Poród – 8 grudnia 2007

No i mały Misiek jest już z nami. Ale wszystko po kolei…

Na porodówkę poszłam około 9 rano. Standardowo podłączyli mi ktg i po krótkim czasie dostałam kroplówkę. Opiekowała się mną tego dnia pani Mariola – położna, znajoma pani Joli. Pani Jola prosiła ją, by się mną zajęła i by mi pomogła urodzić naturalnie. Kroplówka leciała o wiele szybciej niż w środę – ciekawe, jakim problemem było podkręcić ją już wtedy… Skurcze zaczęły mnie brać dość szybko. I nawet dość porządne. Bolało w cholerę. W międzyczasie badała mnie lekarka z porodówki i pani Mariola. Zaczynało się robić jakieś rozwarcie. Najpierw na jeden palec, potem na dwa… Powoli zaczynałam mieć nadzieję, że się w końcu uda. Oksytocyna dawała czadu. Wkrótce zaczęły się skurcze krzyżowe. Co tu dużo pisać – jak któraś z Was rodziła, to wie, o czym mówię i jak to może boleć… Położna przyniosła mi piłkę, żeby sobie na niej posiedzieć, pomasować krocze – żeby trochę ból złagodzić. Rzeczywiście pomagało – na piłce odnalazłam jedyną pozycję, w której dało się znieść skurcze.

Około wpół do czwartej kolejny raz zbadała mnie pani Mariola. Okazało się, że pęcherz płodowy jest już bardzo napięty, więc go przebiła. Odeszły mi wody – okazało się, że miały już seledynowy kolor. Wtedy położna stwierdziła, że jakby na to nie spojrzeć, dzisiaj na pewno urodzę. I że mogę już zadzwonić po Mariusza.

Misiek przyjechał bardzo szybko. Wolę nie wiedzieć, jak wyglądała ta jego podróż do szpitala ;) Wpuścili go do mnie na salę, mimo że leżałam w boksie do porodów ogólnych, bo obok nikt inny nie rodził. No a sale do rodzinnego były akurat zajęte. Siedzieliśmy więc sobie za parawanikiem, ja na piłce, Mariusz na niewygodnym krześle. Po jakimś czasie poszliśmy pod prysznic, trochę ulżyło, ale nie za bardzo.

Po badaniu lekarka stwierdziła, że dam radę urodzić sama, że macica podjęła czynność, mimo że odłączyli już kroplówkę. Ucieszyliśmy się bardzo. Wizja cesarki oddaliła się.

O 20.00 znowu zostałam zbadana – rozwarcie było już na 3 palce (6 cm). Położna ponownie wysłała mnie pod prysznic i potem miałam mieć podłączone ktg. W międzyczasie przenieśliśmy się na salę do porodu rodzinnego. Misiek mógł tam wreszcie jakoś normalnie usiąść, bo na fotelu. Ja większość czasu klęczałam przy łóżku na kolanach, bo tak było najwygodniej – piłka już nie dawała rady. Dostałam wtedy też jakąś kroplówkę przeciwbólową. Ale nie poskutkowała.

Około 21.30 przyszła pani Mariola i ponownie mnie zbadała. Okazało się, że rozwarcie się nie powiększa. Zawołała lekarkę. Okazało się, że akcja porodowa stanęła w miejscu. I rzeczywiście – nawet skurcze stawały się rzadsze i słabsze. Pani doktor zadecydowała, że trzeba w trybie pilnym zakończyć poród przez cesarskie cięcie. Zrobiło mi się bardzo przykro. Bo wierzyłam, że uda się tego uniknąć. Do tego strasznie bałam się tej operacji, znieczulenia. No ale nie było już innego wyjścia. Prosiłam tylko Mariusza, żeby zaraz po porodzie wziął Mikołaja na ręce, by do niego mówił, by przy nim był. Bo po porodzie naturalnym dziecko od razu wędruje w ramiona mamy i taty. A po cesarce sama nie wiedziałam kiedy go zobaczę po raz pierwszy. A nie chciałam, żeby sam leżał w wózeczku gdzieś na sali.

Do operacji przygotowali mnie bardzo szybko. Znieczulenie w kręgosłup podziałało od razu, tak jak powinno. Bardzo się go bałam, ale dało się przeżyć. Potem rozłożyli mnie na stole, przegrodzili parawanem, bym nic nie widziała, no i zaczęło się. W międzyczasie zaczęło mi bardzo spadać ciśnienie. Anestezjolog bardzo się zdenerwowała. A mi się robiło słabo i ciemno przed oczami. Słyszałam tylko, jak anestezjolog wyzywała kogoś z porodówki, że kolejny raz przyprowadzili wygłodzoną i odwodnioną prawie pacjentkę, że mogli mi dać chociaż glukozę albo sól fizjologiczną. No ale po kilku minutach zaczęło mi rosnąć ciśnienie i dochodziłam do siebie.

