Piątkowo-wieczorne pisanie

Generalnie to spać mi się chce straszliwie, ale głupio tak przed 22 kłaść się do łóżka, więc słów kilka postanowiłam napisać. Z nowości (za dużo ich nie ma w tym tygodniu) to Misiek nauczył się wczoraj odkręcać i zakręcać butelki :) Jest to z pewnością cenna umiejętność. Zwłaszcza, że teraz dużo butelek z piwem ma tego rodzaju zamykanie zamiast standardowego kapsla ;) Poza tym wczoraj też debiutował nasz Miś w chodzeniu do tyłu. W sumie widzieliśmy to wczoraj raz i dzisiaj ze trzy razy. Śmiesznie to wygląda, zwłaszcza, że Michu ma wtedy minę, jakby przeszedł do kolejnego levela. Hm, no bo w sumie to chyba przeszedł. W ogóle to Michu śmiga jak najęty. Wymusza wychodzenie na spacery – przynosi najpierw swoje buty i rzuca mi pod nogi, następnie przynosi mi moje buty i ciągnie za rękę, żebym wstała. Masakra :) Tak nam się dziecię rozspacerowało!

We wtorek byłam z Michem na zajęciach grupowych u logopedy. Z całej grupy przyszedł tylko Misiek i jeszcze jeden chłopiec. Ale nie narzekaliśmy, bo widać, że Michu się przez ten miesiąc przerwy odzwyczaił. Nie chciał w ogóle ćwiczyć i był jakiś taki nerwowy. A punkt kulminacyjny był wtedy, jak pani Asia wyjęła kredki pastelowe i zaczęła je rozcierać na papierze Miśka ręką. Michu wpadł w szał. Generalnie on nie lubi się brudzić tego typu rzeczami. Zauważyliśmy to już kiedyś. Ciężko mu idzie przekonanie się do pomazania się kremem, farbkami, kredkami do malowania po ciele, do miętolenia ciastoliny. Logopeda doradziła ugotowanie różnych kolorów kisielu, żeby Michu się w tym babrał w domu. Ugotowałam mu trzy, ale jak tylko to zobaczył stwierdził „bleee” i w żaden sposób nie dał się namówić na zabawę. Pogadałam o tym w środę z psychologiem i pani powiedziała, że to wskazuje, że Misiek ma zaburzenia integracji sensorycznej. Brzmi mądrze, ale nie za wiele mówi. Poszukaliśmy trochę informacji, dowiedzieliśmy się czegoś więcej. Można pod tym kątem dziecko zdiagnozować u specjalisty, ale na razie jeszcze poczekamy. Zobaczymy, co pokaże rezonans. A jak się nic nie zmieni to pewnie poszukamy jakiegoś terapeuty od integracji. Mam nadzieję, że nie będzie trzeba, że jakoś się uda nad tym popracować w domu i z panią psycholog. Pani mu co tydzień robi taki specjalny masaż z czuciem głębokim na nogach. Mam nadzieję, że pomoże.

Postanowiliśmy z Mariuszem wysłać mnie na studia podyplomowe. Konkretnie to na logopedię. Co prawda, na Uniwerku we Wrocławiu rekrutacja jest już zakończona, ale dzwoniłam w środę do dziekanatu i pani powiedziała, że jeśli szybko dostarczę papiery, to ona może jeszcze kilka osób wciągnąć na listę. No to zadzwoniłam do dziekanatu w Poznaniu z pytaniem, czy mój dyplom jest już przygotowany. Usłyszałam, że rektor nie podpisał jeszcze żadnego dyplomu z lipca. Uroczo. Ale pani wypisała mi zaświadczenie i w czwartek po nie pojechałam. Byliśmy dzisiaj przed południem w tym studium logopedii, ale było zamknięte. Uderzę tam w poniedziałek zaraz po 10, mam nadzieję, że mi się uda dostać. Byłoby super. W razie czego pozostaje jeszcze logopedia na DSW i chyba na Uniwersytecie Śląskim. Trzymajcie kciuki, żeby mi się udało :)

Nie mam żadnych nowych zdjęć Miśka, ale za to wrzucę nowe filmiki. No, może nie takie nowe, ale na pewno z Michem w roli głównej :) Cóż, musicie się z tym pogodzić – od kiedy nauczyłam się obsługiwać youtube’a macie przegwizdane ;)

Pierwszy filmik jest „świeży” – z ubiegłej niedzieli w Kudowie, jak Misiek pcha wózek. Niesamowicie pasjonujące kino ;)))

Drugi jest baaardzo stary. Ma prawie 20 miesięcy. Nakręcił go tata Mariusza. Mikołaj miał wtedy 2 tygodnie :) Ogólnie rzecz biorąc Michu próbuje tu zasnąć, ale chyba widok aparatu mu nie pozwala ;) Uważajcie jednak, byście sami nie posnęli ;)

No i jeszcze trzeci filmik (a co!). Nie wiem dokładnie z kiedy, bo nie pamiętam. Ogólnie rzecz biorąc Michu w wannie :) Z 6-7 miesięcy może tu mieć. Oczywiście, jak dwa poprzednie, dynamika akcji może przytłoczyć niewprawnego widza ;)

No, skoro doszliście do tego momentu, to znak, że obejrzeliście wszystkie trzy perły kina światowego. No chyba, że oszukiwaliście ;) W każdym razie gratuluję!

Na koniec jeszcze informacja. Założyłam sobie konto na Blipie. Co to jest Blip tłumaczyć nie będę, jak ktoś nie wie a chce się dowiedzieć, to niech poczyta. W każdym razie pisuję tam na razie testowo, nie wiem, czy mnie to wciągnie, czy nie, czy będzie mi się chciało kilka razy dziennie pamiętać, by coś wpisać. Ale jeśli chcecie pozerkać sobie na moje krótkie notki to zapraszam serdecznie tutaj.

