Lutowo

No, całkiem nieźle mi idzie – wpis średnio raz na dwa miesiące… Staczam się na dno… No nic, trza się trochę pozbierać i choćby jakiś „teleekspres” z tych dwóch miesięcy zrobić ;)

Święta nam minęły domowo. W tym roku nie przegięliśmy z ilością żarła, co sobie chwalę, bo i taniej, i szczuplej ;) Kilkanaście zdjęć z Wigilii i świątecznych spacerków obejrzeć możecie sobie w galerii.

Michu, począwszy od imienin, dostał tyle prezentów, że już się pogubiłam. W Wigilię dostał wielki warsztat mechanika samochodowego Cobi, stemple z literami i cyframi, liczydło, Makę Pakę do kąpieli i chyba nie pamiętam więcej :) A nie, pamiętam – zestaw ciastoliny „Lodziarnia”.

W Święta udało nam się wybrać na sanki do parku południowego. Michu nie chciał zejść z górki (jedynej w tym parku!), co zaowocowało potem lekkim katarem z przemarznięcia. Jakieś ofiary muszą być ;) Przy okazji – zakupiliśmy przed Świętami iLive’11 na Maca, w związku z czym przetestowałam opcję trailera. Oto wynik:

Część z Was pewnie to widziała, bo wrzucałam na facebooka :)

Sylwestra również spędziliśmy kameralnie w domu. Michu miał posiedzieć z nami, ale padł o 20.00. Cóż, za rok spróbujemy znowu :) Za to my nie mogliśmy się zdecydować, czy oglądać „porywającego” Sylwestra z tvp1 czy też może „szalonego” Sylwestra na Polsacie… Jedno bardziej żenujące od drugiego…

Między świętami i Sylwestrem Mariusz miał urlop, ja przerwę świąteczną, co zamierzaliśmy przeznaczyć na szwędactwo po mieście (bo Michu miał być w przedszkolu). Niestety, plan wypalił tylko pierwszego dnia, bo od poświątecznego wtorku Michu siedział z nami w domu zakatarzony. Ale przynajmniej dzień wcześniej udało nam się dotrzeć do kina na zaległego Harrego Pottera.

W styczniu wylądowałam na cztery dni w szpitalu na Grabiszyńskiej, w klinice chorób płucnych. Bo mi na jesieni wykryto zmiany w płucach i powiększone węzły chłonne śródpiersia. Podejrzenie sarkoidozy. Diagnoza niczym z dra House’a. W grudniu zrobiłam tomografię płuc, a w szpitalu poszerzyli mi diagnostykę o bronchoskopię (fuuuj!), usg, różne badania krwi oraz dyfuzję dwutlenku węgla w płucach, czy jakoś tak. Ze śluzówki w oskrzelach (czy gdzieś w okolicy) pobrano wycinek i wysłano mnie do domu. Ale ostatecznej diagnozy i wyników nie mam, bo jeszcze nie dotarłam po wypis. Ale kiedyś dotrę :) W każdym razie, lekarz powiedział mi, że na 95% jest to sarkoidoza. Na razie do obserwacji, żadnych leków brać nie muszę. Mam pozostać pod opieką poradni sarkoidozy, żeby w razie pogorszenia się sytuacji, od razu zareagować. Na usg wyszło też, że mam guzek na tarczycy. Prawdopodobnie sarkoidalny, ale to ma rozpoznać endokrynolog. Mam też powiększony węzeł chłonny przy lewej piersi – albo od guzka, który mam do wycięcia w lewej piersi, albo ma to związek z węzłami śródpiersia (też powiększonymi), ale tego na razie nikt nie wie. Ogólnie to coś mi jest, ale nie do końca wiadomo co. Pracować w każdym bądź razie mogę, więc za dużo o tym nie myślę, bo nic to raczej nie da. Jedyne tylko, co przyszło mi od razu do głowy po tym, jak się dowiedziałam, że mam coś w płucach, to to, że rodzaj śmierci, której najbardziej się boję, ma związek właśnie z płucami i oddychaniem – przez utopienie albo uduszenie. Ogólnie – że zabraknie mi powietrza. No i co? I w związku z tą schizą muszą mi się rozlatywać płuca. Bo jakżeby inaczej? No, to sobie ponarzekałam, można iść dalej.

