Kolejny miesiąc za nami…

Michu kilka dni temu skończył jedenaście miesięcy. Jeszcze miesiąc i będziemy imprezować na roczku ;) Ten miesiąc przyniósł kilka zmian rozwojowych. Pewnie nie są jakieś spektakularne, ale są :) I to jest najważniejsze! Chociaż nie, w sumie jedna zmiana zwaliła mnie z nóg. Nasze dziecko nauczyło się klaskać! Nie wiem, czy to wcześnie, późno, czy w sam raz. Ważne, że załapał po kilku (?) tygodniach ciągłego mojego klaskania, że on też potrafi. Przy czym dziecię nasze nie robi „kosi-kosi” tylko „brawo-brawo”. Może kiedyś na „kosi-kosi” też zareaguje. Teraz ćwiczymy nową umiejętność, coby pacholę nie zapomniało. Najchętniej klaszcze przy jedzeniu. Może dlatego, że wtedy ma zazwyczaj obie ręce wolne. Bo jak pełza, to zazwyczaj ma czymś zajęte. Pełzaniem na przykład. Albo jakąś zabawką. Tudzież wygrzebywaniem jakiegoś paprocha nie nadającego się do konsumpcji ale i tak do konsumpcji przeznaczonego. A jak siedzi w krzesełku to sam z siebie zaczyna klaskać. Nawet nie trzeba go jakoś szczególnie zachęcać. Może klaszcze z radości, że w końcu jakieś żarło dostanie, bo żywienie się paprochami to raczej sycące nie jest. ;)

Poza tym coraz wyżej się wspina. Przy swoim chicco-szycie spędza coraz więcej czasu na klęczkach (jak będzie niegrzeczny będziemy mu tam pod dywan groch sypać) i łomocze w to ku ogólnej radości – swojej i naszej (bo liczymy, że to wkrótce udoskonali i zacznie wstawać). Zabawka sama w sobie genialna. Zastanawiam się tylko ile jeszcze wytrzyma, bo w tej chwili owe plastiki znoszą prawie 11-kilogramowy ciężar naszego pieszczocha. Któregoś dnia pewnie będziemy zbierać połamane plastiki i wybite uzębienie (sztuk osiem) naszego dziecięcia. Ale może do tego czasu Miś nauczy się ciężar ciała przenosić na nogi zamiast na zabawkę.

Do tego wszystkiego dodać jeszcze należy, że przedwczoraj po raz pierwszy nasze dziecko przeszło na chwilę na czworaki. Oczywiście tradycyjnie zrobił to w wannie, bo mu łatwiej. Ale wczoraj zrobił powtórkę na sucho u terapeutki, więc jest szansa, że to kwestia kilku dni czy tygodnia aż zacznie się doskonalić. Poza tym sięga coraz wyżej. Ściąga co się tylko da, ciągle wyłącza Mariuszowi komputer i zgłaśnia radio. I zaczyna roszczeniowo podchodzić do wielu spraw. A jak mu się nie uda postawić na swoim to zaczyna śmiesznie skrzeczeć. Taki się mądrala zrobił!

Jutro mamy wizytę u dr Kwapisz. Pewnie znowu się dowiemy, że jest beznadziejnie, że krzywy, że nic, tylko sobie w łeb strzelić. Ta kobieta jest naprawdę świetnym specjalistą, tego nie da się zakwestionować. Ale jeśli chodzi o podejście do pacjenta, to motywacja po tytułem: „Nastraszyć rodziców porządnie, żeby terapia przyniosła efekt” jest dla mnie słabym pomysłem. Wychodzę z założenia, że jeśli rodzicowi zależy na zdrowiu dziecka, to będzie chodził z nim na terapię i będzie ćwiczył z dzieckiem w domu. A miło byłoby usłyszeć od czasu do czasu, że jest poprawa, nawet jeśli niewielka, bez żadnego „ale…”. I to nie tylko ja zauważam. Gdy się rozmawia z innymi rodzicami na korytarzu, czy z terapeutami, to słychać, że nie jestem jedyna, którą taka motywacja demotywuje. Terapeuci po wizytach u dr Kwapisz muszą uspokajać rodziców, że nie jest tak źle, że dziecko będzie chodzić, że doktor przesadza czasami, że taki ma styl… No ale co zrobić. I tak będziemy do niej chodzić, bo jakkolwiek by nie wyglądał system motywacyjny, to jednak bada bardzo rzetelnie i jak się siedzi w gabinecie 45 minut to jest to czas wykorzystany, a nie czcze pogaduchy.