Dwadzieścia miesięcy i jeden dzień

Starym zwyczajem informuję, że Michu wczoraj skończył dwadzieścia miesięcy. I starym zwyczajem mówię: stary byk z niego ;) Jakieś podsumowanie może by się zdało. Generalnie dziecię śmiga na dwóch nogach od 1,5 miesiąca. Z dnia na dzień idzie mu to coraz szybciej, jeśli chodzi o jakość, to nie powala, ale należy liczyć, że się poprawi po rehabilitacjach i wraz z rozwojem. Trochę niepokojąco jednym bioderkiem „zaciąga”, ale głównie wtedy, gdy chodzi niedbale, albo/czyli jest bardzo zmęczony. Co do mówienia, to od ostatniego razu nie zauważyłam żadnych większych zmian. Generalnie widać, że sprawdza się zasada, że jak dziecko nabywa nowej umiejętności, to inne stają w miejscu – od kiedy Michu zaczął chodzić (a teraz nawet biegać) to mowa stoi. Choć od wczoraj zauważamy z Mariuszem jakoby dziecię nasze dorzuciło sobie nowe sylaby do języka. Nie jestem ich jeszcze w stanie wymienić, ale generalnie coś tam próbuje od wczoraj kombinować więcej niż dotychczas. Może wtrąci coś nowego :) Aczkolwiek muszę przyznać, że naprawdę z Michem można już się całkiem przyzwoicie porozumieć i dogadać. Wypas :)

Ponadto Miś coraz bardziej robi się urwisowaty. Potrafi specjalnie napsocić coś tak, żeby nas rozśmieszyć. I ma z tego wielką radochę.

No i jeszcze o Teletubisiach. Michu zapałał nagle gorącą miłością do tych BBC-owskich stworków. Niebywałe to jest dla mnie i zupełnie niezrozumiałe, w czym tkwi fenomen tego programu. Nie przypuszczałam, że Misiek kiedykolwiek stanie się ich fanem. No ale stało się. Mamy CBeebies, a tam Teletubisie chyba trzy razy dziennie lecą, no bo to kanał BBC jest. I kiedyś Michowi włączyłam na Tubisie ciekawa reakcji. Hipnoza. Nawet Niedźwiedzia w dużym niebieskim domu z takim zainteresowaniem nie ogląda. Teletubisie potrafi obejrzeć od początku do końca, co nigdy mu się nie zdarzyło z inną bajką (i dobrze). Ciągle myślę, o co chodzi… Czy o to, że one takie kolorowe i sympatyczne? Czy że takie dziecięce i nieporadne? Czy że tyle jest powtórzeń w ciągu programu i dzięki temu dziecko czuje się bezpieczniej oglądając drugi i trzeci raz jak Dipsy coś liczy? Ech, nie wiem. Sama nie mam nic przeciwko Teletubisiom, co nie zmienia faktu, że namiętność Miśka do tej „bajki” jest zastanawiająca. Nie wspominając, jak emocjonalnie reaguje na różne sytuacje w programie. Jak dzisiaj zobaczył Tubisie zjeżdżające ze zjeżdżalni, to myślałam, że zje telewizor ze śmiechu :)

Kilka dni ubiegłego tygodnia spędziliśmy w Głuchowie. Michu się wybiegał za wszystkie czasy, ja się wymęczyłam, ale grunt, że rodzinka była zadowolona z naszej obecności :) Z Głuchowa przywiozłam dwa filmiki (bardzo króciutkie, więc bez obaw ;)). Pierwszy to Misiek z psem i nieudany buziak, a drugi to jak nasze dziecię robi porządki w piaskownicy.

Dzisiaj, zwyczajowo, bo to przecież niedziela, pojechaliśmy rodzinnie do Kudowy na tradycyjne lody i spacer. Misiek się nachodził, my za nim też, generalnie ubaw po pachy. Kupiliśmy mu rano na Bielanach taką kaczkę na kiju do pchania. Śmiesznie z nią wyglądał, bo jeszcze nie czaił do końca, że ma ją pchać, więc nią stukał w podłoże i wyglądało to trochę, jak nordic walking po Miśkowemu. Może zamiast kaczki trzeba było mu kijki kupić? ;) Oczywiście filmik też mamy z tego:

A zdjęcia z Kudowy to są tutaj, jakby kto pytał, szukał i chciał obejrzeć.

Harry Potter i inne nowinki

Harry Potter i Książę Półkrwi od trzech dni gości na ekranach kinowych w Polsce. Czekałam na tę ekranizację od długiego czasu, zwłaszcza, że ta część nakręcona była dużo wcześniej, tylko zwlekano z premierą. No i cóż. Wybrałam się wczoraj wieczorem do kina, nastawiona na wartką akcję i porcję adrenaliny (jak przy Czarze Ognia co najmniej) i zonk lekki! Kurde, po raz pierwszy muszę zgodzić się z recenzjami, które przed obejrzeniem filmu przeczytałam choćby w Wyborczej. Faktycznie – film rozczarował. Uwaga skupiała się więcej na miłostkach uczniów Hogwartu niż na walce z Voldemortem i tworzeniu ruchu oporu walczącego z maskującym wszystko Ministerstwem Magii. Nie pamiętam już za bardzo książki, czytałam ją dawno, ale kurde, ludzie, to jest przedostatnia część serii, Voldemort rośnie w siłę, więc czemu zrobiono z tego film obyczajowy zamiast mrocznego trillera? Jakoś tak to wszystko się rozmyło. Ech… No cóż, i tak przyznać muszę, że mi się film podobał, mimo pewnego rozczarowania. Efekty specjalne na szczęście jak zwykle wymiatały, choć chyba nie mogłoby być już inaczej. W końcu film miał ogromny budżet do wykorzystania, i z części na część efekciarstwo i grafika były coraz lepsze. No ale żeby z tego M jak Miłość zrobić?… Buuuu!

