Poród – 8 grudnia 2007

No i mały Misiek jest już z nami. Ale wszystko po kolei…

Na porodówkę poszłam około 9 rano. Standardowo podłączyli mi ktg i po krótkim czasie dostałam kroplówkę. Opiekowała się mną tego dnia pani Mariola – położna, znajoma pani Joli. Pani Jola prosiła ją, by się mną zajęła i by mi pomogła urodzić naturalnie. Kroplówka leciała o wiele szybciej niż w środę – ciekawe, jakim problemem było podkręcić ją już wtedy… Skurcze zaczęły mnie brać dość szybko. I nawet dość porządne. Bolało w cholerę. W międzyczasie badała mnie lekarka z porodówki i pani Mariola. Zaczynało się robić jakieś rozwarcie. Najpierw na jeden palec, potem na dwa… Powoli zaczynałam mieć nadzieję, że się w końcu uda. Oksytocyna dawała czadu. Wkrótce zaczęły się skurcze krzyżowe. Co tu dużo pisać – jak któraś z Was rodziła, to wie, o czym mówię i jak to może boleć… Położna przyniosła mi piłkę, żeby sobie na niej posiedzieć, pomasować krocze – żeby trochę ból złagodzić. Rzeczywiście pomagało – na piłce odnalazłam jedyną pozycję, w której dało się znieść skurcze.

Około wpół do czwartej kolejny raz zbadała mnie pani Mariola. Okazało się, że pęcherz płodowy jest już bardzo napięty, więc go przebiła. Odeszły mi wody – okazało się, że miały już seledynowy kolor. Wtedy położna stwierdziła, że jakby na to nie spojrzeć, dzisiaj na pewno urodzę. I że mogę już zadzwonić po Mariusza.

Misiek przyjechał bardzo szybko. Wolę nie wiedzieć, jak wyglądała ta jego podróż do szpitala ;) Wpuścili go do mnie na salę, mimo że leżałam w boksie do porodów ogólnych, bo obok nikt inny nie rodził. No a sale do rodzinnego były akurat zajęte. Siedzieliśmy więc sobie za parawanikiem, ja na piłce, Mariusz na niewygodnym krześle. Po jakimś czasie poszliśmy pod prysznic, trochę ulżyło, ale nie za bardzo.

Po badaniu lekarka stwierdziła, że dam radę urodzić sama, że macica podjęła czynność, mimo że odłączyli już kroplówkę. Ucieszyliśmy się bardzo. Wizja cesarki oddaliła się.

O 20.00 znowu zostałam zbadana – rozwarcie było już na 3 palce (6 cm). Położna ponownie wysłała mnie pod prysznic i potem miałam mieć podłączone ktg. W międzyczasie przenieśliśmy się na salę do porodu rodzinnego. Misiek mógł tam wreszcie jakoś normalnie usiąść, bo na fotelu. Ja większość czasu klęczałam przy łóżku na kolanach, bo tak było najwygodniej – piłka już nie dawała rady. Dostałam wtedy też jakąś kroplówkę przeciwbólową. Ale nie poskutkowała.

Około 21.30 przyszła pani Mariola i ponownie mnie zbadała. Okazało się, że rozwarcie się nie powiększa. Zawołała lekarkę. Okazało się, że akcja porodowa stanęła w miejscu. I rzeczywiście – nawet skurcze stawały się rzadsze i słabsze. Pani doktor zadecydowała, że trzeba w trybie pilnym zakończyć poród przez cesarskie cięcie. Zrobiło mi się bardzo przykro. Bo wierzyłam, że uda się tego uniknąć. Do tego strasznie bałam się tej operacji, znieczulenia. No ale nie było już innego wyjścia. Prosiłam tylko Mariusza, żeby zaraz po porodzie wziął Mikołaja na ręce, by do niego mówił, by przy nim był. Bo po porodzie naturalnym dziecko od razu wędruje w ramiona mamy i taty. A po cesarce sama nie wiedziałam kiedy go zobaczę po raz pierwszy. A nie chciałam, żeby sam leżał w wózeczku gdzieś na sali.

