Koniec wakacji – naprawdę!

Ostatnio sporo się działo. Z pieluch Miśka zostały jedynie resztki, które zakładamy jeszcze na noc, choć co raz częściej rano budzi się „na sucho”. Ogólnie cała sprawa poszła niesamowicie gładko i sprawnie. Mikołaj załapał w ciągu weekendu o co chodzi, motywatory w postaci żelków były w robocie przez kilka pierwszych dni, po tygodniu udało mu się uzbierać prawie całą tablicę magnesików, co wymienione zostało na kasę tesco. Trochę się zastanawialiśmy, czy po otrzymaniu zabawki nie zacznie z powrotem lać, gdzie popadnie (że niby motywacja mu spadnie), ale nie. Ogólnie pięknie woła jak chce siku i kupę, wpadki praktycznie mu się nie zdarzają, choć pewnie nie raz jeszcze się coś przydarzy przez zapomnienie :) Jesteśmy niesamowicie z niego dumni :)

Co do jeszcze nowszych nowości, to dostałam pracę! Okazało się, że to 150 CV, które wysłałam do wszystkich podstawówek i gimnazjów we Wrocławiu przyniosło efekt w postaci jednej propozycji, którą też przyjęłam. Uczyć będę w Gimnazjum nr 1, informatyki, rzecz jasna. Być może zostanę też wychowawcą jednej z klas, ale to się jeszcze rozstrzygnie. Będę mieć około 13-14 h w tygodniu. Reszty dowiem się prawdopodobnie w środę, bo od wtedy zaczynam :) Jestem pełna entuzjazmu i pozytywnych myśli, mam nadzieję, że sobie poradzę zarówno jeśli chodzi o kwestie merytoryczne, jak i pedagogiczne. Muszę!

Cóż jeszcze… Mikołaj ostatnio zmienił swe bajkowe preferencje. Obecnie na tapecie, zamiast „Aut” jest… Shrek. Chce oglądać go codziennie. Zdarza mu się nawet biegać po domu z tekstami typu: „Niebieski kwiat i kolce… niebieski kwiat i kolce”, „Królewna Fiona”, tudzież „Wiesz, Shrek…” :) W sumie to dobrze, że mu się horyzonty poszerzają ;)

Mikołaj dziś wreszcie sam zacytował nam cały fragment piosenki. Zazwyczaj trzeba było mu podpowiadać, tymczasem dziś, ni z tego, ni z owego, zaśpiewał całe „Jedzie pociąg z daleka” :)

W przyszły poniedziałek czeka mnie jeszcze egzamin. W sumie to dwa – z normy psychicznej i normy językowej. Do obydwu trzeba mieć nagrany filmik z wypowiedziami dzieci w wieku przedszkolnym. Filmik już mam, muszę tylko zająć się kwestią merytoryczną – czyli w skrócie – nauczyć się o nim mówić słów kilka i ogólnie przyswoić obydwie normy. Z językową nie powinno być problemów, natomiast jeśli chodzi i psychiczną i Piageta, to różnie to czuję. No, ale zobaczymy, jak będzie. Oby było dobrze.

No i tyle na dziś. Dobranoc.

P.S. Nowe foty z przedszkola

Żegnaj, pielucho!

Wczoraj pozbyliśmy się z Miśkowego tyłka pieluchy. Oczywiście na razie na dzień, bo, jak wiadomo, na suche noce jeszcze trzeba poczekać, a budzenie dziecka w środku nocy po to, żeby się wysikało, uważam, póki co, za znęcanie się ;)

