły oddychanie przeponowe wcześniej, musiałam trochę nadrobić zaległości. Ale chyba poszło mi nie najgorzej :)

Potem zaczęły się zajęcia, które można nazwać porażką. Miała je prowadzić pani psycholog, nie znam nazwiska (może nawet dobrze, bo jeszcze bym jej karierę zniszczyła przypadkiem ;)) W swoim życiu spotkałam już sporą ilość psychologów i muszę przyznać, że owa pani mogłaby być pokazywana jako obiekt patologiczny tej grupy zawodowej. Pomijam fakt, że pani była cały czas strasznie zestresowana, mówiła cicho i niepewnie, jakby się nas bojąc. Do tego wszystkiego okazała się kompletnie nieprzygotowana pod względem merytorycznym, co wyszło już na samym początku spotkania. Kurde, jak się człowiek podejmuje prowadzenia jakichś warsztatów (tak to owa pani nazwała), to niech chociaż potrafi ściemnić tak, żeby człowiek się nie pokapował. Nie wspominając już o tym, że przecież normalne jest, iż nawet fachowiec nie musi wiedzieć wszystkiego, i że wystarczy powiedzieć, że w tej chwili nie posiada wystarczającej wiedzy na ten temat, ale na następne zajęcia udzieli odpowiedzi. Ale to widać było za trudne dla pani psycholog. Plątała się strasznie w wypowiedziach. Nie była w stanie wprost odpowiadać na naprawdę proste pytania mam. Poza tym wzbudziła w pewnym sensie atmosferę stresu. Ponieważ tematem dyskusji była depresja poporodowa, pani generalnie roztoczyła wizję, że mamy się nie przejmować, bo to wszystko jest tak trudne (znaczy się opieka nad dzieckiem, pogodzenie roli matki i żony, czy też taty i ojca), że może się nie udać. Nastawienie „cokolwiek byście robili i tak będzie ciężko” było tak budujące, że szlag by trafił. No i jeszcze wspaniały był tekst na końcu – Gdybyście kiedykolwiek miały halucynacje, przywidzenia, to trzeba zgłosić się do psychiatry. Tego już było za wiele. Dziewczyny wystraszone spytały, czy to się zdarza w depresji poporodowej. Pani odpowiedziała, że nie wie. No więc po co, do jasnej choinki, gada takie rzeczy?!
Żenujące też było, że pani okazała się zupełnie zielona w dziedzinie psychologi rozwojowej. Szczerze mogę przyznać, że po zajęciach z rozwojówki na moich studiach wiedziałam więcej, mimo że nie przykładałam się nigdy do tego przedmiotu. Na kilka pytań to ja udzieliłam odpowiedzi, bo pani kiwała głową, że nie wie, lub też zaczynała wciskać kity, że to nie wiadomo, bo nie ma reguły, że to jest indywidualna sprawa itd. Jezu, naprawdę nie wiem, po co ta kobieta tam przyszła. Mariusz stwierdził, że ona sama nadaje się na terapię.

Poza tym pani chyba jest bardzo niechętna korzystaniu z dorobku współczesnej psychologii amerykańskiej jeśli chodzi o wychowywanie dzieci. Generalnie, mimo że młoda była, zalatywała mocherem i Rydzykiem. Twierdziła, że najlepiej jest czerpać z wiedzy naszych matek i babć. No dobra, nie umniejszam roli wychowawczej naszych przodkiń oraz ich wiedzy i mądrości życiowej – ale – sorry – sporo się zmieniło w kulturze i społeczeństwie od 25, 30 lat, kiedy one były matkami małych dzieci. I niektóre (pewnie nawet wiele) metody są już z lekka przestarzałe. A niektóre pewnie były zwyczajnie błędne, no i nic w tym dziwnego. Teraz też nie ma złotej metody wychowawczej, zależy to przecież od wielu różnych czynników. Ale nie znaczy to, że nie warto szukać, czytać, pytać tych, którzy w obecnych czasach wychowują dzieci!

Wiecie, nawet jak to piszę dzień po tym spotkaniu, jeszcze jestem zdenerwowana. Całe szczęście, że jutro będzie spotkanie tylko z panią Jolą. To jest naprawdę świetny człowiek i dobry fachowiec.

A tak w ogóle, to jeśli chcecie bliżej zapoznać się z naszą szkołą rodzenia to możecie sobie zajrzeć na jej stronkę.