Do operacji przygotowali mnie bardzo szybko. Znieczulenie w kręgosłup podziałało od razu, tak jak powinno. Bardzo się go bałam, ale dało się przeżyć. Potem rozłożyli mnie na stole, przegrodzili parawanem, bym nic nie widziała, no i zaczęło się. W międzyczasie zaczęło mi bardzo spadać ciśnienie. Anestezjolog bardzo się zdenerwowała. A mi się robiło słabo i ciemno przed oczami. Słyszałam tylko, jak anestezjolog wyzywała kogoś z porodówki, że kolejny raz przyprowadzili wygłodzoną i odwodnioną prawie pacjentkę, że mogli mi dać chociaż glukozę albo sól fizjologiczną. No ale po kilku minutach zaczęło mi rosnąć ciśnienie i dochodziłam do siebie.

Nie wiem jak długo to wszystko trwało. W pewnym momencie usłyszałam tylko jakiś pisk. Dowiedziałam się wtedy, że doktor wyjął już główkę i za chwilę pójdzie reszta. I rzeczywiście – po kilku chwilach usłyszałam płacz dziecka i się popłakałam. To był pierwszy objaw dla mnie, że z Mikołajem jest ok. Lekarz zaczął mnie zszywać, a w tym czasie Misiaczek powędrował już do kącika noworodka na wszystkie badania. Po paru minutach przyszła położna i powiedziała, że mały dostał 10 punktów w skali Apgar. I że ma widoczne cechy przenoszenia (i niech mnie w d…e pocałują wszyscy ci, którzy mi wpierali, że źle termin obliczyliśmy!!!). Trochę się tym zdenerwowałam, ale okazało się, że to nic groźnego.

Jak już mnie pozszywali to zawołali Mariusza, żeby mnie pomógł przenieść na łóżko. I wywieźli mnie do dyżurki, żeby jeszcze trochę poobserwować.

I wtedy przynieśli mi Mikołajka. Co prawda leżałam plackiem i nie mogłam się ruszać, ale lekarka położyła mi go na piersiach i pomogła przystawić, by mały troszkę possał. I udało mu się! Chwilę musiał poćwiczyć, ale wreszcie zassał! A mi łzy płynęły ze szczęścia, że mamy zdrowe dziecko. Mariusz cały czas był przy nas. I też jakoś nic nie mówił… Chyba też ze wzruszenia :)

misiek

Potem przewieźli mnie na oddział położniczy na salę pooperacyjną. Byłam tam sama przez całą noc. Ale nie za bardzo mogłam pospać. Gdy przestało działać znieczulenie to rana tak mnie zaczęła boleć, że myślałam, że nie wytrzymam. Miałam podłączoną kroplówkę ze środkami przeciwbólowymi, ale zaczęła działać dopiero o 3.30 w nocy, a ja na pooperacyjnej leżałam od około północy. Przeszło zupełnie dopiero nad ranem. Zresztą – „zupełnie” to złe określenie. Bo szycie bolało cały czas. Ale już nie byłam tak bardzo obolała.

Rano, mimo że jeszcze nie mogłam wstawać, położna przywiozła mi Mikołajka i położyła obok mnie na łóżku. Mały spał. Potem go zabrali na obchód, a w międzyczasie przyjechał Mariusz. No i kazali mi też wstawać. To była kolejna masakra, bo zupełnie nie miałam siły, a bolało jak cholera. No ale jakoś się udało i mogłam już przenieść się do zwykłej sali. Poszłam pod prysznic, przyprowadziliśmy z Mariuszem Mikołaja i tak nam mijała niedziela – pierwszy dzień życia naszego synka.

Reszty pobytu w szpitalu nie będę już opisywać. Najważniejsze już za nami – poród. A reszta zleciała szybko na szczęście i w ubiegłą środę wypisali nas już do domu.

