Mikołaj I Groźny

I znowu wywaliło mi posta prawie całego. I to przy zapisywaniu. „Gupi” jakiś. No nic, napiszę jeszcze raz, a co mi tam.

To może zacznę od tytułu… Dlaczego Groźny? Bo robi groźną minę. I próbuje nas nią straszyć. Zresztą, nie tylko nas. Ktokolwiek do Micha podejdzie zostaje na dzień dobry postraszony. Generalnie widać, że Michu sobie jaja w ten sposób z ludzi robi. Po kim taki szyderca i jajcarz rośnie, tego nie wie nikt… ;)

Wizyta w Szczecinie. Udało nam się tam spotkać (dzięki p.Danusi i Monice) z neurologiem, logopedą i rehabilitantką. W skrócie wygląda to tak:
Neurolog stwierdziła opóźnienie 2-3 miesięczne, psychoruchowe. Zleciła nam badania krwi (zrobili je na miejscu następnego dnia) w kierunku cytomegalii i toksoplazmozy oraz sprawdzenie poziomu wit. D3. Generalnie szukamy przyczyny opóźnienia. A poziom D3 kazała zbadać dlatego, że Michu długo już przyjmuje dość wysoką dawkę i jest ryzyko, że poszło w nerki. Miejmy nadzieję, że nie. Ponadto zasugerowała rezygnację z Vojty na rzecz masażu suchego całego ciała. I jeśli Misiek po ukończeniu 18 miesięcy nie będzie jeszcze płynnie chodził to zleci wtedy rezonans pod narkozą.

Logopeda była z Micha zadowolona. Miś pokazał co potrafi, pogadał trochę. Pani z kolei pokazała nam jak się bawić, w co i co trenować. No to trenujemy :)

Rehabilitantka opracowała kilka ćwiczeń do wykonywania w domu oraz masaż. Mam nadzieję, że Michu da się przekonać do masażu, bo ostatnio wszelkie próby dotyku i robienia czegokolwiek z jego ciałem kończą się wrzaskiem – taki prezent od Vojty. Mam nadzieję, że tymi ćwiczeniami oraz Bobathami uda się Micha skłonić do płynnego chodzenia, bo wolałabym uniknąć rezonansu.

Ważnym elementem wizyty w Szczecinie był pies :) I spotkanie psa z Mikołajem. Albo raczej Mikołaja z psem. Ogólnie wywarli na sobie chyba pozytywne wrażenie. W każdym bądź razie Misiek psem zafascynowany. Bawił się z Indianą, pozwalał się zaczepiać i sam nie był dłużny. Co prawda widzieli się z doskoku – więcej nas w domu nie było niż byliśmy, ale jest szansa, że jak pojedziemy na Wielkanoc, to się więzi zacieśnią :)

We wtorek poza tym byliśmy u okulisty i ortopedy. Okulista w Spektrum na Olszewskiego. Już tam raz byliśmy, w czerwcu, gdy Michowi oczy ropiały. Teraz trafiliśmy do tej samej lekarki, bardzo sympatycznej zresztą. Zbadała Misiowi oczy i powiedziała, że wszystko jest ok, i że za rok do kontroli.
Co do ortopedy, to wizyta była koszmarna, bo Michu cały czas wył. Niezależnie od tego, czy go lekarz badał, czy tylko jego rentgen oglądał. W każdym razie ortopeda stwierdził, że Michu ma ogromny przykurcz na szyi (ten od kręcza szyi) i że on by radził naciąć mięsień chirurgicznie, ale najpierw mamy się skonsultować na Borowskiej u ortopedy. Ponadto wyczaił płaskostopie i zalecił buty – takie sandałki ortopedyczne. I do kontroli za trzy miesiące. Ciąć Micha nie zamierzamy, ale do tego ortopedy na Borowskiej pójdziemy. Nawet już skierowanie załatwiłam.

W piątek byliśmy u dr Kwapisz na kontroli. Szłam tam z nastawieniem bojowym, coby przeforsować rezygnację z Vojty i czaszkowo-krzyżowej, a tu szok! Albo pani doktor była w dobrym humorze, albo nie mam pojęcia co się stało. W każdym bądź razie wizyta była bardzo przyjemna, pani doktor super miła, Mikołaj płakał tylko podczas badania na stole, a tak to fikał i brykał na podłodze w samym pampersie i pokazywał lekarce na co go stać. Co do diagnozy, to jest pozytywna :) Nastąpiła duża poprawa. Dr Kwapisz jest przekonana, że trzeba dać Mikołajowi czas, to wszystko sobie nadrobi. Mówi tylko, żeby go nie prowadzać za ręce. Ma chodzić jak najwięcej przy meblach bokiem, bo wtedy sobie koryguje to koślawienie stóp. Mówi też, że buty od ortopedy mamy założyć dopiero wtedy, gdy Michu zacznie dobrze chodzić, czyli gdy chodzenie będzie przeważało w ciągu dnia. Bo dopóki głównie raczkuje, to raczkując w butach będzie sobie Michu jeszcze bardziej nogi koślawił. Ponadto stwierdziła poprawę jeśli chodzi o kręcz – jest już pełny obrót głową w obie strony, choć w lewą troszkę utrudniony. Ale nie ma już blokady. Wypas! Więc jak widać, ortopeda nie do końca miał świadomość z jakiego przykurczu Micha wyprowadziliśmy.
Co do Vojty, to dr Kwapisz stwierdziła, że jak chcemy, to możemy zrezygnować. No to powiedziałam, że rezygnujemy. Z czaszkowo-krzyżowej też rezygnujemy, tylko jeszcze raz, może dwa pójdziemy, coby się utrwaliło.

Wczoraj byłam na zajęciach w Poznaniu. Zrobił się syf z naszymi praktykami w szkole. Od listopada słyszeliśmy gadkę, że jeśli ktoś nie chce uprawnień do pracy w szkole, to nie musi robić praktyk. No to trzy osoby z naszej grupy (w tym ja, rzecz jasna), przestały o tym myśleć w ogóle. Mieliśmy tylko złożyć pismo do dziekana, że rezygnujemy z uprawnień. No i się wczoraj okazało, że jednak praktyki robić trzeba, bo jest za nie 8 punktów ECTS, a nie mają już nam ich na co zamienić. Super po prostu! Pojechaliśmy do dziekana, dziekan stwierdził, że nie ma pojęcia dlaczego opiekun praktyk wprowadził nas w błąd i że mamy pogadać ze Strykowskim, może coś nam pomoże. Wypas. Jeśli jemu się nie uda, to trzeba będzie pokombinować w tempie ekspresowym, bo nie zaliczenie praktyki oznacza nie wydanie dyplomu i nie ukończenie studiów. Po prostu sielanka.