Cóż poza tym? Zaczęłam wyrastać z butów. Te, które nadają się na zimniejsze dni są już po prostu za ciasne :( Przedwczoraj przeszliśmy z Miśkiem szereg sklepów w poszukiwaniu jakichś wygodnych, ale, niestety, nie dało rady takowych znaleźć. Za to kupiliśmy fajne sztruksy, bo spodnie też zostały mi tylko cienkie, na lato. Więc odkopałam moje czarne Reeboki, poluzowałam sznurówki i okazało się to całkiem rozsądnym pomysłem.

Tyle na dziś. Do przeczytania następnym razem :)

Nasza służba zdrowia…

To, co działo się w piątek było dopiero wstępem to dalszych wydarzeń. Niekoniecznie ciekawych i miłych… Po zastrzyku zaaplikowanym przez położną w Medi-Concepcie ból brzucha trochę przeszedł, ale nie do końca. Nad ranem uderzył ze zdwojoną siłą. Trochę udało nam się zasnąć, ale rano byłam już u kresu wytrzymałości. Po namowach Mariusza zadzwoniłam do położnej. Zaleciła wziąć podwójną dawkę tabsów, które przepisał Mydłoś, a jak nie przejdzie za 2 godziny to się z nim skontaktować. No i tak też się stało, bo ani te tablety nie pomogły, ani dodatkowa No-Spa. Żeby było zabawniej, Mydłowski nie odbierał. Nagrałam mu się na pocztę, ale nie oddzwonił. Cóż…pewnie wyjechał na weekend…No i co było robić…Wsiedliśmy do autka i zaczęliśmy szukać pogotowia. Po dwóch nieudanych próbach (pierwsza to dyspozytornia karetek, a druga to ambulatorium chirurgiczne, a nie pogotowie) wreszcie trafiliśmy na izbę przyjęć szpitala na ul.Traugutta. I tu zaczęła się komedia na żywo. Nie było żadnej kolejki, no ale pani powiedziała, że mamy czekać. Po kilku minutach (po tym, jak na korytarzu tłumaczyłam pani pielęgniarce co mi jest i skąd jestem – bo zgłosić się do szpitala w dolnośląskim będąc „obywatelką” Wielkopolski to nie jest takie trywialne) pielęgniarka zawołała mnie do siebie, kazała pójść za parawan i tam poczekać na kozetce. Obok, za tym samym parawanem, rzecz jasna, (NFZ nie dostał dofinansowania chyba) leżała nieprzytomna babcia odziana w sinofioletowe ciało. Poczułam się jak w kostnicy, bo dopiero po chwili udało mi się zaobserwować, że babcia jednak oddycha. Spędziłyśmy więc w swoim towarzystwie kilka minut (niestety bez bliższej znajomości) i wreszcie przyszła pani – podobno – doktor. Kazała położyć się na kozetce i pokazać brzuch. Powiedziałam co i jak i pani zabrała się za oglądanie brzucha…I jakie rozczarowanie zagościło na twarzy pani-podobno-doktor, gdy ujrzała bliznę po wyrostku. „Oooo…To pani już jest po operacji wyrostka…” Aż mi się jej żal zrobiło. Tak chciała trafić z diagnozą. A tu zonk. Podusiła więc brzuch, postukała plecy, rzekła: „Ten brzuch nie nadaje się na operację” i wpadła na pomysł, że to może coś z pęcherzem. Już miała zaproponować siusianie w słoiczek i analizę, ale na szczęście miałam przy sobie wyniki badania moczu z dnia poprzedniego. (Uratowałam więc kilka mililitrów mocznika przed kolejnymi pazernymi ślepskami pani laborantki.) Okazało się, oczywiście, że wynik mam dobry, więc to też nie pęcherz. W związku z tym pani-podobno-doktor stwierdziła, że jedyną konieczną rzeczą jest