Pięć miesięcy

witek na brzuchu

Ostatni miesiąc minął mi tak szybko, że nawet nie zdążyłam wstawić wpisu na pięciomiesięcznicę Witka. Bo dziś ma już 5 miesięcy i 14 dni ;)

Z bólem serca żegnam kończące się wakacje. Przed nami trzecia klasa Mikołaja. Mam nadzieję, że podołamy wyzwaniu ;) Wyprawka zrobiona już na początku sierpnia – poprzez zmasowany atak na Lidla i Biedronkę. Ilość papierniczych gadżetów, które tam zakupiliśmy jest tak kolosalna, że chyba wystarczy jeszcze dla Witka ;) Z niezbędnych rzeczy zostały do kupienia buty wizytowe, na w-f i zmienne obuwie do szkoły.

Lato spędziliśmy głównie w mieście. Oprócz Mikołaja, który szczęśliwie przez tydzień lenił się w Kołobrzegu z dziadkami, a później był na wsi u drugiej babci. (Mogłam w tym czasie odgruzować jego jaskinię. Porządku powinno wystarczyć na jakiś jeden dzień po powrocie Mikołaja do domu ;)). Podczas dwóch tygodni Mariuszowego urlopu na nowo postanowiliśmy odkryć Wrocław. Dziwiliśmy się całej masie remontów i modernizacji, jakie dokonały się w mieście w ostatnich latach. Dawno już nie wypuszczaliśmy się spacerowo poza Rynek (i trasę Rynek-Galeria Dominikańska), więc dziwić się było czemu. Przede wszystkim nabrzeże Odry. Spacerowaliśmy od Urzędu Wojewódzkiego do Uniwersytetu, potem na drugą stronę Odry, przez Ostrów Tumski. Szok! Zniknęły żulerskie krzaki, zniknęły płoty i ukazał się przepiękny spacerniak z ławeczkami, krzesełkami, fontanną do pluskania. Bardzo przyjemne miejsce.

nadodrze

Podobnie sprawa wygląda z okolicami fosy staromiejskiej. Ruszyliśmy z okolic Renomy w lewo – w stronę Narodowego Forum Muzyki (przy okazji oglądając z bliska budynek NFM, bo do tej pory nie mieliśmy okazji, oraz krasnoludzką orkiestrę symfoniczną) – pełny zachwyt. Zadbany deptak, zielony, przyjemny, czysty, z mnóstwem ławeczek. I Pokemonów ;)

orkiestra krasnoludków

Udało nam się też odwiedzić zoo. Dotarliśmy tam około 11.00 – nie staliśmy w żadnej kolejce! Ani do kasy, ani do Afrykarium. Nie wiem, czy mieliśmy takie szczęście, czy po prostu była to kwestia zwykłego dnia tygodnia i przedpołudniowych godzin. W każdym razie: Afrykarium zrobiło na nas duże wrażenie. Spędziliśmy w nim ponad godzinę (a można i dłużej), a w sklepie z pamiątkami przy wyjściu straciliśmy Mikołaja posag ;) Na Witku Afrykarium również zrobiło spore wrażenie – zwłaszcza akwaria z pływającymi kolorowymi rybkami :)

rybki

Mikołaj i żyrafa

Przy okazji wycieczek po Wrocławiu odkryliśmy kilka lodziarni z pysznymi rzemieślniczymi lodami oraz mój hit – pączkarnię na Świdnickiej. Za 2,5 zł można zakupić tam świeżego ciepłego jeszcze pączka z jedną z naprawdę wielu konfitur lub bez niczego (co było ważne w przypadku Mikołaja ;)).

Reasumując – wypiękniało nam miasto (może z wyjątkiem ogromnego betonowego placu przy Forum Muzyki – w upał robi się tam nie do zniesienia. Rozumiem, że pod spodem jest parking podziemny, ale czy nie można było tam postawić chociaż jakichś donic z czymś zielonym, albo nawet kolejnej fontanny? ;P).