Jedno wiem na pewno – jeśli będę rodzić drugie dziecko, to na pewno nie we Wrocławiu. Jakoś mam awersję do tutejszej służby zdrowia. Mariusz też. Życie…

Zdjęcia naszej Pociechy są oczywiście do obejrzenia w galerii. Zapraszam!

Szpital cz.7 – 7.12.2007

Dziś na obchodzie lekarka prowadząca stwierdziła, że się o mnie martwi, bo jej zdaniem za mało za nią chodzę, żeby się czegoś dowiedzieć. Suuuper. To znaczy, że niby co – mam okupować wejście do gabinetu, mimo że to i tak nic nie da? Jaki jest sens łażenia za tą kobietą, jeśli co chwilę jakiś inny lekarz czy położna cały czas mówią, że wszystko jest w porządku i że na pewno termin skopany. W każdym razie pani doktor powiedziała, że to usg wczorajsze nie jest tak do końca miarodajne. Dlaczego? Bo, owszem, pokazało przepływ pępowinowy, ale o wiele więcej powiedziałoby usg pozostałych przepływów. No a na przewiezienie mnie na takie usg do innego szpitala nie zgodził się dyrektor. Bo to za dużo kosztuje. Spytałam, czy nie mogłabym zrobić tego prywatnie na mieście. Usłyszałam, że nie, bo oni mi nie mają kogo polecić, a nie wiadomo co to za usg i czy osoba, która by mi je zrobiła jest na tyle kompetentna, że zrobi to dobrze. No i tyle na ten temat. Oczywiście takie usg jest na terenie szpitala, ale to jest to zepsute – a szpital nie będzie go naprawiał, bo nie ma pieniędzy. Słów brakuje… W każdym razie pani doktor powiedziała mi, że jeśli jutro się nie uda urodzić naturalnie po tej kroplówce, to w poniedziałek w trybie pilnym mam mieć cesarskie cięcie. Bo to już będzie 17 dni po terminie. I nie można dłużej czekać. Tak więc tym bardziej trzymam kciuki, żeby się udało. Nie chcę cesarki. Ale co zrobić – jak będzie trzeba, to trudno. Moje lęki tu nie są najważniejsze. Najważniejszy jest ten mały Misiek, który siedzi mi pod sercem i tak naprawdę, to nie wiadomo, jak się ma. Mam nadzieję, że dobrze…

Szpital cz.6 – 6.12.2007

Minął jeden dzień z kroplówką, minął drugi po kroplówce i nic… Wczoraj mnie około 11 podłączyli, ale po przebadaniu (jeszcze przed kroplówką) lekarz stwierdził, że raczej nic z tego dzisiaj nie będzie, bo nie ma żadnego rozwarcia. Czyli kiepsko. Bardzo to przeżyłam, szczerze mówiąc. Chciało mi się płakać. Chyba za bardzo się nastawiłam na to, że tego dnia urodzę. Skurcze przyszły, ale nic poza tym – normalna reakcja na oksytocynę. Biedny mój Misiek naczekał się niepotrzebni pod drzwiami, nastresował. Przyjechał o 12.00 i cały czas czekał. Około 14.30 pozwolili mi wyjść na korytarz do Mariusza. I tak siedzieliśmy sobie razem, ja co 20-30 minut szłam na ktg posłuchać serduszka, a Misiek czekał. W końcu około 15.30 odłączyli mi kroplówkę, zrobili ktg i kazali przyjść za 15 minut. Miałam zostać zbadana przez lekarza i mieli powtórzyć ktg. Zgłosiłam się po tych 15 minutach, ale ponieważ zrobił się zamieszanie na porodówce, to lekarz najzwyczajniej w świecie mnie olał i odesłał na oddział. Ekstra po prostu. Wieczorem o 21 zrobili mi ktg. Coś tam się na linii skurczów rysowało, no ale do dzisiejszego ranka przeszło.

