Premiera filmowa

Jako że Michu coraz więcej się rusza i robi różne rzeczy bardziej albo mniej śmieszne, postanowiliśmy zrobić użytek z kamerki, którą mamy w naszym kompakcie i umieszczać co jakiś czas krótkie filmiki z Michem w roli głównej. Filmiki dla niewtajemniczonych widzów pewnie będą nudne, ale myślę, że rodzina ucieszy się, widząc namiastkę żywotności Mikołaja w takiej postaci. Więcej nie mówię, tylko prezentuję. Mam nadzieję, że nie będzie problemów z odbiorem. W razie czego, to zgłaszajcie.

Pierwszy filmik, z dzisiaj, a jakże: Park Południowy, Wrocław, 9 rano. Mikołaj czyta, że na pomniku siedzi człek o dziwnym nazwisku Chopin :)

Film drugi, też z dzisiaj. Miejsce akcji: plac zabaw w wyżej wspomnianym parku. Mikołaj na koniku. Chwilę wcześniej bujał się mocniej, ale mu się znudziło, zanim matka-flegmatyczka wyjęła aparat. A to, co pokazuje dziecię słodkie z okrzykiem „tata”, to nie tata, rzecz jasna, ale gołąbek.

Jakby nie spojrzeć – dwie premiery filmowe to dużo jak na jeden dzień :) Któregoś dnia wrzucę tu jeszcze kilka staroci – na przykład filmik, który zrobił tata Mariusza, gdy Misiek miał 2 tygodnie i nie robił nic innego poza spaniem, płakaniem, robieniem w pieluchę i ciągnięciem cyca. To było życie! ;)

Huśtawkowo

Mikołaj skończył dzisiaj 15 miesięcy. Taka ze mnie wyrodna matka, że zapomniałabym o tym zupełnie, gdyby nie Mariusz, który mi przypomniał. Stary byk z niego. Z Miśka, oczywiście, bo małżonek mój jeszcze całkiem młody, buhahaha ;) W każdym razie dobrze się trzyma, jak na swoje lata ;)

Byliśmy dziś rano w aquaparku. Misiek przeszczęśliwy. Ostatnio przeprosił się z wodą i znowu zaczął pływać. Zarówno tydzień temu jak i przedwczoraj na zajęciach z pływania w Pulsantisie dawał czadu. Kwiczał z radości i całkiem sprawnie wykonywał polecenia. Mimo że był śpiący, bo ostatnio mamy w piątki tak, że po Bobathach nie ma czasu położyć Misia spać, tylko od razu jedziemy na pływalnię. Ale tak mu się spodobało na nowo pływanie, że aż miło patrzeć. Zresztą postępy też są – już go czasem można puścić, gdy jest w rękawkach i kółku, albo na makaronie. W ogóle to w aquaparku bardzo mu się podoba. Punkt obowiązkowy to zjeżdżalnia. Biedny tylko mój kręgosłup ;)

Po południu ruszyliśmy na spacerek do Parku Południowego. Mamy z tej wyprawy kilka zdjęć w galerii. W sumie to mamy ich o wiele więcej, ale nie chcieliśmy Was zanudzać. W parku jest plac zabaw, a na nim huśtawka. Pisałam o niej ostatnio. Dziś była do huśtawki kolejka, ale udało się dopchać. I pozjeżdżać na zjeżdżalni też trzeba było, bo by Michu chyba nam nie wybaczył.

Co do nowości Mikołajowych, to Miś potrafi pokazać włosy :) Kolejny sukces :) Dziś wypatrzony. No i Mariusz stwierdził po przeczytaniu ostatniego posta, że nie napisałam, że Michu coraz lepiej i pewniej stoi przy meblach i że się coraz sprawniej przy nich porusza. No to piszę: Mikołaj coraz lepiej i pewniej stoi przy meblach i coraz sprawniej się przy nich porusza. Fakt to niezaprzeczalny :) I dziś zaczął jeszcze mówić coś w stylu „ne-ne”, ale trochę bardziej miękko. W sumie trochę jak „ńe-ńe”. Bo „nie-nie” to jeszcze nie jest. Ale się zastanawiam, czy nie ma jakiegoś przekazu w tym. Ale muszę jeszcze poobserwować. Bo może to tylko zwykłe powtarzanie. A może to już całkiem świadome: „nie”? Dziś w ogóle Michu był świetny. Gdy weszliśmy na teren aquaparku to czekałam z nim na Mariusza. Siedzieliśmy sobie na murku i pokazuję Misiowi, że idzie Mariusz. A na to Miś: „Tata!” No rozwalił mnie tym kompletnie. Mariusza zresztą też. Ale nie ma się w umie co dziwić. Gdy wczoraj byłam na zajęciach to Mariusz cały dzień ćwiczył z Michem mówienie „tata” ;)