24 lipca Witek zaliczył swoją pierwszą wizytę na basenie. Poradził sobie dobrze :) Nie bał się, ale był bardzo poważny – cienia uśmiechu nie udało nam się z niego wydobyć kiedy był w wodzie. Na leżaku to już co innego – śmiał się do rozpuku ;) W wodzie Witold spędził około 40 minut, następnie zasnął ekspresowo jeszcze na przewijaku. Przespał kolejne 40 minut i później miał drugą turę moczenia – jakieś 30 minut. Od tego czasu byliśmy w aquaparku w sumie 3 razy. I Witek zaczął się uśmiechać również w wodzie :) Od września zapisaliśmy się na zajęcia z pływania dla niemowląt. Będziemy chodzić całą rodziną, bo na karnet może wejść 2 opiekunów z dzieckiem na 2,5 h. Będziemy dopłacać tylko za Mikołaja. Ciekawe, czy Witkacowi spodobają się takie zabawy w wodzie. Mikołaj w jego wieku również chodził na pływalnię i bardzo mu się podobało (oprócz chwil, gdy się wychodziło z wody – w Pulsantisie było zawsze strasznie zimno, co najczęściej kończyło się katarem).

basen

Wczoraj oficjalnie pożegnaliśmy się z kołyską Witka. Korzystaliśmy jeszcze z niej doraźnie, ale bardzo rzadko – Witek zrobił się ogromny i ciekawski – nie bardzo już chciał w niej leżeć, nawet na chwilę. Nie ma więc sensu trzymać mebla po to tylko, żeby był. Z nutką nostalgii, ale trzeba było rozkręcić. Będzie czekać w piwnicy na wnuczęta. Chyba, że ktoś będzie chciał pożyczyć :)

W lipcu wyremontowaliśmy balkon. W sumie słowo „remont” nie do końca jest trafne. Balkon został po prostu wykończony – na posadzce pojawiły się kafle, a na kaflach meble. I dwa kwiaty – ikeowskie bonsai i wrzos. Obie rośliny dzielnie walczą o przeżycie pod moją opieką. Na razie o nich pamiętam :) A balkonem nieustannie się zachwycamy. Włącznie z Witkiem, który poleguje na nim na macie.

balkon

Witek rośnie w siłę i umiejętności. Waży około 9 kg. Śmieje się do wszystkich, zaczepia i ogólnie jest milusiński i do schrupania. Tylko spanie „zeszło na psy”. Budzi się w nocy dwa razy, a nie raz ;) Pierwszy wieczorny sen trwa zazwyczaj około 5-6 godzin, potem budzi się po 3 godzinach po raz drugi. No i po kolejnych trzech godzinach budzi się już na dobre, czyli na około 1,5 h. W dzień nie jest już tak różowo ze snem – Witkowi zazwyczaj wystarcza pół godziny na regenerację. Musi się zdarzyć jakiś cięższy dzień (tak jak na przykład wczoraj, po całodziennej wyprawie do Gniezna i Głuchowa, która go ewidentnie wykończyła), by w ciągu dnia przespał ciągiem prawie trzy godziny. Najczęściej dzień upływa pod znakiem około trzech półgodzinnych drzemek. Przy czym najwyraźniej Witkowi to służy – rozwija się dobrze i jest pogodny. Tylko ja po cichu wzdycham, bo długotrwałe drzemki się przydają – wie to każda mama niemowlaka. Oczywiście przydają się mamie :) Liczę, że może się to jeszcze odmieni. W każdym razie Witek jest najwyraźniej ciekawski świata i szkoda mu czasu na spanie.

Mikołaj coraz bardziej przywiązuje się do brata. A i po Witku widać, że lubi towarzystwo Mikołaja. Nawet przez telefon – kilka dni temu Witek marudził przed spaniem i akurat zadzwonił Mikołaj. Przyłożyłam Witkowi słuchawkę do ucha, Mikołaj zaczął mówić, a Witek natychmiast się uspokoił i zaczął wsłuchiwać się w Mikołaja głos.