W ogóle to wczorajszy dzień był straszny. Byłam nim wykończona psychicznie i emocjonalnie. Płakałam już z tej bezsilności i ze zmęczenia. Mariusz nie wiedział już, co ze mną robić. Gdy siedzieliśmy na korytarzu podszedł do nas ordynator (chyba widział, że byłam zapłakana) i próbował jakoś pocieszyć i uspokoić, że to, że jest to ciąża przeterminowana nie oznacza, że jest przenoszona itd. Bardzo nam pomógł, szczerze mówiąc. Taki zwykły, ludzki odruch. Bardzo tego brakuje w tym szpitalu. Na tym oddziale. Ja wiem, że tak naprawdę nie mam na co narzekać. Cała ciąża poszła doskonale. Mamy w brzuchu zdrowego malucha, nic się z nim złego nadal nie dzieje. Ale po pierwsze dla mnie stresem jest to, że to już dwa tygodnie po terminie, a ten nasz zdrowy maluch się nie rodzi. Po drugie, cały czas słucham tu o różnych patologicznych przypadkach. O porodach po terminie, o kleszczach, o zielonych wodach płodowych, o cesarkach i o tysiącu jeszcze innych rzeczy strasznych lub mniej strasznych. I okazuje się, że jestem w stanie słuchać tego tylko do pewnego momentu. Niestety, ten moment został już dawno przekroczony i w tej chwili jestem tym po prostu wykończona. Wolałabym się wypisać na żądanie i czekać na poród w domu, jeśli tylko na czekaniu miałby polegać mój dalszy pobyt tutaj. Bo dostaję już na głowę. A jeszcze kolejną rzeczą, która mnie rozbraja jest to, że trzeba ciągle za wszystkimi chodzić, by się czegoś dowiedzieć. No i to wymieszanie pacjentek z patologii z dziewczynami z położniczego. Masakra. Humanitarne to to nie jest.

Dziś rano na obchodzie dowiedziałam sie tylko, że będę miała zrobione usg (o ile się uda załatwić, bo to oddziałowe jest od tygodnia zepsute). No i dalej to lekarka stwierdziła, że nie wie, co ze mną zrobić. Spytała tylko położnej, czy mam wszystkie badania do cesarki zrobione. Ekstra – pomyślałam sobie. Zdaję sobie sprawę, że nie można wykluczyć cesarki, ale, kurde, chciałabym usłyszeć to od jakiegoś lekarza osobiście, a nie podsłuchując rozmowę z położną.

Usg wyszło ok. Kolejna osoba stwierdziła, że na pewno coś skopaliśmy przy obliczaniu terminu. Bo ciąża nie wygląda na przenoszoną. No to, kurde, trzeba się chyba z tego cieszyć, nie?! Denerwuje mnie robienie ze mnie głupka, który nie potrafi liczyć. Po pierwsze dlatego, że wszystkie wcześniejsze cykle miałam zanotowane. Po drugie dlatego, że wiem, kiedy miałam ostatnią miesiączkę. I wiem to na 200%, to nie jest trudne. Po trzecie to lekarz mi obliczył termin. A po czwarte, z badań usg to data – lub jej kilkudniowe okolice – potwierdziła się. Czasem była różnica 2-4 dni, ale nic poza tym. No ale cóż… Ja jestem tylko pacjentem i na niczym się nie znam. Nawet na własnym okresie.

Po południu przyszła lekarka i powiedziała, że w sobotę znów pójdę na kroplówkę. I tyle. Zobaczymy, co się będzie dalej działo. Może coś się ruszy. Mam wrażenie, że od wczoraj odchodzi mi czop śluzowy, ale nie wiem, czy to na pewno jest to. I brzuch mi się strasznie napina. Ale wszyscy ciągle mówią, że jest strasznie wysoko jeszcze. Czy zawsze wszystkie kobiety przed porodem mają nisko brzuch? Może zdarzają się jakieś małe wyjątki?