Czasem się tylko zastanawiamy z Mariuszem, ile tak naprawdę dają te wszystkie terapie, a ile nasza praca z Mikołajem w domu. Bo są dni, że Miś od rana do wieczora tylko jeździ do Promyka Słońca na rehabilitacje. Jak jest w domu, to śpi. O czasie na zabawę nie ma wtedy mowy. Wówczas te skoki rozwojowe jakoś wolno idą. Po czym gdy tylko są jakieś luźniejsze dni, że więcej posiedzimy w domu, że pobawimy się razem w pokoju, poczytamy, pokulamy, poukładam go w czasie zabawy do pozycji na klęczkach czy na siedząco, to potem nagle się okazuje, że dziecko potrafi. Tylko trzeba mu dać czas i możliwość.

Mamy jeszcze jedną nowość. Łóżeczko. Bo poprzednie zjadły… korniki. Masakra. Pewnie jeszcze długo by jadły niezauważone. Ale postanowiliśmy przedwczoraj obniżyć Miśkowi poziom. No i się wydało. Śrut się sypał, robaczki mikroskopijnej wielkości łaziły… Brrrr… Do teraz jak sobie o tym przypomnę to mnie odrzuca. Cały pokój trzeba było gruntownie wysprzątać, włącznie z praniem firan, bo po wysypaniu się pyłu czuć go było wszędzie przez kilka godzin. Masakra, mówię Wam. Jedną nockę Miś przespał w łóżeczku turystycznym, a wczoraj przed południem podjechałam po nowe. Mam tylko nadzieję, że jakiś szczep korników nie przetrwał i nie zeżre nam kolejnego. To by już była przesada!

Tyle. póki co. Zdjęć nowych ciągle nie ma. Wybaczcie.

Jeszcze jedno. W RMF FM właśnie leci nowy Feel-hit. Powiedzcie mi, jak można śpiewać w refrenie coś w stylu „a-huuuuu”?! Czy Wam to się nie kojarzy? Zwłaszcza, gdy to „a-huu…” śpiewa Kupicha, co równa się temu, że jest zaśpiewane przez gardło, co dalej równa się temu, że nie idzie tego do końca zrozumieć, więc daje to mniej więcej skojarzenie: „A-ch…j”. Ale co tam. Nastolatkom się spodoba i tak. I będzie kolejny Złoty Dziób radia Wawa. Tak, taki tekst jest wart Złotego Dzioba… Tylko Złoty Dziób może zaśpiewać coś takiego. I nie zostanie zabity śmiechem. Niestety…

Wyjazdowo…

Poprzedni weekend spędziliśmy, jak to się mówi, w siodle. Korzystając z wolnej chaty Szczeciniaków (którzy akurat wylegiwali się w Egipcie), pojechaliśmy sobie właśnie do Szczecina na 3 dni. Wycieczka zaczęła się od przygody. Zamierzaliśmy jechać standardowo przez Niemcy (bo jest szybciej). Ale po przejechaniu kawałka autostrady utknęliśmy w korku. Udało nam się zjechać w Krzeptowie. Ponieważ nie wyglądało to za ciekawie (generalnie wszystkie samochody z autostrady uciekały na Krzeptów), postanowiliśmy bocznymi drogami dotrzeć do trasy na Zieloną Górę i jechać przez Polskę. Nie powiem, droga malownicza, ale w sumie to jechaliśmy 8 godzin. Masakra. Najpierw próbowaliśmy dostać się do jakiejś głównej drogi. To nie było trywialne. Jechaliśmy w ciemno, bo tych dróg nie było na naszej lipnej mapie. Oznaczeń i drogowskazów w podwrocławskich wioskach też jak na lekarstwo. GPS w domu na półce. No ale w końcu się udało.
Potem stanęliśmy na godzinę w korku pod Nową Solą. Budują tam obwodnicę i nieźle się czeka, mimo wahadłowego ruchu. Zastanawiam się tylko, jak długo się tam stoi w ciągu dnia, bo my byliśmy po 20.00, a kolejka na ogromna. Dodatkową atrakcją była burza, w środku której się znaleźliśmy. Największy luz miał Misiek, któremu ogromną radochę sprawiało to, że się błyska. No, ale koniec końców, o 1 w nocy byliśmy już (?) na miejscu.

