Praskie tajemnice ;)

No to bylim w Pradze. Bardzo nam się podobało. Koniec :)

No dobra, napiszę trochę więcej.
Dojechaliśmy w piątek około 14.30. Droga zajęła nam mniej-więcej 4h, bo padało (do Wrocławia jechaliśmy 3,5h). Hotel bardzo przyzwoity, pokój przyjemny. Drink bar czynny do nocy, więc było gdzie siedzieć wieczorem :)

Szwędactwo po Pradze zaczęliśmy w sobotę od rana – chodziliśmy w sumie jakieś 8h. Mariusza do dziś bolą mięśnie po tych „spacerkach” ;) Połaziliśmy po Starówce, po Hradczanach, trochę po Malej Stranie i po jakimś wzgórzu, którego nazwy ciągle nie znam (i nie jest to wzgórze Petrin). Na owym wzgórzu stał niegdyś gigantyczny pomnik Stalina, który potem wysadzili w powietrze (jego części podobno do dziś leżą na dnie Wełtawy), a na jego miejscu postawili wielki metronom. Drogę na owo wzgórze odkryliśmy przypadkowo (jak i wiele innych miejsc w Pradze). Widać stamtąd piękną panoramę miasta.

Dalej szliśmy „na czuja” (z przerwą na kawkę) w stronę Hradczan i o dziwo udało nam się tam dotrzeć bez większych zgrzytów (choć były momenty, gdy myśleliśmy, że wybraliśmy jakąś baaardzo okrężną trasę). Na Hradczanach jak zawsze kolejka do katedry, więc się odbiliśmy i pozostawiliśmy ten punkt do zaliczenia jakimś innym razem.

Z Hradczan pomaszerowaliśmy w dół do ogrodów Wallensteina, a potem do metra i w stronę Wyszehradu. Niestety po dotarciu na stację Wyszehrad stwierdziliśmy, że jesteśmy masakrycznie zmęczeni i nie damy rady iść jeszcze taki kawał drogi na zamek, więc wróciliśmy na Malą Stranę i na Kampie zjedliśmy obiad. Potem poszwędaliśmy się jeszcze mostem Karola i Starówką, zrobiliśmy trochę zakupów i wróciliśmy na piwo i drinka do hotelu. W skrócie tak wyglądała sobota :)

W niedzielę po śniadaniu załadowaliśmy się do samochodu i w ramach pożegnania przejechaliśmy się samochodem po Starym Mieście i Malej Stranie. Dobrze, że był to niedzielny poranek (ruch sporadyczny), bo przynajmniej mogliśmy spokojnie pojeździć w miejsca, gdzie zwyczajowo są tłumy pieszych i samochodów.
Udało nam się też prawie wjechać na most Karola samochodem. O więcej nie pytajcie ;)

Generalnie po naszej drugie wizycie w tym mieście doszliśmy do wniosku, że wciąż jest tam wiele miejsc, które chcemy zobaczyć, więc nie jest to nasza ostatnia wyprawa.

A zdjęcia możecie obejrzeć w galerii.

Co do Micha, to dzielnie zniósł weekend z dziadkami. Przywieźliśmy mu torbę prezentów, no i jak to bywa, najbardziej ucieszył się z samej tej torby (taka do prezentów, tyle, że z Krecikiem). Dopiero potem zaczął się interesować zabawkami, które z torby zostały wyjęte.

A swoją drogą, jak wchodzę do czeskich sklepów z zabawkami, to mózg mi się lasuje. Mają tam tyle pięknych rzeczy. Na Starówce jest cale mnóstwo sklepów z zabawkami z drewna, wykonanymi ręcznie w Czechach. Owszem, mają swoje ceny, ale jakość rewelacyjna, no i są bardzo i przemyślane. A już Krecików to mają tony i to w każdej postaci (każdej, poza szklaną – Mariusz szukał szklanych Krecików, nie znalazł niestety).

