Pięć miesięcy

witek na brzuchu

Ostatni miesiąc minął mi tak szybko, że nawet nie zdążyłam wstawić wpisu na pięciomiesięcznicę Witka. Bo dziś ma już 5 miesięcy i 14 dni ;)

Z bólem serca żegnam kończące się wakacje. Przed nami trzecia klasa Mikołaja. Mam nadzieję, że podołamy wyzwaniu ;) Wyprawka zrobiona już na początku sierpnia – poprzez zmasowany atak na Lidla i Biedronkę. Ilość papierniczych gadżetów, które tam zakupiliśmy jest tak kolosalna, że chyba wystarczy jeszcze dla Witka ;) Z niezbędnych rzeczy zostały do kupienia buty wizytowe, na w-f i zmienne obuwie do szkoły.

Lato spędziliśmy głównie w mieście. Oprócz Mikołaja, który szczęśliwie przez tydzień lenił się w Kołobrzegu z dziadkami, a później był na wsi u drugiej babci. (Mogłam w tym czasie odgruzować jego jaskinię. Porządku powinno wystarczyć na jakiś jeden dzień po powrocie Mikołaja do domu ;)). Podczas dwóch tygodni Mariuszowego urlopu na nowo postanowiliśmy odkryć Wrocław. Dziwiliśmy się całej masie remontów i modernizacji, jakie dokonały się w mieście w ostatnich latach. Dawno już nie wypuszczaliśmy się spacerowo poza Rynek (i trasę Rynek-Galeria Dominikańska), więc dziwić się było czemu. Przede wszystkim nabrzeże Odry. Spacerowaliśmy od Urzędu Wojewódzkiego do Uniwersytetu, potem na drugą stronę Odry, przez Ostrów Tumski. Szok! Zniknęły żulerskie krzaki, zniknęły płoty i ukazał się przepiękny spacerniak z ławeczkami, krzesełkami, fontanną do pluskania. Bardzo przyjemne miejsce.

nadodrze

Podobnie sprawa wygląda z okolicami fosy staromiejskiej. Ruszyliśmy z okolic Renomy w lewo – w stronę Narodowego Forum Muzyki (przy okazji oglądając z bliska budynek NFM, bo do tej pory nie mieliśmy okazji, oraz krasnoludzką orkiestrę symfoniczną) – pełny zachwyt. Zadbany deptak, zielony, przyjemny, czysty, z mnóstwem ławeczek. I Pokemonów ;)

orkiestra krasnoludków

Udało nam się też odwiedzić zoo. Dotarliśmy tam około 11.00 – nie staliśmy w żadnej kolejce! Ani do kasy, ani do Afrykarium. Nie wiem, czy mieliśmy takie szczęście, czy po prostu była to kwestia zwykłego dnia tygodnia i przedpołudniowych godzin. W każdym razie: Afrykarium zrobiło na nas duże wrażenie. Spędziliśmy w nim ponad godzinę (a można i dłużej), a w sklepie z pamiątkami przy wyjściu straciliśmy Mikołaja posag ;) Na Witku Afrykarium również zrobiło spore wrażenie – zwłaszcza akwaria z pływającymi kolorowymi rybkami :)

rybki

Mikołaj i żyrafa

Przy okazji wycieczek po Wrocławiu odkryliśmy kilka lodziarni z pysznymi rzemieślniczymi lodami oraz mój hit – pączkarnię na Świdnickiej. Za 2,5 zł można zakupić tam świeżego ciepłego jeszcze pączka z jedną z naprawdę wielu konfitur lub bez niczego (co było ważne w przypadku Mikołaja ;)).

Reasumując – wypiękniało nam miasto (może z wyjątkiem ogromnego betonowego placu przy Forum Muzyki – w upał robi się tam nie do zniesienia. Rozumiem, że pod spodem jest parking podziemny, ale czy nie można było tam postawić chociaż jakichś donic z czymś zielonym, albo nawet kolejnej fontanny? ;P).