Przyznam, że trochę obaw mieliśmy, bo do tej pory jakoś Misiek nie był w ogóle chętny, żeby na nocnik siadać (nakładkę też testowaliśmy bez skutków), ani żeby choćby o nocniku rozmawiać. Ale stwierdziliśmy, że póki jeszcze ciepło i póki wyjazdy wakacyjne nam się skończyły, czas zrobić ten wielki krok. W czwartek i piątek Misiek był przygotowywany – jeszcze z pieluchą na tyłku, ale wysadzany kilka razy dziennie, co prawda bez skutków, ale już mniej niechętnie.
Wczoraj, natomiast, pożegnaliśmy się z pieluszką na dobre. Wcześniej zaopatrzyliśmy Micha w milion par gatek i zabraliśmy się do dzieła. Jako zachęta i motywacja służą nam niewielkie słodycze – żelki. Za każdy pełny nocnik jest słodkers. O dziwo, Michu tak szybko załapał sygnały swojego organizmu, że chce mu się siku, że dzisiaj nie było żadnej wpadki, a wczoraj (czyli pierwszego dnia) dwie tylko. Nawet kupsko, zarówno wczoraj jak i dzisiaj, wylądowało gdzie trzeba :)

Poza żelkami, które wkrótce będziemy ograniczać, ma Mikołaj dodatkowy system motywacyjny. Za każdy pełny nocnik otrzymuje magnesik. Gdy uzbiera ich dużo (założyliśmy mniej więcej, że będzie to cała pełna tablica, czyli około tygodnia treningu, coby się utrwaliło) zamienimy je na supernagrodę, którą jest zabawkowa kasa fiskalna zakupiona wczoraj w tesco.

Najbardziej cieszy mnie, że Mikołaj tak szybko załapał, że ma wołać, jak mu się chce na nocnik. Czasem nawet nie zdążę się spytać, a on już sam woła, że chce. Mam tylko nadzieję, że nie będzie jakiegoś regresu drastycznego i że dalej pójdzie tak, jak teraz i lepiej. Trzymajcie kciuki nadal :) A za trzymane do tej pory – dzięki! :)

Dodatkową zachętą okazało się specjalnie przygotowane dla nocnika miejsce. Oczywiście w łazience, bo nie jestem zwolennikiem smrodzenia „na salonach” ;) Wymagało to trochę nowej organizacji, ale się udało. Michu zadowolony – ma swój kącik „nocnikowy”, włącznie z własnym papierem i koszykiem z książeczkami do czytania „na posiedzeniu”. I póki co – daje radę :)

Czy już wspominałam, że jesteśmy bardzo dumni z naszego dziecka? :)

Siusiu…

Wreszcie z ust naszego dziecka padły te tytułowe słowa! Pierwszym świadkiem byłam ja (bo małżonek pojechał na Bielany), ale koniec końców Mariusz może potwierdzić, bo również słyszał. Kilka dni temu Mikołaj zaczął wołać „Blee” po tym, jak narobił w pieluchę. Ale tylko przy „grubszych” sprawach. Sikanie jakoś nie bardzo docierało. Hmm… To znaczy wiedział, co to znaczy sikać, ale ani razu nie zdarzyło mu się zawołać na czas albo chociaż po czasie. Aż tu dzisiaj wieczorem, puszczam wodę do wanny, Michu w gotowości stoi przy wannie i czeka, aż go rozbiorę do kąpania. I nagle słyszę: „siusiu”. Ja oczy w słup i pytam: „Mikołaj, chcesz siusiu?” „Siusiu” – słyszę… I Michu pokazuje mi na pieluchę. Co prawda okazało się, że to „siusiu” wybrzmiało po wysikaniu się w pieluchę, ale uważam to za ogromny sukces dnia dzisiejszego. Michu dojrzał do odpieluchowania, więc czas zacząć na dobre. W poniedziałek muszę pogadać z paniami z przedszkola, żeby też na Micha zwróciły uwagę. Zresztą, one już chyba tę uwagę zwróciły, bo nikt nam nie wmówi, że słowo „siusiu” Michu zna od nas… My mówimy „siku”, więc jeśli Michu miałby załapać od nas, gadałby właśnie tak. Widać, że panie w przedszkolu nie próżnują :)

Dzisiaj kupiliśmy Michowi nakładkę na sedes, nocnik mamy od dawna. Trzeba jeszcze trochę gatek kupić i do roboty.

