Jak już część z Was wie – tegoroczny urlop Mariusza spędziliśmy w Kołobrzegu. Ci, co korzystają z facebooka mogli już nawet foty z naszych wakacji obejrzeć, a tych, którzy z owego ustrojstwa nie korzystają odsyłam tutaj.

Ogólnie rzecz biorąc było fajnie. Pogoda zepsuła nam się w sumie tylko na dwa dni, więc i tak nieźle. Mieszkanie umiejscowione było stosunkowo blisko morza, więc nie trzeba było jakoś szczególnie się nachodzić.

Mikołajowi też chyba się podobało. Mógłby całymi dniami siedzieć na plaży i bawić się piachem i wodą. Nie mogłam wyjść z podziwu, ile do zrobienia miał tam ciągle – a to jakieś dziury kopał, a to babki robił, a to piórko znalazł, a to wodę nosił… Ciągle coś :) Robił też niezłe odległości, jeśli chodzi o spacerowanie – i to na własnych nogach! Wózek użyty był w sumie dwa razy – raz, gdy szliśmy na molo i raz, gdy padało i szliśmy na obiad. Nieźle się Michu wytrenował ;)

Wyjazd spędziliśmy częściowo na leniuchowaniu na plaży i częściowo na innych „atrakcjach”. W środę (byliśmy tam od pn do nd) sprawiliśmy niezłą frajdę Michowi, bo zabraliśmy go na przejażdżkę zabytkową kolejką na trasie Pogorzelica-Trzęsacz-Pogorzelica. Przy okazji spotkaliśmy się też z Moniką, Bartkiem i Tosią. Oni z kolei odwiedzili nas w piątek, ale pogoda była kiepska, więc poza pójściem na obiad i kawę nic więcej nie „zaliczyliśmy”. W czwartek wybraliśmy się na rejs „Piratem”. Muszę przyznać, że pływanie statkiem po morzu nie należy do moich ulubionych rozrywek. Okazało się, że mam chorobę morską. Co prawda nie wyrzygałam się za burtę, ale jeszcze dobrą godzinę po zejściu na ląd czułam się jak nawalona. Masakra.

Ulubionym miejscem w Kołobrzegu okazała się kawiarnia „Widokówka” – umiejscowiona na 12(najwyższym) piętrze sanatorium „Kombatant”. Jest bardzo ładnie zaprojektowana – środkowa część to zwykła kawiarnia, natomiast naokoło niej zrobiony jest taras widokowy ze stoliczkami, krzesłami, grillem a nawet mini-placem zabaw dla dzieci. Udało nam się tam nawet załapać na jeden zachód słońca. Gdyby nie to, że obsługa w dni większego ruchu słabo sobie radzi, to w ogóle można by z tego miejsca nie wychodzić ;) Ale jakby na to nie spojrzeć – byliśmy tam w sumie codziennie :)

Przy okazji niepogody Mikołaj nadrobił częściowe straty w oglądaniu światowych animacji ;) Do tej pory wszelkie próby puszczenia Michowi bajek dłuższych niż półgodzinne i bez logo CBeebies kończyły się fiaskiem, a tu nagle taka zmiana – obejrzeliśmy więc w sumie „Shreka”, „Film o pszczołach”, „Kung-Fu Pandę” i „Na fali” :) Co prawda część z tych bajek służyła Michowi jako usypiacz do popołudniowej drzemki, za to ja obejrzałam z chęcią wszystkie :)

Z „nadmorskich pamiątek” to Michu przywiózł sobie cały koszyk muszli przeróżnych, ja pięknego anioła z „Galerii Pod Aniołem” (pod Aniołami?), Mariusz rękodzielniczy kubek, a z rzeczy wspólnych udało nam się kupić bardzo przyjemną pościel na naszą dużą kołdrę i poduszki. W sumie to wszyscy zadowoleni :)

Przy okazji muszelek, to mi się przypomniało, że w sobotę 17 lipca, przed wyjazdem do Kołobrzegu, udało nam się jeszcze odwiedzić Lwówek Śląski, gdzie odbywało się akurat „Agatowe Lato”. To impreza totalnie dla mnie – kilkadziesiąt stoisk z biżuterią, kamieniami i rękodziełem. Michu (który ma ciągle jakąś fazę na zbieranie kamyczków wszelakich) kupiliśmy pół kilko oszlifowanych agatów. Trzyma je teraz w szkatułce i służą mu jako pieniądze w zabawie w sklep :)

To by było na tyle o naszych wakacyjnych wojażach. Być może uda nam się jeszcze gdzieś wybrać na weekend w sierpniu, ale to się dopiero okaże :)

I na koniec kołobrzeskie kino plażowe z Michem w roli głównej:

Podmyty Misiek:

Rozmowy plażowe na tematy ogólne:

Plaży ciąg dalszy:

Michu śpiewa, tańczy, kopie i sprzedaje ;)