24 lipca Witek zaliczył swoją pierwszą wizytę na basenie. Poradził sobie dobrze :) Nie bał się, ale był bardzo poważny – cienia uśmiechu nie udało nam się z niego wydobyć kiedy był w wodzie. Na leżaku to już co innego – śmiał się do rozpuku ;) W wodzie Witold spędził około 40 minut, następnie zasnął ekspresowo jeszcze na przewijaku. Przespał kolejne 40 minut i później miał drugą turę moczenia – jakieś 30 minut. Od tego czasu byliśmy w aquaparku w sumie 3 razy. I Witek zaczął się uśmiechać również w wodzie :) Od września zapisaliśmy się na zajęcia z pływania dla niemowląt. Będziemy chodzić całą rodziną, bo na karnet może wejść 2 opiekunów z dzieckiem na 2,5 h. Będziemy dopłacać tylko za Mikołaja. Ciekawe, czy Witkacowi spodobają się takie zabawy w wodzie. Mikołaj w jego wieku również chodził na pływalnię i bardzo mu się podobało (oprócz chwil, gdy się wychodziło z wody – w Pulsantisie było zawsze strasznie zimno, co najczęściej kończyło się katarem).

basen

Wczoraj oficjalnie pożegnaliśmy się z kołyską Witka. Korzystaliśmy jeszcze z niej doraźnie, ale bardzo rzadko – Witek zrobił się ogromny i ciekawski – nie bardzo już chciał w niej leżeć, nawet na chwilę. Nie ma więc sensu trzymać mebla po to tylko, żeby był. Z nutką nostalgii, ale trzeba było rozkręcić. Będzie czekać w piwnicy na wnuczęta. Chyba, że ktoś będzie chciał pożyczyć :)

W lipcu wyremontowaliśmy balkon. W sumie słowo „remont” nie do końca jest trafne. Balkon został po prostu wykończony – na posadzce pojawiły się kafle, a na kaflach meble. I dwa kwiaty – ikeowskie bonsai i wrzos. Obie rośliny dzielnie walczą o przeżycie pod moją opieką. Na razie o nich pamiętam :) A balkonem nieustannie się zachwycamy. Włącznie z Witkiem, który poleguje na nim na macie.

balkon

Witek rośnie w siłę i umiejętności. Waży około 9 kg. Śmieje się do wszystkich, zaczepia i ogólnie jest milusiński i do schrupania. Tylko spanie „zeszło na psy”. Budzi się w nocy dwa razy, a nie raz ;) Pierwszy wieczorny sen trwa zazwyczaj około 5-6 godzin, potem budzi się po 3 godzinach po raz drugi. No i po kolejnych trzech godzinach budzi się już na dobre, czyli na około 1,5 h. W dzień nie jest już tak różowo ze snem – Witkowi zazwyczaj wystarcza pół godziny na regenerację. Musi się zdarzyć jakiś cięższy dzień (tak jak na przykład wczoraj, po całodziennej wyprawie do Gniezna i Głuchowa, która go ewidentnie wykończyła), by w ciągu dnia przespał ciągiem prawie trzy godziny. Najczęściej dzień upływa pod znakiem około trzech półgodzinnych drzemek. Przy czym najwyraźniej Witkowi to służy – rozwija się dobrze i jest pogodny. Tylko ja po cichu wzdycham, bo długotrwałe drzemki się przydają – wie to każda mama niemowlaka. Oczywiście przydają się mamie :) Liczę, że może się to jeszcze odmieni. W każdym razie Witek jest najwyraźniej ciekawski świata i szkoda mu czasu na spanie.

Mikołaj coraz bardziej przywiązuje się do brata. A i po Witku widać, że lubi towarzystwo Mikołaja. Nawet przez telefon – kilka dni temu Witek marudził przed spaniem i akurat zadzwonił Mikołaj. Przyłożyłam Witkowi słuchawkę do ucha, Mikołaj zaczął mówić, a Witek natychmiast się uspokoił i zaczął wsłuchiwać się w Mikołaja głos.

W ubiegłą sobotę byliśmy w Bolesławcu na Święcie Ceramiki. Straganów z piękną ceramiką mnóstwo, podobnie jak ludzi. Zeszliśmy też targ staroci, który odbywał się równolegle. Mariusz złowił na nim stary numer „Przekroju” z 1953 r., wydany w związku ze śmiercią Stalina. Z ceramiki natomiast zakupiona została maselniczka, dwa anioły, krzyżyk do Witkowego pokoju oraz kogut. Witek poradził sobie z całą podróżą doskonale, część przespał, część obserwował. Tylko nam nogi wieczorem odpadały.