We wtorek jedziemy do Szczecina. Mama Szwagra załatwiła nam konsultację neurologiczną. Bardzo się cieszę. Z dwóch powodów: Po pierwsze, że Miśka obejrzy jeszcze ktoś poza doktor Dołyk, a po drugie, że się w końcu spotkam z naszymi ulubionymi Szczeciniakami. Bo bardzo się za nimi stęskniłam! I spotkam się też z mamą, bo akurat jest w Szczecinie. Super :)

Tyle na dziś. Reszta pewnie po powrocie ze Szczecina!

„No ile czasu można być at-at?”

Tak skwitował dziś Mikołaja Mariusz, gdy Miś w końcu powiedział: „tata”. Bo ostatnimi czasy dziecię nasze jakoś zaprzestało gadulstwa. Kiedyś było ma-ma-ma, ta-ta-ta, ba-ba-ba, ga-ga-ga i ich różne kombinacje. Potem zostało tylko bu i mama (całkiem już świadome :)). No i przez kilka ostatnich tygodni ćwiczymy ciągle ta-ta, coby się dziecięciu przypomniało. Cóż… Coś tam się przypominało, ale marnie – nie bójmy się tego powiedzieć. Co prawda Mariusz cały czas mówił, że mu się bardzo „at-at” podoba, ale jakoś mu nie wierzyłam ;) No i się dziś doczekał. W końcu Michu zaskoczył i Mariusz już nie jest „at-at” ale pełnowartościowy „tata” :))) Wypas!

W ogóle to nam się dzisiaj tak Michu rozgadał, że wręcz nie poznajemy faceta. Wszystko musiał skomentować po swojemu. Zresztą, on się dziś tak zachowuje, jakby jechał na jakichś prochach. Spał zaledwie dwie godziny w ciągu dnia, a przez cały dzień miał tyle energii, że szok. Może wiosnę czuje? W końcu niedźwiedzie budzą się ze snu zimowego. Więc Michu, jak na pełnowartościowego micha przystało, też się obudzić powinien :)

W końcu miałam dziś czas, żeby zabrać Misia na dłuższy spacer do parku. Ostatnio nam się bardzo nie składało. Albo pogoda brzydka, albo Miś chory, albo po prostu (i to przeważnie) Promyk Słońca. A dziś w Promyku byliśmy na 8, potem drzemka, obiadek i na spacer! Po drodze Michu dostał nową czapkę wiosenną, bo w zimowej było za gorąco (dwanaście stopni na plus!). Przy okazji kupiliśmy tez w Coccodrillo pierwsze Miśkowe trampki! I to nie byle jakie, bo w moro! Trochę są za duże (mniej-więcej o jeden numer), ale przynajmniej pochodzi w nich, jak się w końcu nauczy, na wiosnę. Kupiłam je bowiem z myślą o tym, żeby je zabierać do Promyka. Bo gdy czekamy na korytarzu na rehabilitację, to Miś zazwyczaj nie chce już siedzieć, tylko woli stać. No i wtedy ma do wyboru albo stać w skarpetkach na brudnej i zimnej podłodze, albo w swoich butach zimowych, w których się „koleboce”. No to teraz ma trampki :)

Przy okazji spacerku Mikołaj zaliczył huśtawkę na placu zabaw w parku. Już raz się huśtał na placu przy Parku Południowym. W niedzielę. Tamta huśtawka była dobra, bo Miś siedział w niej sam – taka dostosowana do małego dzieciaczka. Ta w naszym parku na razie nadaje się do huśtania na kolanach u mamy, co nie zmienia faktu, że frajda jest nadal wielka!
No i wiadomo – jak plac zabaw, to i piasek! I próba jedzenia kamieni, rzecz jasna :)

Mikołaj rozwija się artystycznie :) Zacięcie muzyczne to już fakt. Od kilku dni natomiast Miś zafascynowany jest rysownictwem! Zaczęło się od zwykłego trzymania długopisu. Mimo zachęt nie chciał nim wcześniej rysować, już sam długopis był wystarczająco ciekawy. Za to kilka dni temu Mikołaj odkrył, że jednak można więcej! Zaczął bardzo delikatnie mazać długopisem po papierze. Na początku nic nie było widać, bo Miś prawie wcale nie dociskał. Włączyliśmy do nauki kredki (pyszne są, mniam, mniam) i na dzień dzisiejszy mamy już efekty na około dwóch kartkach oraz na kocyku i śpiworku. Efekty z kartki zeskanuję i wrzucę tu któregoś dnia, bo to pamiątka wielka! Pierwsze plastyczne dzieło wielkiego Człowieka! :)
Rysowanie pochłania Misia bez reszty. Gdy dostaje kartkę i kredki to jest w stanie zabawiać się nimi kilkanaście minut. To naprawdę bardzo długo :)