Obecnie mamy w domu mały szpital. Ubiegły cały tydzień leżałam w łóżku z gorączką, kaszlem i całym innym dobrodziejstwem grypy. Kaszel i lekki katar jeszcze pozostały, reszta doszła do siebie. Natomiast od ubiegłej środy do wczoraj wieczorem Michu był rozwalony totalnie – 7 bitych dni gorączkował, i to nie byle jak – do 39,1. Masakra. Co mu zbiliśmy temperaturę, to nachodziła po kilku godzinach na nowo. Miał też zapalenie spojówek, masakryczny katar i kaszel. Zjadł całą butlę antybiotyku i średni dało to efekt. Ale dziś chyba jakiś przełom nastąpił – mam taką nadzieję – bo od rana tylko 37,4 i póki co wyżej nie poszło. Bo jakby poszło, to mieliśmy nakaz jechać do kliniki na Bujwida, żeby coś wymyślili. Ale mam nadzieję, że uda się bez tego i że teraz będzie już tylko lepiej.

Jeszcze dwa dni i ferie! Pierwszy tydzień zapowiada się pracowicie – zapisałam się na praktyki do przedszkola na Kozanowie – codziennie po 8h. Ale za to drugi tydzień to będzie sielanka! Razem z Mikołajem, moją siostrą i Antosią jadę na tydzień do Pobierowa. Już nie możemy się doczekać. Michu przeżywa, że będzie siedział z Antosią w samochodzie i że będzie z nią spał :) Przyda mu się towarzystwo starszej kuzynki :) Zwłaszcza, że bardzo się lubią.

Micha wizyty u logopedy przynoszą dobre efekty, choć ostatni tydzień (przerwa chorobowa) przyniosła mały regresik w wymowie. Ale tłumaczę to też tym, że Michu ma totalnie zawalony nos i zwyczajnie trudniej mu się mówi. Co też nasze dziecię, jako leń wrodzony, od razu wykorzystuje i poddaje się temu dyskomfortowi pogarszając zrozumiałość swej wymowy. Co dziwne w tej całej chorobie, rozpiera Micha energia (poza momentami wysokiej gorączki). Gada tyle i tak głośno, że momentami można zwariować. Marzymy już o tym, by poszedł do przedszkola ;) Tak, tak, to piszę ja, wyrodna matka :)

Z okazji trzecich urodzin Micha zrobiłam kilkuminutowy album ze zdjęciami w iMovie. Muza Leibacha :)

Jutro jadę na przegląd naszą kijanką. Matko, po trzech latach ma pyknięte 75 000. Duuużo. Ale dobrze się trzyma. Kochane autko :)

W tym roku czeka mnie praca dyplomowa z logopedii. Temat mam taki: „Diagnoza operacyjna i nominalna dziecka z opóźnionym rozwojem mowy”. Będę nagrywać zajęcia z dzieckiem z pl.Macieja. Po feriach chcę się skontaktować z logopedką, u której będę to realizować. Liczę, że uda mi się zmobilizować i napisać pracę do czerwca, by się przed wakacjami jeszcze obronić. Trzymajcie kciuki, żeby się udało. Jak nie – następny termin to wrzesień.

Tyle na dziś. Dzięki za przeczytanie :)

Wrześniowo

Września już prawie połowa, znowu zaległości, ale tym razem usprawiedliwione – podjęcie pracy nauczycielskiej wiąże się z kupą papierkowej roboty (szczególnie na początku „kariery” i na początku roku szkolnego), co zabiera proporcjonalnie dużą kupę czasu. No ale trochę już się wygrzebałam z tego, co zowie się planami wynikowymi i innymi tajemniczo brzmiącymi hasłami, więc będę mogła z lekka ponadrabiać zaległości. O samej pracy pisać tu nie będę, bo nie takie jest przeznaczenie tego bloga. Jak ktoś ciekaw, niech pyta prywatnie :)

Mikołaj gada jak najęty. Nie ma dnia, żeby nie wyskoczył z jakimś śmiesznym tekstem. Mówi jeszcze niekiedy niezrozumiale, zamienia głoski itp. ale zasób słownictwa idzie jak burza. A i z wymową też się poprawia, mimo że wolniej. Już nie ma „toto”, ale jest „jondo” (rondo) – to taki przykład gwoli wyjaśnienia :)

O wszystko też Misiek dopytuje, a my niezmordowanie staramy się udzielać odpowiedzi. Nie zawsze są one dla Pytającego satysfakcjonujące, więc, by pogrążyć starych i wytknąć im niedouczenie najczęściej po pierwszej partii odpowiedzi pada kolejne: „Ale dlacieło?” (tłum.”Ale dlaczego”). Dopiero po udzieleniu wyczerpującej, zdaniem Micha, odpowiedzi pada: „Aha, taaak, joziumiem”.

Dialog sprzed kilku dni. Siedzę, nie przymierzając, na klopie. A że dziecię odpieluchowane przebywa w domu, więc zamknąć się od środka nie można, bo a nuż mu się zachce? No więc siedzę w skupieniu i nagle Michu włazi do łazienki z pytaniem na ustach:
M: Masz siusiaka?
J: Nie, nie mam siusiaka.
M: Ale dlaczego?
J: Bo jestem dziewczynką. Dziewczynki nie mają siusiaków. Tylko chłopcy mają siusiaki.
M: Tyłka też nie masz?

