Poprzedni weekend spędziliśmy, jak to się mówi, w siodle. Korzystając z wolnej chaty Szczeciniaków (którzy akurat wylegiwali się w Egipcie), pojechaliśmy sobie właśnie do Szczecina na 3 dni. Wycieczka zaczęła się od przygody. Zamierzaliśmy jechać standardowo przez Niemcy (bo jest szybciej). Ale po przejechaniu kawałka autostrady utknęliśmy w korku. Udało nam się zjechać w Krzeptowie. Ponieważ nie wyglądało to za ciekawie (generalnie wszystkie samochody z autostrady uciekały na Krzeptów), postanowiliśmy bocznymi drogami dotrzeć do trasy na Zieloną Górę i jechać przez Polskę. Nie powiem, droga malownicza, ale w sumie to jechaliśmy 8 godzin. Masakra. Najpierw próbowaliśmy dostać się do jakiejś głównej drogi. To nie było trywialne. Jechaliśmy w ciemno, bo tych dróg nie było na naszej lipnej mapie. Oznaczeń i drogowskazów w podwrocławskich wioskach też jak na lekarstwo. GPS w domu na półce. No ale w końcu się udało.
Potem stanęliśmy na godzinę w korku pod Nową Solą. Budują tam obwodnicę i nieźle się czeka, mimo wahadłowego ruchu. Zastanawiam się tylko, jak długo się tam stoi w ciągu dnia, bo my byliśmy po 20.00, a kolejka na ogromna. Dodatkową atrakcją była burza, w środku której się znaleźliśmy. Największy luz miał Misiek, któremu ogromną radochę sprawiało to, że się błyska. No, ale koniec końców, o 1 w nocy byliśmy już (?) na miejscu.

Sobotę spędziliśmy w Szczecinie. Koło południa dotarliśmy do zamku Książąt Pomorskich, potem obiadek w Columbusie (o dziwo Misio dał nam się swobodnie najeść, cały czas brykał sobie w wózku). W drodze do domu wstąpiliśmy jeszcze na cmentarz przy ul.Ku Słońcu. To chyba drugi co do wielkości zabytkowy cmentarz w Europie. Piękny jest. Ja już tam kilka razy byłam, ale Mariusz odwiedził go po raz pierwszy i miejsce to zrobiło na nim ogromne wrażenie.

W niedzielę ruszyliśmy nad morze, do Międzyzdrojów. Pogoda była jednak nie za bardzo plażowa, więc tylko posiedzieliśmy na molo, zjedliśmy rybkę, pochodziliśmy po straganach i wróciliśmy pod wieczór do domu.

W poniedziałek przed południem zbieraliśmy się już w drogę powrotną. Tym razem przez Niemcy. Po drodze wstąpiliśmy do berlińskiego centrum handlowego A10. Już prawie kupiłam tam sukienkę na ślub. Ogólnie rzecz biorąc centrum to zrobiło na mnie niezłe wrażenie (jeśli chodzi o wielkość niektóych sklepów z odzieżą – w Polsce jeszcze takich dużych nie spotkałam). Poza tym ceny podobne (jeśli chodzi o ciuchy), ale o wiele większy wybór. Porównując towar w Orsay’u, to w naszych sklepach tej sieci nie ma większości rzeczy, które są w Niemczech. A szkoda. Podobnie się rzecz miała z ubraniami dla dzieci w H&M. Większy wybór i, ogólnie rzecz biorąc, ciekawsze. Kupiliśmy małe co nieco dla Miśka :)
Bardzo też nam się spodobał ogromny sklep z artykułami dla dzieci. Oczywiście również wybór większy niż u nas. Zabawek Chicco, jakie tam widzieliśmy, nie ma nawet w naszych polskich katalogach tej firmy.
Ogólnie rzecz biorąc, stwierdziliśmy, że następnym razem zrobimy tam małe zakupy.

Po wyjeździe z Berlina podjechaliśmy jeszcze pod Tropical Islands. Widać to już z autostrady, mimo że jest oddalone od niej o jakieś 5 km. I powiem Wam, że robi niesamowite wrażenie. Jak się widzi to z oddali z parkingu, to się wydaje, że ot, taka tam sobie konstrukcja. Ale im bliżej się podjeżdża, tym bardziej szczęka opada, że to taki kolos jest. Zdjęcie nie oddaje rzeczywistości. Jest zrobione z końca parkingu, który jest naprawdę ogromny. A kopuła… cóż, musicie sami pojechać i zobaczyć. My zamierzamy pojechać tam na cały dzień w grudniu, w Mariusza urodziny, żeby się wybyczyć na piaseczku :) Ciekawe, jakie wrażenie zrobi na nas wnętrze.

Co do Miśka, to wczoraj byliśmy u lekarza rehabilitacji. Ogólnie pani powiedziała, że jest ogromna poprawa, ale to jeszcze nie jest to, o co nam chodzi. Pracować trzeba z Miśkiem dalej, nadal cztery razy dziennie. Musimy tylko jutro poprosić o zmianę jednego ćwiczenia, bo się go już nie daje rady z małym robić. Ale w sumie to zmierzamy w dobrym kierunku.

Mikołaj od wczoraj zaczął (chyba już na dobre) gaworzyć. Do tej pory coś tam próbował gadać, ale nie tak typowo gaworząc. Do tego jak już zaczynał gaworzyć to tylko jak miał rączkę w buzi. Jak mu wyciągaliśmy rękę to przestawał gadać. A wczoraj nam się rozgadał na całego. Śmiesznie to brzmi. Czasem coś tam szepcze do zabawki, czasem na całe gardło gaworzy. Świetnie to brzmi :)

Od wczoraj też próbujemy uczyć Miśka samodzielnego zasypiania. To znaczy na razie bez cycka, ale w towarzystwie mamy lub taty. Wczoraj wył z tego powodu 1,5 godziny. A dzisiaj przed południem poszło szybko. Zobaczymy jak będzie wieczorem. Fajnie by było, gdyby się nauczył, bo nie byłby tak uzależniony w zasypianiu od mojej obecności. Miejmy nadzieję, że się uda :)

No i na koniec tradycyjne zaproszenie do galerii. Nowe zdjęcia są w dwóch albumach. Link do jednego jest tutaj, a do drugiego tutaj. Zapraszamy!