Nie wiem jak długo to wszystko trwało. W pewnym momencie usłyszałam tylko jakiś pisk. Dowiedziałam się wtedy, że doktor wyjął już główkę i za chwilę pójdzie reszta. I rzeczywiście – po kilku chwilach usłyszałam płacz dziecka i się popłakałam. To był pierwszy objaw dla mnie, że z Mikołajem jest ok. Lekarz zaczął mnie zszywać, a w tym czasie Misiaczek powędrował już do kącika noworodka na wszystkie badania. Po paru minutach przyszła położna i powiedziała, że mały dostał 10 punktów w skali Apgar. I że ma widoczne cechy przenoszenia (i niech mnie w d…e pocałują wszyscy ci, którzy mi wpierali, że źle termin obliczyliśmy!!!). Trochę się tym zdenerwowałam, ale okazało się, że to nic groźnego.

Jak już mnie pozszywali to zawołali Mariusza, żeby mnie pomógł przenieść na łóżko. I wywieźli mnie do dyżurki, żeby jeszcze trochę poobserwować.

I wtedy przynieśli mi Mikołajka. Co prawda leżałam plackiem i nie mogłam się ruszać, ale lekarka położyła mi go na piersiach i pomogła przystawić, by mały troszkę possał. I udało mu się! Chwilę musiał poćwiczyć, ale wreszcie zassał! A mi łzy płynęły ze szczęścia, że mamy zdrowe dziecko. Mariusz cały czas był przy nas. I też jakoś nic nie mówił… Chyba też ze wzruszenia :)

misiek

Potem przewieźli mnie na oddział położniczy na salę pooperacyjną. Byłam tam sama przez całą noc. Ale nie za bardzo mogłam pospać. Gdy przestało działać znieczulenie to rana tak mnie zaczęła boleć, że myślałam, że nie wytrzymam. Miałam podłączoną kroplówkę ze środkami przeciwbólowymi, ale zaczęła działać dopiero o 3.30 w nocy, a ja na pooperacyjnej leżałam od około północy. Przeszło zupełnie dopiero nad ranem. Zresztą – „zupełnie” to złe określenie. Bo szycie bolało cały czas. Ale już nie byłam tak bardzo obolała.

Rano, mimo że jeszcze nie mogłam wstawać, położna przywiozła mi Mikołajka i położyła obok mnie na łóżku. Mały spał. Potem go zabrali na obchód, a w międzyczasie przyjechał Mariusz. No i kazali mi też wstawać. To była kolejna masakra, bo zupełnie nie miałam siły, a bolało jak cholera. No ale jakoś się udało i mogłam już przenieść się do zwykłej sali. Poszłam pod prysznic, przyprowadziliśmy z Mariuszem Mikołaja i tak nam mijała niedziela – pierwszy dzień życia naszego synka.

Reszty pobytu w szpitalu nie będę już opisywać. Najważniejsze już za nami – poród. A reszta zleciała szybko na szczęście i w ubiegłą środę wypisali nas już do domu.

Jedno wiem na pewno – jeśli będę rodzić drugie dziecko, to na pewno nie we Wrocławiu. Jakoś mam awersję do tutejszej służby zdrowia. Mariusz też. Życie…

Zdjęcia naszej Pociechy są oczywiście do obejrzenia w galerii. Zapraszam!

Szpital cz.6 – 6.12.2007

Minął jeden dzień z kroplówką, minął drugi po kroplówce i nic… Wczoraj mnie około 11 podłączyli, ale po przebadaniu (jeszcze przed kroplówką) lekarz stwierdził, że raczej nic z tego dzisiaj nie będzie, bo nie ma żadnego rozwarcia. Czyli kiepsko. Bardzo to przeżyłam, szczerze mówiąc. Chciało mi się płakać. Chyba za bardzo się nastawiłam na to, że tego dnia urodzę. Skurcze przyszły, ale nic poza tym – normalna reakcja na oksytocynę. Biedny mój Misiek naczekał się niepotrzebni pod drzwiami, nastresował. Przyjechał o 12.00 i cały czas czekał. Około 14.30 pozwolili mi wyjść na korytarz do Mariusza. I tak siedzieliśmy sobie razem, ja co 20-30 minut szłam na ktg posłuchać serduszka, a Misiek czekał. W końcu około 15.30 odłączyli mi kroplówkę, zrobili ktg i kazali przyjść za 15 minut. Miałam zostać zbadana przez lekarza i mieli powtórzyć ktg. Zgłosiłam się po tych 15 minutach, ale ponieważ zrobił się zamieszanie na porodówce, to lekarz najzwyczajniej w świecie mnie olał i odesłał na oddział. Ekstra po prostu. Wieczorem o 21 zrobili mi ktg. Coś tam się na linii skurczów rysowało, no ale do dzisiejszego ranka przeszło.