Po opanowaniu śmiechu udzieliłam odpowiedzi, że tyłek, niestety mam, i że go nawet widać bardziej niż bym chciała, jednakże Mikołaj nie dał sobie wmówić – on wie, że ja tyłka nie mam. Cóż, pozostaje żyć mi z nadzieją, że bez tyłka da się funkcjonować ;)

Shrek jest ciągle na tapecie. Ale tylko część pierwsza, dwójki w ogóle nie chce obejrzeć, raz się tylko udało. Największym idolem jest Osioł. Jak Osioł pojawia się na ekranie, to od razu o tym wiemy, bo Michu drze się na całe gardło: „Ocioł! Ocioł!”. Poza tym sypie tekstami bohaterów, że aż czasem mnie szczęki bolą ze śmiechu. Dwa tygodnie temu dostał od Tosi w paczce figurki ze Shreka i pluszaki: Shrek, Osioł i Fiona. Śpi teraz z nimi cały czas :)

Mikołaj był w ubiegły piątek pasowany na przedszkolaka. Rodzice nie byli obecni na owym wydarzeniu, ale będziemy mieli zdjęcia, więc przy okazji je wrzucę. Pasowanie zorganizowała firma zajmująca się różnymi imprezami dla dzieci – była wielka pszczółka Maja, pan Andersen, bohaterowie innych bajek, dmuchany zamek, dym i wielkie bańki mydlane. Na koniec każde dziecko otrzymało (po pasowaniu) dyplom przedszkolaka oraz wybrało sobie przedszkolny znaczek z gipsu. Michu wybrał Puchatka, co dziwi mnie tym bardziej, że on bajek o Kubusiu zwyczajnie nie trawi. Ale może z wrażenia nie wiedział co robi ;) Poza tym pięknie go wystroiliśmy, rzecz jasna :)

W ostatnich dniach sierpnia zdałam ostatnie dwa egzaminy z pierwszego roku – z normy psychicznej i z normy językowej – obydwa na 5. No i już zaczęliśmy rok drugi – ostatni. Pierwsze wykłady mieliśmy z jąkania i opóźnionego rozwoju mowy z prof.Tarkowskim. Zajęcia były świetne, bardzo ciekawe i interesująco prowadzone. Profesor przyjedzie do nas jeszcze na ćwiczenia, więc będziemy mieli kolejną okazję go posłuchać. Bo naprawdę jest warto.

Tyle na dziś. Kończę, bo muszę obiad małżonkowi strudzonemu po pracy przygotować. Mimo że cichcem wymyka się na piwo do Agawy. No, ale niech ma, w końcu dzisiaj Dzień Programisty! ;)

Wiosenny duet muzyczny Mikołaja i inne historie

Nareszcie mamy wiosnę! Nie tylko kalendarzową. Wiosnę czuć w powietrzu, a potwierdzają to: dzisiejsze 18 stopni na termometrze i słońce na niebie :) Zimo, precz!

W związku z nastaniem wiosny, Mikołaj zainaugurował sezon turnieju czterech skoczni: zjeżdżalni w parku Skowronim, zjeżdżalni w parku Południowym, zjeżdżalni na naszym dziedzińcu i zjeżdżalni na osiedlu SM Osada. Premierowy skok został wykonany na tej ostatniej. Oto dowód:

Ponadto dzisiaj spędziliśmy prawie dwie godziny na placu zabaw w parku Skowronim, a jutro, jeśli pogoda nadal dopisze, nalatujemy na Południowy. Sama przyjemność teraz w przesiadywaniu na dworze.

Miniony weekend mieliśmy wyjazdowy. W sobotę pojechaliśmy do Gniezna, a w niedzielę, w drodze powrotnej, wstąpiliśmy do Głuchowa. Z Głuchowa przywieźliśmy piękny filmik :) Babcia Tereska – w sensie moja babcia, a Mikołaja prababcia – doczekała się wreszcie prawnuka, który chętnie (jak na razie) podejmuje tradycję rodzinną i gra na harmonijce ustnej :) Oto wiosenny duet Mikołaja z prababcią:

Dzisiaj byłam na praktykach w PORT-cie na Kozanowskiej. Bardzo przyjemne przedszkole. Czekają mnie jeszcze dwa dni praktyki w kwietniu.

Wczoraj i dzisiaj porobiłam trochę zdjęć Mikołajowi na placach zabaw. Ale jeszcze ich nie obrobiłam, więc jak będą w galerii, to dam znać.