W ubiegłą sobotę byliśmy w Bolesławcu na Święcie Ceramiki. Straganów z piękną ceramiką mnóstwo, podobnie jak ludzi. Zeszliśmy też targ staroci, który odbywał się równolegle. Mariusz złowił na nim stary numer „Przekroju” z 1953 r., wydany w związku ze śmiercią Stalina. Z ceramiki natomiast zakupiona została maselniczka, dwa anioły, krzyżyk do Witkowego pokoju oraz kogut. Witek poradził sobie z całą podróżą doskonale, część przespał, część obserwował. Tylko nam nogi wieczorem odpadały.

Na koniec Witkowe umiejętności na dziś, to jest 5 miesięcy i 8 dni:

  • utrzymuje się na brzuchu ponad 10 minut
  • z pozycji na plecach obraca się na obydwa boki
  • z pozycji na plecach obraca się na brzuch – na razie tylko przez lewy bok
  • w pozycji na brzuchu zaczyna podpierać się na samych dłoniach
  • chwyta dłońmi za stopy, bawi się stopami (od 29.07)
  • chwyta dłońmi za stopy i przyciąga je do ust (od 27.08) – częściej lewą niż prawą, póki co
  • chwyta wszystko, co ma pod ręką (dobrze wiedzą to Mariusza porozciągane przy szyi koszulki ;) I baldachim, który wczoraj musiałam już zdjąć, ponieważ Witek ciągnął za niego i się nim przykrywał)
  • skrobie paluszkami we wszystko
  • chwyta przedmiot, który ktoś przed nim trzyma
  • próbuje (i coraz częściej mu się udaje) chwycić przedmiot leżący obok
  • przekłada przedmiot z ręki do ręki
  • obraca w dłoniach trzymany przedmiot
  • wszystko, co uda mu się chwycić wkłada do ust
  • rozpoznaje nas z odległości kilku metrów – zauważa i uśmiecha się na nasz widok
  • rozpoznaje nasze głosy. Gdy przebudza się w nocy na karmienie i kwili, potrafi uspokoić się, gdy do niego mówię jeszcze zanim dojdę do łóżeczka
  • lubi bawić się w „akuku” w wersji z przykrywaniem twarzy apaszką/tetrową pieluszką. Tak się wyuczył tej zabawy, że wystarczy machnąć nad nim apaszką i już się cały trzepocze z radości
  • interesują go wszelkie dźwięki
  • uspokaja się, gdy śpiewam mu „Pszczółkę Maję”
  • coraz lepiej znosi jazdę samochodem
  • głuży dużo i głośno. Czasami w głużeniu pojawia się głoska /m/ w połączeniu z /e/ – „me”, „em”. Wnikliwie obserwuje twarz i usta osoby, która do niego mówi
  • nadyma policzki, wypuszcza powietrze przez zwarte wargi wydając zabawne dźwięki – /b/, połączenie: „bwwwwww” oraz parska (to wszystko od 25.08)
  • ma kilka ulubionych zabawek: piłeczkę Oball, szmaciaki (lew, kot, zając), kostkę materiałową (zakupioną w Bolesławcu), gryzaki z Canpola – takie na ząbkowanie, wypełnione wodą. Uwielbia też piłkę-jeżyka, ale trzeba mu ją ostrożnie dawkować – piłka jest standardowej wielkości, coś jak do nogi, nie da się włożyć do buzi – gdy Witek się dorwie do tej piłki, to po kilku minutach niebiańskiego wręcz zachwytu i trzęsienia się z wrażenia zaczyna przeraźliwie i rozpaczliwie płakać. Prawdopodobnie dlatego, że piłki nie da się skonsumować w żaden sposób.
  • coraz więcej czasu spędza na macie. Dokupiłam niedawno w sieci osiem puzzli piankowych pasujących do takich, które lata temu kupiliśmy w Pradze Mikołajowi. Takie z Krecikiem. Udało mi się namierzyć tego samego producenta i teraz Witek ma złożone dwa komplety do kupy – 1,2 m wszerz i 1,2 m wzdłuż. Sporo miejsca na turlanie i leżenie

