Wakacje magistra

No to jestem już magistrem, jak część z Was pewnie wie. Nie było ciężko, rzekłabym wręcz, że było przyjemnie :) Pytania dostałam proste – jedno o charakterystykę fotografii analogowej i fotografii cyfrowej (i małe porównanie) a drugie o metody i techniki, które wykorzystałam podczas badań. No i ogólnie o wynik badań i o moją opinię na ten temat. Profesorowie byli świetni. Zresztą, nie mogę słowa złego powiedzieć na mojego promotora (prof. Wacław Strykowski), bo przez cały proces pisania pracy był bardzo pomocny i wszystko poszło jak po maśle :) Zresztą, muszę przyznać przed samą sobą, że jestem zadowolona z napisanej pracy. Nawet lekko dumna :) Temat na początku mi nie bardzo „leżał”, ale w końcu załapałam, no i poszło. Całkiem przyjemnie mi się to czytało po zakończeniu. Nawet Mariusz stwierdził, że kawał dobrej roboty wykonałam. A swoją drogą, w kierunku Małżonka wielkie ukłony ślę nieustannie, bo tak mi na koniec pięknie pracę sformatował, że sama bym tak nie umiała.

Cóż, trochę mnie ta praca kosztowała. Pisać się nie dało inaczej jak tylko wieczorami lub w południe przez 1,5h gdy Michu spał (gdzieś między praniem, gotowaniem i innym sprzątaniem), bo z Michem to by nie wyszło. Badania na szczęście udało się przeprowadzić w pobliskiej podstawówce, piękne kolorowe wykresy i tabelki (być może szczyt żenady, ale punkty dodatkowe za to były ;)), na koniec format ze strony Mariusza i… i jeszcze trzeba było dokupić drukarkę kolorową, bo w naszej się atrament skończył i stwierdziliśmy, że taniej będzie kupić nową niż do starej komplet tonerów kupować. Drukarkę kupiłam wówczas w Szczecinie, bo we Wrocławiu bym nie zdążyła… Wspomnieć warto w tym miejscu, że obecnie w naszym domu na trzech domowników (z czego jeden niepełnoletni i nie korzystający ze sprzętu jak należy) przypadają cztery działające drukarki (dwie atramentowe, kolorowe, z możliwością druku zdjęć, jedna laserowa czarno-biała i jedna stricte fotograficzna – ta, którą kupiłam na pieniądze wygrane na warsztatach foto) oraz cztery komputery: dwa laptopy (jeden działający standardowo a drugi traktowany jako serwer czy coś tam) i dwa stacjonarne. Nikt mi nie wmówi, że to jest normalne… ;)
Wracając do magisterki – napisałam, wydrukowałam, oprawiłam, wysłałam promotorowi – zaakceptował (bez żadnej poprawki), obroniłam i po wszystkim. Nic, tylko prace magisterskie pisać ;) Ale czas już był najwyższy, bo mi to na sumieniu leżało. A tak już jest z głowy. Zresztą, i tak jestem z siebie dumna, że tak szybko mi poszło, spodziewałam się, że będę się dopiero we wrześniu bronić.

Zaraz po obronie, prosto z Poznania, pojechaliśmy rodzinnie do Szczecina (w sumie to pod Szczecin, do Przecławia) na kilka dni wypoczynku. Nasi Przecławianie mazurzą się na Mazurach, więc skorzystaliśmy z ich wolnej chaty. Po przyjeździe Misiek trochę szukał psa, ale potem przywykł, że pieskowi też się należą wakacje. Z pogodą nie bardzo utrafiliśmy. Trochę padało, a jak nie padało to był zimno i szaro. No ale i tak pojechaliśmy dwa razy nad morze (raz do Międzyzdrojów – mróz, raz do Międzywodzia – upał), no i trochę pochodziliśmy po Szczecinie. Największą frajdę miał Misiek, bo wszędzie niemal puszczaliśmy go „luzem”, więc mógł sobie pochodzić do woli. Nie lubi już wózka nasze dziecko :) Chodzi coraz lepiej, ładniej, pewniej. Nogi (zwłaszcza lewą) jeszcze koślawi fatalnie, no ale nie wszystko się da naprawić. Mam nadzieję, że jak nie teraz, to gdy Michu będzie trochę bardziej „kumaty”, to ćwiczeniami się da stopę choć trochę wyprostować.