Przed chwilą mnie olśniło z tym sikaniem. Trzeba jutro spróbować z wysadzeniem Micha na siku przed puszczeniem wody do wanny. Niech usiądzie na klopie, a następnie puszczę wodę. Wiem, że większości z Was pewnie nie wyda się to odkrywcze, ale cóż… Dla mnie to jest nowy ląd ;) Jak zrobi siku (przepraszam: „siusiu”) do nocnika albo klopa, to zaczai raz dwa, mam nadzieję.

Poza tym, Mikołaj nagrodzony sowicie brawami i uściskami przeze mnie i Mariusza za „siusiu”, tak się zachwycił nowym słowem, że do pójścia spać ciągle demonstrował, jak on to ładnie mówi. Ech, ten Michu.

Dzisiaj stwierdziliśmy ponadto, że stworzyliśmy potwora :) Generalnie Michu, gdy odpowiadał twierdząco używał słowa „tak” – oczywiste, prawda? Zarówno Mariusz jak i ja w takich sytuacjach mówimy – jak się to zaraz okaże najwyraźniej zbyt często – „no”. Nie brzmi to może najlepiej, ale cóż powiedzieć – takie fakty… No i od czasu do czasu, gdy mówiliśmy „no”, to Michu po nas sobie powtarzał to „no”. Ogólnie zabawnie to wychodziło. Aż tu dzisiaj Michu na każde zadane pytanie, na które chciał odpowiedzieć twierdząco, zaczął mówić „nooo”. Oczywiście skumaliśmy zaraz w czym rzecz, więc zaczęliśmy dziecię poprawiać: „tak”. W związku z tym, dzisiaj cały dzień Mikołaj mówił coś w stylu: „nooo… tak… mhm…”. Każdą twierdzącą odpowiedź tak rozwijał. Najśmieszniejsze jest to „mhm” na końcu, które też, jak widać, musiał od nas podłapać. Brzmi to świetnie i śmiesznie. Jak mi się uda, to spróbuję nagrać :)

Byliśmy dziś w Renomie. Michu godzinę szalał w Kinderplanecie, potem wszamał cały deser lodowy „Pajacyk” u Grycana, pożarł Happy Meal (tak, zdrowo się dziś odżywiał ;)) i wrócił do domu pełen energii… Mimo że obudził się o szóstej rano… :/

Jutro próbujemy od rana uderzyć do aquaparku, bo dawno nie byliśmy. A na obiad spróbujemy zrobić po raz pierwszy pizzę. Mam nadzieję, że wyjdzie :) Michu będzie przeszczęśliwy.

Mariusz dziś wieczorem skończył sklejać swój pierwszy model helikoptera (jakiś dzień premier chyba mamy). Teraz moja kolej – będę go malować. Małżonek mój także, celem odreagowywania różnych stresów oraz odmóżdżania się po pracy zakupił 6 zestawów elektronicznej „oślej łączki”. Wygląda to ciekawie, zapowiada się jeszcze lepiej :)

Skończyłam czytać nowego Dana Browna – „Zaginiony symbol”. Wciągało, jak wszystkie książki tego autora, chociaż trochę już mógłby zmienić tematykę. Trzecia książka o historycznych, tajnych stowarzyszeniach już tak nie wzrusza. Poza tym nie była aż tak zaskakująca jak „Kod Leonarda da Vinci” czy „Anioły i demony”. Można znaleźć pewien schemat z „Kodu” powielony w „Symbolu”. Trochę się rozczarowałam, choć i tak muszę przyznać, że mi się podobało. Relaksująca książka na maksa. Choć nie ekscytuje tak, jak poprzednie. Ale nie można mieć wszystkiego.

Dobranoc.