Uspokoiłam się o tyle, że dają mi jeszcze szanse na naturalny poród. Że nie od razu każą kłaść się pod nóż. Ja wiem, że jak będzie trzeba, to się zgodzę na cesarkę, ale jeśli się uda po tej kroplówce, to będzie to spełnienie moich marzeń.

A Mikołaj dziś nie daje mi spokoju. Wieczorem tak się rozbrykał, że szczerze przyznam, momentami mam już dość i chętnie bym mu oddała ;) Kopie mnie tak mocno, że wyję z bólu. Mały złośliwiec…

Szpital cz.5 – 4.12.2007

Cóż.. Mama nie ma dziś prezentu imieninowego w postaci wnuka. Ale mam nadzieję, że będzie go miała jutro. Dziś pani doktor zapisała mnie na kroplówkę naskurczową na jutro. Zrobili mi ekg, badania krzepliwości, no i teoretycznie mogłabym już pójść. Pytałam położnej czy mam jeść jutro śniadanie. „Pani chce jutro jeść czy rodzić?!” usłyszałam w odpowiedzi. Mam więc nie jeść śniadania, no i dzisiaj też już się nie obżerać za bardzo. Bo na porodówkę mam iść z samego rana. Co prawda może się coś poprzesuwać, ale mam nadzieję, że wszystko się uda załatwić w miarę wcześnie. No i że będzie wolna sala do porodu rodzinnego. I że urodzę naturalnie o własnych siłach. Chyba całą noc będę się w tej intencji modlić.

Myśli mi się kłębią w głowie tak, że nie mogę się skupić, co pisać najpierw. Już się nie mogę doczekać jutra. Ale też trochę się boję. I cieszę się. Boją się, że coś pójdzie nie tak, że kroplówka nie podziała… I cieszę się, że to już jutro.
Szkoda, że będzie pani Joli na dyżurze.

Był Mariusz, pojechał niedawno. Też – biedactwo moje kochane – zestresowany, Chyba bardziej, niż ja. Nie dziwię mu się.

Cały dzisiejszy dzień dłużył mi się niesłychanie. No bo rano powiedzieli, że jutro kroplówka i potem, poza kilkuminutowym ekg i ktg, nic się nie działo. Myślałam, że zwariuję. Dobrze, że chociaż Misiek przyjechał i mi te dwie godziny z nim uciekły szybciutko. Trochę za szybciutko. Ale za to do rana już jakoś przetrwam. Poczytam jeszcze, pospaceruję może. Pójdę pod prysznic. Około 10-11 spać i jakoś doczekam.

Szpital cz.4 – 3.12.2007

Poniedziałkowe popołudnie w szpitalu. Rano przyszła pani Jola. Powiedziała, że pogada z lekarzem. Potem był nawet całkiem normalny obchód. Lekarka kazała się zgłosić do zabiegówki. Tam mnie zbadała, stwierdziła, że jest ok i że szyjka krótka, gotowa do porodu. Położna powiedziała, bym za chwilę się zgłosiła, to zrobią mi lewatywę i wyślą na porodówkę na test oct. Jak się dowiedziałam, to ten test to po prostu kroplówka z oksytocyny. Powoli zwiększają dawką i sprawdzają na ktg reakcję serca dziecka. Jak będzie prawidłowa, to odeślą na oddział i będą dalej decydować, co robić, a jak nieprawidłowa, to może być różnie – od wywołania po cesarkę. I tyle.
Poszłam więc na tę porodówkę. Położyli mnie na wyrku za parawanem. Podłączyli ktg i dali kroplówkę. W międzyczasie przyszła pani Jola, pogadała z lekarzem z porodówki i z położną, i powiedziała, że jestem z jej szkoły rodzenia. Nie wiem, czy to zasługa tych słów, czy po prostu tamten personel jest inny, ale opieka od razu była bardziej odczuwalna. Doktor zaglądał bardzo często. Przychodziła też położna. Na koniec gdy już mnie odłączyli jeszcze raz przyszła tamta położna pogadać ze mną. Powiedziała, że próba wyszła dobrze. Pytałam o badania wód. Powiedziała, że można wykluczyć zzielenienie wód z niedotlenienia, bo z ktg widać, że mały jest dotleniony. A jeśli idzie o smółkę, to powinno wyjść na usg. No ale usg mi nie zrobią, bo od tygodnia jest zepsuta głowica. Wypas. W ogóle to lekarz z porodówki się dziwił, że nikt nie wysłał mnie na test oct do nich już w piątek, skoro tu już od wtedy leżę. Kolejny wypas.

