Jesień pełną gębą – większość drzew wyłysiała, coraz częściej przez okno nic nie widać… Nie dlatego, że brudne, ale dlatego, że mgły. Ma to swój urok. Chyba, że trzeba zdążyć na ósmą rano na zajęcia rehabilitacyjne do Promyka Słońca, a mgła zwiększa korki. Wtedy to nie urok raczej.

Misiek rośnie. Pełza już prawie symetrycznie – włączył drugą rękę i coś tam kombinuje z drugą nogą. Tak czy siak, ciągle nabiera prędkości. Wydawać by się mogło, że szybciej pełzać już się nie da, a jednak… :) Ostatnio spodobało mu się siedzenie. Siąść co prawda sam nie potrafi jeszcze za bardzo, ale terroryzuje nas, by go sadzać. Ma wtedy wielką frajdę – zupełnie nowe wrażenia, zupełnie inny kontekst w widzeniu świata. Do tego siedzenia zachęciła go tak naprawdę nowa zabawka. Nabyliśmy tzw. zestaw gimnastyczny z Chicco. Ustawiliśmy go w pozycji stoliczka i teraz Misiek nieustannie próbuje walić w niego łapkami. A że nie sięga z pozycji leżącej, to kombinuje. Całkiem sprawnie mu to idzie – dzięki temu, zaczyna wspinać się na kolana (okazuje się, że zasada „wszystko zależy od motywacji” sprawdza się wyśmienicie), żeby sięgnąć. I wyżej wspiera się na prawej ręce – myślę, że lada chwila i zaczai, że z tej pozycji można usiąść samodzielnie. Cieszy nas to bardzo, nie powiem. A mój kręgosłup cieszy się najbardziej. :)

W ubiegłym tygodniu Miś służył jako model na kursie Vojty w Promyku Słońca. Bardzo dzielny był, dał się giąć przez ponad 1,5 h. Ale był tak zmęczony po powrocie do domu, że poszedł spać o wpół do siódmej i przespał bez przerwy 12h. Zazwyczaj śpi około 10,5h. A bycie modelem, niestety, nie wniosło do naszych wiadomości w diagnozie Miśka nic nowego. Poza tym, że nasłuchałam się pochwał, jakie to mam dzielne i grzeczne dziecko. Wiadomo :)

Zaczęłam rodzić w bólach pracę magisterską. Dosłownie. Jest to bardziej męczące niż poród. Tam przynajmniej wiadomo, że dziecko w końcu się urodzi. Ale czy mi się coś urodzi w tej pracy, tego pewną być nie mogę. No ale co tam. Tyle prac pisałam na studiach, że i jeszcze jedną machnę. Co prawda, jak mówi profesor S., powinno to być dzieło mego życia, ale póki co będzie to raczej „koszmar minionego lata”. Albo roku. Albo ostatnich pięciu lat. Jak kto woli.

Zamówiliśmy niedawno przez Internet fajne rzeczy do kąpania Misiowego – naklejki-przyklejki i zabawki-psikawki (nie ma to jak marketingowe nazwy!) firmy Alex. Powoli zaczyna kapować o co chodzi w psikawkach. Co do przyklejek, to nie robią większego wrażenia. Pewnie dlatego, że to ja je przyklejam i to powyżej zasięgu Miśkowych łap. W przeciwnym razie zaczyna je „rozgryzać”. I to nie była przenośnia. Zresztą, z tego wszystkiego i tak największa frajdę mam ja. Przynajmniej mam się czym bawić w wannie, jak się kąpię. Żart to był! ;)

Ostatnio cały czas się przeziębiamy. Zaczęło się kiedyś, dawno, od Mariusza, i tak się ciągnie po nas wszystkich. Misiek i Mariusz już drugi raz zaczynają chorować. A w lodówce na półce leżą trzy dawki szczepionki przeciwko grypie. No ale nie ma kiedy się zaszczepić, bo wciąż kichamy. Przekichane :)

Zdjęć żadnych nowych Miśkołaja nie mam na razie. Nie mogę mu nic zrobić, bo jak tylko widzi mnie z aparatem, to zaraz nabiera prędkości i leci, żeby go poślinić. Ale jest trochę nowych zdjęć – z cmentarza żydowskiego (po raz kolejny, ale z innej perspektywy) oraz ze zjazdu integracyjnego Fingo w Michałowicach. Zapraszam.