W związku ze szwędactwem po czeskich sklepach z zabawkami Michu otrzymał: puzzle drewniane – cyferki, puzzle piankowe (takie duże, 8 sztuk 30cmx30cm jeden) z Krecikiem, pacynkę Jeżyka, sorter kształtów i wielkości oraz koparkę :)

Cóż poza tym… Dziś u nas padało, więc porobiły się kałuże. Misiek wcześnie zwlekł się z południowej drzemki, więc zanim pojechaliśmy po Mariusza przeszliśmy się na „kałużowy spacer”. Efekty są widoczne tutaj :) Miało dziecko frajdę. Ja, przyznam się, też, patrząc na jego radochę.

Na koniec oczywiście radość była pełna, bo dziecię nasze znalazło wieeelki kij. Na powrót do domu musiałam namawiać wizją cukierka i bajki. A i tak skończyło się wzięciem na ręce, bo nie było wózka (spacerek miał trwać kilka minut tylko), a gdybym liczyła na dobrą wolę naszego prawie dwulatka („nie!!!!”), to bym się przeliczyła.

W każdym razie moja kurtka, jakkolwiek wodoszczelna okazała się nie być błotoszczelna, co zaowocowało przeniesieniem części błota z Micha na mnie. No ale cóż. I tak warto było się poświęcić, by zobaczyć szczęście Micha tarzającego się błocie (nasuwa mi się tu tylko jedno skojarzenie – pewnego zwierzęcia tarzającego się w błocie, ale na tym poprzestanę ;))

Jutro zamierzam napisać coś wreszcie w dzieciowisku. Ale o czym, to jeszcze nie wiem – czas pokaże, a życie podpowie :)

Na koniec jeszcze filmik z błotnym Mikołajem. Jest na co popatrzeć. Dodam, że gdy wracaliśmy do domu Mikołaj miał też brudną twarz, a kurtka nadawała się tylko do prania (reszta odzieży zresztą też).

P.S. Jest jeszcze kilka zdjęć z naszej wrześniowej wyprawy na Ślężę – link macie tutaj.

O gryzieniu i wytykaniu palcem

Mamy z Michem mały kłopot. Micho gryzie. I to nie byle jak! Mariusz ma już strupa na brzuchu, a ja znak na ramieniu. Do tej pory zdarzało się Misiowi podgryzać tylko mnie. Tak od czasu do czasu, nawet chyba kiedyś o tym pisałam. Brałam to za nieumiejętne buziaki, takie tam okazywanie miłości. No ale teraz to zaobserwować możemy gryzienie z dwóch powodów. Pierwszy to taki, gdy Miś nie potrafi sobie poradzić z nadmiarem emocji. Jak się bawi z nami jakoś wariacko i się zaśmiewa, to nagle bach – gryz w udo, bach – gryz w ramię… Ech… To by jeszcze można zrozumieć. Ale drugi rodzaj „gryzów” jest mniej zabawny. Miś w ten sposób zaczął okazywać swoją złość. „Nie pozwalacie mi stukać w klawiaturę taty? To ugryzę tatę! Nie pozwalacie mi dusić po przyciskach na pralce? To ugryzę mamę!” Generalnie o te dwie rzeczy zazwyczaj toczy się wojna. Zwłaszcza o tę klawiaturę. No i co tu zrobić? Mówimy, że nie wolno, odnosimy do pokoiku. Zawsze kończy się rykiem i raczkowaniem w naszą stronę, żebyśmy na pewno widzieli, jaką to krzywdę Miś przeżywa. Tak samo robimy, gdy gryzie. Czasem dociera. Nawet dziś, gdy leżeliśmy sobie w trójkę na dywanie w pokoiku i Miś miał kilka podejść do gryzienia, Mariusz mówił: „Nie wolno”, to Miś stopował. Ale czuję, że jeszcze nie raz będziemy kwiczeć z bólu, zanim całkowicie się oduczy. Ale miejmy nadzieję, że się uda.