No i teraz leżę u siebie na sali i czekam. Albo na skurcze, albo na jakąś decyzję. Może tu jeszcze pani Jola wpadnie, to się spytam, może ona coś będzie wiedzieć na co mam się nastawić. Poza tym jestem strasznie śpiąca i zmęczona.

Nasza służba zdrowia…

To, co działo się w piątek było dopiero wstępem to dalszych wydarzeń. Niekoniecznie ciekawych i miłych… Po zastrzyku zaaplikowanym przez położną w Medi-Concepcie ból brzucha trochę przeszedł, ale nie do końca. Nad ranem uderzył ze zdwojoną siłą. Trochę udało nam się zasnąć, ale rano byłam już u kresu wytrzymałości. Po namowach Mariusza zadzwoniłam do położnej. Zaleciła wziąć podwójną dawkę tabsów, które przepisał Mydłoś, a jak nie przejdzie za 2 godziny to się z nim skontaktować. No i tak też się stało, bo ani te tablety nie pomogły, ani dodatkowa No-Spa. Żeby było zabawniej, Mydłowski nie odbierał. Nagrałam mu się na pocztę, ale nie oddzwonił. Cóż…pewnie wyjechał na weekend…No i co było robić…Wsiedliśmy do autka i zaczęliśmy szukać pogotowia. Po dwóch nieudanych próbach (pierwsza to dyspozytornia karetek, a druga to ambulatorium chirurgiczne, a nie pogotowie) wreszcie trafiliśmy na izbę przyjęć szpitala na ul.Traugutta. I tu zaczęła się komedia na żywo. Nie było żadnej kolejki, no ale pani powiedziała, że mamy czekać. Po kilku minutach (po tym, jak na korytarzu tłumaczyłam pani pielęgniarce co mi jest i skąd jestem – bo zgłosić się do szpitala w dolnośląskim będąc „obywatelką” Wielkopolski to nie jest takie trywialne) pielęgniarka zawołała mnie do siebie, kazała pójść za parawan i tam poczekać na kozetce. Obok, za tym samym parawanem, rzecz jasna, (NFZ nie dostał dofinansowania chyba) leżała nieprzytomna babcia odziana w sinofioletowe ciało. Poczułam się jak w kostnicy, bo dopiero po chwili udało mi się zaobserwować, że babcia jednak oddycha. Spędziłyśmy więc w swoim towarzystwie kilka minut (niestety bez bliższej znajomości) i wreszcie przyszła pani – podobno – doktor. Kazała położyć się na kozetce i pokazać brzuch. Powiedziałam co i jak i pani zabrała się za oglądanie brzucha…I jakie rozczarowanie zagościło na twarzy pani-podobno-doktor, gdy ujrzała bliznę po wyrostku. „Oooo…To pani już jest po operacji wyrostka…” Aż mi się jej żal zrobiło. Tak chciała trafić z diagnozą. A tu zonk. Podusiła więc brzuch, postukała plecy, rzekła: „Ten brzuch nie nadaje się na operację” i wpadła na pomysł, że to może coś z pęcherzem. Już miała zaproponować siusianie w słoiczek i analizę, ale na szczęście miałam przy sobie wyniki badania moczu z dnia poprzedniego. (Uratowałam więc kilka mililitrów mocznika przed kolejnymi pazernymi ślepskami pani laborantki.) Okazało się, oczywiście, że wynik mam dobry, więc to też nie pęcherz. W związku z tym pani-podobno-doktor stwierdziła, że jedyną konieczną rzeczą jest teraz 250ml roztworu soli fizjologicznej w kroplówce, zawołała pielęgniarkę i wyszła. Pielęgniarką zabrała mnie jakimś tajnym