teraz 250ml roztworu soli fizjologicznej w kroplówce, zawołała pielęgniarkę i wyszła. Pielęgniarką zabrała mnie jakimś tajnym przejściem do sali kroplówkowej (bo oprócz mnie 4 osoby też miały tam sól podłączoną) i zabrała się do inwazji w mój organizm. Nie myślcie, że bolało. No co Wy. Nawet nie zauważyłam jak się wbiła, bo cały czas trwałam w zadziwieniu. Z jakiego powodu? A z takiego, że ostrego dyżuru w szpitalu nie stać na pasek do przewiązania ręki przed wkłuciem igły. Pani użyła do tego wysoce wyspecjalizowanej gumowej rękawiczki (rozmiaru niestety nie byłam w stanie ustalić). Nie warto też wspominać o tym, że pokapała mi krwią (na szczęście moją) połowę ręki i sweter oraz poręcz fotela. W końcu zostawiła mnie samą twarzą w twarz z kroplówką. A tam, gdzieś na odległym korytarzu, znerwicowany Mariusz siedział i nie wiedział co jest grane. Mnie tym czasem zaczął dopadać głód. A ostatnio tak mi się robi, że jak nie nakarmię regularnie Pacholęcia, to mnie mdlić potwornie zaczyna no i wymiotuję. Po nieudanej próbie poproszenia pani pielęgniarki, by zawołała Mariusza wysłałam mu rozpaczliwego smsa z prośbą o żarło… Znalazł mnie po kilku minutach i przyniósł wafelka. Posiedział do końca kroplówki i w końcu piguła odczepiła mnie od rurki i kazała iść po wypis. Poszłam. Pani-podobno-doktor posadziła mnie przy duuużym biurku na izbie i kazała czekać. Sama poszła sobie, nie wiadomo gdzie. Obok, przy biurku usiadł doktor-cham. Doktor cham należał do ludzi pokroju cwaniaka,, który uważa, że pacjenci są oczywiście zdrowi i tylko mu dupę zawracają. I tak też się do ludzi odnosił. Po dobrych 10 minutach zauważył moją obecność i spytał dlaczego tu siedzę. Powiedziałam, że czekam na wypis. No to wywalił mnie na korytarz. Po kolejnych minutach oczekiwań przyszła pani-podobno-doktor, wręczyła wypis i poszła. Mieliśmy tak dość z Mariuszem, że nawet nam się już na tych wszystkich konowałów denerwować nie chciało. Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że na ostrym dyżurze to mi chociaż usg jamy brzusznej zrobią…No ale nie bądźmy zbyt wymagający. Ci ludzie są tak zajęci omijaniem wzroku pacjentów oraz łażeniem bez celu z kąta w kąt, że usg brzucha mogłoby przypadkiem zepsuć cały ten misterny układ ich dnia.
Grunt, ze w końcu przestało boleć i póki co czujemy się dobrze. Bierzemy tabletki, odpoczywamy, Mariusz się nami opiekuje (nawet zupkę dziś zrobił mi na obiadek!) i mam nadzieję, że to był tylko jeden taki wypadek.
Zmęczyłam Was dzisiaj tym przydługim tekstem. Wybaczcie, ale musiałam to opisać.
Tu macie też linka z najnowszą fotką Pacholęcia. Wiem, że pewnie to dla Was zwykła plama, ale jak się przypatrzycie, to na dole jest główka, nad główką, taka mała kropko-kulka to rączka, potem brzuszek i tyłek (przy tym górnym krzyżyku) i w lewo od tyłka taki delikatny cień to nóżka. W ogóle świetnie widać na usg jakie Maleństwo jest ruchliwe. Na podglądzie machało łapkami i nóżkami tak mocno i szybko, że można było pomyśleć, że uczy się pływać ;) No i ma już ponad 3 cm. Kawał byka :)
Nowa fotka