Michu znowu dorzucił sobie parę rzeczy do słownika. Między innymi pięknie używa słowa „też”. Na maksa prawidłowo :) Mówi na przykład: to też, tam też, też nie, ja też, mama też itd. Sam wykombinował :)
Doszło też: „cie” czyli „chcę”, czasami słychać „jeście” czyli „jeszcze”, „tato”, co oznacza „auto” (chociaż na własne uszy dziś słyszałam, jak Michu powiedział poprawnie „auto”, więc leń po prostu z niego wyłazi), „fyfy” to są frytki, „dzi” – „drzwi”. Ponadto dziś podczas odbierania go z przedszkola wyartykułował imiona opiekunek: Agnieszka i Aneta. Nie było to idealne, ale każda z pań wiedziała doskonale, że padło jej imię. Aaa, i dzisiaj usłyszałam jeszcze nowe słowo: „tot” – „tort” :) Tak więc mowa gna do przodu. Może bez wielkich zrywów, ale, co tydzień, coś nowego się pojawia.

Dostałam dziś maila z merlina, że kuchenka Tefal dla Micha (prezent od Zajączka) przyjedzie jutro. Co prawda ciężko będzie ukryć taki wielki karton, ale jakoś może się uda. Rzecz jasna, jak tylko Mikołaj wieczorem pójdzie spać, muszę ją wypróbować ;) W wyposażeniu ma mieć dodatkowo toster i czajnik :) Jak już Zajączek Michowi przyniesie ów prezent, to wrzucę kilka zdjęć naszego kucharza. Bo że z prezentu będzie się cieszył, to pewne jak słońce na niebie. Ma ciągoty do tej zabawki od dawna, a w niedzielę w BabyMax przeszedł samego siebie: chodzimy po sklepie, wyszukaliśmy przyjemny komplet garnków do zabawy, do tego Mariusz znalazł drewniany zegar-puzzle z Autami. Pokazuje to Michowi i mówi: „Patrz Mikołaj, co znalazłem. Kupimy?” Na to Michu z rozbrajającą szczerością, wskazując na plastikową kuchenkę stojącą na wystawie: „Tak. I to też.” :)

Tyle na dziś. Pora kończyć, bo ledwo widzę na oczyska. Intensywny dzień dziś miałam :)

Dźwięków naśladowanie :)

Michu od jakiegoś już czasu naśladuje (a przynajmniej się stara) różnego rodzaju odgłosy z natury i otoczenia. Ostatnio wspomniałam o „jo-jo-jo”, mamy też w repertuarze kurkę „ko-ko”, krowę „mmmm”, kaczkę „ta-ta-ta”, różne warczenia i wycia naśladujące np. samochody czy też inne mniej sprecyzowane przedmioty.

Wczoraj natomiast podczas spaceru z Mariuszem Mikołaj poprzedrzeźniał psa (też „ta-ta-ta”) i próbował wytłumaczyć Mariuszowi jak robi kot… Małżonek mój przez całe popołudnie potem starał się utrwalać to, co w jego uszach brzmiało jak „miaaaau”. Mały skubaniec jednakże nie chciał mi tego zaprezentować. No i dziś, niestety, wyszło szydło z worka… Rano, podczas zabawy puzzlami ze zwierzakami Mikołaj pokazuje na kota i mówi: „mniaaaam”. Na to ja: „Nie mniam, ale miau”. Więc Mikołaj: „Mniaaam”. Potem pokazuje mi innego kota na zdjęciu i też słyszę: „Mniaaam”. Tak sobie to „mniam” przeciąga, że rzeczywiście, w pierwszym momencie brzmi jak „miau”.

Tak więc, mimo że wszystkie koty w Polsce miauczą „miau”, koty w naszej okolicy miauczą „mniam”. Ot, skubany, sobie wykombinował. Posługiwał się już od dawna słowem „mniam”, więc co się będzie wysilał i nowych słów uczył… Można dostosować rzeczywistość do własnych umiejętności. Sprytnie… ;)

Z innych nowości to nam się Michu pochorował wczoraj. Po południu dostał wysokiej gorączki – 38,7. Udało mu się ją szybko zbić, ale dziś od rana znowu naszła, na szczęście już nie tak wysoka, ale 38 kresek przeszła. Zapisałam nas na jutro do lekarza. Niech obada i osłucha, bo w sumie to żadnych innych objawów nie ma. Trochę dzisiaj kichał, ale żeby jakiś katar miał wielki to nie widać. Wczoraj trochę na główkę się skarżył. I nic poza tym. Może to trzydniówka, a może początki grypy… Mam nadzieję, że się jutro dowiemy.