nogi

Przy okazji rozrastania się Witka wzdłuż i wszerz uszyłam kilka dni temu nową partię spodni. Może do zimy wystarczą ;)

spodnie

Wczorajszy wieczór spędziliśmy pierwszy raz – Mariusz i ja – bez dzieci, od czasu, kiedy urodził się Witek. Wszystko to za sprawą biletów na Capital of Rock i dzięki nieocenionej pomocy babci Basi, która zgodziła się przyjechać i zaopiekować swoimi wnukami. Nie powiem – było mi nieswojo zostawiać Witka na tyle godzin bez cycka (postuluję do Najwyższego, by jednak przemyślał kwestię odczepianego biustu w dalszych etapach ewolucji. Dla większego spokoju matek i mniejszych wyrzutów sumienia). Ale okazało się, że niesłusznie – płaczu nie było, dzieci grzecznie się zachowywały, Witek nadal czarował babcię słodkością i nie miał problemów z zaśnięciem. A przyjemnie było wyczyścić głowę przez kilka godzin nie mając pod opieką żadnego nieletniego ;)

Co do samego koncertu, to nie jestem fanem żadnego z występujących zespołów, w związku z czym repertuar był mi (poza w sumie czterema piosenkami) zupełnie nieznany. Sprawiedliwie muszę przyznać, że technicznie i widowiskowo Rammstein zrobił niezłe wrażenie. Muzycznie… cóż. Nie mój klimat. Ale byłam, widziałam, słyszałam, wystarczy :) Za to Mariuszowi bardzo się podobało i to się liczy :)

Tyle na dziś. Było długo. Tym, którzy dotarli do końca – gratuluję :)

Witek uśmiechnięty

Huśtawkowo

Mikołaj skończył dzisiaj 15 miesięcy. Taka ze mnie wyrodna matka, że zapomniałabym o tym zupełnie, gdyby nie Mariusz, który mi przypomniał. Stary byk z niego. Z Miśka, oczywiście, bo małżonek mój jeszcze całkiem młody, buhahaha ;) W każdym razie dobrze się trzyma, jak na swoje lata ;)

Byliśmy dziś rano w aquaparku. Misiek przeszczęśliwy. Ostatnio przeprosił się z wodą i znowu zaczął pływać. Zarówno tydzień temu jak i przedwczoraj na zajęciach z pływania w Pulsantisie dawał czadu. Kwiczał z radości i całkiem sprawnie wykonywał polecenia. Mimo że był śpiący, bo ostatnio mamy w piątki tak, że po Bobathach nie ma czasu położyć Misia spać, tylko od razu jedziemy na pływalnię. Ale tak mu się spodobało na nowo pływanie, że aż miło patrzeć. Zresztą postępy też są – już go czasem można puścić, gdy jest w rękawkach i kółku, albo na makaronie. W ogóle to w aquaparku bardzo mu się podoba. Punkt obowiązkowy to zjeżdżalnia. Biedny tylko mój kręgosłup ;)

Po południu ruszyliśmy na spacerek do Parku Południowego. Mamy z tej wyprawy kilka zdjęć w galerii. W sumie to mamy ich o wiele więcej, ale nie chcieliśmy Was zanudzać. W parku jest plac zabaw, a na nim huśtawka. Pisałam o niej ostatnio. Dziś była do huśtawki kolejka, ale udało się dopchać. I pozjeżdżać na zjeżdżalni też trzeba było, bo by Michu chyba nam nie wybaczył.