Cóż ponadto? Wczoraj zrobiliśmy sobie wycieczkę krajoznawczą po Górach Sowich. Pojechaliśmy rano do Kudowy, ale ponieważ lało, więc ograniczyliśmy się tylko do przejechania przez miasto, podjechania do marketu w czeskim Nachodzie (po słodycze i kilka fajnych zabawek dla Miśka, które można tam kupić za 3/4 ceny polskiej) i stwierdziliśmy, że w związku z tym pojeździmy sobie po okolicy. Tak więc z Kudowy do Karłowa pod Szczeliniec, dalej przez Radków, Kłodzko i w Ząbkowicach skręciliśmy na Srebrną Górę. Tam wspinaczka niemal pod samą twierdzę i zjazd w stronę Bielawy, dalej Dzierżoniów i Wrocław. No i szczęki nam opadały na widok Gór Sowich. Mamy je w zasięgu ręki, godzinkę od domu, bo okolice Bielawy przecież. Górki śliczne, wcale nie niskie, a takie przez nas niedocenione. Mamy postanowienie gorące, że trzeba nadrobić zaległości i zamiast jeździć po Szczawnicach i innych odległych górach, wybrać się w Góry Sowie na wycieczkę. Mam nadzieję, że uda się nam to zrealizować.

Z Miśkiem zazwyczaj ok. Wczoraj spadł z tapczanu i nabił sobie wielkiego guza na czole, ale to akurat nie pierwszyzna ;) Poza tym rozchodził się totalnie, w wózku siedzieć nie chce za bardzo, wszędzie go nosi. Rozwija też swoją pasję związaną z sygnalizacją świetlną. Wydrukowałam mu ostatnio 3 obrazki ze światłami, zalaminowałam i teraz je ciągle ogląda i powoli zaczyna łapać który kolor jak się nazywa. W dodatku jak bierze je do samochodu, to jak stoimy na światłach, to potrafi na swoim obrazku pokazać jakie światło akurat się świeci. Mała rzecz, a jak nas cieszy! :)

Do okularów już się chyba przyzwyczaiłam. Na początku było ciężko, ale teraz to już nawet nie zwracam uwagi, że je mam.

Tyle na razie. Nic więcej nie przychodzi mi do głowy.

Wakacje magistra

No to jestem już magistrem, jak część z Was pewnie wie. Nie było ciężko, rzekłabym wręcz, że było przyjemnie :) Pytania dostałam proste – jedno o charakterystykę fotografii analogowej i fotografii cyfrowej (i małe porównanie) a drugie o metody i techniki, które wykorzystałam podczas badań. No i ogólnie o wynik badań i o moją opinię na ten temat. Profesorowie byli świetni. Zresztą, nie mogę słowa złego powiedzieć na mojego promotora (prof. Wacław Strykowski), bo przez cały proces pisania pracy był bardzo pomocny i wszystko poszło jak po maśle :) Zresztą, muszę przyznać przed samą sobą, że jestem zadowolona z napisanej pracy. Nawet lekko dumna :) Temat na początku mi nie bardzo „leżał”, ale w końcu załapałam, no i poszło. Całkiem przyjemnie mi się to czytało po zakończeniu. Nawet Mariusz stwierdził, że kawał dobrej roboty wykonałam. A swoją drogą, w kierunku Małżonka wielkie ukłony ślę nieustannie, bo tak mi na koniec pięknie pracę sformatował, że sama bym tak nie umiała.

Cóż, trochę mnie ta praca kosztowała. Pisać się nie dało inaczej jak tylko wieczorami lub w południe przez 1,5h gdy Michu spał (gdzieś między praniem, gotowaniem i innym sprzątaniem), bo z Michem to by nie wyszło. Badania na szczęście udało się przeprowadzić w pobliskiej podstawówce, piękne kolorowe wykresy i tabelki (być może szczyt żenady, ale punkty dodatkowe za to były ;)), na koniec format ze strony Mariusza i… i jeszcze trzeba było dokupić drukarkę kolorową, bo w naszej się atrament skończył i stwierdziliśmy, że taniej będzie kupić nową niż do starej komplet tonerów kupować. Drukarkę kupiłam wówczas w Szczecinie, bo we Wrocławiu bym nie zdążyła… Wspomnieć warto w tym miejscu, że obecnie w naszym domu na trzech domowników (z czego jeden niepełnoletni i nie korzystający ze sprzętu jak należy) przypadają cztery działające drukarki (dwie atramentowe, kolorowe, z możliwością druku zdjęć, jedna laserowa czarno-biała i jedna stricte fotograficzna – ta, którą kupiłam na pieniądze wygrane na warsztatach foto) oraz cztery komputery: dwa laptopy (jeden działający standardowo a drugi traktowany jako serwer czy coś tam) i dwa stacjonarne. Nikt mi nie wmówi, że to jest normalne… ;)
Wracając do magisterki – napisałam, wydrukowałam, oprawiłam, wysłałam promotorowi – zaakceptował (bez żadnej poprawki), obroniłam i po wszystkim. Nic, tylko prace magisterskie pisać ;) Ale czas już był najwyższy, bo mi to na sumieniu leżało. A tak już jest z głowy. Zresztą, i tak jestem z siebie dumna, że tak szybko mi poszło, spodziewałam się, że będę się dopiero we wrześniu bronić.

Zaraz po obronie, prosto z Poznania, pojechaliśmy rodzinnie do Szczecina (w sumie to pod Szczecin, do Przecławia) na kilka dni wypoczynku. Nasi Przecławianie mazurzą się na Mazurach, więc skorzystaliśmy z ich wolnej chaty. Po przyjeździe Misiek trochę szukał psa, ale potem przywykł, że pieskowi też się należą wakacje. Z pogodą nie bardzo utrafiliśmy. Trochę padało, a jak nie padało to był zimno i szaro. No ale i tak pojechaliśmy dwa razy nad morze (raz do Międzyzdrojów – mróz, raz do Międzywodzia – upał), no i trochę pochodziliśmy po Szczecinie. Największą frajdę miał Misiek, bo wszędzie niemal puszczaliśmy go „luzem”, więc mógł sobie pochodzić do woli. Nie lubi już wózka nasze dziecko :) Chodzi coraz lepiej, ładniej, pewniej. Nogi (zwłaszcza lewą) jeszcze koślawi fatalnie, no ale nie wszystko się da naprawić. Mam nadzieję, że jak nie teraz, to gdy Michu będzie trochę bardziej „kumaty”, to ćwiczeniami się da stopę choć trochę wyprostować.