A z innej beczki. Wróciłam wczoraj wieczorem do domu, Michu spał, więc nie zaglądałam już do niego. Dziś rano wchodzę do pokoiku, patrzę – Michu w samej piżamie. Myślę sobie – zdjął śpiworek (już mu się kiedyś zdarzyło). Rozglądam się za owym śpiworkiem, a on leży jakiś metr od łóżeczka. W dodatku to był śpiworek na zatrzaski, a Michu potrafi rozpiąć tylko ten na zamek. Na ale myślę: a nuż dzisiaj był ten pierwszy raz, gdy Michu rozpiął wszystkie zatrzaski? Ale skąd śpiworek wziął się tak daleko od łóżeczka? Przecież Michu jeszcze nie rzuca na taką odległość… „Mariuuuusz! Czy Ty założyłeś wczoraj śpiworek Miśkowi?” Przychodzi Mariusz, widzę konsternację na twarzy. Mówi: „Eee… Nie wiem, nie pamiętam. Ale możliwe, że nie” :) Masz ci los :) Zmęczony całodziennym trudem opiekuńczym nad Michem, Mariusz był tak szczęśliwy, że udało mu się złapać Miśka i ubrać go w piżamkę (to nie lada wyczyn, Michu notorycznie ucieka gdy się chce go ubrać lub przewinąć), że zapomniał o śpiworku i wrzucił po prostu Micha do łóżeczka do spania. Co prawda zimno Michowi jakoś szczególnie chyba nie było (mimo że śpi bez skarpetek), stopy miał rano w miarę ciepłe. No ale komfortowo się chyba raczej nie czuł :) W sumie to i tak dobrze, że piżamkę miał na sobie… ;) Tak się dziś nalewam cały dzień z małżonka. Niech ma!

Co do nowości Michowych, to mogę rzec, że się Misiu nauczył pokazywać brzuszek i serduszko. Powoli zaczyna łapać, że serduszko jest wyżej, a brzuszek niżej. No i pokazuje włosy – że się po nich można głaskać. Bierze moją albo Mariusza rękę, kładzie sobie na głowie i każe się w ten sposób głaskać :) Pieszczoch mały :) Czasem zdarza mu się nawet nas pogłaskać. Ale tylko chwilkę. Jednak bardziej lubi, gdy to my głaszczemy :)
Zauważyłam ponadto, że już nie trzeba Miśkowi podpowiadać przy ubieraniu. Już wyjaśniam o co chodzi. Generalnie gdy ubieram Micha, to Miś pomaga – tzn. podnosi ręce lub nogi, podnosi głowę kiedy trzeba. Zawsze popierałam słowo gestem. Np. gdy mówiłam: „Podnieś/podaj rękę” to delikatnie klepałam daną rękę. A dziś zauważyłam, że wystarczy powiedzieć: „Podnieś rękę” i Miś podaje rękę. Myślę, że dzięki temu nauczył się pokazywać, gdzie jest ręka. Ostatnio wałkujemy bowiem włosy, brzuch, serduszko, paluszki i nogi. Rąk jeszcze nie przerabialiśmy jakoś konkretniej. No i dziś na czuja mówię do Misia: „Pokaż, gdzie masz rękę”. A na to Miś z dziką radością zaczyna ruszać dłonią, a po chwili machać całą ręką :) Straszna ze mnie matka. nawet się nie spodziewałam, że mam takie mądre dziecko :)

Z kolejnych rzeczy to Miś nauczył się rzucać i popychać piłkę. Nie robi tego jakoś spektakularnie, odległości można mierzyć w kilkunastu centymetrach, ale potrafi i to się liczy! Reszta się udoskonali :)

Od jakichś dwóch tygodni ulubionym zajęciem naszego dziecięcia jest trafianie kluczem do dziury. Nieważne jakim kluczem i do jakiej dziury. Ważne, że jest klucz i jest dziura. Dzisiaj zajmował się tym ponad pół godziny. Miał do wyboru dwa pęki kluczy i cztery dziury (od śrubek, w puszce od kablówki), więc było co robić :) Może trza mu jaką wielką kłódkę kupić?

Mikołaj miał w sobotę 21 marca swój pierwszy poważny (bo krwawy) wypadek. Przygrzmocił twarzą w skrzynię na pościel w naszym tapczanie. W pierwszych chwilach wyglądało to naprawdę bardzo groźnie. Krew kapała, Misiek krzyczał, mnie się wydawało, że Michu uderzył nosem, i że nos ma złamany, Mariuszowi wydawało się, że Michu przegryzł sobie kawałek języka. Generalnie masakra. Po kilkunastu minutach uspokajania, po wypiciu przez Misia kubka zimnej wody, okazało się, że krew przestała lecieć i że generalnie nie wygląda to strasznie. Zęby wszystkie i całe, język i nos też. Tylko warga spuchnięta bardzo i otarta. Nasze pierwsze myśli, to: co i jak Misiek teraz będzie jadł? Stoimy tak nad nim i gadamy na głos, że może mleko mu na razie podać, bo nie będzie chciał jeść na pewno nic twardszego, bo go pewnie będzie boleć itd. A na to nasze dziecko patrzy na nas i od niechcenia ściąga ze stołu twardego suchara i gryzie aż mu się uszy trzęsą. I wszystko jasne!
Na dzień dzisiejszy Misiek wygląda jakby w ogóle już nie pamiętał co się stało, do skrzyni z pościelą ładuje się nadal, a opuchlizna z wargi zeszła. Tylko ślad po otarciu pozostał. Jakby nie patrzeć – goi się jak na psie ;)

Dobra, dosyć tego dobrego. Może w końcu dziś opublikuję tego posta, bo piszę go już równo tydzień. Jeśli dotarliście do tego miejsca, to gratuluję :) Mieliście co czytać :)

O neurologach i psychologach będzie tu mowa…

Byliśmy z Michem w środę u neurologa. Drugi raz w jego 14 miesięcznym życiu. Pierwszy raz byliśmy prawie rok temu, u dr Ujmy-Czapskiej. No i wtedy z tej wizyty wynikło tyle, że Michu był trzy o trzy miesiące za późno rehabilitowany, bo dr zlekceważyła jego asymetrię. Teraz dr Kwapisz poleciła nam skontaktowanie się z dr Dołyk. Udało nam się nawet szybko załatwić wizytę, cudem, doprawdy, bo zazwyczaj na termin u neurologa dziecięcego we Wrocławiu to czeka się około dwóch miesięcy. A my czekaliśmy dwa tygodnie. Przed wizytą zrobiliśmy zlecone przez dr Dołyk (przez telefon) badania krwi, no i w środę dotarliśmy na 8.30 do Pulsantisu. Co prawda Misiek był jeszcze trochę chory (dwa dni wcześniej okazało się, że chociaż przeszło mu przeziębienie i zeszła temperatura, to zachorowało ucho), ale postanowiliśmy, że pojedziemy, bo potem nie wiadomo kiedy uda się znowu umówić.

Dr Dołyk obadała Miśka od stóp do głów, poobserwowała, porzucała w próbach Vojty, postukała młoteczkiem i wypytała nas doszczętnie o wszystko. Misiek zniósł wizytę nawet znośnie, mimo że był moment, że ryczał jak wół :) Ale to już taki urok – tak ma zakodowane w łepetynie, że jak się rozbiera przy obcej pani, to to pewnie będzie ćwiczenie Vojtą. I profilaktycznie zaczyna wyć. Mam nadzieję, że kiedyś mu przejdzie, bo żal mi się go wtedy strasznie robi. A nie chce posłuchać, że nie ma powodu do płaczu.

Co do diagnozy, to dziś, z perspektywy kilku dni, patrzymy już na nią spokojniej. Ale w pierwszym momencie nas osłabiła. Generalnie dr Dołyk podejrzewa, że Miś ma jakieś uszkodzenie układu nerwowego. Dokładnie jakie to jest uszkodzenie, nie jest w stanie nam, na razie, powiedzieć. Być może coś z móżdżkiem, ale to niepewne. Póki co, nie chce nas wysyłać na rezonans, bo mówi, że by trzeba było Miśka do tego uśpić, a nie warto ryzykować. Natomiast sam rezonans może by i coś pokazał, ale pewności nie ma. Tak więc, na razie, my mamy obserwować wnikliwie rozwój Micha, a ona porówna za trzy miesiące jakie zaszły zmiany.