Co do nowości Mikołajowych, to Miś potrafi pokazać włosy :) Kolejny sukces :) Dziś wypatrzony. No i Mariusz stwierdził po przeczytaniu ostatniego posta, że nie napisałam, że Michu coraz lepiej i pewniej stoi przy meblach i że się coraz sprawniej przy nich porusza. No to piszę: Mikołaj coraz lepiej i pewniej stoi przy meblach i coraz sprawniej się przy nich porusza. Fakt to niezaprzeczalny :) I dziś zaczął jeszcze mówić coś w stylu „ne-ne”, ale trochę bardziej miękko. W sumie trochę jak „ńe-ńe”. Bo „nie-nie” to jeszcze nie jest. Ale się zastanawiam, czy nie ma jakiegoś przekazu w tym. Ale muszę jeszcze poobserwować. Bo może to tylko zwykłe powtarzanie. A może to już całkiem świadome: „nie”? Dziś w ogóle Michu był świetny. Gdy weszliśmy na teren aquaparku to czekałam z nim na Mariusza. Siedzieliśmy sobie na murku i pokazuję Misiowi, że idzie Mariusz. A na to Miś: „Tata!” No rozwalił mnie tym kompletnie. Mariusza zresztą też. Ale nie ma się w umie co dziwić. Gdy wczoraj byłam na zajęciach to Mariusz cały dzień ćwiczył z Michem mówienie „tata” ;)

We wtorek jedziemy do Szczecina. Mama Szwagra załatwiła nam konsultację neurologiczną. Bardzo się cieszę. Z dwóch powodów: Po pierwsze, że Miśka obejrzy jeszcze ktoś poza doktor Dołyk, a po drugie, że się w końcu spotkam z naszymi ulubionymi Szczeciniakami. Bo bardzo się za nimi stęskniłam! I spotkam się też z mamą, bo akurat jest w Szczecinie. Super :)

Tyle na dziś. Reszta pewnie po powrocie ze Szczecina!

O gryzieniu i wytykaniu palcem

Mamy z Michem mały kłopot. Micho gryzie. I to nie byle jak! Mariusz ma już strupa na brzuchu, a ja znak na ramieniu. Do tej pory zdarzało się Misiowi podgryzać tylko mnie. Tak od czasu do czasu, nawet chyba kiedyś o tym pisałam. Brałam to za nieumiejętne buziaki, takie tam okazywanie miłości. No ale teraz to zaobserwować możemy gryzienie z dwóch powodów. Pierwszy to taki, gdy Miś nie potrafi sobie poradzić z nadmiarem emocji. Jak się bawi z nami jakoś wariacko i się zaśmiewa, to nagle bach – gryz w udo, bach – gryz w ramię… Ech… To by jeszcze można zrozumieć. Ale drugi rodzaj „gryzów” jest mniej zabawny. Miś w ten sposób zaczął okazywać swoją złość. „Nie pozwalacie mi stukać w klawiaturę taty? To ugryzę tatę! Nie pozwalacie mi dusić po przyciskach na pralce? To ugryzę mamę!” Generalnie o te dwie rzeczy zazwyczaj toczy się wojna. Zwłaszcza o tę klawiaturę. No i co tu zrobić? Mówimy, że nie wolno, odnosimy do pokoiku. Zawsze kończy się rykiem i raczkowaniem w naszą stronę, żebyśmy na pewno widzieli, jaką to krzywdę Miś przeżywa. Tak samo robimy, gdy gryzie. Czasem dociera. Nawet dziś, gdy leżeliśmy sobie w trójkę na dywanie w pokoiku i Miś miał kilka podejść do gryzienia, Mariusz mówił: „Nie wolno”, to Miś stopował. Ale czuję, że jeszcze nie raz będziemy kwiczeć z bólu, zanim całkowicie się oduczy. Ale miejmy nadzieję, że się uda.