Poza tym Miś zaczął pokazywać ręką. To wyczekiwany progres, bo generalnie powinien robić to już od jakichś dwóch miesięcy. Na razie jeszcze rzadko udaje mu się ułożyć palec wskazujący, więc pokazuje całą dłonią, ale i tak cieszymy się z tego jak diabli. To oczywiście owocuje tym, że Miś może oddać się swoistemu lenistwu. Nie musi już podchodzić do przedmiotu, o który go pytamy, tylko wystarczy mu, że pokaże go ręką. Taki to oszczędny w ruchach ten nasz synek :) Ale fajne jest też to, że już potrafi nam pokazać konkretnie, co chce. Że na przykład chce pić. Albo że chce, by mu podać jakąś trudno dostępną zabawkę. Fajne to jest :)

Do rozwijania umiejętności stawania możemy dodać z ostatnich kilku dni to, że Miś nauczył się schodzić ze stojaka do pozycji na kolanach. Nawet szybko to zaczaił. Chyba stwierdził, że nie ma rady, musi się nauczyć, bo na rodziców to się czasem może nie doczekać, aż przyjdą i wyratują ;) W każdym bądź razie Mariusz wyłapał wczoraj dwa sposoby Miśkowego schodzenia. Jedno w kuczki, drugie na kolana ślizgiem. Ot, taki zdolniacha ;) No i jeszcze do tego wszystkiego dziecię nasze nauczyło się wchodzić na tak zwane „wyżki”. Tapczan w pokoju i fotel nie stanowią już dla niego problemu. Włazi, gdzie może :) Nawet mogę powiedzieć, że umie schodzić z tapczana. Co prawda, potrzebna mu jest asekuracja, ale generalnie wie, że może zlecieć na łeb, więc rzucając się szczupakiem z łóżka pięknie wyciąga przed siebie ręce. No i o dziwo, przynosi to pozytywny skutek. Na razie wypadków brak, a Misiek zadowolony, że samowystarczalny :)

Miałam napisać jak tam u psychologa. A więc (pamiętajcie, nie zaczyna się zdania od „więc”) najpierw niedziela. Bo w niedzielę spotkaliśmy się z mamą mojego szwagra (zawiłe to wszystko), która jest psychologiem i akurat zatrzymała się kilka dni w naszym mieście. P.Danusia poobserwowała Misia, wyłapała kilka rzeczy, których Miś nie potrafi zrobić, a już powinien, ale ogólnie była nim zachwycona i stwierdziła, że na nic poważnego się nie zanosi raczej. I że, miejmy nadzieję, wszystko uda się jakoś wyrównać poprzez odpowiednie ćwiczenia i zabawy. Być może uda się jej też załatwić dla Mikołaja konsultację neurologiczną. Dobrze by było.
W poniedziałek natomiast dotarliśmy do centrum Mamy dziecko. Znalazłam je przez Internet. Tam umówieni byliśmy z panią Zwierz-Wasylew, psychologiem. Pani bardzo sympatyczna, Miś szybko ja zaakceptował. Też głównie obserwowała i dużo pytała. Opinię mam do odebrania jutro. Generalnie stwierdziła, że rzeczywiście, może być jakiś ślad uszkodzenia układu nerwowego. Ale nie jest w stanie na razie określić nic więcej. Zaleciła nam kilka zabaw, zakup książek z programu„Zabawy fundamentalne” oraz wkręciła nas na zajęcia logopedyczne w grupie w Promyku Słońca. Ruszamy na nie od wtorku. Poza tym pani stwierdziła, że będziemy cały czas w kontakcie poprzez logopedę prowadzącą zajęcia. I tyle. Generalnie bardzo uspokoiły nas te dwie wizyty. Co prawda, nie możemy powiedzieć, że wszystko jest super, bo jakieś deficyty są, ale rokowania nie są straszne. I to jest najważniejsze. Rzecz jasna nic nie lekceważymy. Ale mamy nadzieję, że jakoś to wszystko, a przynajmniej w większości, da się wyrównać.