Misiek zaliczył bliskie spotkanie z Bałtykiem. Radość była wielka, zwłaszcza, gdy go niespodziewanie fale podmywały i zalewały. Próbował zawrzeć też kilka plażowych znajomości (jako dziecię nad wyraz społeczne), ale spotykał się z rykliwym lub strachliwym oddźwiękiem ze strony rówieśników. Muszą dorosnąć, jak widać ;)
Misiek po plaży chciał chodzić sam, co też czynił skwapliwie, poza momentami, gdy nogi go zaczynały boleć i się piernik nauczył podchodzić do nas, wtulać w nogi, patrząc ufnie i czule w oczy i jęczeć w stylu: „na ręce! błagam, na ręce!!!”. No i cóż było robić… :)
Ogólnie rzecz biorąc Misiek nad morzem rządzi. Super :)

Jednego popołudnia wybraliśmy się do parku Kasprowicza na spacerek i Misiek po raz pierwszy przejechał się na kucyku. Konik bardzo mu się na początku podobał, potem już trochę mu się znudziło, ale mam nadzieję, że w przyszłości będzie chętnie na koniu siadał. Generalnie Michu wysiedział na kucyku 3/4 kółka, i pani powiedziała, że jak na pierwszy raz i na to, że Michu ma półtora roku dopiero to i tak dużo. Cóż, Misiek to już ma w sumie 19 miesięcy, ale dla tej pani to chyba nie ma znaczenia, więc nie tłumaczyłam :)

Urlopowanie skończyliśmy wczoraj. Misiek szczęśliwy wrócił do domu. To niesamowite, jak widać po nim radochę, że może położyć się spać we własnym pokoiku i własnym łóżeczku. To znaczy, że czuje się tu dobrze i bezpiecznie. Chyba o to nam chodziło :)

Przed wyjazdem magistersko-urlopowym byłam u okulisty, bo od jakiegoś czasu często bolały mnie oczy. Okazało się, że mam lekki astygmatyzm i konieczne są okulary. Nie narzekam, bo ja jestem z tego typu, co zawsze chciał bryle nosić, więc cóż. Dziś wybraliśmy oprawki, do końca tygodnia mają być gotowe całe okularki. Kiedyś się pewnie pochwalę jakimś zdjęciem w okularach.

Półtora tygodnia temu w niedzielę byliśmy w Kudowie. My to jednak lubimy ten kiczowaty klimat. Postanowiliśmy, że w sierpniu postaramy się pojechać tam na weekend – tak niesamowicie odprężająco działa na nas tamtejszy park. Jak niemieccy emeryci. Możemy tak się szlajać po tym parczku, Michu ma pełno miejsca do pieszych wędrówek (kilometry robi niezłe, mimo że w sumie wokół jednego klombu ;)). Nic, tylko wypoczywać :) No i dodatkową zaletą parku w Kudowie jest kawiarnia Sissi, gdzie podają pyszne desery lodowe, przeróżne kawy i ciasta w cenach o wiele przyjemniejszych niż wrocławskie :) Kilka fotek z Kudowy jest tutaj. No a zdjęcia ze Szczecina – tutaj.

Cóż jeszcze? Tyle chyba na razie. I tak już sporo napisałam. Do następnego razu!

A jednak nie. Na koniec fragment lingwistyczno-logopedyczny ;) Z Miśkiem daje się już czasem nieźle porozumieć. Co prawda w większości przypadków i tak się raczej trzeba domyślać, ale oto, co Michu potrafi już powiedzieć:

mama – „mama” :)
tata – „tata”
baba – „babcia”
ale też „żaba” (w sumie, to głównie „żaba”)
koko„kurka” tudzież jest to odpowiedź na pytanie „jak robi kurka?”
cieci, sieci, siesi„świeci” – jest to w sumie pierwsze słowo złożone z dwóch różnych sylab, które wymawia nasze dziecko. Najczęściej jest używane w przypadku wszelkiego rodzaju lamp w domu, samochodzie no i najczęściej w odniesieniu do sygnalizacji świetlnej na ulicach, którą to Misiek uwielbia wręcz obserwować. Czasem coś podobnego wypowiada w przypadku, gdy widzi pieska lub kotka, jednak mniej wyraźnie i nie da się tego, póki co, jakoś sklasyfikować i ograniczyć czymś tak prostym jak literki ;)
No, to teraz już mogę spokojnie pójść spać. Obowiązek wypełniony :)

Kudowa i Bolków

Ostatnie dwa weekendy mieliśmy wyjazdowe. Tydzień temu byliśmy w Kudowie. Upał był nie z tej ziemi, więc zaraz po lodach w mojej ulubionej Sissi, poszliśmy na podbój parku zdrojowego (w celu znalezienia godnego miejsca do odpoczynku). No i tak sobie chodzimy i chodzimy, aż dotarliśmy do stawu na końcu parku. Wokół spacerują ludzie, trawka nad stawem świeżo skoszona, zacieniona… Tylko jakoś nikt na tej trawie nie leży. No więc my, jak to my, przeszliśmy się obok owej trawy dwa razy i postanowiliśmy przełamać bariery i na niej zlec. Rozłożyliśmy kocyk, położyliśmy na nim Miśka (przeszczęśliwego, bo pierwszy raz w życiu miał tak bliski kontakt z trawą) i rozpoczęliśmy leniuchowanie :) Zabawa była przednia. Udało nam się nawet trochę pograć w badmintona (następnego dnia tylko Mariusza ręka bolała od machania). Ale najlepsze było to, że jak ludzie koło nas przechodzili, to najpierw bacznie nas obserwowali (no bo widać tam nie ma zwyczaju wylegiwania się na tej przyciętej trawie), po czym patrzymy za jakiś czas na trawę obok, a tu kolejni się przysiadają :) Nie ma to jak łamać bariery :)

Z Kudowy pojechaliśmy jeszcze na zakupy do Nachodu (oczywiście lentilkowo-piwne), a potem do zamku na Szczytniku. Sam zamek nie jest dostępny dla zwiedzających (bo mieści się tam dom pomocy społecznej), ale warto tam podjechać z dwóch powodów – bardzo przyjemnej kaplicy zamkowej (można ją obejrzeć) oraz platformy widokowej.

