Urlop – Mielno

tapeta

Ładne, prawda? Mariusz lustrzanką zrobił :) W Mielnie oczywiście, bo tam pojechaliśmy w drugim tygodniu urlopu.
Co tu dużo opisywać – było świetnie, bardzo dobrze wypoczęliśmy… Zwłaszcza Mariusz, bo jemu był wypoczynek szczególnie potrzebny w ostatnim czasie. Pokoik mieliśmy bardzo blisko morza, jakieś kilkadziesiąt metrów do plaży. Samo mieszkanko też bardzo przyzwoite, mimo że były trochę rury kanalizacyjne pozapychane. Ale to podobno problem całego Mielna.
Oczywiście sporo siedzieliśmy na plaży. Codziennie rano braliśmy nasz zestaw (kocyk, parawan, żarełko, książki i poduszki) i ruszaliśmy położyć się na piachu.

kapelusik
Dla pewności – ten kapelusik różowy jest mój. Mariusz nie zmienił orientacji, póki co ;)

Z pogodą też nam się udało. W sumie to deszczowy był tylko jeden dzień. Ale bynajmniej nam to nie przeszkadzało. Zrobiliśmy zapas prowiantowo-prasowy i cały dzień leżeliśmy w wyrku leniuchując aż do przesady. Mariusz stwierdził, że po raz pierwszy od baaaardzo dawna udało mu się przeczytać od deski do deski całą prasę tygodniową :) Kupił sobie nawet dwa numery „Najwyższego czasu”!

Wracając do wylegiwania się na plaży to nie odstraszał nas nawet mocny wiatr. W piątek udało nam sie wreszcie dopaść do leżaczków, w związku z czym wyglądaliśmy jak dwoje emerytów – przykryci kocykiem, na leżaczkach, w ciepłych skarpetkach i lekturką w ręku odpoczywaliśmy na całego. Oto dowód:

We wtorek wyskoczyliśmy na parę godzin do Kołobrzegu. Przywieźliśmy sporo ładnych zdjęć i piękny wisior z bursztynem :) Wreszcie miałam też okazję spróbować sławnych w rodzinie Zamolskich ryb od Rewińskeigo, bo do tej pory znałam je tylko z opowiadań.

kolobrzeg

Cóż jeszcze… Dużo spacerowaliśmy. Najmilsze były spacerki wczesnym rankiem, gdy jeszcze plaża była pusta. Siedzieliśmy sobie na molo i tak banalnie słuchaliśmy szumu morza. Albo szliśmy, gdzie nas nogi niosły.
Oto jedno z takich porannych, spacerowych zdjęć:

ranek

A tu dla odmiany wieczorne – zachód słońca:

zachód

Śliczne, prawda? Sporo mamy takich słodkich fotek. Możecie je sobie tradycyjnie obejrzeć na fotki.zamolski.com

A! Zapomniałam dodać, że w drodze do Mielna odwiedziliśmy Olgę w Nowej Szwecji. Jesteśmy zauroczeni tym miejscem! Chyba się kiedyś wprosimy na dłużej ;)

Wracając z Mielna zahaczyliśmy o coś, co nazywa się Grzybnica. Tam namierzyliśmy kamienne kręgi, oczywiście związane z jakimiś wierzeniami, no i rzecz jasna z bioenergoterapią. Niestety, na nas chyba ta pozytywna energia nie zadziałała. Może dlatego, że ją wyśmialiśmy na dzień dobry. Mariusz stwierdził, że pewnie już jesteśmy przeklęci ;) Jakby jednak na to nie spojrzeć, obfotografowaliśmy to miejsce, czego dowody przedstawiam:

kręgi

No i skończył się urlop :( Szkoda… Bo było naprawdę przyjemnie :)
A co do pamiątek z podróży, to przywieźliśmy jedną – prawdziwy wypas! Zaatakowała nas pierwszego dnia z głośników na plaży. Jeśli chcecie posłuchać tego hiciora (a nawet obejrzeć teledysk), to odsyłam tutaj

Nadrabianie zaległości

O matko, nie sądziłam, że nie pisałam już aż tak długo. Wydawało mi się, że uzupełniłam bloga jakieś 2 tygodnie temu maksymalnie. No ale człowiek się starzeje i nie o wszystkim już pamięta ;)

Pewnie wiecie, że byliśmy nad morzem. Na Helu, we Władysławowie. Było całkiem przyjemnie, poza małymi wyjątkami, których nie będę tu jednak opisywać i komentować. Generalnie to Hel piękny. Pierwszy raz tam byłam. Dzieciątku też się chyba podobało, bo czułam się cały weekend bardzo, bardzo dobrze :) Poza tym było nasze Pacholę zdrowo odżywiane, bo cały czas wszamiałam rybkę :) Co prawda rybka z Bałtyku pochodziła, a nie należy biedak do najczystszych mórz, ale tak czy siak jakieś witaminy miała ;) Najwyżej dziecię po narodzeniu będzie świecić na zielono ;)