Na koniec Witkowe umiejętności na dziś, to jest 5 miesięcy i 8 dni:

  • utrzymuje się na brzuchu ponad 10 minut
  • z pozycji na plecach obraca się na obydwa boki
  • z pozycji na plecach obraca się na brzuch – na razie tylko przez lewy bok
  • w pozycji na brzuchu zaczyna podpierać się na samych dłoniach
  • chwyta dłońmi za stopy, bawi się stopami (od 29.07)
  • chwyta dłońmi za stopy i przyciąga je do ust (od 27.08) – częściej lewą niż prawą, póki co
  • chwyta wszystko, co ma pod ręką (dobrze wiedzą to Mariusza porozciągane przy szyi koszulki ;) I baldachim, który wczoraj musiałam już zdjąć, ponieważ Witek ciągnął za niego i się nim przykrywał)
  • skrobie paluszkami we wszystko
  • chwyta przedmiot, który ktoś przed nim trzyma
  • próbuje (i coraz częściej mu się udaje) chwycić przedmiot leżący obok
  • przekłada przedmiot z ręki do ręki
  • obraca w dłoniach trzymany przedmiot
  • wszystko, co uda mu się chwycić wkłada do ust
  • rozpoznaje nas z odległości kilku metrów – zauważa i uśmiecha się na nasz widok
  • rozpoznaje nasze głosy. Gdy przebudza się w nocy na karmienie i kwili, potrafi uspokoić się, gdy do niego mówię jeszcze zanim dojdę do łóżeczka
  • lubi bawić się w „akuku” w wersji z przykrywaniem twarzy apaszką/tetrową pieluszką. Tak się wyuczył tej zabawy, że wystarczy machnąć nad nim apaszką i już się cały trzepocze z radości
  • interesują go wszelkie dźwięki
  • uspokaja się, gdy śpiewam mu „Pszczółkę Maję”
  • coraz lepiej znosi jazdę samochodem
  • głuży dużo i głośno. Czasami w głużeniu pojawia się głoska /m/ w połączeniu z /e/ – „me”, „em”. Wnikliwie obserwuje twarz i usta osoby, która do niego mówi
  • nadyma policzki, wypuszcza powietrze przez zwarte wargi wydając zabawne dźwięki – /b/, połączenie: „bwwwwww” oraz parska (to wszystko od 25.08)
  • ma kilka ulubionych zabawek: piłeczkę Oball, szmaciaki (lew, kot, zając), kostkę materiałową (zakupioną w Bolesławcu), gryzaki z Canpola – takie na ząbkowanie, wypełnione wodą. Uwielbia też piłkę-jeżyka, ale trzeba mu ją ostrożnie dawkować – piłka jest standardowej wielkości, coś jak do nogi, nie da się włożyć do buzi – gdy Witek się dorwie do tej piłki, to po kilku minutach niebiańskiego wręcz zachwytu i trzęsienia się z wrażenia zaczyna przeraźliwie i rozpaczliwie płakać. Prawdopodobnie dlatego, że piłki nie da się skonsumować w żaden sposób.
  • coraz więcej czasu spędza na macie. Dokupiłam niedawno w sieci osiem puzzli piankowych pasujących do takich, które lata temu kupiliśmy w Pradze Mikołajowi. Takie z Krecikiem. Udało mi się namierzyć tego samego producenta i teraz Witek ma złożone dwa komplety do kupy – 1,2 m wszerz i 1,2 m wzdłuż. Sporo miejsca na turlanie i leżenie

nogi

Przy okazji rozrastania się Witka wzdłuż i wszerz uszyłam kilka dni temu nową partię spodni. Może do zimy wystarczą ;)