Jednakże najbardziej powaliło nas coś innego. Dr Kwapisz wysyłając nas do dr Dołyk powiedziała, że generalnie dr Dołyk ma sprawdzić czemu Michu tak przeprostowuje nogi i czemu jeszcze nie wstaje (na dzień dzisiejszy wstaje już od dwóch tygodni). Natomiast dr Dołyk stwierdziła, że ona na razie nie skupiłaby się tak bardzo na motoryce Mikołaja, ale na jego percepcji i rozwoju mowy, bo jej zdaniem tu ma poważne braki. Spytała, czy badał go psycholog. Powiedziałam, że tak, dwa miesiące temu, że w diagnozie było, że nie trzeba terapii, bo rozwija się prawidłowo poza motoryką dużą (ale to akurat nie nowość, no bo w końcu z powodu tyłów w motoryce Miśka rehabilitujemy). Na to dr Dołyk powiedziała, żeby jeszcze raz Miśka zdiagnozować u innego psychologa, w ciągu pół roku od poprzedniego badania. I żeby się skontaktować z jakimś pedagogiem, logopedą lub psychologiem by doradził jakieś konkretne zabawy, które pomogą rozwijać mowę, rozumienie i percepcję. Zasugerowała generalnie, że poprzednia diagnoza psychologiczna była błędna.

Przyznam szczerze, że mnie to trochę przeraziło i podłamało. Generalnie mieliśmy jakieś obawy, czy Miś prawidłowo się rozwija, ale to naturalne przy rehabilitowaniu dziecka, że się rodzą różne lęki. Poszliśmy więc do psychologa i diagnoza była pozytywna. To mnie uspokoiło. Logopeda też go przecież oglądała i mówiła, że nie ma potrzeby terapii, że tylko mamy się co jakiś czas kontrolować. I tu nagle coś takiego. Trochę już się na siłę zaczęliśmy doszukiwać, że może rzeczywiście jest coś nie tak. Kilka rzeczy, owszem, wzbudzało nasz niepokój wcześniej, ale tłumaczyliśmy to sobie, że przecież Miś ma czas, że się nauczy… A tu nagle bach – obuchem w łeb. Ale z perspektywy tych kilku dni jestem jednak spokojniejsza. Zaczęliśmy baczniej przyglądać się Mikołajowi. Jeszcze tydzień temu wydawało nam się (a może było tak naprawdę), że nie potrafi zapamiętać nazw przedmiotów, swoich zabawek, nie potrafi wskazać tego, o co się go pyta. Ale być może pytaliśmy nie o to, co trzeba; nie o to, co leży w kręgu zainteresowań naszego dziecka. Bo Miś doskonale potrafi pokazać pilota od tv :), telefon, but, tygryska, kaczkę, piłkę. W dodatku widać, że wiele rzeczy go interesuje. Każdy przedmiot, który chwyta w ręce wyciąga w naszym kierunku, by powiedzieć mu jak się to nazywa. A że jeszcze nie mówi? Poza mama i tata? Cóż, logopeda powiedziała mi wcześniej, że za każdym razem, gdy dziecko nabiera nowej sprawności ruchowej, to cofa się mowa. I że to naturalne, i przejdzie. Dziecko jest wtedy tak zafascynowane nową umiejętnością, że wszystko inne odchodzi na bok. Zresztą, naukowo dowiedzione jest, że najczęściej chłopcy zaczynają mówić później.

Cóż więc zrobić? Jutro przyjeżdża do Wrocławia mama mojego szwagra. Jest psychologiem, zgodziła się spotkać z nami i przyjrzeć się Mikołajowi, coś doradzić. Poza tym postanowiliśmy zdiagnozować Miśka u psychologa wcześniej niż pół roku po poprzedniej diagnozie. Udało mi się umówić z psychologiem dziecięcym już na poniedziałek. Niech go obejrzy raz jeszcze ktoś niezależny i powie, co myśli. I też coś doradzi. Spróbuję umówić się też w tym samym ośrodku z logopedą. Być może wydaje się to przewrażliwieniem, albo histerią, albo Bóg wie czym jeszcze, ale powiem Wam szczerze, że mi to zupełnie wisi. Mówimy o naszym dziecku, więc dmucham na zimne i wolę iść sprawdzić diagnozę do drugiego specjalisty, bo, niestety, jak już z praktyki wiemy, lekarzom ufać bezgranicznie się nie da. Przekonaliśmy się już o tym trzy razy w sumie, w przeciągu niecałego roku. Tak więc trzymajcie kciuki. Jestem dobrej myśli. Jakoś nikomu wcześniej nie rzuciło się w oczy, że Mikołaj ma jakieś tyły. Wszystkie pozostałe lekarki i rehabilitantki twierdzą, że Miś jest bystry, kontaktowy… Więc tego, póki co, się trzymajmy. Gdy będziemy po wizycie, to skrobnę co nieco, ale nie od razu. Bo w poniedziałek wyjeżdżam z Mikołajem do Głuchowa i wrócę dopiero w czwartek. Ale po powrocie napiszę na pewno.

A co do Miśka, to jego umiejętność wstawania rozwija się. Co prawda ciągle szpotawi prawą stopę (a czasem wykoślawia – zależy jak mu się uda), a na lewej staje na palcach, ale za to dzisiaj zaczął uczyć się schodzić do pozycji na kolanach. To progres :) Bo od kilku dni, jak wstał przez nikogo nie zauważony, to potem wołał płaczliwie, bo nie umiał zejść. Najczęściej zdarzało mu się to rano, tudzież po południowej drzemce, gdy wstawał w łóżeczku i nogi odmawiały posłuszeństwa, a nie potrafił sobie sam poradzić. A dziś nagle zaczaił, że to trzeba się na kolana z powrotem dostać. Na razie jeszcze różnie mu to wychodzi, ale praktyka czyni mistrza :)

A tak z innej beczki, to mieliśmy dzisiaj kolędę. Znaczy wizytę duszpasterską. I powiem Wam, że do tej pory trwam w szoku. Obydwoje trwamy w sumie, Mariusz i ja. Przyszedł ksiądz, pokropił nas wodą święconą, usiadł, spisał nas dokładnie (bo kolędę mieliśmy tu pierwszy raz, więc w papierach nas nie było) i… poszedł. Zrobił to tak szybko i z zaskoczenia, że nawet nie zaczaiłam, że wychodzi i jak głupia goniłam go z kopertą. Kurde, nawet nie próbował jakkolwiek zagaić, zapytać jak zdrowie, cokolwiek… Mariusz od początku sceptycznie nastawiony do wizyty księdza, namówiony przeze mnie, pełen dobrych chęci i otwarty, by w razie czego z księdzem pogadać, a tu ksiądz, jak taki buc, wypełnił papierki i w długą! Po prostu byłam w szoku. Zanim dotarło do mnie, co się stało, ksiądz pewnie kończył kolędę w następnym mieszkaniu. Maskara. Wiecie, nawet jakby człowiek chciał sam zagadać, to nie było szansy! Kurde belek, po choinkę ja leciałam za nim z tą kopertą?! No, ale taki automat się we mnie włączył – cały czas powtarzałam sobie, żeby nie zapomnieć o kasie dla księdza, że oczywiście nie zapomniałam. A szkoda. Byłoby jutro na dobry obiad w Agawie ;) Tak więc, jak widzicie, pecha mamy do księży z naszej parafii. Przyszłoroczne przyjęcie księdza pozostaje pod znakiem zapytania.