W ogóle to wczorajszy dzień był straszny. Byłam nim wykończona psychicznie i emocjonalnie. Płakałam już z tej bezsilności i ze zmęczenia. Mariusz nie wiedział już, co ze mną robić. Gdy siedzieliśmy na korytarzu podszedł do nas ordynator (chyba widział, że byłam zapłakana) i próbował jakoś pocieszyć i uspokoić, że to, że jest to ciąża przeterminowana nie oznacza, że jest przenoszona itd. Bardzo nam pomógł, szczerze mówiąc. Taki zwykły, ludzki odruch. Bardzo tego brakuje w tym szpitalu. Na tym oddziale. Ja wiem, że tak naprawdę nie mam na co narzekać. Cała ciąża poszła doskonale. Mamy w brzuchu zdrowego malucha, nic się z nim złego nadal nie dzieje. Ale po pierwsze dla mnie stresem jest to, że to już dwa tygodnie po terminie, a ten nasz zdrowy maluch się nie rodzi. Po drugie, cały czas słucham tu o różnych patologicznych przypadkach. O porodach po terminie, o kleszczach, o zielonych wodach płodowych, o cesarkach i o tysiącu jeszcze innych rzeczy strasznych lub mniej strasznych. I okazuje się, że jestem w stanie słuchać tego tylko do pewnego momentu. Niestety, ten moment został już dawno przekroczony i w tej chwili jestem tym po prostu wykończona. Wolałabym się wypisać na żądanie i czekać na poród w domu, jeśli tylko na czekaniu miałby polegać mój dalszy pobyt tutaj. Bo dostaję już na głowę. A jeszcze kolejną rzeczą, która mnie rozbraja jest to, że trzeba ciągle za wszystkimi chodzić, by się czegoś dowiedzieć. No i to wymieszanie pacjentek z patologii z dziewczynami z położniczego. Masakra. Humanitarne to to nie jest.

Dziś rano na obchodzie dowiedziałam sie tylko, że będę miała zrobione usg (o ile się uda załatwić, bo to oddziałowe jest od tygodnia zepsute). No i dalej to lekarka stwierdziła, że nie wie, co ze mną zrobić. Spytała tylko położnej, czy mam wszystkie badania do cesarki zrobione. Ekstra – pomyślałam sobie. Zdaję sobie sprawę, że nie można wykluczyć cesarki, ale, kurde, chciałabym usłyszeć to od jakiegoś lekarza osobiście, a nie podsłuchując rozmowę z położną.

Usg wyszło ok. Kolejna osoba stwierdziła, że na pewno coś skopaliśmy przy obliczaniu terminu. Bo ciąża nie wygląda na przenoszoną. No to, kurde, trzeba się chyba z tego cieszyć, nie?! Denerwuje mnie robienie ze mnie głupka, który nie potrafi liczyć. Po pierwsze dlatego, że wszystkie wcześniejsze cykle miałam zanotowane. Po drugie dlatego, że wiem, kiedy miałam ostatnią miesiączkę. I wiem to na 200%, to nie jest trudne. Po trzecie to lekarz mi obliczył termin. A po czwarte, z badań usg to data – lub jej kilkudniowe okolice – potwierdziła się. Czasem była różnica 2-4 dni, ale nic poza tym. No ale cóż… Ja jestem tylko pacjentem i na niczym się nie znam. Nawet na własnym okresie.

Po południu przyszła lekarka i powiedziała, że w sobotę znów pójdę na kroplówkę. I tyle. Zobaczymy, co się będzie dalej działo. Może coś się ruszy. Mam wrażenie, że od wczoraj odchodzi mi czop śluzowy, ale nie wiem, czy to na pewno jest to. I brzuch mi się strasznie napina. Ale wszyscy ciągle mówią, że jest strasznie wysoko jeszcze. Czy zawsze wszystkie kobiety przed porodem mają nisko brzuch? Może zdarzają się jakieś małe wyjątki?

Uspokoiłam się o tyle, że dają mi jeszcze szanse na naturalny poród. Że nie od razu każą kłaść się pod nóż. Ja wiem, że jak będzie trzeba, to się zgodzę na cesarkę, ale jeśli się uda po tej kroplówce, to będzie to spełnienie moich marzeń.