przejściem do sali kroplówkowej (bo oprócz mnie 4 osoby też miały tam sól podłączoną) i zabrała się do inwazji w mój organizm. Nie myślcie, że bolało. No co Wy. Nawet nie zauważyłam jak się wbiła, bo cały czas trwałam w zadziwieniu. Z jakiego powodu? A z takiego, że ostrego dyżuru w szpitalu nie stać na pasek do przewiązania ręki przed wkłuciem igły. Pani użyła do tego wysoce wyspecjalizowanej gumowej rękawiczki (rozmiaru niestety nie byłam w stanie ustalić). Nie warto też wspominać o tym, że pokapała mi krwią (na szczęście moją) połowę ręki i sweter oraz poręcz fotela. W końcu zostawiła mnie samą twarzą w twarz z kroplówką. A tam, gdzieś na odległym korytarzu, znerwicowany Mariusz siedział i nie wiedział co jest grane. Mnie tym czasem zaczął dopadać głód. A ostatnio tak mi się robi, że jak nie nakarmię regularnie Pacholęcia, to mnie mdlić potwornie zaczyna no i wymiotuję. Po nieudanej próbie poproszenia pani pielęgniarki, by zawołała Mariusza wysłałam mu rozpaczliwego smsa z prośbą o żarło… Znalazł mnie po kilku minutach i przyniósł wafelka. Posiedział do końca kroplówki i w końcu piguła odczepiła mnie od rurki i kazała iść po wypis. Poszłam. Pani-podobno-doktor posadziła mnie przy duuużym biurku na izbie i kazała czekać. Sama poszła sobie, nie wiadomo gdzie. Obok, przy biurku usiadł doktor-cham. Doktor cham należał do ludzi pokroju cwaniaka,, który uważa, że pacjenci są oczywiście zdrowi i tylko mu dupę zawracają. I tak też się do ludzi odnosił. Po dobrych 10 minutach zauważył moją obecność i spytał dlaczego tu siedzę. Powiedziałam, że czekam na wypis. No to wywalił mnie na korytarz. Po kolejnych minutach oczekiwań przyszła pani-podobno-doktor, wręczyła wypis i poszła. Mieliśmy tak dość z Mariuszem, że nawet nam się już na tych wszystkich konowałów denerwować nie chciało. Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że na ostrym dyżurze to mi chociaż usg jamy brzusznej zrobią…No ale nie bądźmy zbyt wymagający. Ci ludzie są tak zajęci omijaniem wzroku pacjentów oraz łażeniem bez celu z kąta w kąt, że usg brzucha mogłoby przypadkiem zepsuć cały ten misterny układ ich dnia.
Grunt, ze w końcu przestało boleć i póki co czujemy się dobrze. Bierzemy tabletki, odpoczywamy, Mariusz się nami opiekuje (nawet zupkę dziś zrobił mi na obiadek!) i mam nadzieję, że to był tylko jeden taki wypadek.
Zmęczyłam Was dzisiaj tym przydługim tekstem. Wybaczcie, ale musiałam to opisać.
Tu macie też linka z najnowszą fotką Pacholęcia. Wiem, że pewnie to dla Was zwykła plama, ale jak się przypatrzycie, to na dole jest główka, nad główką, taka mała kropko-kulka to rączka, potem brzuszek i tyłek (przy tym górnym krzyżyku) i w lewo od tyłka taki delikatny cień to nóżka. W ogóle świetnie widać na usg jakie Maleństwo jest ruchliwe. Na podglądzie machało łapkami i nóżkami tak mocno i szybko, że można było pomyśleć, że uczy się pływać ;) No i ma już ponad 3 cm. Kawał byka :)
Nowa fotka