Tyle na dziś. Duuużo tego. Odezwę się po powrocie z Głuchowa.

Zębologia stosowana i sankowe podróże

Powiem Wam, że zamówione na allegro sanki dotarły… Ale nie do Wrocławia. Z własnego roztrzepania, przy zamawianiu, nie zwróciłam uwagi, że nie zmieniłam w moich danych adresu z głuchowskiego na wrocławski, no i się mama wczoraj w Głuchowie zdziwiła, gdy jej kurier przyniósł do domu wielką pakę z saneczkami :) Dobrze, że była w domu, bo nie wiem, gdzie by ją potem kurier znalazł. Albo gdzie byśmy później szukali paczki. No, ale dobrze, że doszła, tak czy siak. W sobotę odbierzemy :) Może jeszcze coś zostanie ze śniegu, żeby je wypróbować w niedzielę, tudzież w przyszłym tygodniu.

Byłam wczoraj z Miśkiem u dentysty. To jego pierwsza wizyta w życiu u tego lekarza. No i rosłam z dumy, tak nas pani chwaliła. Że tak wspaniale dbamy o zęby Miśka. I że podobno jesteśmy niewielkim procentem rodziców, którzy są tak uświadomieni co do tego, że czyścić zęby (a wcześniej dziąsełka) trzeba od samego początku i w ogóle. Kolejne zachwyty były nad tym, ze Miś sam używa szczoteczki. Chociaż to jego samodzielne używanie to w nas trochę rozterek budziło. Bo kiedyś to było tak, że najpierw ja brałam szczotę z pastą, szorowałam Michowi zęby, po czym dawałam Miśkowi i on tam sobie po swojemu grzebał. Ale jak mu zaczęły wychodzić czwórki, to już nie pozwalał sobie czyścić. No więc zaczęłam mu podawać po prostu szczotkę z pastą i sam sobie grzebie (bo szczotkowanie to, rzecz jasna, nie jest). I to właśnie budziło rozterki – czy te zęby są nadal w miarę zadbane. No ale pani dentystka powiedziała, że jak najbardziej. Że Miś przy okazji jak sobie masuje dziąsła to też przeleci po zębach szczotką, i że zawsze coś z tej pasty mu na zęby spadnie. Więc mamy się nie martwić, bo ząbki zdrowe i ładne. I żebyśmy tylko pilnowali, by w nocy nie pił nic słodkiego. No i po myciu zębów, przed spaniem, też nie. Na to wyjaśniłam pani, że Miś po myciu zębów dostaje tylko wodę wieczorem do picia, i w nocy, jak się obudzi (co się zdarza rzadko), też wodę. No i tu pani dentystka stała się moją wielbicielką :) Stwierdziła więc, że koniec wizyty, że możemy się pokazać za 4 miesiące, to obejrzy nowe zęby i tyle. A! A zębów Misiek ma obecnie 12. Wszystkie jedynki, dwójki i czwórki. Teraz przyjdzie czas na trójki :) Jeszcze tylko 8 zębów i szczęka pełna :)

Tak więc od wczoraj pękam z dumy :) W ogóle to stwierdziliśmy z Mariuszem, że to chyba pierwsza lekarka, która tak od początku do końca pochwaliła Miśka. Nic u niego nie znalazła. Chyba będę częściej tam chodzić, by się pochwał nasłuchać ;) W przyszłym tygodniu idziemy z wizytą do doktor Kwapisz, więc pewnie się nasłucham, że Misiek krzywy. Ech… A swoją drogą, ciekawe, co powie, bo od kilku tygodni nie ćwiczymy już Vojty. Po prostu nie dawałam rady już utrzymać Miśka. Pani Dorota stwierdziła, że w takim razie nie muszę, póki co, przychodzić do niej na zajęcia, a jak dr Kwapisz stwierdzi, że koniecznie trzeba dalej vojtować, to znajdziemy jakiś sposób na unieruchomienie Miśka. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

W niedzielę byliśmy na WOŚP. Główne imprezy odbywały się przy aquaparku, więc przeszliśmy się tam spacerkiem, bo to od nas żabi skok. Miś przy okazji nabrał rumieńców, a my nieźle zmarzliśmy. Porobiłam trochę zdjęć, ale na razie siedzą jeszcze w karcie w aparacie, bo z powodu usterki kompa nie można ich zgrać. Ale jak zgramy, to wrzucę do galerii.

Wiecie, teraz mamy tydzień dobroci dla Zosi :) W końcu znalazło się kilka chwil czasu, żeby spożytkować spłatę stypendium naukowego i wydać je na rozkosze zakupowe ;) Małżonek mój stwierdził, że sobie w zupełności zasłużyłam na to, by kasę ową przepuścić, więc cóż było robić… Na zakupy!!! :) Wczorajsza wizyta w Galerii Dominikańskiej to jeszcze nie koniec. W niedzielę ruszam jeszcze po jeansy, a dziś wieczorem do fryzjera. A co!

Z grubsza to by było na tyle. Do następnego :)

Krok po kroku, krok po kroczku najpiękniejsze w całym roku idą Święta…

Idą Święta. Nie da się ukryć. Na mieście i we wszystkich centrach handlowych tłum. Lekka masakra. No ale na szczęście mamy już prawie wszystko zakupione, po resztę Mariusz pojedzie w poniedziałek przed południem do Tesco. Tylko choinkę jutro trzeba załatwić. Co roku obiecujemy sobie, że tym razem kupimy wcześniej, bo potem to same drapaki, no i w końcu i tak wychodzi na to, że mamy krzywusa z dwoma czubkami bo dwa dni przed Wigilią ciężko dostać coś lepszego. No ale co zrobić… :)

W związku z tym, że wszyscy robią zakupy, my też dziś na trochę ruszyliśmy w teren. Udało nam się cudem trafić wreszcie do Factory Outlet. Kawał drogi to od nas, ale jestem usatysfakcjonowana – za niewiele ponad 50 zł kupiliśmy w 5-10-15 trzy pary spodni i bluzę dla Miśka. Do tego też mniej więcej za tyle w Coccodrillo udało nam się znaleźć bluzę i dwie pary body. Wypas :) Na zakupy Miśkowe trzeba będzie właśnie tam jeździć.
No i dla siebie kupiłam też śliczne majtki z Intimissimi, za niecałe 10 zł sztuka.

Po południu – z racji dzisiejszego starzenia się Mariusza – pojechaliśmy do Arkad na urodzinowy obiad. No i kicha. Poszliśmy do Sphinxa i okazało się, że to błąd był. Żarcie okropne po prostu. Szarma – niewielka ilość mięsa, wielka ilość twardych jak kamień frytek i dwie zwiędnięte surówki. Żenua. Trzeba było jednak pojechać na lasagne do Agawy.