Sobotę spędziliśmy w Szczecinie. Koło południa dotarliśmy do zamku Książąt Pomorskich, potem obiadek w Columbusie (o dziwo Misio dał nam się swobodnie najeść, cały czas brykał sobie w wózku). W drodze do domu wstąpiliśmy jeszcze na cmentarz przy ul.Ku Słońcu. To chyba drugi co do wielkości zabytkowy cmentarz w Europie. Piękny jest. Ja już tam kilka razy byłam, ale Mariusz odwiedził go po raz pierwszy i miejsce to zrobiło na nim ogromne wrażenie.

W niedzielę ruszyliśmy nad morze, do Międzyzdrojów. Pogoda była jednak nie za bardzo plażowa, więc tylko posiedzieliśmy na molo, zjedliśmy rybkę, pochodziliśmy po straganach i wróciliśmy pod wieczór do domu.

W poniedziałek przed południem zbieraliśmy się już w drogę powrotną. Tym razem przez Niemcy. Po drodze wstąpiliśmy do berlińskiego centrum handlowego A10. Już prawie kupiłam tam sukienkę na ślub. Ogólnie rzecz biorąc centrum to zrobiło na mnie niezłe wrażenie (jeśli chodzi o wielkość niektóych sklepów z odzieżą – w Polsce jeszcze takich dużych nie spotkałam). Poza tym ceny podobne (jeśli chodzi o ciuchy), ale o wiele większy wybór. Porównując towar w Orsay’u, to w naszych sklepach tej sieci nie ma większości rzeczy, które są w Niemczech. A szkoda. Podobnie się rzecz miała z ubraniami dla dzieci w H&M. Większy wybór i, ogólnie rzecz biorąc, ciekawsze. Kupiliśmy małe co nieco dla Miśka :)
Bardzo też nam się spodobał ogromny sklep z artykułami dla dzieci. Oczywiście również wybór większy niż u nas. Zabawek Chicco, jakie tam widzieliśmy, nie ma nawet w naszych polskich katalogach tej firmy.
Ogólnie rzecz biorąc, stwierdziliśmy, że następnym razem zrobimy tam małe zakupy.

Po wyjeździe z Berlina podjechaliśmy jeszcze pod Tropical Islands. Widać to już z autostrady, mimo że jest oddalone od niej o jakieś 5 km. I powiem Wam, że robi niesamowite wrażenie. Jak się widzi to z oddali z parkingu, to się wydaje, że ot, taka tam sobie konstrukcja. Ale im bliżej się podjeżdża, tym bardziej szczęka opada, że to taki kolos jest. Zdjęcie nie oddaje rzeczywistości. Jest zrobione z końca parkingu, który jest naprawdę ogromny. A kopuła… cóż, musicie sami pojechać i zobaczyć. My zamierzamy pojechać tam na cały dzień w grudniu, w Mariusza urodziny, żeby się wybyczyć na piaseczku :) Ciekawe, jakie wrażenie zrobi na nas wnętrze.

Co do Miśka, to wczoraj byliśmy u lekarza rehabilitacji. Ogólnie pani powiedziała, że jest ogromna poprawa, ale to jeszcze nie jest to, o co nam chodzi. Pracować trzeba z Miśkiem dalej, nadal cztery razy dziennie. Musimy tylko jutro poprosić o zmianę jednego ćwiczenia, bo się go już nie daje rady z małym robić. Ale w sumie to zmierzamy w dobrym kierunku.