Ponadto Mikołaj znowu nauczył się kilku rzeczy: Że kredki są w kubeczku. A jak nie są, to trzeba je do niego włożyć. Nawet, jeśli jest to kubeczek po świeżo wypitej kawie :) Wie też, gdzie ma paluszki :) Potrafi pokazać Kubusia Puchatka – już nie tylko maskotkę, ale również na kredkach, w książeczce oraz pasku na ścianie. Wie, do czego służy grzebień i spinka do włosów (czyżby miał być „z metra cięty”? ;)). Potrafi nanizać drewniane kółeczka ze swojej zabawki na patyk. I potrafi pokazać kurę w książeczce, mimo że wcześniej pokazywałam mu ją tylko dwa razy :) W ogóle zaczął wskazywać paluszkiem. W końcu. Często jeszcze jakieś większe rzeczy pokazuje całą ręką, ale jak ma pokazać coś w książeczce, to już potrafi paluszkiem :) Brawo Mikołaj! Jesteśmy z Ciebie bardzo dumni!

Tyle na dziś. Idę się uczyć, bo pojutrze mam egzamin.

Myję zęby wystające z gęby…

Zęby Miśkowi wyrosły. Nagle i niespodziewanie ;) No, może nie tak do końca niespodziewanie, bo jednak od pewnego czasu się ślinił i wkładał w paszczę wszystko, co mu się udało chwycić. W każdym bądź razie fakt jest faktem, a zębol zębolem – dwie dolne jedynki wyrosły. Fajnie :) Radochę mieliśmy wczoraj niesamowitą, gdy udało mi się je namierzyć. No bo tym szczęśliwcem, który namacał w czeluściach otworu gębowego te nowe dwa wykwity byłam ja! (Mariusz chyba boi się, że już nie odzyska palca, gdy go wsadzi Miśkowi do paszczy ;) ) Co do samego ząbkowania, to na razie jakoś nie zauważyliśmy, żeby mu coś w tej materii dolegało. Chyba, że słabo obserwujemy. Trochę był może Misio bardziej marudny, ale tłumaczę to też tym, że był przeziębiony. Zresztą, jeszcze trochę mu się kaszle, więc to też może mu przeszkadzać w pełni dobrym humorze. Ani gorączki nie miał… No i całe szczęście oczywiście. Tylko wczoraj całą pięść próbował sobie włożyć do buzi. I lubi, jak mu masuję dziąsełka specjalną szczoteczką, ale to nic dziwnego – na pewno go swędzą.

Z nowości Miśkowych to jeszcze mamy przewroty z pleców na boczki. Zaczęło się 1 kwietnia, a w ubiegłym tygodniu nadeszło apogeum. W tej chwili synek nasz śmiga na lewy i prawy bok bez zastanowienia – gdy tylko go coś zainteresuje to zaraz wykręca się tak, że dorosły człowiek to by tego nie przeżył ;) Podoba mu się ta nowa „gimnastyka”. Jeszcze trochę i będzie się kulał na brzuch.

Kolejna nowość to jedzonko. Od kilku dni Miś dostaje po dwie łyżeczki przecierku jarzynowego. Smakuje mu to bardzo i ma wielką radochę, że je łyżeczką. Do łyżeczki jest przyzwyczajony, bo tyle się już najadł syropów i kropelek, że to dla niego żadna nowinka. Niedługo wprowadzimy mu gluten do tej zupki. Bo to teraz taki nowy trynd w żywieniu dzieci, żeby po 4 miesiącu gluten w niewielkich ilościach wprowadzać. Podobno w okresie między 4 a 6 miesiącem w mleku matki jest najwięcej przeciwciał, które naturalnie regulują tolerancję glutenu w organizmie dziecka. W tym czasie daje to najlepsze efekty, jest najmniejsze ryzyko alergii. Zobaczymy. Jak coś się będzie dziać nie tak, to przerwiemy. Póki co Miś jest na samej zupce i nic złego się nie dzieje. Cyca dalej chętnie ciągnie, kolek nie ma, kupsko normalne, tyle, że trochę już gęstsze, alergii też nie widać. Miejmy nadzieję, że wszystko nadal będzie ok.