M jak Majówka ;)

Mariusz stwierdził, że taki tytuł bloga źle się kojarzy :) Chyba trochę ma rację, bo od razu na początku utknęłam z pisaniem i nie wiem, od czego by tu zacząć. No to może od tej Majówki na M ;)

Pogoda była śliczna, więc postanowiliśmy to wykorzystać. Mariusz zrobił wcześniej mały rekonesans co do imprez majówkowych na Dolnym Śląsku. Wyszło nam, że najciekawiej może być w Kliczkowie (Majówka Rycerska) i na zamku Książ (Festiwal Kwiatów i Sztuki). No więc klamka zapadła, pojechalim. 1 maja spędziliśmy w Kliczkowie. To była chyba jedna z najciekawszych majówek do tej pory, jakie spędziłam. Nie sądziłam, że spodoba mi się klimat rycerski, a tu niespodzianka! Zabawa była przednia! Co prawda nie udało nam się zwiedzić zamku jako takiego (z Miśkiem to ciężko, bo po schodach w zamku się nie da wózkiem), ale za to na terenie wokół zamku było sporo ciekawych imprez z udziałem rycerzy i dam dworu. Ludzie świetnie poprzebierani. Widać było dbałość o każdy szczegół w stroju. Do tego sporo straganów (czyli to, co Zosia lubi najbardziej :)) z różnego rodzaju ciekawymi przedmiotami, strojami itd. Przy tej okazji zakupiliśmy sobie figurki rycerza i księżniczki (na pamiątkę dla Miśka) oraz po świetnym, ręcznie robionym i wypalanym, kubku.

Jedyną chałą było żarcie. Widać było, że firma obsługująca tzw. stoiska z grillem nie wyrobiła się z ilością. W związku z tym dowieziono gotowe żarcie z Wrocławia (małżonek stojący w kolejce widział). To żarcie było w takim stanie, że szkoda gadać. Frytki tak napite olejem, że poszły całe do kosza (a kupiliśmy je z myślą o Miśku), gyros też, karkówka, którą jadł Mariusz w połowie też w koszu wylądowała, bo generalnie wyglądała i smakowała jak podeszwa. Jedyne, co dało radę to pajda chleba ze smalcem. Przynajmniej tym się zapchaliśmy. Wiemy już, że na majówkę do Kliczkowa trzeba zabierać własny prowiant, bo szkoda pieniędzy na coś, co się wyrzuca do kosza po zamówieniu.

Książ. Wreszcie tam dotarliśmy. Już chyba ze dwa lata się wybieraliśmy, by zwiedzić ten zamek. Niestety, tak, jak Kliczków zrobił na nas od razu świetne wrażenie, tak majówka w Książu to było nieporozumienie. Sam zamek śliczny, teren wokół zamku również. Nawet nie udało nam się całego obejść, taki wielki. Ale tłum, jaki tam tego dnia spotkaliśmy przeszedł nasze wyobrażenie. Do tego najgorsze były stragany z mydłem i powidłem (dosłownie i w przenośni) rozstawione przy leśnej ścieżce wiodącej do zamku. Wyglądało to co najmniej jak stragany w Częstochowie. Pełno plastiku, sztucznych kwiatów, dziwnych ubrań za 5 zł i tandetnych zabawek. Widok podróby teletubisia oraz dmuchanego Kubusia Puchatka (że to Puchatek doszliśmy do tego po kolorach ubranka, bo generalnie wyglądał jak krzyżówka świni z ufoludkiem) dopełniał całości kiczu.

Na zamku zastaliśmy już ten właściwy Festiwal. Ufff… Bo już miałam stres, że te stragany z plastikiem to ta „sztuka”… Na dziedzińcach porozstawiane były stoiska z różnymi sadzonkami i krzakami (trochę sobie inaczej to wyobrażałam, liczyłam na stoiska z kwiatami w stanie bardziej ciętym niż w nasionach i cebulkach ;)). Do tego pełno różnego typu sponsorów-ściemniaczy wciskających, że ich bank jest najlepszy, ich ubezpieczenie jest najkorzystniejsze i ich samochód jest najbezpieczniejszy. Ech…