No a wczoraj umówiliśmy się z Moniką i Bartkiem, i ruszyliśmy do Bolkowa. W końcu udało nam się zwiedzić ten zamek, bo już kilka razy koło niego przejeżdżaliśmy i jakoś nie było okazji wstąpić. A jest bardzo ładny. I bardzo malownicze widoczki można z niego obejrzeć.

Namierzyliśmy też miejsce naszego przyszłorocznego urlopu – Paprotki. Obecnie trzy tygodnie spędzają tam Monika i Bartek, i są bardzo zadowoleni. Bo tam jest ślicznie. No i jest to świetna baza wypadowa na całe południe Dolnego Śląska. Wypas :)

Byliśmy na wizycie u dr Kwapisz w Promyku Słońca. Krzywizna Misia zmniejsza się, ale jeszcze trzeba ćwiczyć. Doktor zaleciła nam dodatkowo nową terapię – czaszkowo-krzyżową. Też będziemy chodzić na nią do Promyka, raz w tygodniu. Ćwiczenia robi tylko terapeuta, w domu nie trzeba. Niestety wizyty nie są refundowane. Ale jak trzeba, to trzeba.

Poza tym, jeśli chodzi o Miśka, to zasypianie samodzielne weszło nam już w nawyk. On czasem jeszcze protestuje (bezskutecznie zresztą). Ale my się już chyba trochę uodporniliśmy na te jego „jęki z Białołęki”. Zresztą, jak się czasem do niego wchodzi, to widać, że te płacze, to wymuszanie czyjegoś towarzystwa. Bo jak się nachylamy nad łóżeczkiem, to się zaczyna śmiać. A jak tylko odchodzimy, to wyje. Cały Misiek.
Ponadto coraz wyżej wspiera się na dłoniach. Może w końcu uda mu się unieść tyłek i raczkować…
Z gaworzeniem też coraz lepiej. Nasze dziecko popisuje się ostatnio nienaganną dykcją w wymawianiu „a-ba-ba-ba-ba”. Szkoda tylko, że robi to najczęściej w środku nocy. A my, durni rodzice, nie potrafimy wtedy jakoś docenić tych starań ;)

W ubiegłym tygodniu byłam na trzy dni w Głuchowie. Oczywiście razem z Mikołajem. To były bardzo intensywne dni. Ale udało mi się prawie wszystko pozałatwiać – oczywiście do ślubu. Kupiłam suknię. Ale jaką, to nie powiem – kto będzie, to zobaczy. A kto nie będzie, to najwyżej później na zdjęciach obejrzy :) Trochę trzeba ją poprzerabiać, ale pani w sklepie powiedziała, że spokojnie zdążą przed 23 sierpnia. W czwartek jadę do pierwszej przymiarki. A dzisiaj buty jeszcze dokupiłam. Tak więc jakoś powolutku się wszystko posuwa do przodu. Mam już też umówioną kosmetyczkę i fryzjerkę oraz zamówiony bukiet. Jeszcze tylko muszę się umówić tutaj u fryzjera, żeby mi włosy pofarbował i podciął.

Tyle na dziś. W piątek jedziemy do Pragi na trzy dni. Już nie mogę się doczekać. Kolejny wpis pewnie będzie po powrocie. :)

A-ha! Utworzyliśmy w galerii nowy album – Landszafty ładne i ładniejsze. To po to, żeby się pochwalić nowym obiektywem szerokokątnym. Żartuję :) Nie, to dlatego, że ostatnio coraz więcej ładnych widoczków przywozimy do domu i postanowiliśmy stworzyć dla nich nową kategorię. Więc zaglądajcie tam czasem, proszę :)

Pół roku za nami!

Nie wiem, czy uwierzycie, ale Misiek jest już z nami pół roku! Szok po prostu, jak to szybko zleciało. Zmienia się niemalże z dnia na dzień i z dnia na dzień coraz mocniej się nim cieszymy. Bo, kurczę, powiedzieć należy, że super synka mamy :) Stwierdzamy to w prawdzie każdego dnia, ale w końcu trzeba to oficjalnie ogłosić :)

Miśkowi, jako, że stuknęło mu dziś sześć miesięcy, wyszedł w końcu czwarty ząb. Trzeci (dla niezorientowanych) wyszedł jakieś dwa tygodnie temu. Teraz więc ma nasze dziecię prawdziwe pole do popisu jeśli chodzi o rozgryzanie tajemnic różnych przedmiotów. I moich sutków przy okazji też.
Do prawdziwych osiągnięć ostatnich dni należy też dodać przewracanie się z pleców na brzuch. Jeszcze nie do końca Misio radzi sobie z ręką, na której się kładzie, ale jest już coraz lepiej. Myślę, że wkrótce będzie kulał się też z brzucha na plecy. Nie wiem, kto go wtedy opanuje :) Już teraz urządza sobie niezłą zabawę przy karmieniu – leżymy sobie razem z Misiem na kanapie i ten co chwilę puszcza cyca, kula się na brzuch (z dziką radością na twarzy i równie dzikimi okrzykami), następnie ja go kulam na plecy, na to Miś kula się na bok i z powrotem do cycka. I tak kilkanaście razy w ciągu karmienia. Wesoło mamy :)

Miś rozwija się językowo. Co prawda nie gaworzy jeszcze za wyraźnie, ale widać, że próbuje podejmować dialog z nami. Rozmowa zazwyczaj zaczyna się od zaczepnego „Yyyyy!” (oczywiście za strony Miśka ;) ). I postępuje dalej w tym samym charakterze. My gadamy, a misiek yyy-czy. Fajne to :) Muszę tu jeszcze coś skorygować. Bo w sumie to nasze dziecko nie gada. On po prostu się drze. Na palcach jednej ręki można policzyć momenty, kiedy Misiek powie coś ściszonym głosem. Zazwyczaj jest to tak głośne, że z zewnątrz brzmi z pewnością jakbyśmy się nad nim znęcali ;) Przyznam, że nam czasem w uszach dzwoni od tego gadania ;)

Od ostatniego mojego pisania w galerii pojawiło się trochę nowych zdjęć. Ze dwa razy zrobiłam Miśkowi zdjęcia pseudostudyjne w domu. No i oczywiście są jeszcze ciepłe zdjęcia z dzisiaj. Tak więc chętnych zapraszam.

