Szpital cz.3 – 2.12.2007

Dwie trzecie niedzieli w szpitalu już za mną. Byle do poniedziałku, myślę sobie. Mam nadzieję, że od jutra coś się tu wokół mnie zacznie dziać. Bo szału powoli już dostaję. I jakieś dołki łapię. Dobrze, że Misiek przyszedł dziś w południe, bo przynajmniej miałam się komu wypłakać. On też biedny – bezsilny się czuje. Zastanawia się, czy lepiej dać w mordę czy lepiej w łapę, żeby zaczął się ktoś mną bardziej interesować. Ja też nie działam na niego kojąco, gdy opowiadam mu o różnych sytuacjach z oddziału. Choćby o tej dziewczynie, która wczoraj tak okropnie krzyczała. Okazało się, że wody płodowe były już zielone, łożysko przejrzałe, a ona nie mogła sama urodzić. No i maluszka kleszczami wyciągali. Była dwa tygodnie po terminie. Nie zrobili jej badania wód płodowych. Wypas po prostu. Jutro chyba będę żądać takiego badania, bo stresuję się tym bardzo. W ogóle to z godziny na godzinę jestem coraz bardziej wystraszona. Misiek uspokajał jak mógł i potrafił. Mama przez telefon też. Monika też. Gadałyśmy z pół godziny. No ale co zrobić, gdy człowiek leży tu od jakichś pięćdziesięciuparu godzin i nie widzi żadnej nadziei, ze coś samo z siebie się zacznie, a opieka jest jaka jest…

Misiek kupił mi „I Ty możesz mieć superdziecko” Doroty Zawadzkiej. Czytam, bo przynajmniej mi czas na tym mija. Chciałabym rzec – ucieka. Ale on się wlecze jak żółw. Byle do rana…

Szpital cz.2 – 1/2.12.2007

Ta noc jest koszmarna. Druga nieprzespana. Chociaż w sumie na trzy godziny udało mi się zasnąć, więc i tak jest lepiej niż poprzedniej. W radiu leci Dżem i „Wehikuł czasu”. Hmmm… ja to bym nie chciała cofać czasu. Raczej wolałabym go trochę pchnąć do przodu – np. do poniedziałku, wtorku. A najlepiej to o tydzień – bo mam nadzieję, że za tydzień będę już w domu.

Ania – sąsiadka z pokoju – też nie śpi. Męczy ją coś, chodzi po pokoju. Dziewczyny z innych sal też chyba mają ciężką noc, bo co rusz, w drodze do łazienki, spotyka sie którąś na korytarzu. Może się wystraszyłyśmy krzyków tej dziewczyny rodzącej wieczorem. Bo darła się okropnie. Na korytarzu przed naszą salą w jednej chwili zebrała się grupka dziewcząt. Nic dziwnego, bo w końcu sąsiadowałyśmy z porodówką. Mamy więc „krzyki” z pierwszej ręki.

O, teraz Róże Europy puścili. „Jedwab” oczywiście. Nie wiem, czy mają coś jeszcze znanego.

Wieczorem był obchód. Pytałam, co ze mną. Lekarka mówiła, że w poniedziałek zdecydują – pewnie zrobią usg i jak się mały nie ruszy to będą podłączać kroplówkę. Oby. I oby to poskutkowało. Bo po historiach innych dziewczyn po cesarskim cięciu to można wpaść w histerię. Nie… Kobity na patologii ciąży powinny być od siebie odizolowane tak, żeby się nie mogły ze sobą wcale kontaktować. Bo jak się tak człowiek nasłucha, to nawet najzdrowszej babie przychodzą do głowy czarne myśli. Siła sugestii – piękna sprawa czasami. A jaka czasami niszcząca…