Na szczęście nie wszystko było do d… Małżonek posiedział na ławeczce z Miśkiem a ja poszłam zwiedzać wnętrze zamku. I okazało się, że to był dobry pomysł, bo tam wreszcie znalazłam to, czego się spodziewałam po tym rozreklamowanym festiwalu. Komnaty zamkowe były wystrojone pięknymi bukietami różnym pracowni florystycznych. Do tego na korytarzach rozstawiono stoiska ze sztuką użytkową i biżuterią. Nabyłam więc kolejnego anioła do kolekcji :) Zrobiłam kilka zdjęć i wróciłam do moich dzielnych chłopaków. Potem zeszliśmy do ogrodów zamkowych. Tam Misiek miał raj. Wyjęliśmy go z wózka, w związku z czym Michu zaraz przeszedł na czworaki. Ponieważ nie było tam trawy (to znaczy była, ale tylko taka do podziwiania), więc dziecko nasze odkryło kamyki. A z kamykami można robić różne fajne rzeczy. Na przykład można je wkładać na murek, a potem zrzucać. Albo wrzucać do fontanny. Można je też lizać, ale wtedy mama krzyczy :) Największą frajdą były właśnie fontanny. Misiek nie przepuścił żadnej – przy każdej trzeba było postać kilkanaście minut, by Michu mógł nawrzucać do niej kamyków. Oczywiście każde odejście od fontanny kończyło się histerią i wyciem. Co za Misiek :)

W skrócie naszą majówkę można uznać za bardzo udaną. Do Kliczkowa na pewno jeszcze pojedziemy, i to właśnie też na Majówkę Rycerską, bo warto. Do Książa pojedziemy również, ale na pewno nie na majówkę tudzież inny festiwal, bo nie warto. Po Książu czujemy niedosyt. Tam trzeba pojechać na cały dzień, w zwykłą niedzielę, bez kilkudziesięciu tysięcy ludzi, i spokojnie pozwiedzać i pospacerować. Bo teraz się nie dało.

Cóż poza tym? Dziś byłam z Michem u kardiologa na badaniach kontrolnych. Przedsionki jeszcze nie zrośnięte, ale szpara jest na 2mm, więc malutka, a że serce rośnie, więc jakby się zmniejszała. Poza tym tej wielkości szpara nie przeszkadza w niczym. No chyba że Michu za 20 lat zamarzy sobie zostać nurkiem. Wtedy, jeśli mu się jeszcze do tego czasu nie zrosną, to mu założą jakiegoś klipsa czy coś w tym stylu. A zresztą, nie będą mu musieli zakładać, bo już ja mu wybiję z głowy nurkowanie ;)
Do ponownej kontroli mamy zgłosić się dopiero za rok.

Minione ciepłe dni (od przedwczoraj pogoda zbrzydła nagle) wykorzystywaliśmy na spacerki do parku i piaskownicy. Michu co prawda stracił zainteresowanie piaskiem, ale bardzo chętnie poczyniał różnego rodzaju samodzielne ekspedycje. Generalnie po każdej takiej wyprawie Michu nadawał się do wrzucenia do wanny razem z ciuchami. Taki był brudny. Ale nie ma co się dziwić, w końcu raczkowanie po trawie w parku i kamieniach przy huśtawkach musiało dać taki efekt. Mieliśmy nawet raz z Mariuszem parcie, by zabrać ze sobą koc, położyć Micha na kocu a my paletki i jazda grać. No ale doszliśmy do wniosku, że to się nie sprawdzi. Koc by leżał, paletki też, a my i tak biegalibyśmy za Miśkiem po okolicy. Taki się z niego wycieczkowicz zrobił :) Byle go jakieś kleszcze nie zaatakowały, to będzie dobrze. Mieliśmy go zaczepić, ale był chory, a potem już było podobno za późno. W przyszłym roku trzeba będzie pamiętać.

Jutro idziemy do szczepienia. Przypominająca dawka infanrixu hexa po roku. Jeszcze zostaną nam pokemony (pneumokoki znaczy się) i chyba koniec na ten rok. O ile czegoś nie kręcę. W ogóle byłam u pediatry jakiś czas temu w związku z kartą wypisową, która przyszła ze Szczecina po badaniach krwi zleconych przez dr Hnatyszyn. Pediatra kazała odstawić witaminę d (to zrobiłam już wcześniej, sugerując się zaleceniami z karty) i dała skierowanie do poradni endokrynologicznej. Mają tam dalej badać Miśka pod względem przekroczonego poziomu witaminy. No ale dodzwonić się tam strasznie ciężko. Jak tak dalej pójdzie to trzeba będzie się osobiście pofatygować i zapisać.

