Kino Bambino :)

Dzisiaj mamy dzień pod hasłem „kino”. Oczywiście kino z Miśkiem w roli głównej. Poranek spędziliśmy w parku skowronim. Najpierw wybraliśmy się na poszukiwanie kasztanów, a potem podeszliśmy na plac zabaw. Misiek odkrył dziś działanie karuzeli – sam, bez mojej pomocy, nauczył się nią kręcić! Dowód tutaj:

Kolejną rzeczą ze spacerku jest filmik ze sprzątania świata ;) Misiek postanowił pozbierać wszystkie kije z okolicy i nakarmić nimi kosz na śmieci. Czyścioch nam chyba rośnie.

A tu kino sprzed kilku dni – Misiek był przeziębiony, ja też, coś trzeba było robić, by dziecko w domu utrzymać:

Ale, kochani, nie myślcie, że przyjmiemy w prezencie dla dziecka perkusję. Co to, to nie! Niech mu na razie garnki wystarczą. Za lat kilka kupimy mu bongosy i na tym poprzestańmy :)

Zdjęcia z dzisiejszego spacerku do obejrzenia tutaj.

Mikołaj na gigancie ;)

Wpis ten co prawda będzie głównie o naszym wyjeździe do Gierałtowa, ale zacznę od wyjaśnienia tytułu. Michu wczoraj pierwszy raz zwiał z chaty. Zaczęło się. Dziecko dopiero 20-miesięczne, żaden tam nastolatek, a jak widać już wizja wolności miesza mu w głowie! ;) A tak serio, to historia wyglądała mniej-więcej tak:
Leżymy sobie wczoraj z Mariuszem na tapczanie w pokoju. Niedzielne popołudnie, my zmęczeni po wypoczynku w Orliku, Michu lekko zregenerowany, bryka po chacie. Oglądamy tv. Tak sobie leżymy, Michu sobie bryka (tak nam się wydawało przynajmniej), aż tu nagle słyszę, że jakieś dziecko gada na klatce schodowej. Tak sobie słucham tego dzieciaka i myślę, że jakoś go wyraźnie słychać, jakby drzwi były otwarte… W tym momencie mój proces myślowy (trwający tym razem, o dziwo, ułamki sekund) wyglądał tak: dziecko gada-głośno gada-wyraźnie słychać-dziecko brzmi jak Misiek-drzwi na klatkę otwarte-gdzie jest Misiek???? Lecę w dół po schodach, zaglądając po drodze w boczne korytarze i próbuję namierzyć Miśka. Słyszę bardzo zadowolone gadanie gdzieś tam na dole, o, widzę jak mignęła mi za zakrętem czupryna Micha. Ostatni zakręt – jest. Dziecię nasze zeszło samodzielnie (bez wypadku!!! ufff) z drugiego piętra prawie na parter. Całe szczęście, że go usłyszałam, bo pewnie zauważylibyśmy go na placu zabaw przez okno dopiero. Jezu. Generalnie to teraz mamy polew i cała ta sytuacja jest dla nas zabawna, ale wolę nie myśleć, co by się mogło stać. Taki to Misiek. Wychodzi z domu, a nawet się nie spyta, czy może ;) Ale mamy nauczkę, że musimy pamiętać o zamykaniu drzwi na klucz. Bo Michu urósł i sięga do klamki.

Weekend spędziliśmy w Gierałtowie Starym, koło Lądka Zdroju, w Górach Bialskich. Mariusz był tam kiedyś w pensjonacie Orlik na sfruwie integracyjnym z firmy. A że jechali też znajomi, to postanowiliśmy również pojechać i wypróbować w tamtejszych górkach nowe nosidło Miśkowe. No bo kupiliśmy je w zeszłym tygodniu, w Decathlonie. Deuter Kid Comfort czy jakoś tak.

Co do samego Orlika, to miejsce fantastyczne – hektar ogrodu do leżenia nad strumykiem, tudzież siedzenia na kocyku, ławce, huśtawce, czy na czym się chce. Michu miał bezpieczny teren do chodzenia, do tego cisza i spokój, bo ruch tam jest bardzo mały. Pełnia szczęścia była w momencie wejścia do pokoju, gdy okazało się, że widok za oknem mamy na maksa odprężający – wielka zielona góra. Wypas!

Co do nosidła, to my jesteśmy z niego zadowoleni, Misiek mniej. Ryczy zazwyczaj, jak ma do niego wsiąść. Sprawdzaliśmy wszystko, czy przypadkiem nie uwiera, obciera i tak dalej. Ale doszliśmy w końcu do wniosku, że Michu się po prostu w nosidle nudzi. Jak tylko nie jest zbytnio zmęczony, to chce iść sam. Jakoś nie bardzo można mu tego zabraniać, bo w końcu to świetnie, że chce być samodzielny, ale czasem fajnie by było pójść gdzieś dalej niż 100m od domu ;) Swoją drogą, jak Michu się wczoraj zmęczył, to pół godziny siedział w nosidle w drodze do pensjonatu i nawet nie kwęknął, że chce zejść. Ot, taki Misiek samobieżnik :) Liczymy, że się przyzwyczai do nosidła. Na to, że będzie w nim wolał siedzieć niż iść to nie liczymy (zresztą lepiej, żeby się tak nie rozleniwiał), ale może jak mu coś zainstalujemy ciekawego w nosidle, w co by mógł podusić, co by grało i świeciło, to może kiedyś uda nam się wejść na jakąś górkę :) Można by próbować, by Michu szedł na górkę pieszo, ale jak na razie to nasze dziecko ma swoją koncepcję spacerów, nieodgadnioną przez nikogo, i zazwyczaj prowadzi ona w inną stronę niż ta, w którą zmierzamy my – Mariusz i ja. Cóż, można się przyzwyczaić :)