W związku z zachorowaniem Micha siedzimy teraz w domu (a za oknem piękna pogoda :( ). Dobrze, że mam Zabawy Fundamentalne pod ręką, bo już mi się momentami inwencja twórcza kończy ;) Chociaż trzeba przyznać, że Michu ostatnio się coraz bardziej kreatywny robi. Oto, co sobie dziś wymyślił:

Wysłałam podobny filmik Mariuszowi na telefon. Stwierdził, że scena rodem z Klątwy. Stąd też ten tytuł właśnie :)

Wczoraj miałam pierwsze w tym roku zajęcia z medycznych podstaw logopedii. Super zajęcia, świetna prowadząca, nic dodać, nic ująć :)

Intensywny tydzień

Miniony tydzień mieliśmy baaardzo intensywny. Co do jednego dnia :) No, ale za tydzień sobie odbijemy, bo wybieramy się z Mariuszem do Pragi na weekend. W dodatku z Miśkiem zostają Mariusza rodzice, więc będziemy mogli się swobodnie poszwędać :)

No, ale wracając do sprawy – we wtorek ruszyliśmy, Michu i ja, w stronę Szczecina. Bo w środę mieliśmy stawić się w szpitalu na Unii Lubelskiej na rezonans magnetyczny. Po raz pierwszy jechałam sama przez Niemcy. Emocji miałam sporo – bo zawsze prowadził Mariusz, a tu nagle ja sama! No, ale okazało się, że nie taki diabeł straszny (nie takie Niemcy straszne ;))… Jazdę przez Niemcy pokochałam bardzo szybko, zwłaszcza, że cały czas jedzie się autostradą (a po Berliner Ring jedzie się trzema paskami!). I mimo że w sumie droga do Szczecina wiedzie aż przez 4 autostrady, to wszystkie pięknie się łączą, są dobrze oznakowane i nawet się nie pogubiłam :)

Sama droga, gdyby nie liczyć godzinnego postoju w centrum handlowym A10 w Wildau, trwa około 4,5 – 5h. Nieporównywalnie krócej, niż przez Polskę. No i komfort też inny.

W A10 oczywiście przemaszerowałam się z Michem po sklepach. Kupiłam mu organizer na siedzenie samochodowe z Puchatkiem (na różne drobne rupiecie, co to się zawsze walają po podłodze), świetną piłkę (nie będę opisywać, bo opisać się jej nie da, może kiedyś zdjęcia zamieszczę) w sklepie Nanu-Nana, a w drodze powrotnej (też zrobiliśmy tam postój) Michu sam wybrał sobie nową zabawkę. Jest to taki domek edukacyjny – z telefonem, zegarem, tablicą do pisania, liczydłem, pociągiem z melodyjkami, kluczykiem i dziurką do otwierania drzwi, z sorterem do literek i cyfr. Zabawka wpadła Michowi w oko od razu. Nie udało mi się przekonać go na coś tańszego. Potem maszerował z tym ciężkim kartonem po placyku przed centrum i nie chciał w ogóle zabawki puścić. W samochodzie bawił się nią całą drogę do domu (poza 1,5h, gdy spał) i w domu też ją męczył aż do momentu zaśnięcia.
Generalnie nie wiemy, co ta zabawka w sobie ma, ze Michu tak długo się na niej skupia. Ma już jedną podobną, ale nigdy nie bawił się nią tyle godzin co tą. Szok!

No, ale idziemy dalej. W środę rano zwlekliśmy się z łóżka i przed ósmą byłam już z Michem w szpitalu. Pielęgniarka nas spisała i kazała czekać. Po około pół godziny przyszła lekarka, zrobiła ze mną wywiad i obadała Micha. Następnie poszliśmy do zabiegowego, gdzie Michowi założono wenflon. Niestety, udało się to zrobić dopiero za czwartym razem, w nogę, bo w poprzednich razach igła przebijała żyłkę. Cała sytuacja zakładania wenflonu była o wiele bardziej dramatyczna z perspektywy Micha, niż ostatnie pobieranie krwi – wyrywał się strasznie, wrzeszczał, cały się spocił – a mimo to panie cały czas z uśmiechem go zagadywały i jakoś nie przerastała ich sytuacja, jak to miało miejsce tydzień temu na Borowskiej.

W każdym razie, z założonym wenflonem, około godziny 9 rano skierowano nas pod salę rezonansu. Tam, niestety, musieliśmy odczekać kolejne prawie 2 godziny, bo na ileś oddziałów dziecięcych jest jedna ekipa anestezjologiczna do usypiania dzieci i akurat usypiali w innym miejscu. Poza tym przed nami na rezonans czekała jeszcze jedna dziewczynka, więc wiadomo było, że trzeba będzie czekać dość długo.

Michu był w czasie tego czekania na korytarzu bardzo dzielny. Mimo że nie mógł chodzić (żeby wenflon nie wypadł), nie marudził jakoś szczególnie mocno. Trochę dał się zająć pisaniem w moim kalendarzu, no a resztę czasu to, niestety, musiałam go nosić na rękach (następne dni upłynęły mi pod hasłem bolących ramion – ponoście sobie 15 kilowe dziecko przez półtorej godziny, to zrozumiecie).
Bardzo się stresowałam tym rezonansem. W sumie to nie samym badaniem, ale znieczuleniem ogólnym – czy wszystko pójdzie gładko, bez komplikacji itd.