W Traffic Club udało mi się dostać „Małomównego i rodzinę” M.Musierowicz. Jak skończymy czytać „Ferdynanda Wspaniałego”, to Małomówny pójdzie w następnej kolejce do wieczornego czytania Miśkowi przed spaniem. Tak sobie ostatnio przypomniałam o Musierowiczowej. Dostałam na Mikołajki od Mariusza nową książkę – „Sprężynę”. Śliczna jest. Przynajmniej mnie bardzo poruszyła. Zwłaszcza wątek dotyczący starości Ignacego. Może kiedyś napiszę coś więcej odnośnie moich przemyśleń związanych z tą książką.
W każdym bądź razie postanowiłam, że teraz będę zbierać od początku wszystkie części Jeżycjady. To takie dobre książki.

Misiek raczkuje :) Od środy, 17 grudnia. Nareszcie się doczekaliśmy :) To dobrze, bo jest szansa na to, że się trochę poprostuje. To bardzo niedobrze, gdy dziecko omija etap raczkowania. Ma to wpływ na całą sylwetkę, na rozwój mięśni ramion, klatki piersiowej, na kręgosłup. Mam nadzieję, że Miś trochę poraczkuje, a nie od razu zabierze się do stawania.
Poza tym coraz ciężej ćwiczy nam się Vojtę. Masakra generalnie. Mały się wygina, ma tyle siły, że nie daję rady go utrzymać. Coś czuję, że jeszcze trochę i zostaną nam tylko Bobathy.

Kupiliśmy kilka dni temu Miśkowi w Lidlu taki namiocik z piłeczkami (250 piłeczek, namiocik w stylu namiotu fotograficznego bezcieniowego, ale nie biały, tylko kolorowy). Stoi to teraz w małym pokoju, zajmuje połowę metrażu, ale Miśkowi się chyba podoba :) Co prawda najbardziej lubi tam siedzieć ze mną (jak jest sam, to się szybko nudzi), ale widzę, że się do tych piłeczek bardziej przekonał niż do tych w basenie w naszym blokowym pokoju zabaw. Bo mamy w naszej klatce schodowej taki wypaśny pokój zabaw dla dzieciaków – z labiryntem typu małpi gaj i z basenem z piłeczkami. Ogólnie to jest za darmo, dla mieszkańców, każdy ma do tego klucz. Gdy poszłam tam z Michem jakiś czas temu, żeby pobawić się z nim w piłeczkach, to nie był tym zbyt zachwycony. Leżał i nie wiedział o co chodzi. Może jak się oswoi w domu w mniejszej ilości, to i tam mu się w końcu spodoba?

Tydzień temu w piątek byliśmy u pani psycholog po opinię. Wynik jest dobry, nie trzeba chodzić na żadną terapię. Psychicznie Miś rozwija się prawidłowo, mamy się zgłosić tylko wówczas, jeśli będzie nas coś niepokoiło. A póki co, nie ma żadnych wskazań, żeby się z panią psycholog jeszcze kiedyś spotykać. To dobrze :)

W środę piekliśmy pierniki. Masa roboty przy tym, sama to raczej nie dałabym rady. Ale na szczęście mam kochanego męża, który ugniótł ciasto. A powiem Wam, że to nie lada wyczyn. Ci, co robili pierniki, wiedzą, o czym mówię. A ci, co nie robili nigdy, niech uwierzą, że wyrobienie ciasta piernikowego (przynajmniej tego z głuchowskiego przepisu) jest sto razy cięższe od wyrobienia ciasta drożdżowego (które też czeka na ręce Mariusza, bo w środę piec będziemy makowca ;)) W każdym razie pierniki upieczone, polukrowane i schowane do pudła (bo mogłyby przypadkiem nie doczekać Świąt) :) Nic tylko Święta wyprawiać :)

Wigilię tego roku też spędzamy w domu u siebie. Bardzo jesteśmy z tego zadowoleni. Podobało nam się takie świętowanie w ubiegłym roku. W pierwsze święto pojedziemy z odwiedzinami do Głuchowa, a w następny weekend do Gniezna. Sylwestra spędzimy w domu. Mam tylko nadzieję, że Miś prześpi noc bez przeszkód, że nie obudzą go żadne petardy.

Tyle na dziś. Nie wiem, czy jeszcze zdążę coś dopisać przed Świętami. Jeśli nie, to zawczasu składam Wam, Kochani, serdeczne życzenia bożonarodzeniowe. Życzę Wam, aby były to pełne miłości, pokoju i rodzinnej atmosfery dni. Żeby się spełniły wszystkie dobre życzenia i aby na Waszych drogach nigdy nie zabrakło dobrych ludzi. Tego Wam życzę. Niech się Wam spełni :)

Skoki rozwojowe

Mikołaj ostatnio przechodzi samego siebie. Robi tak duże postępy, że aż strach pomyśleć, co będzie dalej ;) Chyba najgorsze mamy już za sobą. Do nowych umiejętności doszło jeszcze samodzielne siadanie z pozycji na boku. Co prawda jeszcze musi poćwiczyć, ale idzie mu coraz lepiej. Sam doszedł do tego, że potrafi siadać. No bo my, ciągle gonieni przez rehabilitantów za to, że dziecka się nie sadza, tylko czeka aż samo usiądzie, staraliśmy się, by zrobił to właśnie samodzielnie.

U dr Kwapisz było tym razem bardzie pozytywnie niż negatywnie. Oczywiście asymetria jest nadal widoczna, ale w tej chwili nie jest to już największy problem, z którym należy walczyć. Obecnie skupiamy się w terapii na budowaniu odruchów obronnych. Związane jest to właśnie z siadaniem – Miś obroni się rączkami przed upadkiem w bok, ale jak spada do tyłu to się bronić nie potrafi. A to grozi rozbiciem głowy. Poza tym dalej ciągniemy Vojtę i Bobathy. I od stycznia ponownie uderzamy na terapię czaszkowo-krzyżową. Choć ja ciągle kiepsko to widzę. Misiek nie jest zbyt szczęśliwy jak ma leżeć na plecach na siłę 45 minut. Spina się wtedy bardzo, co trochę zaprzecza terapii, która ma rozluźniać. No ale zobaczymy. Jak się nie da, to trudno. Osobiście nie jestem przekonana do tej metody, ale wiadomo przecież, że człowiek dla dobra dzieciaka próbuje wszystkiego, o teoretycznie może pomóc.

Kolejną rzeczą, którą ćwiczy ostatnio nasze dziecko jest „pa-pa” :) Po dłuuuugich ćwiczeniach wreszcie w ubiegły czwartek udało mu się! :) Oczywiście, to nie do mnie machał, tylko do Mariusza. Widocznie stwierdził, że skoro mama cały czas mu macha ręką, to umie, a tata może nie umie, więc go trzeba nauczyć. Od czasu do czasu więc macha, ale zazwyczaj jak mu się przypomni, że potrafi, albo jak mu się zachce. Większą radochę, póki co, sprawia mu klaskanie, które wykonuje na lewo i prawo. No i trzeba przyznać, że dzięki temu coraz lepiej mu idzie. :) Zuch chłopak!

Następną nowością jest zabawa z klockami i żyrafą. Jakiś czas temu zaczęłam z Misiem ćwiczyć wrzucanie klocków do środka takiej plastikowej żyrafy z fisher price. Nie jest to proste, bo trzeba rączkę dość wysoko podnieść, przy okazji nie wypuszczając z niej klocka, a potem jeszcze (jak się te dwie poprzednie czynności udają) trafić klockiem w dziurę niewiele tylko większą od klocka. No i w niedzielę (16.11) dziecku się to wszystko samodzielnie udało! Byłam z niego bardzo dumna! Zresztą, cały czas jestem :)

Apogeum nadeszło w niedzielę wieczorem, gdy Miś podczas kąpieli podciągnął się za uchwyty od wanny i stanął na klęczkach. A my, durni, nie wiedzieliśmy co zrobić – łapać, kłaść na brzuchu czy patrzeć co się będzie działo. Pozwoliliśmy mu jeszcze chwilę postać (a raczej poklęczeć) ku jego wielkiej radości, po czym sam doszedł do wniosku, że czas wracać na brzuch. Niemożliwe jest to dziecko ostatnimi czasy!