Poza tym Miś zaczął pokazywać ręką. To wyczekiwany progres, bo generalnie powinien robić to już od jakichś dwóch miesięcy. Na razie jeszcze rzadko udaje mu się ułożyć palec wskazujący, więc pokazuje całą dłonią, ale i tak cieszymy się z tego jak diabli. To oczywiście owocuje tym, że Miś może oddać się swoistemu lenistwu. Nie musi już podchodzić do przedmiotu, o który go pytamy, tylko wystarczy mu, że pokaże go ręką. Taki to oszczędny w ruchach ten nasz synek :) Ale fajne jest też to, że już potrafi nam pokazać konkretnie, co chce. Że na przykład chce pić. Albo że chce, by mu podać jakąś trudno dostępną zabawkę. Fajne to jest :)

Do rozwijania umiejętności stawania możemy dodać z ostatnich kilku dni to, że Miś nauczył się schodzić ze stojaka do pozycji na kolanach. Nawet szybko to zaczaił. Chyba stwierdził, że nie ma rady, musi się nauczyć, bo na rodziców to się czasem może nie doczekać, aż przyjdą i wyratują ;) W każdym bądź razie Mariusz wyłapał wczoraj dwa sposoby Miśkowego schodzenia. Jedno w kuczki, drugie na kolana ślizgiem. Ot, taki zdolniacha ;) No i jeszcze do tego wszystkiego dziecię nasze nauczyło się wchodzić na tak zwane „wyżki”. Tapczan w pokoju i fotel nie stanowią już dla niego problemu. Włazi, gdzie może :) Nawet mogę powiedzieć, że umie schodzić z tapczana. Co prawda, potrzebna mu jest asekuracja, ale generalnie wie, że może zlecieć na łeb, więc rzucając się szczupakiem z łóżka pięknie wyciąga przed siebie ręce. No i o dziwo, przynosi to pozytywny skutek. Na razie wypadków brak, a Misiek zadowolony, że samowystarczalny :)

Miałam napisać jak tam u psychologa. A więc (pamiętajcie, nie zaczyna się zdania od „więc”) najpierw niedziela. Bo w niedzielę spotkaliśmy się z mamą mojego szwagra (zawiłe to wszystko), która jest psychologiem i akurat zatrzymała się kilka dni w naszym mieście. P.Danusia poobserwowała Misia, wyłapała kilka rzeczy, których Miś nie potrafi zrobić, a już powinien, ale ogólnie była nim zachwycona i stwierdziła, że na nic poważnego się nie zanosi raczej. I że, miejmy nadzieję, wszystko uda się jakoś wyrównać poprzez odpowiednie ćwiczenia i zabawy. Być może uda się jej też załatwić dla Mikołaja konsultację neurologiczną. Dobrze by było.
W poniedziałek natomiast dotarliśmy do centrum Mamy dziecko. Znalazłam je przez Internet. Tam umówieni byliśmy z panią Zwierz-Wasylew, psychologiem. Pani bardzo sympatyczna, Miś szybko ja zaakceptował. Też głównie obserwowała i dużo pytała. Opinię mam do odebrania jutro. Generalnie stwierdziła, że rzeczywiście, może być jakiś ślad uszkodzenia układu nerwowego. Ale nie jest w stanie na razie określić nic więcej. Zaleciła nam kilka zabaw, zakup książek z programu„Zabawy fundamentalne” oraz wkręciła nas na zajęcia logopedyczne w grupie w Promyku Słońca. Ruszamy na nie od wtorku. Poza tym pani stwierdziła, że będziemy cały czas w kontakcie poprzez logopedę prowadzącą zajęcia. I tyle. Generalnie bardzo uspokoiły nas te dwie wizyty. Co prawda, nie możemy powiedzieć, że wszystko jest super, bo jakieś deficyty są, ale rokowania nie są straszne. I to jest najważniejsze. Rzecz jasna nic nie lekceważymy. Ale mamy nadzieję, że jakoś to wszystko, a przynajmniej w większości, da się wyrównać.