Odwiedziliśmy fokarium w Helu. Widzieliśmy karmienie fok. Śmieszne stworzonka, do tego bardzo mądre. Pani podczas karmienia mówiła, że jak foka ugryzie człowieka, to często trzeba daną kończynę amputować, bo foki mają jakieś dziwne bakterie w pyskach i szybko wchodzi zakażenie do krwi człowieka. Nabrałam szacunku do tych zwierzaków. Przy okazji kupiliśmy maskotkę dla naszego Pacholęcia – foczkę srebrną, taką paskudnie piszczącą, ale nie piszczącej nie dało się kupić. Niech ma coś to nasze dziecię z wyjazdu z rodzicami przed narodzeniem.

Kąpaliśmy się w morzu. Nawet się jednego dnia dało zanurzyć.

Jedyną porażką tego wyjazdu była wizyta Busha na Helu. Od samego rana durne BORowiki budziły nas swoimi wyjącymi syrenami, jak przejeżdżali przez Władysławowo. Bo oni nie mogą przecież przejechać po cichu.

Co dalej? Doszliśmy jednak do wniosku, że ślub kościelny odłożymy na razie. Weźmiemy w przyszłym roku, jak będziemy chrzcić Pacholę. A teraz zaślubimy się cywilnie. Termin mamy 1 września o 15, ale nie czujcie się zaproszeni ;) Będą tylko rodzice i rodzeństwo. Zaprosimy Was na kościelny ;)

Obrączki już mamy. Z białego złota, półokrągłe. Mariusz trochę się buntował, że nie będzie nosił, bo to obciach, ale powoli się przekonuje. Ostatnio doszedł do wniosku, że Śniegu też ma białą obrączkę i nosi, więc może on też jednak będzie nosił. Cóż, dla mnie sprawa jest jasna – jak nie będzie nosił, to śpi na balkonie ;)

O, właśnie, balkon. Mamy sporo zielska na balkonie. Pelargonie w korytkach i zioło (nie będę komentować jakie) w doniczkach. I jeszcze jakieś pnące fasole i groszki. I choinkę z Bożego Narodzenia. Ale choinka nie przeżyła ostatnich upałów i zaczynają jej igły opadać. A szkoda…Bo taka ładna była, z dwoma czubkami :)

W ubiegły czwartek byliśmy w Chorzowie na koncercie Genesis. Świetny koncert. Mimo że zmokliśmy strasznie. Od 14 do 24 lało bez przerwy i były burze. Nie dotrwaliśmy do końca koncertu, wyszliśmy jakieś 4 kawałki przed zakończeniem, bo już nas telepało z zimna. Jak już moja kurtka przeciwdeszczowa z Campusa o naprawdę wysokiej nieprzemakalności przemokła, to wyobrażam sobie co musieli czuć ludzie, którzy na ten koncert wybrali się w totalnie lekkiej odzieży i klapeczkach. Z butów nam się wylewało, a w drodze powrotnej rozebraliśmy się do gaci i próbowaliśmy wyschnąć. Buty Mariusza 3 dni suszyły się na balkonie. Ale było warto tak zmoknąć :)

Niedawno byliśmy u lekarza. Zbadał, powiedział, ze wszystko ok i umówiliśmy się na 11 lipca na usg. Będzie już wiadomo, czy syn czy córa. Wszyscy prorokują, że będzie facet. Zobaczymy :)

Wczoraj zdałam na 5 ostatni egzamin. Został mi tylko jeszcze jeden zjazd, w najbliższą niedzielę i wreszcie wakacje.
Mariusz twierdzi, że jestem gestapo. Bo mu cukierki wymierzam, które może zjadać. I chrom mu kupiłam, żeby mu się tych cukierków jeszcze mniej chciało jeść. Okropna sadystka ze mnie podobno ;)

Misiek w ogóle cały czas śni o nowym aparacie i obiektywie. Śni – to jest bardzo dosłowne określenie. Już mu się razy śniło. Ran, że kupił aparat z obiektywami za 20 tys (biada!), a w ubiegłym tygodniu, że byliśmy w MediaMarkt i rzucałam w niego kartami pamięci do aparatu, I to nie byle jakimi, bo takimi z gabloty na kluczyk. A potem biedny musiał za to wszystko płacić, hihihi ;) Ale na razie nie da rady kupić nowej zabawki. W sobotę kupiliśmy nową kartę graficzna, jakąś super wypas (cokolwiek by to miało znaczyć w przypadku karty), więc aparat musi poczekać :) Może trochę stanieje.

Jedziemy nad morze w sierpniu, na tygodniowe wakacje. Do Mielna. Straszne problemy są już z rezerwacją miejsc. Ale za którymś razem w końcu się udało znaleźć coś wolnego w interesującym nas terminie.

Mam nadzieję, że na razie Wam wystarczy czytania moich wypocin. Do następnego razu, zatem!