Za piętnaście jedenasta przyszła nasza kolej – anestezjolog (bardzo sympatyczny człowiek, ze świetnym podejściem do dzieci) kazał mi wziąć Micha na kolana i pokazał mu taki klips na palec do mierzenia tętna. W tym czasie pielęgniarka wstrzyknęła Michowi tzw. „głupiego jasia”, po czym Michu natychmiast się rozluźnił i zaczął z wszystkiego się śmiać – widok przekomiczny. Wtedy lekarz posprawdzał wszystkie parametry życiowe i kazał mi położyć Micha na łóżku do rezonansu. Pielęgniarka wstrzyknęła Michowi znieczulenie, Michu zaczął zasypiać a mnie wyprosili na korytarz.

Po mniej-więcej 25 minutach wezwano mnie z powrotem. Michu spał przykryty kocykiem na kozetce. Anestezjolog powiedział, że musiał podać Michowi bardzo dużą ilość leków, bo Michu tak szybko je przerabiał, że nie mógł usnąć na dobre. Ale lekarz uspokajał, że nie ma się czym martwić, że tak się niekiedy zdarza, i że jedyne co, to po prostu Michu będzie teraz dłużej się wybudzał. I rzeczywiście – wszystkie parametry miał w normie, reakcje też prawidłowe, więc nie było czym się martwić. Obudził się dopiero po godzinie – gdy go przenosili z kozetki do łóżeczka, żeby przewieźć go na oddział dzienny na obserwację.

Po przebudzeniu Miś był ogólnie osłabiony, trochę się słaniał, ale nie było masakry. Sądziłam, że będzie gorzej – że będzie wymiotował – ale zniósł to ok. Problem był trochę z podaniem kroplówki, bo musiał siedzieć na łóżku prawie 1,5 godziny, co w przypadku takiego małego dziecka nie jest trywialne – utrzymać go na szpitalnym łożu. No ale na szczęście po około pół godziny przyszła moja siostra ze swoim ekstra telefonem, co dało Michowi zajęcie przez następną godzinę :) W ogóle dobrze, że Monika nas tam odwiedziła, bo po pierwsze dostałabym na głowę tyle czasu sama z Michem w tej sali, a po drugie padłabym z głodu. Kochana siostra :)

Kroplówka (glukoza) zleciała do końca i Michu mógł się wreszcie najeść i napić (nie jadł nic i nie pił od poprzedniego wieczora). Zjadł i wypił taką ilość, że byłam w szoku. No ale co się dziwić – wygłodzone dziecię.

Gdy się najadł wróciły mu zupełnie siły i już nie było mowy o leżeniu w łóżku. Zaczął wędrować po sali z tym wenflonem w nodze (dobrze, że już był niepotrzebny). I tak wędrował do 16 prawie, bo przed 16 wyjęli mu wenflon, zmierzyli ciśnienie, stwierdzili, że wszystko ok i wypuścili nas do domu. Ufff…

Wrażeń było co niemiara. Widok własnego dziecka śpiącego w domu w łóżeczku zawsze mnie rozczula, ale widok dziecka śpiącego po jakiejś chemii pod maseczką tlenową bardzo nieprzyjemnie dźgał w sercu.

W drodze powrotnej do Przecławia wstąpiłam z Michem do sklepu i Misiek sobie w nagrodę za to, że był dzielnym pacjentem, wybrał zabawkę – taki budzik, z firmy Tolo.

Popołudnie i wieczór minęły spokojnie, Misiek padł o 19 bez zająknięcia. Rano się spakowaliśmy i przed 10 ruszyliśmy na Wrocław. Dobrze, że już po wszystkim. Wynik będzie za około 2 tygodnie.

Co do pobytu w Przecławiu, to Michu generalnie znowu eksperymentował z psem :) Wkładał mu ręce do pyska i czekał na lizanie i podgryzanie, i miał wielką uciechę, gdy się doczekał :)

Poza tym widać, jak wielki podziw Michu czuje w stosunku do Bartka. Patrzy na niego z uwielbieniem, słucha go jak przysłowiowa świnia grzmotu, ma respekt przed tym, co Bartek do niego mówi – ogólnie szok :)
Bartek poczęstował Micha wodą gazowaną (Michu do tej pory pił tylko niegazowaną), więc Michu szczęśliwy, że coś nowego wujek mu pokazał. A następnego dnia Bartek poczęstował go kiełkami fasoli mung – i Michu wciągał aż mu się uszy trzęsły :)