Do tego wszystkiego oczywiście cały czas ćwiczy stawanie na czworakach i kołysanie się na nich w przód i w tył. Idzie mu to coraz lepiej. Pewnie jeszcze z dwa tygodnie i ruszy raczkowanie :)

A dzisiaj ruszamy do dermatologa, bo coś się Miśkowi wysypka na tyłku utrzymuje od dłuższego czasu. Kremy zapisywane przez pediatrę niewiele dają. Może dermatolog coś poradzi?

W niedzielę mieliśmy świetne przedpołudnie. Chcieliśmy pójść na basen, ale po wejściu do aquaparku okazało się, że kolejka jest gigantyczna, więc zrezygnowaliśmy. W zamian za to (pomysł mojego kochanego małżonka) pojechaliśmy na Stare Miasto na spacerek. Szwędaliśmy się przez dwie godziny, mimo że czasem siąpił deszcz. Misiek się zdrzemnął, a ja zrobiłam kilka zdjęć. I odkryłam świetną klatkę schodową w starej kamienicy. Niestety, bez statywu było ciężko zrobić ostre zdjęcie :(
Już dawno nie mieliśmy takie szwędackiej niedzieli.

Zdjęcie poniżej i zdjęcie na górze strony to dowody naszej łazęgi :)

Cóż poza tym? Planujemy Misiowy roczek. Podzielimy go między Głuchowo i Gniezno. Będą dwa torty :) Już jeden prezent kupiliśmy – klocki duże. Nawet wczoraj je wypróbowaliśmy z Mariuszem jak Michu spał :)

Tyle nowości. I tak dużo :) Jak tak dalej pójdzie, to będę codziennie musiała robić wpis, żeby wszystkie osiągnięcia Miśka upamiętniać :)

Jesienne zapiski

Jesień pełną gębą – większość drzew wyłysiała, coraz częściej przez okno nic nie widać… Nie dlatego, że brudne, ale dlatego, że mgły. Ma to swój urok. Chyba, że trzeba zdążyć na ósmą rano na zajęcia rehabilitacyjne do Promyka Słońca, a mgła zwiększa korki. Wtedy to nie urok raczej.

Misiek rośnie. Pełza już prawie symetrycznie – włączył drugą rękę i coś tam kombinuje z drugą nogą. Tak czy siak, ciągle nabiera prędkości. Wydawać by się mogło, że szybciej pełzać już się nie da, a jednak… :) Ostatnio spodobało mu się siedzenie. Siąść co prawda sam nie potrafi jeszcze za bardzo, ale terroryzuje nas, by go sadzać. Ma wtedy wielką frajdę – zupełnie nowe wrażenia, zupełnie inny kontekst w widzeniu świata. Do tego siedzenia zachęciła go tak naprawdę nowa zabawka. Nabyliśmy tzw. zestaw gimnastyczny z Chicco. Ustawiliśmy go w pozycji stoliczka i teraz Misiek nieustannie próbuje walić w niego łapkami. A że nie sięga z pozycji leżącej, to kombinuje. Całkiem sprawnie mu to idzie – dzięki temu, zaczyna wspinać się na kolana (okazuje się, że zasada „wszystko zależy od motywacji” sprawdza się wyśmienicie), żeby sięgnąć. I wyżej wspiera się na prawej ręce – myślę, że lada chwila i zaczai, że z tej pozycji można usiąść samodzielnie. Cieszy nas to bardzo, nie powiem. A mój kręgosłup cieszy się najbardziej. :)

W ubiegłym tygodniu Miś służył jako model na kursie Vojty w Promyku Słońca. Bardzo dzielny był, dał się giąć przez ponad 1,5 h. Ale był tak zmęczony po powrocie do domu, że poszedł spać o wpół do siódmej i przespał bez przerwy 12h. Zazwyczaj śpi około 10,5h. A bycie modelem, niestety, nie wniosło do naszych wiadomości w diagnozie Miśka nic nowego. Poza tym, że nasłuchałam się pochwał, jakie to mam dzielne i grzeczne dziecko. Wiadomo :)

Zaczęłam rodzić w bólach pracę magisterską. Dosłownie. Jest to bardziej męczące niż poród. Tam przynajmniej wiadomo, że dziecko w końcu się urodzi. Ale czy mi się coś urodzi w tej pracy, tego pewną być nie mogę. No ale co tam. Tyle prac pisałam na studiach, że i jeszcze jedną machnę. Co prawda, jak mówi profesor S., powinno to być dzieło mego życia, ale póki co będzie to raczej „koszmar minionego lata”. Albo roku. Albo ostatnich pięciu lat. Jak kto woli.

Zamówiliśmy niedawno przez Internet fajne rzeczy do kąpania Misiowego – naklejki-przyklejki i zabawki-psikawki (nie ma to jak marketingowe nazwy!) firmy Alex. Powoli zaczyna kapować o co chodzi w psikawkach. Co do przyklejek, to nie robią większego wrażenia. Pewnie dlatego, że to ja je przyklejam i to powyżej zasięgu Miśkowych łap. W przeciwnym razie zaczyna je „rozgryzać”. I to nie była przenośnia. Zresztą, z tego wszystkiego i tak największa frajdę mam ja. Przynajmniej mam się czym bawić w wannie, jak się kąpię. Żart to był! ;)

Ostatnio cały czas się przeziębiamy. Zaczęło się kiedyś, dawno, od Mariusza, i tak się ciągnie po nas wszystkich. Misiek i Mariusz już drugi raz zaczynają chorować. A w lodówce na półce leżą trzy dawki szczepionki przeciwko grypie. No ale nie ma kiedy się zaszczepić, bo wciąż kichamy. Przekichane :)

Zdjęć żadnych nowych Miśkołaja nie mam na razie. Nie mogę mu nic zrobić, bo jak tylko widzi mnie z aparatem, to zaraz nabiera prędkości i leci, żeby go poślinić. Ale jest trochę nowych zdjęć – z cmentarza żydowskiego (po raz kolejny, ale z innej perspektywy) oraz ze zjazdu integracyjnego Fingo w Michałowicach. Zapraszam.

10 miesięcy!

Mikołaj kilka dni temu skończył dziesięć miesięcy. Tradycyjnie powiem: stary byk z niego ;) Czas leci jak szalony, Misiek się zmienia równie szybko. Co potrafi? Sporo już. Między innymi: pełzać z prędkością światła i czasem nawet ultradźwiękowo (można go przez to rozdeptać przypadkiem, bo nie słychać, jak się zbliża), powtarzać „ma-ma”, „ta-ta”, „ba-ba”, „da-da”. Rozumie co znaczy słowo „daj” poparte gestem. Słowo „weź” też rozumie. I bardzo się cieszy, gdy mu się potem bije brawo :) Potrafi się wspinać na poduszki (wtedy się na kolanach podpiera). I nauczył się, diablo mały, że jak mama wychodzi na balkon drzwiami w dużym pokoju, to można ją podglądać przez drzwi balkonowe w małym pokoju :) Stuka we wszystko, co się da, rączkami. Zaczepia, żeby się z nim bawić, tudzież do niego zagadać. Wie, że przedmioty nie znikają, ale że ktoś je gdzieś schował – potrafi ich szukać (często z wielkim zacięciem). Potrafi chwytać i bawić się maleńkimi przedmiotami (wszystkie „koty” z zakurzonej podłogi potrafi powyciągać ;)). Ma osiem zębów i dziewiąty jest w drodze. Waży około 10 kg i jest bardzo długi (wysoki znaczy się). I włoski trochę mu podrosły. I gęstnieją.