A Mikołaj dziś nie daje mi spokoju. Wieczorem tak się rozbrykał, że szczerze przyznam, momentami mam już dość i chętnie bym mu oddała ;) Kopie mnie tak mocno, że wyję z bólu. Mały złośliwiec…

Szpital cz.5 – 4.12.2007

Cóż.. Mama nie ma dziś prezentu imieninowego w postaci wnuka. Ale mam nadzieję, że będzie go miała jutro. Dziś pani doktor zapisała mnie na kroplówkę naskurczową na jutro. Zrobili mi ekg, badania krzepliwości, no i teoretycznie mogłabym już pójść. Pytałam położnej czy mam jeść jutro śniadanie. „Pani chce jutro jeść czy rodzić?!” usłyszałam w odpowiedzi. Mam więc nie jeść śniadania, no i dzisiaj też już się nie obżerać za bardzo. Bo na porodówkę mam iść z samego rana. Co prawda może się coś poprzesuwać, ale mam nadzieję, że wszystko się uda załatwić w miarę wcześnie. No i że będzie wolna sala do porodu rodzinnego. I że urodzę naturalnie o własnych siłach. Chyba całą noc będę się w tej intencji modlić.

Myśli mi się kłębią w głowie tak, że nie mogę się skupić, co pisać najpierw. Już się nie mogę doczekać jutra. Ale też trochę się boję. I cieszę się. Boją się, że coś pójdzie nie tak, że kroplówka nie podziała… I cieszę się, że to już jutro.
Szkoda, że będzie pani Joli na dyżurze.

Był Mariusz, pojechał niedawno. Też – biedactwo moje kochane – zestresowany, Chyba bardziej, niż ja. Nie dziwię mu się.

Cały dzisiejszy dzień dłużył mi się niesłychanie. No bo rano powiedzieli, że jutro kroplówka i potem, poza kilkuminutowym ekg i ktg, nic się nie działo. Myślałam, że zwariuję. Dobrze, że chociaż Misiek przyjechał i mi te dwie godziny z nim uciekły szybciutko. Trochę za szybciutko. Ale za to do rana już jakoś przetrwam. Poczytam jeszcze, pospaceruję może. Pójdę pod prysznic. Około 10-11 spać i jakoś doczekam.

Szpital cz.4 – 3.12.2007

Poniedziałkowe popołudnie w szpitalu. Rano przyszła pani Jola. Powiedziała, że pogada z lekarzem. Potem był nawet całkiem normalny obchód. Lekarka kazała się zgłosić do zabiegówki. Tam mnie zbadała, stwierdziła, że jest ok i że szyjka krótka, gotowa do porodu. Położna powiedziała, bym za chwilę się zgłosiła, to zrobią mi lewatywę i wyślą na porodówkę na test oct. Jak się dowiedziałam, to ten test to po prostu kroplówka z oksytocyny. Powoli zwiększają dawką i sprawdzają na ktg reakcję serca dziecka. Jak będzie prawidłowa, to odeślą na oddział i będą dalej decydować, co robić, a jak nieprawidłowa, to może być różnie – od wywołania po cesarkę. I tyle.
Poszłam więc na tę porodówkę. Położyli mnie na wyrku za parawanem. Podłączyli ktg i dali kroplówkę. W międzyczasie przyszła pani Jola, pogadała z lekarzem z porodówki i z położną, i powiedziała, że jestem z jej szkoły rodzenia. Nie wiem, czy to zasługa tych słów, czy po prostu tamten personel jest inny, ale opieka od razu była bardziej odczuwalna. Doktor zaglądał bardzo często. Przychodziła też położna. Na koniec gdy już mnie odłączyli jeszcze raz przyszła tamta położna pogadać ze mną. Powiedziała, że próba wyszła dobrze. Pytałam o badania wód. Powiedziała, że można wykluczyć zzielenienie wód z niedotlenienia, bo z ktg widać, że mały jest dotleniony. A jeśli idzie o smółkę, to powinno wyjść na usg. No ale usg mi nie zrobią, bo od tygodnia jest zepsuta głowica. Wypas. W ogóle to lekarz z porodówki się dziwił, że nikt nie wysłał mnie na test oct do nich już w piątek, skoro tu już od wtedy leżę. Kolejny wypas.

No i teraz leżę u siebie na sali i czekam. Albo na skurcze, albo na jakąś decyzję. Może tu jeszcze pani Jola wpadnie, to się spytam, może ona coś będzie wiedzieć na co mam się nastawić. Poza tym jestem strasznie śpiąca i zmęczona.

Szpital cz.1 – 30.11.2007

Ale masakra. Jak sobie myślę, że mam opisać cały dzisiejszy dzień tutaj, to zbiera mi się na śmiech.

Poranna wizyta w poradni patologii ciąży nie wniosła do naszego życia nic poza skierowaniem do przyjęcia na oddział patologii ciąży. Lekarz, który mnie tam przyjął, to jakiś dziwak był, delikatnie mówiąc. O dziwo zbadał mnie (bo we wtorek jakoś chyba nie widział potrzeby), ale nic nie powiedział. Pokręcił się po gabinecie (ja cały czas grzecznie siedziałam na krzesełku) i stwierdził, że muszą mnie przyjąć na oddział, mimo że nie ma miejsc.