Zmiana planów

Dzisiaj najedliśmy się strachu…Po południu rozbolał mnie brzuch bardzo mocno. Wylądowaliśmy u naszego lekarza, trochę trzeba było poczekać, ale w końcu przyjął nas bez umówionej wizyty. Obejrzał, obadał i powiedział, że nie wie od czego tak boli. Z Pacholęciem wszystko ok, bo zrobił usg. Ma już 10 tygodni i mierzy 32mm. I w dodatku widać już maleńką główkę, tułów i maleńkie rączki i nóżki. A żeby było ciekawiej to na usg było cudnie widać jak rusza wszystkimi swymi małymi kończynami. Śliczne to było.
Nie zmienia to jednak faktu, że brzuch nadal bolał i jeszcze trochę boli. Lekarz przepisał tablety, dał zwolnienie na 2 tygodnie i kazał odpoczywać. No i zastrzyk dała mi położna w tyłek, rozkurczowy jakiś. Trochę pomaga, ale do końca jeszcze ból nie przeszedł. No ale najważniejsze, że z Maleństwem nic się nie dziej złego, bo tym martwiliśmy się najbardziej. Mariuszowi też, biedakowi, do tej pory nerwy puszczają, tak się zestresował nami.
Tyle tylko, że ze Szczawnicy nici. Leżeć mam trochę i nie męczyć się. Poza tym strach by było tak daleko jechać, tu przynajmniej lekarz jest pod ręką. Tak więc weekend spędzimy raczej po wrocławsku. A w sobotę za tydzień podjedziemy do Głuchowa, jak nic się nie będzie złego działo.
No i jeszcze kolokwium mi przepadnie w niedzielę, ale nic na to nie poradzę. Mam tylko nadzieję, że kobita zrozumie i wyznaczy mi jakiś następny termin.
A do lekarza za 2 tygodnie mamy pójść, do kontroli. 14 maja, dzień przed imieninkami. Muszą być więc dobre wiadomości.
Gadałam też z Miśką przez telefon dzisiaj. Pożyczą nam łóżeczko i fotelik do samochodu dla Maleństwa. Super, bo zawsze trochę zaoszczędzilibyśmy. Dzięki! :)
We wtorek byliśmy u znajomej Mariusza z pracy i jej męża – u Ani i Arka. Mają ślicznego synka, Marcinka, w czerwcu skończy dwa latka. Byliśmy nim zachwyceni, a Mariusz po wnikliwej obserwacji Małego powiedział mi wieczorem w domu: „Wiesz, ja już nie będę ściemniał, że jest mi wszystko jedno. Ja chcę syna”. No i weź mu tu teraz wykombinuj „ynusia” jak ja cichcem liczę, że będzie dziewczynka z warkoczykami i w ładnych sukienusiach. Ech…Nie jest lekko ;) Mariusz się śmieje, że będzie albo syn albo mała różowa bestia. Pewnie jakaś racja w tym jest. Jak się wda w tatusia to na pewno z niej bestia wyrośnie. ;)
A wracając do wizyty u Ani i Arka, to bardzo się dobrze bawiliśmy. Świetni, sympatyczni ludzie, bardzo weseli. Potrzebne nam było to spotkanie. :)
No i tyle na dziś. Zaraz kładę się spać. Jestem wykończona tym stresem dzisiejszym. Buziaki dla wszystkich czytających.

6 tygodni i 6 dni

Byliśmy dziś u lekarza. Z Pacholęciem wszystko w porządku, z moim zdrowiem również :) W związku z mdłościami dostałam kilka zaleceń, a jeśli idzie o wymioty (przepraszam co wrażliwszych) to na razie lekarz nie chce nic przepisywać, bo ma nadzieję, że niedługo wszystko się uspokoi. Na moje pytanie co mam robić, by jakoś zmniejszyć mdłości usłyszałam: „Nie być w ciąży”. ;) To chyba jednak wolę mieć trochę tych mdłości. :) Pan doktor zrobił nam dwa zdjęcia. Jedno całej długości malucha, a drugie jego serca. Bo Pacholęciu bije już serce! Widziałam je dziś na usg :) Zasuwa jak szalone :) W ogóle to dziecko nam rośnie jak na drożdżach. Ma już 24mm! A serce ma 9 mm. Śmialiśmy się dziś, że jak za miesiąc pójdziemy na usg to nam tak maluch urośnie, że go nie poznamy (jak na razie to mała kuleczka, więc z pewnością wdał się w tatę :) ) Zresztą, możecie obejrzeć wszyściutko na fotach, które Mariusz umieścił na stronce.

Po wizycie u lekarza poszliśmy do położnej, baaardzo sympatycznej i wesołej. Zważyła mnie, zmierzyła ciśnienie, pozwoliła utyć 1kg na 4 tygodnie i założyła kartę ciąży. I przy wyjściu nagderała żartobliwie na Mariusza, że ma następnym razem przyjść do niej ze mną, bo wiele traci siedząc na korytarzu. Bo przy kolejnej wizycie będzie można już posłuchać bicia serca maluszka :) Poza tym położna po obejrzeniu fotek dziecięcia stwierdziła, że nam młody byk na wiosnę rośnie :) Pewnie ma rację.
Wystarczy na dziś.

Oto wspomniana fota:

pacholę