W przyszłą środę idziemy na wizytę kontrolną do dr Dołyk, neurolga. Zobaczymy, co powie. Michu nadal nie chodzi samodzielnie. Nawet się za to nie zabiera jeszcze. Nasze próby zachęcenia go nie dają żadnego efektu. No zobaczymy. Pewnie trzeba będzie zrobić rezonans. Jeśli dr Dołyk nam go nie zleci to pewnie zleci go dr Hnatyszyn, bo jakoś słabo możliwe jest, by Michu przez miesiąc zaczął płynnie chodzić. Jeśli się w ogóle nauczy samodzielnie chodzić przez ten miesiąc, to będę uważać to za duży sukces.

No, ale w innych sprawach Michu jest mistrzem :) W ciągu kilku zaledwie minut załapał na czym polega picie przez słomkę. Mimo że nic na to nie wskazywało, że rozumie jak to się robi. A tu dzielny chłopak po kilku demonstracjach mamy i przy kupie śmiechu nagle pokazał, że sam też potrafi! Tak samo było z jeździkiem. Posadziłam go któregoś dnia i pokazałam jak zejść. Po chwili Michu pięknie przełożył nogę i usiadł. W ten sam sposób zszedł po chwili. I nawet sam wykombinował, że jak się chwyci kierownicy z dwu stron, to mu się nie wykopyrtnie :) Do tego wszystkiego zaczął się na jeździku przemieszczać. Co prawda odpycha się na razie do tyłu, ale i tak zuch chłopak!

Nasze częstsze wizyty na pływalni dają zamierzony efekt. Michu przypomniał sobie, że można pływać. Co prawda z koordynacją rąk i nóg jest jeszcze kiepsko, ale nie można mieć wszystkiego od razu. Jakby na to nie spojrzeć, Michu ma dopiero 17 miesięcy. Wiele dzieci w jego wieku jeszcze nigdy na pływalni nie było. A nasze dziecię potrafi już utrzymać się samodzielnie w rękawkach i kółku na wodzie, w samych rękawkach też już kombinuje. Powoli oswaja się z deseczką – że jak nie ma mamy, to się trzeba deseczki chwycić. Cały czas ćwiczymy też przemieszczanie się. Coraz lepiej mu wychodzi. Czasem zdarza mu się przepłynąć bez mojej pomocy kawałek :) W ogóle Misiek kapitalnie oswojony jest z wodą. Wie co robić przy nurkowaniu, żeby się nie zakrztusić. Nie robi tragedii gdy mu ktoś na gębę nachlapie. Przy niespodziewanych podtopieniach tez świetnie sobie radzi. Wodę jednym słowem uwielbia. I chwała nam za to! Moim plecom w szczególności, bo nie ma co ściemniać – każda wyprawa z Michem na basen to dla mnie niezła fizyczna robota. Ale jak widać efekty, to i strzykanie w krzyżu mniej przeszkadza ;)

W ogóle to Michu na basenie znalazł sobie kilka nowych atrakcji (mam na myśli aquapark, bo tam jest puszczany w miarę swobodnie). Pierwsza to łażenie wzdłuż basenu z falami. Puszcza się go przy jednym końcu, a Michu sobie wędruje po brzegu basenu, chlustany falami, na drugi koniec. Przy okazji tej wycieczki staje na kilka minut przy ratowniku i szczerzy do niego zęby. Autentycznie. Aż mi czasem głupio :) Bo Michu centralnie siada na klęczkach przed panem/panią, zadziera głowę i strzela swój uśmiech pod tytułem „policz wszystkie moje 20 zębów”. Ratownik ma polew, czym utwierdza Miśka w przekonaniu, że ma tak dalej stać i się szczerzyć. Ech… ;)

Dalej, atrakcyjna jest zjeżdżalnia przy brodziku. Tu już moje ręce i plecy po kilku zjazdach odmawiają posłuszeństwa. Niestety Michu też posłuszeństwa odmawia i nie chce słyszeć, że ze zjeżdżalni na dziś koniec.