Poszliśmy z Mariuszem do rejestracji (bo od tego momentu zaczęła się szpitalna biurokracja). Tam pani wypisała jakieś papierki, z którymi odesłała mnie na izbę przyjęć. Na izbie przyjęć kazano mi się przebrać w koszulę i znowu wypełniali jakieś dokumenty. Z tą różnicą, że zmierzyli mi dodatkowo temperaturę i dali do podpisania jakiś kwit, że zgadzam się na to, że w razie śmierci moją dokumentację przekażą Mariuszowi. Ciekawe, czy ciało też by mu przekazali ;)

Potem z panią z izby przyjęć pojechaliśmy na oddział. Tam wylądowałam na dyżurce u położnej, która wypełniała kolejne papierzyska. I zmierzyła mi ciśnienie. Zrobiła też wywiad dotyczący alergii i innych pierdoł (ważnych z punktu widzenia medycyny). Po papierach położnej przyszedł czas na spotkanie ze stażystą, który też robił ze mną jakiś wywiad i zapełniał kolejne arkusze. Szczegół, że sporo pytań powtarzało się z tymi, które zadawała położna. Może sprawdzali moją prawdomówność – czy się nie plączę w zeznaniach ;)

W końcu dostałam łóżko. Ale tylko na chwilę, bo zabrali mnie na ktg. Czy zapis był dobry, tego się nie dowiedziałam, mimo iż spytałam. „Wszystkie wyniki ogląda lekarz” usłyszałam. I tyle.

W tym czasie Misiek pilnował mi łóżka. Jak przyszłam, to już nawet miałam pościel założoną. Ale nie było czym się zachwycać – pościel (głównie prześcieradło, ale nie tylko) jest podarta w trzy dupy. Nie wiem też w jakie słowa ubrać stan stolika nocnego, bo słowo złom wydaje się być zbyt delikatne. Jedzenia nie komentuję, bo to osobny rozdział. W końcu ja dość wybredna jestem, a może innym smakuje. W każdym razie jutro Misiek ma dowieźć mi kanapki, bo po kiepskim obiedzie i chlebie z masłem na kolację czuję pewien niedosyt. I herbatę w termosie mi obiecał, bo tu nie ma czajnika, żeby sobie zaparzyć.

Co do samego oddziału, to rzec można przede wszystkim, że jest przepełniony i zapuszczony. Rozbrajają mnie ubikacje, w których nie można się zamknąć od środka. Chyba będę mieć przez to mega-zatwardzenie, bo nie mogę się tu skupić.

W sali leżę z 2 babkami. Jesteśmy wymieszane – jedna leży z noworodkiem, a my dwie jesteśmy „patologiczne”. Ale na towarzystwo to akurat nie mogę narzekać, bo obydwie są sympatyczne.

Żeby dopełnić lekko „montypythonowską”wizją szpitala dodać warto, że położna prosiła, by Mariusz przywiózł mi jutro termometr, bo mają za mało.

Ech… Nawet się na to wszytko nie denerwuję, bo i tak nic się nie da przecież z tym zrobić. Miśka tylko szlag trafia. Ja to mam wisielczy humor raczej. Chociaż nie – to jest głupawka. Wszystko mnie rozśmiesza na razie. Ciekawe jak długo. Mam nadzieję, że nie będę tu wiekować. Mógłby się wreszcie mały zdeklarować. Bo poznałam tu dziewczynę, która jest już 2 tygodnie po terminie i ciągle chodzi. Oby mnie to nie spotkało…

Macico leniwa Ty!

Ciągle nic. Wczoraj Mydłowski stwierdził, że macica leniwa, bo nawet małego skurczu nie można na ktg wyłapać. No ale w sumie to jeszcze nie w terminie… Chociaż przecież już mógłby się rodzić.
Z badań wynika, że wszystko jest w porządku. Na usg lekarz mierzył obwód brzuszka, żeby mniej więcej oszacować wagę małego. No i ma teraz około 3200-3500g. Czyli taki w sam raz do nie za ciężkiego rodzenia :) Ułożony też jest prawidłowo – pępowiną nie był wczoraj owinięty wokół szyjki, ale to się może zmienić w każdej chwili – w zależności od harców. Nogi ma długie (ciekawe, czy zgrabne… jak po mnie, to nie bardzo ;)). Przepływy przez tętnice mózgowe też są ok. Czyli wszystko w normie. Dzisiaj rano byłam jeszcze na badaniach krwi i siuśków. No i Mydłoś powiedział, że jak do poniedziałku mały się nie ruszy z rodzeniem, to po południu mam wpaść na ktg i do niego – wypisze mi skierowanie do szpitala celem wywołania porodu. Ja mam nadzieję, że nie trzeba będzie wywoływać. Bo to w sumie dopiero kilka dni po terminie będzie. Ale taka decyzja to już do lekarza w szpitalu należy. Najwyżej mnie odeśle do domu. Albo zostawi na oddziale. Bo trochę się boję, że coś pójdzie nie tak. Nie boję się porodu naturalnego. Raczej się martwię tym, że coś może iść nie tak, że trzeba będzie wywoływać albo coś… No ale Misiek mnie uspokaja cały czas, że przecież nic się złego na razie nie dzieje, że przecież termin jest dopiero na jutro i że w sumie to w każdej chwili Mikołaj może zacząć się rodzić. Mam nadzieję. Może się urodzi do poniedziałku :) Trzymajcie kciuki! W końcu jestem zdrowa baba ze wsi – nic, tylko dzieci rodzić – więc musi być ok :)