Tosia z kolei nakłoniła zupełnie bezwiednie Micha do konsumpcji obiadu (po prostu jadła i Michu też tak chciał :)) i nauczyła go obsługiwać swoje stare niemowlęce zabawki, więc Michu szczęśliwy całe trzy dni chodził :)

O rezonansie i pobycie w Szczecinie tyle. Dziś natomiast zaczęłam moje podyplomowe studia logopedyczne. Od 9 do 15.30 był wykład z dr Małgorzatą Młynarską – kierowniczką naszego studium – z norm językowych. Jak na razie jestem pod wrażeniem, logopedia po pierwszym dniu mi się podoba. Wykład był ciekawy, dobrze prowadzony. Doktor popierała teorię przykładami z praktyki, więc dobrze się słuchało. Jutro mamy też cały dzień wykładów – z psychologii z dr Smerekiem.

No i tyle na dziś. Jeszcze tylko filmiki. W sumie będą trzy – pierwszy ze zjeżdżalni, bo Michu wykombinował, że na brzuchu też się da zjechać. Drugi z toru przeszkód, z pniakiem w tle. Trzeci będzie z domu z układania puzzli. Ten ostatni, niestety, nie powala jakością, bo mi Michu ostatnio poprzestawiał aparat i nie zauważywszy tego filmowałam go w kiepskiej jakości. Ale mam nadzieję, że przeżyjecie :)

Logopedia wita

No, to się udało. Zaniosłam dziś papiery na Uniwersytet i przyjęli mnie na podyplomówkę z logopedii. Jest około 160 osób na moim roku. Generalnie myślałam, że będzie jakaś rozmowa kwalifikacyjna jeszcze, ale pani powiedziała, że jestem już przyjęta. Nie wiem, czy w tym roku z tego zrezygnowano, czy dlatego, że się zgłosiłam po zakończeniu rekrutacji, w każdym razie rozmowa mnie ominęła. A w poprzednich latach była. I git. Mam nadzieję, że te studia będą sensowniejsze niż te, które skończyłam w tym roku. Jakby na to jednak nie spojrzeć, cieszę się bardzo, że się udało :)

Wczoraj byliśmy w Książu na zamku w ramach spacerku. Bardzo się rozczarowaliśmy, bo liczyliśmy na spacer w dół górki, jest takie przejście z tarasów zamkowych. Niestety, trwa tam obecnie remont i nie da się przejść :( Buuu… A po to głównie tam pojechaliśmy. No cóż. Ale i tak był fajnie. Misiek nachodził się jak zwykle czyli bardzo. Tylko dwa razy miał atak histerii, więc to naprawdę nieźle :)

W sobotę pod wieczór natomiast bryknęliśmy na Stary Rynek. Misiek szalał przy fontannie i na schodach ratusza. Na koniec poszedł posiedzieć w ogródku piwnym Piwnicy Świdnickiej. Co sobie będzie żałował :) Co do samego rynku, to oczywiście tłum ludzi, bo to weekend i do tego święto, i wakacje, i w ogóle. Ale jakoś nas nie zadeptali :)

Idę prasować, bo mi się przez weekend stos prania nazbierał. A! Zdjęcia z soboty i niedzieli oczywiście są tutaj. No i na koniec jeszcze dwa filmiki. Jeden z wczoraj z Książa – jak Michu rozbrajał aparaty z kulkami. A drugi stary z saneczek – pasjonujące kino drogi ;) Mariusz sugeruje, że powinnam zacząć obrabiać te filmiki i trochę je czasem ciąć, ale na razie nie mam czasu i chęci, by się tego nauczyć, więc wybaczcie, ale póki co będą żywcem takie, jakie je robię.

Piątkowo-wieczorne pisanie

Generalnie to spać mi się chce straszliwie, ale głupio tak przed 22 kłaść się do łóżka, więc słów kilka postanowiłam napisać. Z nowości (za dużo ich nie ma w tym tygodniu) to Misiek nauczył się wczoraj odkręcać i zakręcać butelki :) Jest to z pewnością cenna umiejętność. Zwłaszcza, że teraz dużo butelek z piwem ma tego rodzaju zamykanie zamiast standardowego kapsla ;) Poza tym wczoraj też debiutował nasz Miś w chodzeniu do tyłu. W sumie widzieliśmy to wczoraj raz i dzisiaj ze trzy razy. Śmiesznie to wygląda, zwłaszcza, że Michu ma wtedy minę, jakby przeszedł do kolejnego levela. Hm, no bo w sumie to chyba przeszedł. W ogóle to Michu śmiga jak najęty. Wymusza wychodzenie na spacery – przynosi najpierw swoje buty i rzuca mi pod nogi, następnie przynosi mi moje buty i ciągnie za rękę, żebym wstała. Masakra :) Tak nam się dziecię rozspacerowało!