Jeśli chodzi o nowy schemat żywienia, to tu możecie sobie trochę poczytać. I jeszcze tu.

Przemeblowaliśmy Miśka pokój. Tych, którzy wiedzą, jak wyglądało wcześniej mogę poinformować, że obecnie łóżeczko stoi przy drzwiach, komoda poszła w stronę kaloryfera. Na przeciwko drzwi jest fotel, a pod oknem kanapa. Znalazło się dzięki temu miejsce na matę edukacyjną, więc nam się trochę duży pokój odgracił. Miśkowi chyba też się nowy stan rzeczy podoba ;)

W niedzielę byliśmy na długim spacerku w Parku Południowym. Oczywiście trzeba było zaopatrzyć się w niezbędniki – balonik i wiatraczek :) Spacerek był bardzo udany, Misio grzeczny, a my dotlenieni. Mam nadzieję, że za tydzień też pogoda dopisze i gdzieś wyskoczymy. W końcu kiedyś trzeba obejrzeć ogród botaniczny.

park

Misiek jest świetny. Tak stwierdzamy codziennie z Mariuszem. Ciągle nas czymś zadziwia albo rozśmiesza. Zaczepny się piernik zrobił strasznie. Chichocze w głos, zagaduje, próbuje złożyć ustami to swoje „a-guuu”… I ludzi zaczepia. Ostatnio w przychodni zaczepiał wzrokiem i gadaniem małą różową dziewczynkę. Śmiał się potem do niej, gdy podeszła. Społeczny się robi coraz bardziej. To dobrze. Może będzie mniej socjopatyczny niż rodzice ;) No i „trzepie się” z radości. Gdy mu się coś spodoba, to okazuje to całym ciałem. Super to wygląda :) I grzeczny jest. Wczoraj byliśmy na badaniu krwi. Pani pobierała krew z paluszka, długo go cisnęła w rączkę, bo nie chciało nakapać, a Misio spokojnie siedział i nie marudził. Jak się zaczął po kilku minutach niecierpliwić, to zaśpiewałam mu misiową piosenkę i się ponownie uspokoił. Fajny jest :)

Jutro idziemy do kardiologa. Obyśmy nie zapomnieli, bo ostatnio przeoczyłam wizytę u dentysty. Oczywiście swoją, a nie Miśkową :)

Najbliższy weekend znowu w siodle. Ale w niedzielę jesteśmy już w domciu. Może wreszcie dotrzemy na basen… No bo poprzednio nam się dziecię rozchorowało i z pływania nici. Trzymajcie kciuki, żeby się udało!

Wywoływanie wilka z lasu…

I kolejny dzień z Mikołajem w brzuchu. Na szczęście nie ze Św.Mikołajem, bo nie wiem, kto by go uniósł i urodził (zwłaszcza tę brodę i worek…prezentów, rzecz jasna ;)). Jesteśmy już dzień po terminie, cały czas czekamy… Generalnie to w każdej chwili może nadejść godzina zero. Ale z drugiej strony to tak już się przyzwyczailiśmy do tego czekania i do obecności brzuszka, że jak ten moment nadejdzie, to chyba nie uwierzymy, że to już :) Tak było choćby wczoraj wieczorem, jak pojawiły się jakieś dziwne bóle – zaczęliśmy się śmiać jak dwa głupole i stwierdziliśmy, że to niemożliwe, i że w ogóle to już jest noc, a w nocy się śpi, a nie rodzi. No i rzeczywiście – po kilku takich bólach okazało się, że to Mikołaj postanowił pofiglować i wtykał kończyny gdzie nie trzeba, doprowadzając mnie momentami do szewskiej pasji.
Dziś od rana postanowiliśmy wziąć sprawę w swoje ręce i spróbować wywołać wilka (to znaczy Mikołajka) z lasu (to znaczy z macicy). Zrobiliśmy rundkę po Parku Południowym, parę ćwiczeń fizycznych (czego dowód jest na fotce), ale jak na razie nic to nie dało…

nadrzewo

Potem poszliśmy pomacać samochody w salonie Citroena, na zupkę i kawkę do knajpki, na zakupy do PiPa (ciągle z nadzieją, że coś się ruszy) i ciągle nic… Mariusz stwierdził, że mam dzisiaj takiego speeda do wszystkiego, że aż mnie nie poznaje. I rzeczywiście – mam dziś w sobie masę energii, nie męczył mnie ani spacer, ani zakupy, ani wspinaczka po schodach… Szok jakiś… Mogłabym dzisiaj rodzić :) Zresztą, to chyba widać, w jakiej jestem kondycji :)

pudzian

No ale cóż… Jak ogólnie wiadomo – nie od nas to zależy kiedy dziecię postanowi wyleźć. Może ma tam jeszcze coś do załatwienia… Z pępowiną, na przykład ;) Oby tylko nie za długo…