Kilka razy, od kiedy zrobiło się ciepło, wyszłam z Miśkiem na basen zewnętrzny. Woda jest w nim podgrzana, tyle, że jest się na dworze. Zazwyczaj wychodzimy na zwykły basen, ale ostatnio poszliśmy do solanki na zewnątrz. No i tu Michu czuł się jak na uczcie – jak tylko spróbował, że woda jest słona, to nie było siły – cały czas ją chłeptał. Bleee :)

Misiek ma swojego ulubionego pluszaka. Wiem to na pewno. Jakiś czas temu myśleliśmy, że takową rolę spełnia kaczuszka. Ale zauważyłam, że jak jej nie ma, to generalnie Michu tego jakoś szczególnie nie zauważa. Natomiast teraz jest inaczej. Mikołaj na Wielkanoc dostał pluszowego pieska od szczecińskiego zajączka. Piesek od razu przypadł mu do gustu. Na początku nie kładłam mu go do łóżeczka na czas spania, bo wydawał mi się za duży. Aż tu pewnego dnia moje dziecko przed spaniem pokazuje na pieska. Podałam mu go i od tego czasu sprawa wygląda mniej-więcej tak: przed każdym zaśnięciem wszystkie „drobne” pluszaki zostają wyrzucone z łóżeczka, natomiast zostaje tylko piesek i poduszka. Mikołaj kładzie na materacu poduszkę, na podusi pieska, na piesku głowę i tak zasypia najczęściej. Piesek ani razu nie wylądował na podłodze. To w przypadku Miśka oznacza, że piesek ma specjalne względy :) Bardzo mi się to podoba :)

Ostatnio przeżyliśmy z Mariuszem chwilę grozy. Coś tam gadamy o obcinaniu włosów i mówię do Mariusza: „Trzeba Ci w końcu ogolić te kudły”. Na to Misiek, który bawił się obok, łapie się za włosy. Mariusz i ja w szoku. Skąd Misiek zna słowo kudły? Czyżby aż tak często padało w naszym domu, że je przyswoił? Od razu wniosek: trzeba się bardziej pilnować co do tego, co mówimy przy Miśku, bo zaczyna coraz więcej łapać. Któregoś dnia nas skompromituje ;) Na szczęście następnego dnia okazało się, że musiał to być przypadek. Kilkukrotnie pytany gdzie są kudły Misiek nie potrafił pokazać. Całe szczęście. Co prawda niby nic to strasznego, takie kudły, ale wolałabym, aby nasze dziecię choć trochę potrafiło wysłowić się poprawnie ;) Nie tak jak mama i tata ;)

Zaczęliśmy sadzać Miśka na nocnik. Po tygodniu udało się raz wysikać, przy czym Michu nawet tego nie zarejestrował chyba. Z konkretami jest gorzej, bo Michu zazwyczaj robi kupajcę jak śpi. Jak go rano wyciągam z łóżka to już jest po wszystkim. No, ale może kiedyś uda się trafić na czas w nocnik i zakuma :)

To chyba tyle. W galerii są zdjęcia z Kliczkowa i Książa. I jeszcze chyba jakieś Mikołajowe, o ile dobrze kojarzę. Zapraszam serdecznie :)

P.S. Jakiś czas temu pisałam o uwielbieniu Miśka do pisania. Oto dwa dzieła, jedne z pierwszych :) Dla wnikliwych – na tym drugim to kółko jest mojego autorstwa. Miś jeszcze nie „kółkuje” :) A trzeci obrazek to listy napisane przez Tosię, by Zajączek nie pomylił się z włożeniem prezentów do koszyczków :)