Muszę tu jeszcze wyrzucić z siebie pewien żal. Otóż w weekend z Bożym Ciałem w tle wybraliśmy się na wycieczkę krajoznawczą po Dolnym Śląsku. Pojechaliśmy do Strzelina (kicha!!!). potem do opactwa cysterskiego w Henrykowie (miejsce przepiękne, szkoda tylko, że był tego dnia zlot tzw.henrykusów – absolwentów szkoły rolniczej, która mieści się opactwie – bo był oczywiście tłum) i w Kamieńcu Ząbkowickim. W Kamieńcu mieści się również pocysterski kompleks oraz zamek. Zamek, który kiedyś wypatrzyliśmy z drogi nr 8, wracając z Kudowy.Robił bardzo dobre wrażenie (zwłaszcza, że Kamieniec od drogi nr 8 jest oddalony o kilka kilometrów, a zamek i tak było widać) i pomyślałam sobie, że fajnie byłoby go kiedyś pojechać zwiedzić. No i pojechaliśmy. W przewodniku przeczytaliśmy, że część zamku jest, owszem, w ruinie, ale że część jest też zaanektowana jako restauracja i hotel. No więc wyobraziliśmy sobie coś w stylu zamku w Gniewie, Chojnika, tudzież czegoś podobnego. Wjechaliśmy więc do Kamieńca i pierwsze, co Mariuszowi rzuciło się w oczy, to to, że nigdzie nie ma oznaczeń jak dojść do zamku. No ale pomyśleliśmy sobie, że może po prostu miasto kiepsko o to zadbało. W końcu spytałam pani ze sklepu o drogę. Dotarliśmy dość szybko, choć było co iść z Miśkiem w wózku pod górę. no ale żyliśmy nadzieją, że po dotarciu do zamku napijemy się czegoś w tamtejszej knajpce, tudzież może nawet zjemy obiad. Trochę dziwne wydało mi się, że droga do zamku strasznie zaniedbana, no ale jakoś to sobie wytłumaczyłam.
Wreszcie dotarliśmy na górę. I myśleliśmy, że nas szlag trafi. Zresztą, ja do dzisiaj na samą myśl o tym wkurzam się na nowo. Wejście na dziedziniec zamkowy ogrodzone wysoką bramą. brama zamknięta, a za bramą kilkanaście szczekających psów. Spotkaliśmy jakiegoś tubylca, który wyjaśnił, że zamek jest zamknięty, że czasem otwierają, ale rzadko. podeszliśmy jeszcze kawałek pod górkę i tu w ogóle żenada – ruiny jakichś murów ze szczelinami w dół o głębokości kilku metrów zupełnie nie oznaczone… Szkoda gadać. Wkurzeni postanowiliśmy wracać. W drodze powrotnej podeszłam jeszcze po schodach, które chyba służyły kiedyś jako wejście główne na zamek. I sami zobaczcie, co tam znalazłam:

Zostawiam to bez komentarza.

Po powrocie do domu znalazłam w sieci informacje, że zamek jest w tej chwili dzierżawiony i że są jakieś konflikty między dzierżawcą a miastem, które jest właścicielem zamku. I że zamek jest zrujnowany, hotel dostępny rzadko, psy, które tam rezydują są głodzone i że w ogóle koszmar. Szkoda gadać. A przecież to wizytówka tego miasta. Widać, że przyciąga turystów, bo mnóstwo ludzi spotkaliśmy po drodze. Tylko niesmak w człowieku się budzi…

Z innej beczki. Trwa właśnie mecz Polska-Niemcy. Oczywiście strzelili już nam gola. I pewnie na tym pozostanie, albo strzelą nam jeszcze jednego. Ale co tam. Piłkarzy mamy jakich mamy. Za to cieszyć się możemy, że Kubica był dziś pierwszy w Grand Prix Kanady. Gratulujemy!!!

Na koniec mała informacja, która rozzłości mojego męża. Ale co w końcu, kurczę blade. Skoro coś umieszcza w Internecie, to chyba ze świadomością, że ktoś to przeczyta. Otóż mąż mój „popisuje” sobie cichcem. Odkryłam to niedawno. Na razie niewiele tego jest, ale wierzę, że się rozwinie. Bo fajnie się to czyta. :) Tu macie linka.

Weekend „u wód” cz.4

Mam nadzieję, że to już ostatni odcinek opowieści o Kudowie ;)

W niedzielę po śniadanku zabraliśmy swoje „rupiecie” i ruszyliśmy dalej. Nie mieliśmy sprecyzowanego planu gdzie pojechać. Zaczęliśmy od wytyczenia sobie kierunku na Duszniki. Tam w szybkim tempie zaliczyliśmy Muzeum Papiernictwa, po czym udaliśmy się na spacerek do parku zdrojowego. Zresztą, widać to poniżej – udało nam się złapać wolną ławkę przy fontannie zwanej kolorową (podobno wieczorami o którejś tam godzinie jest jakoś tam kolorowo podświetlona):

fontanna

Duszniki okazały się w ogóle kurortem na skalę międzynarodową, bo spotkaliśmy tam nawet samego Tinkiego-Winkiego, który przyjechał chyba uspokoić skołatane przez panią Sowińską nerwy. Oczywiście towarzyszyła mu torebeczka ;) Dla kamuflażu nałożył ciemne okulary, ale nie daliśmy się oszukać ;)