Dużo się działo ostatnio…

Weekend spędziliśmy w Zachełmiu. Bo Mariusza firma miała tam zjazd integracyjny. Miejsce bardzo przyjemne, hotelik również a ludzie bardzo sympatyczni. Choć nie sposób zapamiętać wszystkich – było około 50 osób, o ile mam dobre informacje :)

W sobotę, po przyjeździe, wybraliśmy się większą ekipą do zamku Chojnik. To około 45 minut drogi od naszego hotelu. Co prawda Mariuszowi i mnie zajęło to więcej czasu (bo były momenty, że musiał mnie kulać pod górkę ;) ), ale – koniec końców – daliśmy radę.

Wieczorkiem było ognisko, ale nie za długo przy nim posiedziałam. Zwinęłam się o wpół do ósmej – byłam wykończona po tej popołudniowej wyprawie. Mikołaj za to dostał jakiejś hiperaktywności tej nocy. Tak mocno kopał, że momentami miałam już dość. Do tego zaczęły mi się skurcze. I tak siedziałam do trzeciej w nocy, nie mogąc zasnąć. Poczekałam na Miśka, który z chłopakami siedział na dole, i po jego powrocie udało mi się zasnąć. Rano powtórka z rozrywki – mały dalej kopał i trwał dalszy ciąg skurczów. Ale spokojnie – nie było to takie straszne, jak sie z opisu wydaje :) Tyle, że męczące.

Po śniadaniu ruszyliśmy z Miśkiem na spacerek. Zrobiliśmy kilka fotek, bo udało nam się namierzyć dwie grupy „fingowiczów”, którzy brali udział w grach i zabawach integracyjnych. Potem zjedliśmy obiadek i pojechalim do domu :)

We wtorek mieliśmy gości. Albo raczej – dwie gościówy ;) Bo Olga i Dominika przyjechały. Co prawda strasznie krótko były, zaledwie parę godzin, ale i tak super, że im się chciało jechać taki kawał drogi z Poznania. Udało nam się nawet wyskoczyć na godzinkę do parku południowego. Mam stamtąd parę zdjęć, do obejrzenia w galerii, jak zawsze :)

Dzisiaj rano pojechałam do Mediconceptu na ktg. Badanie wyszło dobrze. Pytałam się położnej o te skurcze (dzisiaj też miałam), orzekła, że to normalne w końcówce ciąży. Bo to już 36 tydzień. Powiedziałam też o bólach w podbrzuszu, pojawiających się zwłaszcza wtedy, jak dużo chodzę. Stwierdziła, że to tez normalne – mały szuka „ujścia” powoli, wciska się w szyjkę macicy i stąd ten ból. Czyli wszystko ok. nic, tylko czekać na pierwsze oznaki porodu :)

Zapomniałam napisać, ze poniedziałek byłam u fryzjera. Chyba wreszcie znalazłam salon, który mnie zadowolił. Poza tym trafiłam na fryzjera-faceta. Jakoś bardziej odpowiada mi, gdy obcina mnie mężczyzna, a nie kobieta. Super by było w ogóle, gdyby ten facet był gejem. Nie jest, niestety, ale nie wymagajmy zbyt wiele :) Z tego, co mówił, ma żonę. Ale i tak się cieszę, że udało mi się w końcu kogoś takiego znaleźć. Faceci w tym fachu jakoś lepiej potrafią dobrać fryzurę.

Co do naszych przygotowań porodowo-połogowych, to mamy już wszystko. W ubiegły piątek kupiliśmy stanik do karmienia, w poniedziałek wygodne klapki, a dzisiaj wkładki laktacyjne. W sumie to już całość. Mogę rodzić :)
Pokoik tez już skończony, przygotowany dla Maluszka. Łóżeczko ubrane, wszystko poukładane w szafach i na półkach… Może już tu Mikołajek zamieszkać :)

No i tyle. Trochę mnie przeziębienie chwyciło. Chyba się od Miśka zaraziłam. Ale ja nie przechodzę tak ciężko jak on. Mariusz cały czas jeszcze kaszle i nie za dobrze się czuje. Dobrze, że chociaż gorączki nie ma, i że ogólnie zmierza ku lepszemu :)