Misiek zaliczył bliskie spotkanie z Bałtykiem. Radość była wielka, zwłaszcza, gdy go niespodziewanie fale podmywały i zalewały. Próbował zawrzeć też kilka plażowych znajomości (jako dziecię nad wyraz społeczne), ale spotykał się z rykliwym lub strachliwym oddźwiękiem ze strony rówieśników. Muszą dorosnąć, jak widać ;)
Misiek po plaży chciał chodzić sam, co też czynił skwapliwie, poza momentami, gdy nogi go zaczynały boleć i się piernik nauczył podchodzić do nas, wtulać w nogi, patrząc ufnie i czule w oczy i jęczeć w stylu: „na ręce! błagam, na ręce!!!”. No i cóż było robić… :)
Ogólnie rzecz biorąc Misiek nad morzem rządzi. Super :)

Jednego popołudnia wybraliśmy się do parku Kasprowicza na spacerek i Misiek po raz pierwszy przejechał się na kucyku. Konik bardzo mu się na początku podobał, potem już trochę mu się znudziło, ale mam nadzieję, że w przyszłości będzie chętnie na koniu siadał. Generalnie Michu wysiedział na kucyku 3/4 kółka, i pani powiedziała, że jak na pierwszy raz i na to, że Michu ma półtora roku dopiero to i tak dużo. Cóż, Misiek to już ma w sumie 19 miesięcy, ale dla tej pani to chyba nie ma znaczenia, więc nie tłumaczyłam :)

Urlopowanie skończyliśmy wczoraj. Misiek szczęśliwy wrócił do domu. To niesamowite, jak widać po nim radochę, że może położyć się spać we własnym pokoiku i własnym łóżeczku. To znaczy, że czuje się tu dobrze i bezpiecznie. Chyba o to nam chodziło :)

Przed wyjazdem magistersko-urlopowym byłam u okulisty, bo od jakiegoś czasu często bolały mnie oczy. Okazało się, że mam lekki astygmatyzm i konieczne są okulary. Nie narzekam, bo ja jestem z tego typu, co zawsze chciał bryle nosić, więc cóż. Dziś wybraliśmy oprawki, do końca tygodnia mają być gotowe całe okularki. Kiedyś się pewnie pochwalę jakimś zdjęciem w okularach.

Półtora tygodnia temu w niedzielę byliśmy w Kudowie. My to jednak lubimy ten kiczowaty klimat. Postanowiliśmy, że w sierpniu postaramy się pojechać tam na weekend – tak niesamowicie odprężająco działa na nas tamtejszy park. Jak niemieccy emeryci. Możemy tak się szlajać po tym parczku, Michu ma pełno miejsca do pieszych wędrówek (kilometry robi niezłe, mimo że w sumie wokół jednego klombu ;)). Nic, tylko wypoczywać :) No i dodatkową zaletą parku w Kudowie jest kawiarnia Sissi, gdzie podają pyszne desery lodowe, przeróżne kawy i ciasta w cenach o wiele przyjemniejszych niż wrocławskie :) Kilka fotek z Kudowy jest tutaj. No a zdjęcia ze Szczecina – tutaj.

Cóż jeszcze? Tyle chyba na razie. I tak już sporo napisałam. Do następnego razu!

A jednak nie. Na koniec fragment lingwistyczno-logopedyczny ;) Z Miśkiem daje się już czasem nieźle porozumieć. Co prawda w większości przypadków i tak się raczej trzeba domyślać, ale oto, co Michu potrafi już powiedzieć:

mama – „mama” :)
tata – „tata”
baba – „babcia”
ale też „żaba” (w sumie, to głównie „żaba”)
koko„kurka” tudzież jest to odpowiedź na pytanie „jak robi kurka?”
cieci, sieci, siesi„świeci” – jest to w sumie pierwsze słowo złożone z dwóch różnych sylab, które wymawia nasze dziecko. Najczęściej jest używane w przypadku wszelkiego rodzaju lamp w domu, samochodzie no i najczęściej w odniesieniu do sygnalizacji świetlnej na ulicach, którą to Misiek uwielbia wręcz obserwować. Czasem coś podobnego wypowiada w przypadku, gdy widzi pieska lub kotka, jednak mniej wyraźnie i nie da się tego, póki co, jakoś sklasyfikować i ograniczyć czymś tak prostym jak literki ;)
No, to teraz już mogę spokojnie pójść spać. Obowiązek wypełniony :)

„No ile czasu można być at-at?”

Tak skwitował dziś Mikołaja Mariusz, gdy Miś w końcu powiedział: „tata”. Bo ostatnimi czasy dziecię nasze jakoś zaprzestało gadulstwa. Kiedyś było ma-ma-ma, ta-ta-ta, ba-ba-ba, ga-ga-ga i ich różne kombinacje. Potem zostało tylko bu i mama (całkiem już świadome :)). No i przez kilka ostatnich tygodni ćwiczymy ciągle ta-ta, coby się dziecięciu przypomniało. Cóż… Coś tam się przypominało, ale marnie – nie bójmy się tego powiedzieć. Co prawda Mariusz cały czas mówił, że mu się bardzo „at-at” podoba, ale jakoś mu nie wierzyłam ;) No i się dziś doczekał. W końcu Michu zaskoczył i Mariusz już nie jest „at-at” ale pełnowartościowy „tata” :))) Wypas!