„Zabawy fundamentalne”. Seria książek z zabawami i materiałami do tych zabaw dla dzieci od 0 do 6 lat. Opinie na forach super. Każdy to zaleca, zachwyca się, mówi, jak to pomaga w rozwoju dziecka, jak wspaniale stymuluje itd. I co z tego? Książki prawie nie do dostania. Gdzieś tam, w naszym wrocławskim Berku udało mi się namierzyć część „ZF 2”, dla dzieci powyżej 2 roku życia. Ale części pierwszej nie ma po prostu. Jedyną szansą było Allegro. No i za trzecim razem udało mi się wylicytować w końcu tę pierwsza część – w sumie dwie książeczki + książka-przewodnik z płytą z materiałami. Poszło na to prawie całe moje miesięczne stypendium. Bo wylicytowałam to za… 224,50 zł… Masakra. Książki, które można było wcześniej kupić w księgarni z 30zł sztuka. No ale cóż było robić? I tak dobrze, że się udało. Bo walki szły ostre. Książeczki owe na Allegro rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. No nic, teraz tylko wpłacić pieniądze trzeba i czekać na przesyłkę.

Cztery dni ubiegłego tygodnia spędziłam z Miśkiem w Głuchowie. Generalnie ten wyjazd po raz kolejny przekonał mnie, że Miś nie nadaje się do spania poza domem i to z kimś w pokoju. Przez trzy noce, jakie spędziliśmy u babci, przespałam w sumie może z 10 godzin… Michu budził się co noc, na 2 – 3 godziny. Po czym liczyłam, że chociaż rano trochę dłużej pośpi. Ale nie. Punkt szósta i zrywał mnie z łóżka jego płacz. Masakra. Jak wracaliśmy w czwartek do domu samochodem, to myślałam, że nie dojadę, tak mi się oczy kleiły. Powiem Wam, że do dzisiaj jeszcze nie jestem do końca wypoczęta. Ale żeby nie było – wróciliśmy do domu i Miś przesypia całe noce… Ech…

W czasie, gdy my byliśmy u babci, Mariusz z ekipą z Fingo pojechał do Pragi na konferencję Oraclową. I przywiózł prezenty!!! Poza piwem, czekoladami studenckimi i lentilkami kupił Miśkowi Krecika i drewnianą klockową zabawkę. Krecik Michowi od razu przypadł do gustu. Nos ma obgryzany notorycznie :) I Mikołaj potrafi już nawet pokazać kto to Krecik :) A co do zabawki drewnianej, to jest wypaśna. W ogóle to Mariusz namierzył w Pradze sklep z zabawkami drewnianymi. Można sobie asortyment obejrzeć na stronie. No i muszę przyznać, u nas jeszcze takiego wyboru, w dodatku tak tanich zabawek drewnianych, nie spotkałam. Spory wybór ma firma Boikido, nawet ciekawe i ładne, ale nie wiem, gdzie poza stroną Marko-zabawki można je znaleźć. A porównując z tym czeskim Woodylandem to… nie ma co porównywać. W każdym razie już postanowiliśmy, że następna wizyta w Pradze będzie obfitować w zakup drewnianych zabawek :) A co!

Dziś rano skoczyliśmy do aquaparku. Postanowiliśmy, że będziemy chodzić w miarę możliwości co tydzień + w piątki nasze zwyczajne zajęcia dla dzieci, bo Michu zapomniał jak się w wodzie poruszać. Szkoda. Liczymy, że jak znowu ostro pochodzimy, to mu to wróci. Wody się na szczęście ciągle nie boi, lubi się pluskać, ale już tak fajnie mu szło pływanie. A teraz, przez przerwę świąteczną i nasze choróbska ostatnie pozapominało mu się. Nawet dziś zainwestowaliśmy w piankowy makaron jako wspomaganie, takie jak mamy na zajęciach. Może to go trochę zmobilizuje.

Ale się ostatnio zaczęłam rozpisywać… Cóż, jak widać, dużo się dzieje. Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca :) Jeśli tak, to gratuluję. Jeśli nie, to rozumiem :)