„Zabawy fundamentalne”. Seria książek z zabawami i materiałami do tych zabaw dla dzieci od 0 do 6 lat. Opinie na forach super. Każdy to zaleca, zachwyca się, mówi, jak to pomaga w rozwoju dziecka, jak wspaniale stymuluje itd. I co z tego? Książki prawie nie do dostania. Gdzieś tam, w naszym wrocławskim Berku udało mi się namierzyć część „ZF 2”, dla dzieci powyżej 2 roku życia. Ale części pierwszej nie ma po prostu. Jedyną szansą było Allegro. No i za trzecim razem udało mi się wylicytować w końcu tę pierwsza część – w sumie dwie książeczki + książka-przewodnik z płytą z materiałami. Poszło na to prawie całe moje miesięczne stypendium. Bo wylicytowałam to za… 224,50 zł… Masakra. Książki, które można było wcześniej kupić w księgarni z 30zł sztuka. No ale cóż było robić? I tak dobrze, że się udało. Bo walki szły ostre. Książeczki owe na Allegro rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. No nic, teraz tylko wpłacić pieniądze trzeba i czekać na przesyłkę.

Cztery dni ubiegłego tygodnia spędziłam z Miśkiem w Głuchowie. Generalnie ten wyjazd po raz kolejny przekonał mnie, że Miś nie nadaje się do spania poza domem i to z kimś w pokoju. Przez trzy noce, jakie spędziliśmy u babci, przespałam w sumie może z 10 godzin… Michu budził się co noc, na 2 – 3 godziny. Po czym liczyłam, że chociaż rano trochę dłużej pośpi. Ale nie. Punkt szósta i zrywał mnie z łóżka jego płacz. Masakra. Jak wracaliśmy w czwartek do domu samochodem, to myślałam, że nie dojadę, tak mi się oczy kleiły. Powiem Wam, że do dzisiaj jeszcze nie jestem do końca wypoczęta. Ale żeby nie było – wróciliśmy do domu i Miś przesypia całe noce… Ech…

W czasie, gdy my byliśmy u babci, Mariusz z ekipą z Fingo pojechał do Pragi na konferencję Oraclową. I przywiózł prezenty!!! Poza piwem, czekoladami studenckimi i lentilkami kupił Miśkowi Krecika i drewnianą klockową zabawkę. Krecik Michowi od razu przypadł do gustu. Nos ma obgryzany notorycznie :) I Mikołaj potrafi już nawet pokazać kto to Krecik :) A co do zabawki drewnianej, to jest wypaśna. W ogóle to Mariusz namierzył w Pradze sklep z zabawkami drewnianymi. Można sobie asortyment obejrzeć na stronie. No i muszę przyznać, u nas jeszcze takiego wyboru, w dodatku tak tanich zabawek drewnianych, nie spotkałam. Spory wybór ma firma Boikido, nawet ciekawe i ładne, ale nie wiem, gdzie poza stroną Marko-zabawki można je znaleźć. A porównując z tym czeskim Woodylandem to… nie ma co porównywać. W każdym razie już postanowiliśmy, że następna wizyta w Pradze będzie obfitować w zakup drewnianych zabawek :) A co!

Dziś rano skoczyliśmy do aquaparku. Postanowiliśmy, że będziemy chodzić w miarę możliwości co tydzień + w piątki nasze zwyczajne zajęcia dla dzieci, bo Michu zapomniał jak się w wodzie poruszać. Szkoda. Liczymy, że jak znowu ostro pochodzimy, to mu to wróci. Wody się na szczęście ciągle nie boi, lubi się pluskać, ale już tak fajnie mu szło pływanie. A teraz, przez przerwę świąteczną i nasze choróbska ostatnie pozapominało mu się. Nawet dziś zainwestowaliśmy w piankowy makaron jako wspomaganie, takie jak mamy na zajęciach. Może to go trochę zmobilizuje.

Ale się ostatnio zaczęłam rozpisywać… Cóż, jak widać, dużo się dzieje. Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca :) Jeśli tak, to gratuluję. Jeśli nie, to rozumiem :)