Dużo się działo ostatnio…

Weekend spędziliśmy w Zachełmiu. Bo Mariusza firma miała tam zjazd integracyjny. Miejsce bardzo przyjemne, hotelik również a ludzie bardzo sympatyczni. Choć nie sposób zapamiętać wszystkich – było około 50 osób, o ile mam dobre informacje :)

W sobotę, po przyjeździe, wybraliśmy się większą ekipą do zamku Chojnik. To około 45 minut drogi od naszego hotelu. Co prawda Mariuszowi i mnie zajęło to więcej czasu (bo były momenty, że musiał mnie kulać pod górkę ;) ), ale – koniec końców – daliśmy radę.

Wieczorkiem było ognisko, ale nie za długo przy nim posiedziałam. Zwinęłam się o wpół do ósmej – byłam wykończona po tej popołudniowej wyprawie. Mikołaj za to dostał jakiejś hiperaktywności tej nocy. Tak mocno kopał, że momentami miałam już dość. Do tego zaczęły mi się skurcze. I tak siedziałam do trzeciej w nocy, nie mogąc zasnąć. Poczekałam na Miśka, który z chłopakami siedział na dole, i po jego powrocie udało mi się zasnąć. Rano powtórka z rozrywki – mały dalej kopał i trwał dalszy ciąg skurczów. Ale spokojnie – nie było to takie straszne, jak sie z opisu wydaje :) Tyle, że męczące.

Po śniadaniu ruszyliśmy z Miśkiem na spacerek. Zrobiliśmy kilka fotek, bo udało nam się namierzyć dwie grupy „fingowiczów”, którzy brali udział w grach i zabawach integracyjnych. Potem zjedliśmy obiadek i pojechalim do domu :)

We wtorek mieliśmy gości. Albo raczej – dwie gościówy ;) Bo Olga i Dominika przyjechały. Co prawda strasznie krótko były, zaledwie parę godzin, ale i tak super, że im się chciało jechać taki kawał drogi z Poznania. Udało nam się nawet wyskoczyć na godzinkę do parku południowego. Mam stamtąd parę zdjęć, do obejrzenia w galerii, jak zawsze :)

Dzisiaj rano pojechałam do Mediconceptu na ktg. Badanie wyszło dobrze. Pytałam się położnej o te skurcze (dzisiaj też miałam), orzekła, że to normalne w końcówce ciąży. Bo to już 36 tydzień. Powiedziałam też o bólach w podbrzuszu, pojawiających się zwłaszcza wtedy, jak dużo chodzę. Stwierdziła, że to tez normalne – mały szuka „ujścia” powoli, wciska się w szyjkę macicy i stąd ten ból. Czyli wszystko ok. nic, tylko czekać na pierwsze oznaki porodu :)

Zapomniałam napisać, ze poniedziałek byłam u fryzjera. Chyba wreszcie znalazłam salon, który mnie zadowolił. Poza tym trafiłam na fryzjera-faceta. Jakoś bardziej odpowiada mi, gdy obcina mnie mężczyzna, a nie kobieta. Super by było w ogóle, gdyby ten facet był gejem. Nie jest, niestety, ale nie wymagajmy zbyt wiele :) Z tego, co mówił, ma żonę. Ale i tak się cieszę, że udało mi się w końcu kogoś takiego znaleźć. Faceci w tym fachu jakoś lepiej potrafią dobrać fryzurę.