spodnie

Wczorajszy wieczór spędziliśmy pierwszy raz – Mariusz i ja – bez dzieci, od czasu, kiedy urodził się Witek. Wszystko to za sprawą biletów na Capital of Rock i dzięki nieocenionej pomocy babci Basi, która zgodziła się przyjechać i zaopiekować swoimi wnukami. Nie powiem – było mi nieswojo zostawiać Witka na tyle godzin bez cycka (postuluję do Najwyższego, by jednak przemyślał kwestię odczepianego biustu w dalszych etapach ewolucji. Dla większego spokoju matek i mniejszych wyrzutów sumienia). Ale okazało się, że niesłusznie – płaczu nie było, dzieci grzecznie się zachowywały, Witek nadal czarował babcię słodkością i nie miał problemów z zaśnięciem. A przyjemnie było wyczyścić głowę przez kilka godzin nie mając pod opieką żadnego nieletniego ;)

Co do samego koncertu, to nie jestem fanem żadnego z występujących zespołów, w związku z czym repertuar był mi (poza w sumie czterema piosenkami) zupełnie nieznany. Sprawiedliwie muszę przyznać, że technicznie i widowiskowo Rammstein zrobił niezłe wrażenie. Muzycznie… cóż. Nie mój klimat. Ale byłam, widziałam, słyszałam, wystarczy :) Za to Mariuszowi bardzo się podobało i to się liczy :)

Tyle na dziś. Było długo. Tym, którzy dotarli do końca – gratuluję :)

Witek uśmiechnięty

Postwakacyjny post

Wakacje się skończyły. Niektórzy odczuli to na własnej skórze (na przykład ci, co poszli do szkoły ;)), niektórzy trochę bardziej pośrednio (wzmogły się korki na mieście przez to). My zakończyliśmy wakacje w Gnieźnie i Poznaniu, co zresztą możecie obejrzeć na zdjęciach w galerii.

W Poznaniu byliśmy w zoo na Malcie. Jak bardzo by tam nie było ładnie, to trzeba powiedzieć, że nachodzić się można za wszystkie czasy. No i niestety, jeśli idzie o oznakowanie ścieżek w tym zoo to… mizerota. Owszem, są gdzieniegdzie jakieś mapki, ale mało czytelne. Do tego brak podstawowej rzeczy – dobrego, jasnego oznakowania drogi do wyjścia. Aż dziwne, że to jest zgodne z przepisami BHP. Zoo wrocławskie, mimo że o wiele mniejsze, na każdym chyba „drogowskazie” ma też strzałki informujące w którą stronę należy udać się do wyjścia. Ale poznańskie zoo stwierdziło widocznie, że nie jest to nikomu potrzebne. No i niestety to jest błąd. Rodzina z małym dzieckiem nie zawsze jest w stanie obejść cały obiekt i w momencie, gdy owo dziecko zaczyna wrzeszczeć i chcieć do domu, chętnie chciałaby szybko dotrzeć do bramy i się ewakuować. Nie wspominając już o sytuacjach, kiedy coś się komuś stanie, tudzież należy natychmiast opuścić zoo. W celu szukania wyjścia można sobie pobiegać dookoła jeziora; może cudem trafi się do wyjścia. Generalnie jeśli porównam zoo wrocławskie z poznańskim nowym, to Wrocław jest ciekawszy i bardziej przyjazny. No i jeszcze kwestia placu zabaw przy sławetnej słoniarni. Niech ktoś spróbuje wytłumaczyć uwielbiającemu zjeżdżalnie dwulatkowi, że jedyna zjeżdżalnia na placu zabaw jest przeznaczona dla dzieci od lat 6. Co za imbecyl to tam wstawił? Swoją drogą, zjeżdżalnia jest tak stroma, że nawet dzieci 6-i-więcej-letnie odbijają na niej swoje tyłki.

W związku z rozpoczęciem się nowego roku szkolnego nasze dziecię otrzymało nowe „obowiązki”. Pierwszym jest kontynuacja zajęć na basenie w Pulsantisie (tam, gdzie chodziliśmy przed wakacjami), drugim są zajęcia pt. „Zabawy fundamentalne” w Urwisku, dla dzieci w wieku 18-24 miesiące. Jeśli chodzi o pływanie to trochę się stresowałam przed tymi pierwszymi (po przerwie) zajęciami – czy Misiek usiedzi tyle czasu w wodzie, czy nie będzie chciał wychodzić i się szwędać na brzegu itd. Ale moje obawy okazały się bezpodstawne. Misiek, jak na pierwszy raz, dał radę swobodnie. Trochę zapomniał jak się pływa, ale, o dziwo, chętnie bawił się przy deseczce. W ubiegłym sezonie to było nie do pomyślenia. No i niestety była dziś inna pani. Nie wiem, czy to już na stałe zmiana, ale nowa pani chyba nie przypadła Miśkowi do gustu tak, jak poprzednia. No ale na to już nie mamy wpływu niestety.