Mikołaj od wczoraj zaczął (chyba już na dobre) gaworzyć. Do tej pory coś tam próbował gadać, ale nie tak typowo gaworząc. Do tego jak już zaczynał gaworzyć to tylko jak miał rączkę w buzi. Jak mu wyciągaliśmy rękę to przestawał gadać. A wczoraj nam się rozgadał na całego. Śmiesznie to brzmi. Czasem coś tam szepcze do zabawki, czasem na całe gardło gaworzy. Świetnie to brzmi :)

Od wczoraj też próbujemy uczyć Miśka samodzielnego zasypiania. To znaczy na razie bez cycka, ale w towarzystwie mamy lub taty. Wczoraj wył z tego powodu 1,5 godziny. A dzisiaj przed południem poszło szybko. Zobaczymy jak będzie wieczorem. Fajnie by było, gdyby się nauczył, bo nie byłby tak uzależniony w zasypianiu od mojej obecności. Miejmy nadzieję, że się uda :)

No i na koniec tradycyjne zaproszenie do galerii. Nowe zdjęcia są w dwóch albumach. Link do jednego jest tutaj, a do drugiego tutaj. Zapraszamy!

Vojta, Nachod i inne nowości…

Od prawie dwóch tygodni rehabilitujemy Miśka. Okazało się bowiem, że dziecię nasze najmilsze jest poważnie zagrożone skoliozą – ma kręcz szyi i poważną asymetrię ciała. Wyszło to prawie że przypadkiem, gdy poszłam z Misiem na wizytę do lekarza rehabilitacji w Promyku Słońca. Byliśmy umówieni w związku z tym, że Misio się nie przewracał z pleców na bok. Co prawda nie przekręcał się na początku maja, termin wizyty mieliśmy na 12 czerwca i w międzyczasie Misio się już zaczął przewracać, no ale stwierdziliśmy, że i tak lepiej pójdziemy, niech go specjalista obejrzy. No i co się okazało? Że to wcale nie było nienormalne, że się Mały nie przekręcał na początku maja. Lekarka stwierdziła, że to jest umiejętność 6-miesięcznego dziecka, a nie 5-cio. Zaniepokoiło ją jednak, że Mikołaj przewraca się tylko w jedną stronę i że do tej pory nie opiera się na dłoniach (a już powinien). Obadała go więc wszerz i wzdłuż i stwierdziła kręcz szyi i asymetrię. Powiedziałam, że byliśmy u neurologa dziecięcego w marcu i że tamta lekarka uspokajała (na moje pytanie o krzywą głowę Miśka), że to się wyrówna, że wystarczy kłaść na brzuchu i przestawić łóżeczko w drugą stronę. No i rehabilitantka naprostowała nas – asymetria może się cofnąć samoistnie do 3 miesiąca życia. A po 3 miesiącu, jeśli nadal jest i nie jest rehabilitowana, zaczyna się utrwalać. Usłyszałam też, że ogólnie rzecz biorąc powinniśmy się zgłosić do niej już 3 miesiące temu. Super po prostu. Była zdziwiona, że żaden lekarz wcześniej nie zauważył, że Misiek ma wadę postawy. To podobno najczęściej zaniedbywana rzecz przez pediatrów – diagnozowanie wad postawy u dzieci. Ale mniejsza z tym. Ogólnie rzecz biorąc dostaliśmy skierowanie na rehabilitację metodą Vojty. O samej metodzie możecie sobie poczytać na fachowej stronie. Jeśli chodzi o naszą rehabilitację, to raz w tygodniu chodzimy do rehabilitantki, która uczy nas jednego lub dwóch nowych ćwiczeń, które następnie przez cały tydzień robimy z Miśkiem w domu cztery razy dziennie. Ćwiczenia nie są przyjemne, Misio bardzo płacze przy nich, ale to podobno normalne (w końcu co tu dużo mówić – prostujemy mu kręgosłup i naciągamy mięśnie). No i niestety – trzeba to robić dla jego dobra. Na szczęście widzimy rezultaty tych ćwiczeń. Misio rzeczywiście zaczyna się prostować. No i zaczął się przewracać także w prawą stronę, a nie tylko w lewą. Zresztą nauczył się też, piernik mały, przewracać z brzucha na plecy, w związku z czym mamy nieraz niezły maraton na łóżku – gonimy kulającego się Miśka, żeby nie spadł z tapczanu ;)