Jest też jednak kilka rzeczy, których Miś jeszcze nie robi, choć powinien. Nie potrafi jeszcze siedzieć samodzielnie i stabilnie. Nie raczkuje jeszcze, o wstawaniu i chodzeniu nie wspominając. Rozwój ruchowy jest opóźniony, trzeba postawić sprawę jasno. Chodzimy na rehabilitacje – metodą Vojty, metodą Bobath, czaszkowo-krzyżową. Ale rezultaty są ostatnio znikome, a co do asymetrii to wręcz się pogorszyło. Czasem to aż żal tego malca, bo miewa dni, że od rana jeździ po lekarzach i rehabilitantach. Bez szansy na normalną zabawę. No ale jakoś trzeba to wszystko pogodzić.
Dobrze chociaż, że logopedycznie wszystko ok. Czeka nas jeszcze wizyta u psychologa, ale nie wiemy kiedy, bo na razie to jesteśmy wpisani na listę oczekujących. Dostaliśmy skierowanie od dr Kwapisz, bo podobno przy okazji pierwszego roku życia (a Michu się do roczku zbliża) dzieci ośrodkowe (z ośrodka dziennego w Promyku Słońca) mają się raz przejść profilaktycznie do takiego specjalisty. Ale to dobrze. Może psycholog jakoś przebada, czy intelektualnie wszystko ok. Nam się wydaje, że ok, ale my możemy nie być obiektywni.

W każdym bądź razie, jakby nie było, to ogromną radość przynosi nam Mikołaj każdego dnia. Śmieje się po prostu przecudownie, jest bardzo żywy. Zmienił nasze życie. Rzec by można, że wręcz wywrócił je do góry nogami, ale nie wyobrażam sobie teraz, że mogłoby go nie być. Kochany jest :)

Już lipiec…

Już lipiec, jeszcze kilka dni, jeden egzamin i będę miała wakacje :) Suuuper!

Dziś rano byłam z Miśkiem na basenie. Młody robi postępy – już nie tylko przebiera nogami w pozycji na brzuchu, ale w niedzielę udało mu się tak robić pierwszy raz leżąc w wodzie na plecach. To znaczy – on leżał na plecach, a ja go podtrzymywałam pod pachami. No i powiem Wam, że Miś pływa. Co prawda nie mam odwagi go puścić samego (i pewnie jeszcze długo nie będę miała), ale gdy go tak podtrzymuję, a on mach nogami to czuję, że się przemieszcza. Wypas :) W ogóle to już się bardzo przyzwyczaił do wizyt w basenie. Zna to miejsce i widać, że bardzo lubi. Pluskanie sprawia mu masę przyjemności. Nauczył się wypluwać wodę, jeśli mu naleci do buzi (poza tymi wypadkami, kiedy ją z premedytacją sam zaczyna pić). I już nie płacze (jak na początku) gdy mu woda naleci do nosa. Odkaszlnie sobie wtedy i chlapie się dalej. Prześmieszny ten nasz Miś.

Misiowi chyba wychodzi druga górna dwójka. Jedną już ma – lewą. Teraz czekamy na prawą. W sumie to mamy już pięć sztuk Misiowego uzębienia. Ale to szybko idzie… No i szczotkujemy (za radą dentysty) owo uzębienie pastą. Bardzo się to Miśkowi podoba. Pod koniec szczotkowania wyrywa mi szczoteczkę i sam próbuje. Kończy się to zazwyczaj odruchem wymiotnym, bo szczota wędruje w stronę przełyku. Ale na szczęście wszystko pod kontrolą :)

Rehabilitacja Misia metodą Vojty zmierza w dobrym kierunku. W ubiegły czwartek rehabilitantka powiedziała, że postępy są bardzo duże, że widać, że ćwiczymy systematycznie i poprawnie. No i teraz nie musimy się zgłaszać wcześniej niż za dwa tygodnie do kontroli. Oczywiście dalej ćwiczymy w domu. Misio też już się przyzwyczaja do ćwiczeń. Co prawda marudzi przy nich, ale uspokaja się o wiele szybciej i to bez cycka. Wystarczy, że po zakończeniu ćwiczenia pokula się na brzuszku i dostanie jakąś zabawkę. I już jest dobrze. Dzielny Miś.
O dziwo dziś udało mi się zarejestrować nas na rehabilitację (na NFZ) w Promyku na sierpień. Dzwoniłam chyba z 2 godziny, ale wreszcie poskutkowało. Jestem w szoku.

Misio podłapał okrzyki indiańskie, które mu kiedyś zaprezentowałam. Przynajmniej Mariusz tak twierdzi, że się ode mnie mały nauczył. Teraz co chwilę przykłada rękę do ust, zaczyna wołać „Aaaaaaa” i co chwilę tę rękę odrywa. Wychodzi mu z tego: „Uauauauauauaua” i kwiczy z radości. Nic, tylko tomahawk i pióropusz mu tylko do szczęścia trzeba kupić ;)

Dziwne zainteresowanie ma nasz synek. Otóż bardzo duży zachwyt budzą w nim metki – na ubraniach, kocyku, zabawkach pluszowych… Potrafi zająć się taką metką bardzo długo. Może uczy się je czytać? ;) Zresztą, to nie jedyna dziwna rzecz, która mu się podoba. Istnym uwielbieniem darzy Miś naklejkę w samochodzie na której jest napis dotyczący bezpieczeństwa, żółty trójkąt i przekreślony na czerwono fotelik. Zaśmiewa się na jej widok po pachy. Chciałabym wiedzieć z czym mu się kojarzy :)

Ostatnio (tak to jest, gdy mama wyjeżdża na cały dzień, a chłopcy sami w domu zostają) Mikołaj zaczął rozbrajać laptopa. Mariusz zostawił komputer na łóżku, po którym kulał się Miś. Wreszcie udało mu się dokulać do laptopa (zawsze ma dziką radość, gdy może się zbliżyć do kolorowych diod). Zaczął walić łapkami w klawiaturę, Mariusz nie reagował, bo stwierdził, że nic im nie będzie (zarówno Mikołajowi jak i laptopowi). W dodatku coś tam się Młodemu włączyło i przy każdym walnięciu laptop wydawał jakiś dźwięk, więc zabawa tym bardziej była przednia. Aż tu w pewnym momencie Mariusz zerka, a laptop nie ma dwóch klawiszy. Oczywiście przerażenie było ogromne. Rzecz jasna nie dlatego, że Miś mógł je połknąć, ale dlatego, że KLAWISZE ODPADŁY. Żartuję, rzecz jasna ;) No, ale na szczęście znalazły się obok. Ale śmiech śmiechem, a mogło skończyć się różnie…