Ponadto Misiek przywiózł sobie z Gierałtowa nowego siniaka na czole, bo rąbnął się głową w asfalt. Oczywiście nie przypadkiem – ze złości na nas. Ale przyznać trzeba, że to tłuczenie głową w co popadnie i tak już jest rzadsze niż wcześniej. Poza tym od dawna nie zdarzyło się, żeby Michu mnie ze złości ugryzł. Progres. Zostało jeszcze szczypanie i bicie, ale już też jakby trochę osłabło. Oby udało się Miśka z tego wyprowadzić. Po prostu nie umie sobie Mikołaj radzić z nadmiarem negatywnych emocji. Gdy mu się czegoś zabrania albo coś go zdenerwuje to tak właśnie się zachowuje. Wczoraj jednakże doszliśmy z Mariuszem do pocieszającego wniosku, że Michu, chociaż się tłucze głową i wkurza na nas, że czegoś mu nie pozwalamy, to jednak, jak słyszy, że czegoś nie wolno, to tego nie robi (zaznaczę, że jak słyszy w porę, bo gdy już się do czegoś dorwie i wtedy mu się mówi, że nie wolno, to już jest „po ptokach”). Czyli nasza konsekwencja daje jednak jakieś rezultaty. Powoli Misiek uczy się też, że są rzeczy, których nie można dotykać, tudzież miejsca, w które nie można chodzić. Zdarza się nawet, że potrafi to zaakceptować bez żadnej reakcji negatywnej. Co prawda jest to jeszcze rzadkie, ale i tak duży sukces :)

Misiu w ostatnim tygodniu zrobił się długodystansowym spacerowiczem. Gdy jest ładna pogoda to chodzimy na spacer dwa razy dziennie – raz przed południem, drugi raz po wieczór, przed spaniem – i kilka ostatnich wypraw osiągało już czas około 2 godzin. Misiek ma swoją stałą trasę. Od naszej klatki schodowej, po schodach w dół, przez ulicę, na plac zabaw do Osady, dalej takim tunelem w bloku na schody przy sklepie i albo znów na plac zabaw albo znów pod naszą klatkę i dalej. Coraz mniej woła na ręce – pamięta zazwyczaj, że jak jest zmęczony, to trzeba sobie usiąść i odpocząć. Siada więc na przykład na schodach, albo na środku chodnika :) I uczy się, że jak pije wodę, to też powinien siedzieć. Czasem o tym zapomina, ale widzę, że się stara :)

Tyle na dziś. Jutro wybieram się z Michem na 3 noce do Głuchowa. Mam nadzieję, że ta burzliwa pogoda się uspokoi, bo szkoda by było być w Głuchowie i siedzieć w domu.

W galerii oczywiście nowe zdjęcia z Gierałtowa. No i są jeszcze trochę mniej nowe – z ubiegłego tygodnia. Kto nie widział, niech zagląda. Link jest tutaj.

W sumie jeszcze nie koniec. Jeszcze kino :) Zgodnie z obietnicą, zamieszczam kolejny filmik z Miśkiem w roli głównej. Tym razem będzie to kino historyczne, z czasów, gdy Miś jeszcze pełzał :) Przedstawiamy talent muzyczny naszego syna:

Premiera filmowa

Jako że Michu coraz więcej się rusza i robi różne rzeczy bardziej albo mniej śmieszne, postanowiliśmy zrobić użytek z kamerki, którą mamy w naszym kompakcie i umieszczać co jakiś czas krótkie filmiki z Michem w roli głównej. Filmiki dla niewtajemniczonych widzów pewnie będą nudne, ale myślę, że rodzina ucieszy się, widząc namiastkę żywotności Mikołaja w takiej postaci. Więcej nie mówię, tylko prezentuję. Mam nadzieję, że nie będzie problemów z odbiorem. W razie czego, to zgłaszajcie.

Pierwszy filmik, z dzisiaj, a jakże: Park Południowy, Wrocław, 9 rano. Mikołaj czyta, że na pomniku siedzi człek o dziwnym nazwisku Chopin :)

Film drugi, też z dzisiaj. Miejsce akcji: plac zabaw w wyżej wspomnianym parku. Mikołaj na koniku. Chwilę wcześniej bujał się mocniej, ale mu się znudziło, zanim matka-flegmatyczka wyjęła aparat. A to, co pokazuje dziecię słodkie z okrzykiem „tata”, to nie tata, rzecz jasna, ale gołąbek.

Jakby nie spojrzeć – dwie premiery filmowe to dużo jak na jeden dzień :) Któregoś dnia wrzucę tu jeszcze kilka staroci – na przykład filmik, który zrobił tata Mariusza, gdy Misiek miał 2 tygodnie i nie robił nic innego poza spaniem, płakaniem, robieniem w pieluchę i ciągnięciem cyca. To było życie! ;)