Trochę więcej fachowych informacji na temat wspomagania rozwoju ruchowego małego dziecka możecie znaleźć w Dzieciowisku. Zapraszam!

Mikołaj doczekał się nowej wanienki. Średnio mu się chyba ona podoba, bo był przyzwyczajony, że w tamtej miał półleżącą pozycję, a tu leży na płasko. Ale miejmy nadzieję, że przywyknie.

Wczoraj pojechaliśmy na wycieczkę do Nachodu. To czeskie miasteczko zaraz za granicą w Kudowie. Byliśmy już tam rok temu, ale nie zwiedziliśmy go wtedy za bardzo. A wczoraj postanowiliśmy nadrobić zaległości. Zrobiliśmy więc spacerek po deptaku, ryneczku i weszliśmy na górę, by zwiedzić zamek. Zamek nas nie rozczarował (w przeciwieństwie do zamku w Kamieńcu Ząbkowickim!!!). Można go zwiedzać, jest tez restauracja i bardzo ładny ogród. Warto zobaczyć!
Po zejściu z góry poszliśmy na obiadek – pyszne czeskie knedliczki :) Mariusz był wniebowzięty ;)
Na najbliższą niedzielę też planujemy wycieczkę (Kudowa, Bardo, zamek Szczytnik). No ale to wszystko zależy od ogólnego samopoczucia i pogody. Zobaczymy.

Dziś jest Dzień Ojca. Daliśmy – Misiek i ja – w związku z tym Mariuszowi prezent. Wyglądał na ucieszonego :)

Jeszcze dwa tygodnie i mam wakacje. W sumie to już się czuję, jakbym je miała, bo zdałam tydzień temu najgorszy egzamin w tej sesji. Mam jeszcze dwa przedmioty do zaliczenia i egzamin 5 lipca. Ale to już „pikuś”. Jakoś to będzie.

W ubiegły czwartek byliśmy z Mariuszem w parafii wypełnić papiery do ślubu. Nawet sympatyczny ten nasz proboszcz. Mimo że bardzo zakręcony. Ale obszedł się z nami bardzo ładnie i miło. Nawet poczęstował Miśka cukierkiem (którego, gdy tylko ksiądz znikł za horyzontem, musiałam mu siłą wyrwać, bo był na dobrej drodze do wepchania go sobie w paszczę). Ogólnie rzecz biorąc od ubiegłej niedzieli są wyczytywane w kościele nasze zapowiedzi. I po 6 lipca mamy się zgłosić do księdza, aby dokończyć wypełnianie papierów. Z tego wszystkiego zapomnieliśmy dać księdzu kasę na zapowiedzi. Ale najwyżej damy po wszystkim.

Poza tym szukamy fotografa na ślub. To nie jest trywialne, na dwa miesiące przed ślubem, znaleźć kogoś dobrego, kto ma wolny termin w sierpniu. Umieściliśmy ogłoszenie na forum fotografii ślubnej i jak na razie zgłosiło się kilku fotografów. Spodobały nam się zdjęcia jednej dziewczyny, myślę, że się na nią zdecydujemy. Ale musimy to jeszcze przegadać.

Cóż ponad to, co już napisałam? Chyba nic więcej. I tak już nieźle Was namęczyłam. Na koniec ponownie zapraszam do zaglądania na bloga mojego mężula – czasem coś tam nowego dopisze :) Linka macie tutaj oraz w „ulubionych” na bocznym pasku.