W ogóle to nam się dzisiaj tak Michu rozgadał, że wręcz nie poznajemy faceta. Wszystko musiał skomentować po swojemu. Zresztą, on się dziś tak zachowuje, jakby jechał na jakichś prochach. Spał zaledwie dwie godziny w ciągu dnia, a przez cały dzień miał tyle energii, że szok. Może wiosnę czuje? W końcu niedźwiedzie budzą się ze snu zimowego. Więc Michu, jak na pełnowartościowego micha przystało, też się obudzić powinien :)

W końcu miałam dziś czas, żeby zabrać Misia na dłuższy spacer do parku. Ostatnio nam się bardzo nie składało. Albo pogoda brzydka, albo Miś chory, albo po prostu (i to przeważnie) Promyk Słońca. A dziś w Promyku byliśmy na 8, potem drzemka, obiadek i na spacer! Po drodze Michu dostał nową czapkę wiosenną, bo w zimowej było za gorąco (dwanaście stopni na plus!). Przy okazji kupiliśmy tez w Coccodrillo pierwsze Miśkowe trampki! I to nie byle jakie, bo w moro! Trochę są za duże (mniej-więcej o jeden numer), ale przynajmniej pochodzi w nich, jak się w końcu nauczy, na wiosnę. Kupiłam je bowiem z myślą o tym, żeby je zabierać do Promyka. Bo gdy czekamy na korytarzu na rehabilitację, to Miś zazwyczaj nie chce już siedzieć, tylko woli stać. No i wtedy ma do wyboru albo stać w skarpetkach na brudnej i zimnej podłodze, albo w swoich butach zimowych, w których się „koleboce”. No to teraz ma trampki :)

Przy okazji spacerku Mikołaj zaliczył huśtawkę na placu zabaw w parku. Już raz się huśtał na placu przy Parku Południowym. W niedzielę. Tamta huśtawka była dobra, bo Miś siedział w niej sam – taka dostosowana do małego dzieciaczka. Ta w naszym parku na razie nadaje się do huśtania na kolanach u mamy, co nie zmienia faktu, że frajda jest nadal wielka!
No i wiadomo – jak plac zabaw, to i piasek! I próba jedzenia kamieni, rzecz jasna :)

Mikołaj rozwija się artystycznie :) Zacięcie muzyczne to już fakt. Od kilku dni natomiast Miś zafascynowany jest rysownictwem! Zaczęło się od zwykłego trzymania długopisu. Mimo zachęt nie chciał nim wcześniej rysować, już sam długopis był wystarczająco ciekawy. Za to kilka dni temu Mikołaj odkrył, że jednak można więcej! Zaczął bardzo delikatnie mazać długopisem po papierze. Na początku nic nie było widać, bo Miś prawie wcale nie dociskał. Włączyliśmy do nauki kredki (pyszne są, mniam, mniam) i na dzień dzisiejszy mamy już efekty na około dwóch kartkach oraz na kocyku i śpiworku. Efekty z kartki zeskanuję i wrzucę tu któregoś dnia, bo to pamiątka wielka! Pierwsze plastyczne dzieło wielkiego Człowieka! :)
Rysowanie pochłania Misia bez reszty. Gdy dostaje kartkę i kredki to jest w stanie zabawiać się nimi kilkanaście minut. To naprawdę bardzo długo :)

Ponadto Mikołaj znowu nauczył się kilku rzeczy: Że kredki są w kubeczku. A jak nie są, to trzeba je do niego włożyć. Nawet, jeśli jest to kubeczek po świeżo wypitej kawie :) Wie też, gdzie ma paluszki :) Potrafi pokazać Kubusia Puchatka – już nie tylko maskotkę, ale również na kredkach, w książeczce oraz pasku na ścianie. Wie, do czego służy grzebień i spinka do włosów (czyżby miał być „z metra cięty”? ;)). Potrafi nanizać drewniane kółeczka ze swojej zabawki na patyk. I potrafi pokazać kurę w książeczce, mimo że wcześniej pokazywałam mu ją tylko dwa razy :) W ogóle zaczął wskazywać paluszkiem. W końcu. Często jeszcze jakieś większe rzeczy pokazuje całą ręką, ale jak ma pokazać coś w książeczce, to już potrafi paluszkiem :) Brawo Mikołaj! Jesteśmy z Ciebie bardzo dumni!

Tyle na dziś. Idę się uczyć, bo pojutrze mam egzamin.