Tinky-Winky

Z Dusznik ruszyliśmy do Karłowa. Nie mogliśmy się zdecydować, czy wchodzimy na Szczeliniec czy też może uderzamy bezpośrednio w Błędne Skały, w końcu stanęło na Szczelińcu. Zawsze wydawało mi się, że znam w miarę tę górkę (byłam tam raz lub dwa za czasów szkolnych) ale okazało się, że tkwię w błędzie. Owszem, na Szczeliniec wchodziłam kiedyś, ale nie dotarłam nigdy do Piekiełka i dalszych tarasów widokowych. A było warto! No więc wdrapaliśmy się po niezliczonych schodach na szczyt, po czym po herbatce w schronisku ruszyliśmy dalej podziwiać urokliwe miejsca tej górki.

górka

Największe wrażenie wywarło na mnie owe Piekiełko. Trochę się bałam tam schodzić, strasznie wąskie przejście było i dość ciemno. W dodatku przy wejściu wisiała kartka: Uwaga, żmije zygzakowate. Ale jakoś udało mi się przeżyć i nie spotkać żadnego wężyska wstrętnego :)

Trzeba przyznać, że nieźle daliśmy sobie w kość. Do dzisiaj bolą nas mięśnie – staruszki dwa :) Ale było warto, bo odpoczęliśmy wyjątkowo dobrze :) Mariusz to się nawet tak rozluźnił, że w drodze powrotnej, gdy przejeżdżaliśmy przez Przerzeczyn, nie zmniejszył prędkości. A za zakrętem stał groźny pan policjant z radarem! Ja oczywiście pana policjanta nie zauważyłam tak od razu. Zdziwiło mnie tylko dość nagłe hamowanie, jakie wykonał Mariusz. Kątem oka zdążyłam dostrzec człowieczka w mundurze z wyciągniętą w naszą stronę ręką i grożącym Mariuszowi palcem. Ufff…i jeszcze raz się udało. Muszę dodać, że do końca naszej podróży Misiek prowadził nader przepisowo :)

Weekend „u wód” cz.3

Matko, ale mi się telenowela brazylijska zrobiła. A jeszcze niedziela jest do opisania! Co tam, przecież nie zmuszam Was do czytania, niech czyta kto chce :)

Wracając do sobotniego poszukiwania miejsca obiadowego w Kudowie…Jak już wspomniałam nie było to takie proste. Większość kudowskich emerytów ma chyba posiłki wykupione w całości w swoich pensjonatach, w związku z czym trudno znaleźć jest jakąś dobrą , odrębną restauracyję w centrum. Więc tak sobie szukamy, szukamy i nagle wpada nam w oko napis: Restauracja Piekełko. Menu wypisane na zewnątrz brzmi w miarę sensownie, więc wchodzimy. Na dzień dobry minęliśmy korytarz z czerwono-niebieskich plastikowych paneli na ścianach – wypas ;) Zeszliśmy na dół, a tam powitała nas sala dancingowa rodem z PRLu :) No niby elementy wyposażenia były współczesne, ale… Można było poczuć się jak na wczasach z kombinatu. Obruski na stołach plamoodporne starodawne, aluminiowe serwetniki, no i obowiązkowo sztuczne kwiatki w wazonikach! Stoliki ustawione pod oknem, bo reszta sali najwyraźniej służyła potańcówkom, które – jak wyczytał Misiek – zaczynały się codziennie o 18.30. Pewnie do „białego rana” ;)

W menu znaleźć można było przede wszystkim zestawy obiadowe typu: frytki, schabowy, surówka. Tudzież: frytki, mielony, surówka. Była też możliwość stworzenia sobie własnego zestawu, ale bez szaleństw. W końcu się zdecydowaliśmy – Misiek na jakieś polędwiczki, ja na schaboszczaka. Do tego frytki i surówka z białej kapusty. Zamówienie przyjął pan Leszek, postać niezwykle ciekawa, albowiem wyglądał jak jeden z piekiełkowo-dancingowych eksponatów restauracji :) Pan Leszek, nieco przy kości, ubrany w czarne spodnie na kancik, czarną koszulę (włożoną w te spodnie, rzecz jasna), czarne mokasynki, wybitnie lubował się w męskiej biżuterii typu złoty łańcuch na szyi, złoty łańcuch na dłoni, złoty pierścień na palcu… Dałabym głowę, że miał tez białe skarpetki, ale niestety nie widziałam dokładnie :) Jednak przyznać trzeba, że pan Leszek był bardzo miłym panem Leszkiem. Ale wyglądał groteskowo :) Do tego wszystkiego w holu wstawili automat do gier, więc ów pan Leszek cały czas poświęcał na przepuszczanie w nim kasy z napiwków. W związku z tym co jakiś czas można było usłyszeć z kuchni lub naszej sali głos pewnej pani, która nieustannie wzywała go do spełnienia swoich obowiązków, typu: „Leeeszeeek! obiad!”, „Leeeszeeek! rachunek!” itd. Sama miałam ochotę tak krzyknąć ;)

Jakby tam nie było, trzeba przyznać, że jadło było znośne, poza surówką. Ta bowiem okazała się wielką niezjadliwą klapą. Trudno nawet opisać jej smak, bo ona go raczej nie miała. No może poza zjełczałym olejem, bo tyle to można było poczuć.
Generalnie rzecz biorąc to my chyba naprawdę głodni byliśmy, bo spośród kilku grup ludzi zapędzających się do Piekiełka tylko my coś zamówiliśmy. Pozostali wchodzili, rzucali okiem na salę i wychodzili. Może wiedzieli czym tu pachnie… ;)

Poszukiwanie obiadku tak nas wymęczyło, że poszliśmy do naszego hoteliku na drzemkę. Misiek tradycyjnie ledwo przyłożył głowę do poduchy i zaczął miarowo chrapać. Wkrótce poszłam w jego ślady, ale bez chrapania ;)