We wtorek byłam z Michem na zajęciach grupowych u logopedy. Z całej grupy przyszedł tylko Misiek i jeszcze jeden chłopiec. Ale nie narzekaliśmy, bo widać, że Michu się przez ten miesiąc przerwy odzwyczaił. Nie chciał w ogóle ćwiczyć i był jakiś taki nerwowy. A punkt kulminacyjny był wtedy, jak pani Asia wyjęła kredki pastelowe i zaczęła je rozcierać na papierze Miśka ręką. Michu wpadł w szał. Generalnie on nie lubi się brudzić tego typu rzeczami. Zauważyliśmy to już kiedyś. Ciężko mu idzie przekonanie się do pomazania się kremem, farbkami, kredkami do malowania po ciele, do miętolenia ciastoliny. Logopeda doradziła ugotowanie różnych kolorów kisielu, żeby Michu się w tym babrał w domu. Ugotowałam mu trzy, ale jak tylko to zobaczył stwierdził „bleee” i w żaden sposób nie dał się namówić na zabawę. Pogadałam o tym w środę z psychologiem i pani powiedziała, że to wskazuje, że Misiek ma zaburzenia integracji sensorycznej. Brzmi mądrze, ale nie za wiele mówi. Poszukaliśmy trochę informacji, dowiedzieliśmy się czegoś więcej. Można pod tym kątem dziecko zdiagnozować u specjalisty, ale na razie jeszcze poczekamy. Zobaczymy, co pokaże rezonans. A jak się nic nie zmieni to pewnie poszukamy jakiegoś terapeuty od integracji. Mam nadzieję, że nie będzie trzeba, że jakoś się uda nad tym popracować w domu i z panią psycholog. Pani mu co tydzień robi taki specjalny masaż z czuciem głębokim na nogach. Mam nadzieję, że pomoże.

Postanowiliśmy z Mariuszem wysłać mnie na studia podyplomowe. Konkretnie to na logopedię. Co prawda, na Uniwerku we Wrocławiu rekrutacja jest już zakończona, ale dzwoniłam w środę do dziekanatu i pani powiedziała, że jeśli szybko dostarczę papiery, to ona może jeszcze kilka osób wciągnąć na listę. No to zadzwoniłam do dziekanatu w Poznaniu z pytaniem, czy mój dyplom jest już przygotowany. Usłyszałam, że rektor nie podpisał jeszcze żadnego dyplomu z lipca. Uroczo. Ale pani wypisała mi zaświadczenie i w czwartek po nie pojechałam. Byliśmy dzisiaj przed południem w tym studium logopedii, ale było zamknięte. Uderzę tam w poniedziałek zaraz po 10, mam nadzieję, że mi się uda dostać. Byłoby super. W razie czego pozostaje jeszcze logopedia na DSW i chyba na Uniwersytecie Śląskim. Trzymajcie kciuki, żeby mi się udało :)

Nie mam żadnych nowych zdjęć Miśka, ale za to wrzucę nowe filmiki. No, może nie takie nowe, ale na pewno z Michem w roli głównej :) Cóż, musicie się z tym pogodzić – od kiedy nauczyłam się obsługiwać youtube’a macie przegwizdane ;)

Pierwszy filmik jest „świeży” – z ubiegłej niedzieli w Kudowie, jak Misiek pcha wózek. Niesamowicie pasjonujące kino ;)))

Drugi jest baaardzo stary. Ma prawie 20 miesięcy. Nakręcił go tata Mariusza. Mikołaj miał wtedy 2 tygodnie :) Ogólnie rzecz biorąc Michu próbuje tu zasnąć, ale chyba widok aparatu mu nie pozwala ;) Uważajcie jednak, byście sami nie posnęli ;)

No i jeszcze trzeci filmik (a co!). Nie wiem dokładnie z kiedy, bo nie pamiętam. Ogólnie rzecz biorąc Michu w wannie :) Z 6-7 miesięcy może tu mieć. Oczywiście, jak dwa poprzednie, dynamika akcji może przytłoczyć niewprawnego widza ;)

No, skoro doszliście do tego momentu, to znak, że obejrzeliście wszystkie trzy perły kina światowego. No chyba, że oszukiwaliście ;) W każdym razie gratuluję!

Na koniec jeszcze informacja. Założyłam sobie konto na Blipie. Co to jest Blip tłumaczyć nie będę, jak ktoś nie wie a chce się dowiedzieć, to niech poczyta. W każdym razie pisuję tam na razie testowo, nie wiem, czy mnie to wciągnie, czy nie, czy będzie mi się chciało kilka razy dziennie pamiętać, by coś wpisać. Ale jeśli chcecie pozerkać sobie na moje krótkie notki to zapraszam serdecznie tutaj.