Co do naszych przygotowań porodowo-połogowych, to mamy już wszystko. W ubiegły piątek kupiliśmy stanik do karmienia, w poniedziałek wygodne klapki, a dzisiaj wkładki laktacyjne. W sumie to już całość. Mogę rodzić :)
Pokoik tez już skończony, przygotowany dla Maluszka. Łóżeczko ubrane, wszystko poukładane w szafach i na półkach… Może już tu Mikołajek zamieszkać :)

No i tyle. Trochę mnie przeziębienie chwyciło. Chyba się od Miśka zaraziłam. Ale ja nie przechodzę tak ciężko jak on. Mariusz cały czas jeszcze kaszle i nie za dobrze się czuje. Dobrze, że chociaż gorączki nie ma, i że ogólnie zmierza ku lepszemu :)

Coraz bliżej…

Po dzisiejszej wizycie w Mediconcepcie postanowiliśmy spakować torby do szpitala. Generalnie wszystko jest ok, a w szczegółach… Cóż, rozwarcie na 1 centymetr. Na razie to nic poważnego, ale Mydłowski stwierdził, że maluszkowi się najwidoczniej śpieszy. Powiedział też, że nawet jeśli się wcześniej urodzi, to jest już tak duży, że spokojnie sobie da radę. Następną wizytę mam za dwa tygodnie – wtedy Mydłoś ma powypisywać wszystkie skierowania na ostatnie przedporodowe badania no i będziemy czekać… Coś czuję, że do terminu nie dotrwamy… Na szczęście mamy już całą wyprawkę. Do „torby mamy” do szpitala brakuje nam jeszcze klapków, stanika do karmienia i wkładek laktacyjnych, poza tym reszta skompletowana. Trzeba to tylko spakować, no i mieć w pogotowiu. Aczkolwiek mam nadzieję, że aż tak wcześnie się nie urodzi, mógłby trochę poczekać nasz Mikołajek z tym pchaniem się na świat :) Choć prawdą jest, że nie możemy się obydwoje doczekać. My, tzn Mariusz i ja, oczywiście, bo Mikołaj jak na razie nie potrafi wyrazić swego zdania.
Byłam też na ktg, wynik prawidłowy. Za tydzień mam się zgłosić znowu.

Cóż poza tym… Misiek jest chory, leży w łóżeczku od kilku dni i zdycha. No, w sumie to już nie zdycha, bo mu się trochę polepsza po antybiotykach. Nie zmienia to jednak faktu, że nudzi mu się strasznie. Wczoraj kupiłam mu puzzle. Zajął się nimi na dobre :) Przynajmniej nie spędza tyle czasu przy komputerze, co do tej pory.

Jeszcze z 6 tygodni :)

Wczoraj zaliczyłam kolejną wizytę w Mediconcepcie. Położna podłączyła mnie do ktg (dla nie wtajemniczonych – taka maszynka, która przez kilka minut bada rytm serca dzidziusia i sprawdza skurcze macicy). Okazało się, że wszystko ok. To już 32 tydzień ciąży – jeszcze z 6 tygodni i można zacząć rodzić :)
Co do badań lekarskich to dr Mydłowski powiedział wczoraj, że skróciła się szyjka macicy. Stwierdził, że to na razie nic groźnego, ale mam się „oszczędzać” i zacząć „chodzić dostojnie jak kobieta w ciąży” :) Generalnie mam nie dźwigać i dużo odpoczywać :) No, czyli tak, jak robię cały czas ;)

Żadnych nowych fotek Mikołaja nie mam, bo umówiliśmy się na poniedziałek na usg trójwymiarowe z zapisem na płytkę. Może się coś z tego uda pokazać w blogu. Ale nie wiem, tym się będzie musiał zająć Mariusz raczej, bo ja się nie znam.

Przedwczoraj udało mi się kupić fajny szlafrok – już z myślą o szpitalu. Piszę „udało mi się”, bo już od dawna się z Miśkiem rozglądaliśmy za czymś sensownym i albo były super drogie, albo tanie ale kiepskie jakościowo. A ten nie był zbyt drogi i do tego bardzo, bardzo milutki :) Mariusz, do mówienia do mnie „Miśku” dorzuca jeszcze „pluszowy”, bo szlafroczek pluszowy jest :)

We wtorek wybrałam się też sama do kina. Sama, bo seans był w godzinach wczesno-popołudniowych, a do tego film był z gatunku takich, których Mariusz nie lubi – do bólu romantyczny :) „Zakochana Jane” – taka biografia Jane Austen. Śliczny był, polecam wszystkim kobietkom :)

Ciągle szukamy wózka…. Masakra… Niby znaleźliśmy ideał, ale musimy go jeszcze gdzieś obejrzeć. Mam nadzieję, że uda się w przyszłym tygodniu.