Do nowych osiągnięć Miśka (poza pływaniem, okrzykami wojennymi Indian, serwisowaniem klawiatury notebooka) można dodać jeszcze, że się od niedzieli dziecko nasze potrafi przemieszczać już nie tylko poprzez kulanie. Nauczył się, bączek, że może się odpychać rękami, w związku z czym robi niezłe kółeczka wokół własnego pępka. W jednej chwili ma z jednej strony głowę, a po chwili ma już w tym miejscu nogi. Śmiga nieźle :) W sumie jest już nie do opanowania. Ostatnio próbuje zrobić skok z przewijaka. Jak leży na łóżku z wszystkich stron jest obłożony poduchami, a i to nie zawsze daje skutek. A co to będzie, gdy zacznie chodzić… :)

I na koniec jeszcze małe zaproszenie – w naszej galerii w albumie Tosia są sympatyczne zdjęcia z pobytu w Pradze, autorstwa Tosinych rodziców. Polecam :)

Vojta, Nachod i inne nowości…

Od prawie dwóch tygodni rehabilitujemy Miśka. Okazało się bowiem, że dziecię nasze najmilsze jest poważnie zagrożone skoliozą – ma kręcz szyi i poważną asymetrię ciała. Wyszło to prawie że przypadkiem, gdy poszłam z Misiem na wizytę do lekarza rehabilitacji w Promyku Słońca. Byliśmy umówieni w związku z tym, że Misio się nie przewracał z pleców na bok. Co prawda nie przekręcał się na początku maja, termin wizyty mieliśmy na 12 czerwca i w międzyczasie Misio się już zaczął przewracać, no ale stwierdziliśmy, że i tak lepiej pójdziemy, niech go specjalista obejrzy. No i co się okazało? Że to wcale nie było nienormalne, że się Mały nie przekręcał na początku maja. Lekarka stwierdziła, że to jest umiejętność 6-miesięcznego dziecka, a nie 5-cio. Zaniepokoiło ją jednak, że Mikołaj przewraca się tylko w jedną stronę i że do tej pory nie opiera się na dłoniach (a już powinien). Obadała go więc wszerz i wzdłuż i stwierdziła kręcz szyi i asymetrię. Powiedziałam, że byliśmy u neurologa dziecięcego w marcu i że tamta lekarka uspokajała (na moje pytanie o krzywą głowę Miśka), że to się wyrówna, że wystarczy kłaść na brzuchu i przestawić łóżeczko w drugą stronę. No i rehabilitantka naprostowała nas – asymetria może się cofnąć samoistnie do 3 miesiąca życia. A po 3 miesiącu, jeśli nadal jest i nie jest rehabilitowana, zaczyna się utrwalać. Usłyszałam też, że ogólnie rzecz biorąc powinniśmy się zgłosić do niej już 3 miesiące temu. Super po prostu. Była zdziwiona, że żaden lekarz wcześniej nie zauważył, że Misiek ma wadę postawy. To podobno najczęściej zaniedbywana rzecz przez pediatrów – diagnozowanie wad postawy u dzieci. Ale mniejsza z tym. Ogólnie rzecz biorąc dostaliśmy skierowanie na rehabilitację metodą Vojty. O samej metodzie możecie sobie poczytać na fachowej stronie. Jeśli chodzi o naszą rehabilitację, to raz w tygodniu chodzimy do rehabilitantki, która uczy nas jednego lub dwóch nowych ćwiczeń, które następnie przez cały tydzień robimy z Miśkiem w domu cztery razy dziennie. Ćwiczenia nie są przyjemne, Misio bardzo płacze przy nich, ale to podobno normalne (w końcu co tu dużo mówić – prostujemy mu kręgosłup i naciągamy mięśnie). No i niestety – trzeba to robić dla jego dobra. Na szczęście widzimy rezultaty tych ćwiczeń. Misio rzeczywiście zaczyna się prostować. No i zaczął się przewracać także w prawą stronę, a nie tylko w lewą. Zresztą nauczył się też, piernik mały, przewracać z brzucha na plecy, w związku z czym mamy nieraz niezły maraton na łóżku – gonimy kulającego się Miśka, żeby nie spadł z tapczanu ;)

Trochę więcej fachowych informacji na temat wspomagania rozwoju ruchowego małego dziecka możecie znaleźć w Dzieciowisku. Zapraszam!

Mikołaj doczekał się nowej wanienki. Średnio mu się chyba ona podoba, bo był przyzwyczajony, że w tamtej miał półleżącą pozycję, a tu leży na płasko. Ale miejmy nadzieję, że przywyknie.

Wczoraj pojechaliśmy na wycieczkę do Nachodu. To czeskie miasteczko zaraz za granicą w Kudowie. Byliśmy już tam rok temu, ale nie zwiedziliśmy go wtedy za bardzo. A wczoraj postanowiliśmy nadrobić zaległości. Zrobiliśmy więc spacerek po deptaku, ryneczku i weszliśmy na górę, by zwiedzić zamek. Zamek nas nie rozczarował (w przeciwieństwie do zamku w Kamieńcu Ząbkowickim!!!). Można go zwiedzać, jest tez restauracja i bardzo ładny ogród. Warto zobaczyć!
Po zejściu z góry poszliśmy na obiadek – pyszne czeskie knedliczki :) Mariusz był wniebowzięty ;)
Na najbliższą niedzielę też planujemy wycieczkę (Kudowa, Bardo, zamek Szczytnik). No ale to wszystko zależy od ogólnego samopoczucia i pogody. Zobaczymy.

Dziś jest Dzień Ojca. Daliśmy – Misiek i ja – w związku z tym Mariuszowi prezent. Wyglądał na ucieszonego :)

Jeszcze dwa tygodnie i mam wakacje. W sumie to już się czuję, jakbym je miała, bo zdałam tydzień temu najgorszy egzamin w tej sesji. Mam jeszcze dwa przedmioty do zaliczenia i egzamin 5 lipca. Ale to już „pikuś”. Jakoś to będzie.

W ubiegły czwartek byliśmy z Mariuszem w parafii wypełnić papiery do ślubu. Nawet sympatyczny ten nasz proboszcz. Mimo że bardzo zakręcony. Ale obszedł się z nami bardzo ładnie i miło. Nawet poczęstował Miśka cukierkiem (którego, gdy tylko ksiądz znikł za horyzontem, musiałam mu siłą wyrwać, bo był na dobrej drodze do wepchania go sobie w paszczę). Ogólnie rzecz biorąc od ubiegłej niedzieli są wyczytywane w kościele nasze zapowiedzi. I po 6 lipca mamy się zgłosić do księdza, aby dokończyć wypełnianie papierów. Z tego wszystkiego zapomnieliśmy dać księdzu kasę na zapowiedzi. Ale najwyżej damy po wszystkim.

Poza tym szukamy fotografa na ślub. To nie jest trywialne, na dwa miesiące przed ślubem, znaleźć kogoś dobrego, kto ma wolny termin w sierpniu. Umieściliśmy ogłoszenie na forum fotografii ślubnej i jak na razie zgłosiło się kilku fotografów. Spodobały nam się zdjęcia jednej dziewczyny, myślę, że się na nią zdecydujemy. Ale musimy to jeszcze przegadać.

Cóż ponad to, co już napisałam? Chyba nic więcej. I tak już nieźle Was namęczyłam. Na koniec ponownie zapraszam do zaglądania na bloga mojego mężula – czasem coś tam nowego dopisze :) Linka macie tutaj oraz w „ulubionych” na bocznym pasku.