Co do zajęć w Urwisku to muszę przyznać, że są rewelacyjne. Chodzimy na nie w czwartki na 17.30. Pani prowadząca zajęcia jest kapitalna – świetnie przygotowana, cały czas w dobrym kontakcie z dziećmi. Poza tym nieustannie podczas zajęć coś się dzieje – nie ma zbyt wielkiej szansy by taki Misiek się nudził i gdzieś przez to łaził. Nawet jak odejdzie na chwilę od grupy to zaraz pani wyskakuje z jakąś fajną zabawą i Misiek od razu do niej leci. Szok! :) Naprawdę wiemy za co płacimy. Zajęcia trwają pełną godzinę i naprawdę jest to czas wykorzystany. Jak sobie przypomnę zajęcia dla dzieci, na których byliśmy kilka razy w ubiegłym roku w Stumilowym Gaju, to nie ma porównania. W Gaju pani nie bardzo wiedziała co robić z tymi maluszkami, więcej gadała z rodzicami, niż organizowała zabawy dla dzieci. W Urwisku pani jest przygotowana na całą godzinę zajęć, ma mnóstwo pomysłów i potrafi je zrealizować z grupą takich maluszków. Nic tylko pozbierać szczękę z podłogi i pogratulować :)

Miałam trochę obaw o dojazd – na Wejherowską mamy dość daleko i bałam się, że będziemy długo jechać, ale skończyło się na 40 minutach, co jak na wrocławskie warunki jest w normie.

A wracając jeszcze do zajęć to nasze dziecko wczoraj nawet przełamało się, by malować farbami. Misio nasz bardzo nie lubi brudzić rąk – czy to zabawa z kisielem, czy malowanie rączkami czy ciastolina… Nic, co przykleja mu się do rąk nie jest mile widziane. Powoli przełamuje się, by na przykład wykrawać z masy solnej foremką – ale bez dotykania ciasta. No i wczoraj też udało się go zachęcić do robienia pieczątek farbkami. I mimo że miał kilka razy pobrudzone ręce obyło się bez wrzasku, tylko pokazał spokojnie, że ma brudne i żeby mu wytrzeć. Kulturka :)

Cóż jeszcze? Tyle mniej więcej. Wczoraj byłam z Michem na badaniach krwi. Żelazo już ma w normie, resztę też, więc nie trzeba już więcej kropli podawać. Ekstra! W przyszłym tygodniu za to idziemy do endokrynologa i do dr Kwapisz. Zobaczymy, co powiedzą.

Jeszcze coś na koniec. Słownik Mikołajowy :) Misiek rozwija powoli swój język, coś tam zaczyna więcej gadać. W ostatnim czasie ustabilizowało się, że coś „sieci” – to znaczy świeci (lampa, światła drogowe, światła w samochodach, słoneczko). Sporo rzeczy jest nadal nazywanych „tata”. Ale powoli ogólnie rozumiane „tata” zostaje wypierane słowem „baba”. Baba znaczy już nie tylko „żaba” ale także: biedronka, bajka, Cbeebies, czasem nawet lampa, płatki i klamka.
Niekiedy zdarza się usłyszeć „leci” (jak Miś widzi samolot) albo „jedzie” (pociąg). Jest jeszcze „ne-na” czyli „nie ma”, do tego poparte gestem rozłożonych rąk. Poza tym naśladuje Miś wszelkie nasze intonacje, i zawołania typu „ojej”, „o-oo”, „ojojoj” :) No i gada caaały czas. W domu nie jest to tak zauważalne, ale jak jechaliśmy tydzień temu do Gniezna, to myślałam, że w samochodzie zwariujemy przez tego gadułę! :)