A! Od soboty mamy ślicznie zawieszone półeczki w pokoju i pokoiku :) Udało nam się nawet poukładać wszystko na tych półeczkach i meblościance. Z mebelków zostało nam jeszcze kupienie półek na płyty cd, dywanik do pokoiku i lampki nocne. No i firanki z Puchatkiem :)

Wczoraj dostałam przedwczesne prezenty urodzinowe od Miśka :) Trzy super książeczki – „Język niemowląt” Tracy Hogg, „Sekrety mistrza fotografii cyfrowej” Scotta Kelby’ego oraz „Gringo wśród dzikich plemion” Wojciecha Cejrowskiego. Tę ostatnią zaczęłam już czytać – świetna :) Dziękuję :)

Na ostatnich zajęciach w szkole rodzenia mieliśmy „parcie markowane”. Każda z nas kładła się w pozycji jak do porodu, obok siadał małżonek, położna przy nogach i uczyłyśmy się przeć. Najpierw parę głębokich powolnych oddechów przeponowych jak podczas skurczu, po czym trzeba było nabrać powietrza, wstrzymać je i przeć. Oczywiście my nie parłyśmy na serio, bo nie wolno – jeszcze by któraś tam zaczęła rodzić. Ale chodziło o wyrobienie umiejętności oddychania podczas skurczu i parcia i o szybką zmianę powietrza w przeponie podczas skurczu. Trochę skomplikowanie to opisałam, ale mam nadzieję, że zrozumiecie. Jeśli nie – trudno :)
A jeśli chodzi i to parcie, to Misiek był ze mnie dumny, bo tak super mi poszło, że aż położna była zaskoczona i pochwaliła :) A to wszystko tak naprawdę dzięki Mariuszowi. Bo bardzo pomogło mi w tym nurkowanie, którego uczył mnie na basenie :) Ech… żeby tylko tak łatwo poszło przy porodzie :)

Jutro jedziemy do Szczecina na weekend. Już nie mogę się doczekać. A więc następny wpis w przyszłym tygodniu z relacją z wyjazdu :)

1300 gramów :)

Wczoraj odwiedziliśmy dra Mydłowskiego. Z badań wynika, że wszystko ok – zarówno z Mikołajkiem, jak i ze mną. Jedynie do okulisty muszę iść, bo ostatnio pojawiły się problemy z widzeniem. Jakieś mroczki mi się utrzymują przed oczami i generalnie wtedy nie widzę nic z lewej strony. A potem od razu głowa bardzo zaczyna boleć. Zobaczymy, co na to okulista. Umówiłam się na jutro na 18. Mydłowski powiedział, że jeśli okulista nic nie znajdzie, to w następnej kolejności trzeba wybrać się do neurologa.

Doktor zrobił oczywiście USG. I w związku z tym możecie sobie obejrzeć parę nowych fotek naszego Maleństwa :)

Oto krótki opis pierwszego zdjęcia (Wy macie trudniej w dopatrywaniu się ludzkich kształtów, bo na czarno-białych zdjęciach to kiepsko widać. My widzieliśmy to bardzo wyraźnie w kolorze na ekranie USG. Ale wierzę, że przy odrobinie dobrej woli sobie poradzicie :)) Tak więc tutaj mamy półprofil. Patrząc od lewej strony zdjęcia taka ciemniejsza plamka to prawe oczko. Bardziej ku środkowi obrazka i lekko w dół – to nosek, no a poniżej, jak się każdy potrafi sam domyślić – usta:

maluch1

Tu mamy bardzo ładny profil naszego Syneczka. Dla pewności – jego główka to lewa część teo zdjęcia. Z prawej jakieś bliżej nierozróżniane rzeczy typu pępowina itd. Nosek mały i zadarty (oby taki pozostał, a nie żeby odziedziczył po mamie ;)), cień oczodołu i lekki zarys usteczek. Podziwiajcie i zachwycajcie się :)

maluch2

No a na tym zdjęciu znów możecie przyjrzeć się klejnotom rodzinnym naszego Synka (odziedziczonym po tatusiu). To „V” to nóżki, a co pomiędzy nimi to sami możecie zobaczyć. W każdym razie dr Mydłowski stwierdził, że ewidentnie nasze dziecko to facet, bo łechtaczka takiej wielkości to już by było kalectwo ;)

wacek

No, to mam nadzieję, że wszystko już jasne :) Następną wizytę mamy za 3 tygodnie. Wtedy też chyba pójdziemy na ktg. Bo to już po 30 tygodniu będzie. A teraz kończy się 29.

Ogólnie rzecz biorąc Synek rośnie jak mały byczek. Waży 1300g (nooo, jest co dźwigać, a nikt jak zwykle nie docenia ;)), serduszko bije prawidłowo, reszta też rozwija się ok :) Mariusz śmieje się, że dostała mu się zdrowa baba ze wsi, więc nic, tylko dzieci rodzić :)

O jedno więcej zdjęcie Pacholęcia naszego macie w Galerii. Tam też są zresztą chyba nawet wyraźniejsze te obrazeczki. Zapraszam!