Wieczorkiem przeszliśmy się jeszcze do parku na pyszną kawę i lody. To znaczy od tego się zaczęło, bo w kawiarni było tak przyjemnie, że nie chciało nam się wychodzić. Wciągnęliśmy potem jeszcze po pysznym ciachu, a co niektórzy wypili nawet piwko :)

Zresztą, błogostan na gębie Miśka został uwieczniony :)

lodzik

Weekend „u wód” cz.2

Sobotę w Kudowie rozpoczęliśmy pysznym śniadaniem :) Trzeba dodać, że wyspaliśmy się przedtem znakomicie. Po jedzonku ruszyliśmy „na miasto”. Przeszliśmy wszerz i wzdłuż park zdrojowy, poszliśmy do pijalni, gdzie Misiek popił śmierdzących wód zdrojowych, posiedzieliśmy po emerycku na parkowej ławeczce… W dodatku mieliśmy takiego lenia, że nie chciało nam się z tej ławeczki ruszyć. Nawet czytać nie byliśmy w stanie, chociaż mieliśmy w plecaku książki. Leniwce dwa :) Za to owoce prawie wszystkie zjedliśmy, które zabraliśmy ze sobą.

Jak już wreszcie ruszyliśmy nasze dupiny to udało nam się wdrapać na coś, co nazywa się Góra Parkowa. Dla tych, co byli kiedyś w Kudowie, a nie wiedzą, o czym mówię, tłumaczę: to ta górka, która „szczytuje” ;) nad parkiem zdrojowym. Jedna tam chyba tylko taka jest,więc nie można się raczej pomylić :)

Co do tej górki, to nie jest ona pewnie zbyt wysoka, ale za to baaaardzo spacerowa. Robiliśmy po niej jakieś dziwne pętle, nawet nie sądziłam, że tyle można po niej łazić :) Z górki dotarliśmy do asfaltowej drogi, na której udało nam się przeżyć całą masę przygód ;) No i Mariusz zrobił parę fajnych fotek. Jedno ze zdjęć przypłacił niemalże pożarciem przez nieokrzesaną bandę dzikich mrówek. Bo chciał biedak uwiecznić przyrodę polską w postaci pola ze zbożem. Pech chciał, że mrówki wpadły na podobny pomysł i postanowiły w tym malowniczym zakątku wybudować sobie chatę. No i przypadkiem nogą w ich kuchni (lub salonie) znalazł się Mariusz. Na szczęście mrówki nie są zbyt pamiętliwe i nie goniły go zbyt długo ;)

Na owej drodze znaleźliśmy też boczne wejście do Nieba. Nie trzeba mieć żadnej wejściówki. Wystarczy tylko wdrapać się na małą górkę, przeskoczyć płotek i już…

Niebo

A tu kawałek sesji zdjęciowej z brzuszkiem. Żeby nam później Mikołaj nie wypominał, że nie ma go na żadnym zdjęciu z Kudowy ;)

Mikołajek i mama

Tak się z tej górki rozpędziliśmy, że trafiliśmy pod Kaplicę Czaszek. Ale nie wchodziliśmy do niej, bo po pierwsze obydwoje już kiedyś w niej byliśmy, a po drugie, nie budziła jakoś entuzjazmu myśl o oglądaniu w to miłe przedpołudnie kupy czyichś kości, nie uwłaczając ;) Dalej więc spacerkiem wzdłuż granicy, z powrotem do parku i w poszukiwaniu jakiejś przyzwoitej knajpy z obiadkiem. A znalezienie takowej okazało się w Kudowie nietrywialne. Ale o tym może w następnej części…

I jeszcze taki mały landszafcik z drogi górkowej:

obrazek

Weekend „u wód” cz.1

Taki dziś koszmarny upał, że się skupić nie mogę, by coś napisać. Ale spróbuję chociaż troszkę.
W piątek ubiegły pojechaliśmy do Kudowy Zdroju. Zarezerwowaliśmy wcześniej miejsca noclegowe, więc tak do końca w ciemno nie jechaliśmy. Do miasta dotarliśmy jakoś w okolicach 18.30 chyba. Ale nie pamiętam dokładnie. Wiem tylko, że gdy poszliśmy na spacer to tak „chybcikiem” bo Mariusz się na mecz siatkówki o 20.00 spieszył :)
W piątek to za wiele nie chodziliśmy. Wskoczyliśmy do parku zdrojowego, przysiedliśmy w jakiejś knajpce na ruskich pierogach, zrobiliśmy małe zakupy w sklepiku i wróciliśmy do pensjonatu. No bo mecz się zaczynał…
Co do pensjonatu to nosił nazwę Villa Antica i rzeczywiście spełnił nasze oczekiwania. Mariusz tak bardzo chciał się do czegoś w nim doczepić, a jak się okazało, nie miał do czego :) I całe szczęście, bo to ja go znalazłam i rezerwowałam miejsce, więc gdyby coś nie grało, byłoby na mnie ;) A tak mieliśmy bardzo ładny pokoik z dużym wygodnym wyrkiem, z łazieneczką, od ogrodu,więc zaciszny. Na czystość nie mogliśmy narzekać. Podobnie jak i na jedzonko (mieliśmy wykupione śniadania). Naprawdę super :)
Co nas bardzo rozśmieszyło pierwszego dnia to fakt, że podczas spaceru mało kto był młodszy od nas. Sami emeryci na kuracji :) I my wśród nich, też jak emeryci. No, ja to może nie do końca, ale Mariusz czemu nie… Hehehe, zaraz się na mnie oburzy, że go starym dziadkiem mianowałam, ale obydwoje dobrze wiemy,jak bardzo był mu potrzebny wyjazd w tak spokojne, rozluźniające miejsce. Przynajmniej nikt nie przeszkadzał mu w odpoczynku.
Poniżej na zdjęciu Misiek mój kochany :) Minka ciekawa. Do indywidualnej interpretacji bądź oficjalnego komentarza Czytelnika. Bohater obrazka stwierdził, że to bardzo złośliwa fota. Złośliwa – że niby złośliwie ją tu umieszczam. Ależ skądże znowu. Po prostu sama natura! ;)

Misiek