Przedwiośnie…

Wiosnę już czuję pod skórą, a tu w prognozie pogody zapowiadają śnieżycę na sobotę. No bez przesady! Ile można?! Śnieżycy i śniegowi na najbliższe miesiące mówię stanowcze NIE i niech ktoś nie odpowiedzialny weźmie to sobie do serca. Bo jak się zdenerwuję…!

W związku z ozdrowieniem Mikołaja (po dwóch seriach antybiotyków, dwóch tygodniach siedzenia w domu i w sumie pięciu wizytach u lekarzy) udało nam się przedwczoraj wybrać na pierwszy od dawna spacer. Słoneczko piękne świeciło, więc postanowiłam zabrać aparat. Kilka zdjęć wrzuciłam do galerii, możecie sobie obejrzeć, kto ciekaw :)

Na spacerze towarzyszyła nam kaczka. Kaczkę ową kupiliśmy prawie rok temu, ale do tej pory nie wzbudzała szczególnego zainteresowania u naszego dziecięcia. Aż do wtorku, kiedy to postanowił zabrać ją na spacer. W pierwszym momencie chciałam powiedzieć „nie”, bo stanęła mi przed oczami wizja rzuconej po 5 minutach zabawki i noszenia jej potem za Michem. No, ale koniec końców stwierdziłam, że niech będzie. I jakie było moje zdumienie, gdy kaczka wytrwale przez cały spacer tkwiła w ręku Miśka. A Misiek bardzo dzielnie z nią maszerował, chociaż chwilami nie było mu łatwo. Pierwsze chwile grozy przeżyłam, gdy Michu sprowadzał ptactwo po schodach – „Jaaa!” – usłyszałam tylko w odpowiedzi na moją propozycję, że mu/kaczce pomogę. Serce prawie wyskoczyło mi z piersi na widok karkołomnych prób schodzenia Miśka&kaczki, ale nie było wyjścia – jedyne, co mi pozostało to uważna asekuracja. Na szczęście obyło się bez upadków. Ech… Przekonajcie dwulatka, że nie wszystko potrafi zrobić samodzielnie… Medal dla takiej osoby! ;)

Po dwóch tygodniach przerwy Miś wrócił do swojego klubu malucha. Trochę się obawiałam tego powrotu po chorobie, ale dziecię było tak stęsknione za paniami, dziećmi i miejscem, że prawie nie zwróciło na mnie uwagi i pobiegło do sali. Wczoraj i dziś było już trochę gorzej. Popłakało się Misio kochane. Aczkolwiek wiem, że płacz ten trwa chwilę i znika po moim wyjściu za drzwi, więc jestem spokojna.

Wczoraj panie z klubiku podczas zajęć uczyły dzieci nazw kolorów. I były w szoku, że Mikołaj potrafi bezbłędnie pokazać który to czerwony, który zielony, który niebieski i który żółty. To, że Michu je zna i rozróżnia to wiemy od dość dawna (trzech podstawowych nauczył się na sygnalizatorach drogowych), ale nigdy się jakoś nie zastanawialiśmy nad tym, że to może nie być standard u dwulatków. Hmmm… Właśnie, ciekawa jestem jak to wygląda, tak ogólnie, wśród dzieci. Myślę, że to nic wielkiego – nauka kolorów. Pewnie opanowują to szybko, pod warunkiem, że rodzice/opiekunowie stosunkowo często im dane kolory pokazują i nazywają.
Jakby jednak na to nie spojrzeć, byłam dumna i blada z takiej pochwały mojego dziecka :)

Swoją drogą, wiem też, że Mikołaj rozróżnia bardzo wiele cyfr i liter. Niestety ciągle jeszcze stosunkowo słabo potrafi je wyartykułować. Ale myślę, że jak już zacznie, to na dobre :)

W sumie, to ostatnio doszło kilka nowych słów. O jaju już wspominałam, doszło więc jeszcze „pciepcie”, będące niekiedy „ciepciem”. Wiecie co to? Przejście dla pieszych! Mikołaj od jakiegoś tygodnia ma ulubione zajęcie: sadza mnie lub Mariusza na swoim dywanie ikeowskim (takim z drogą dla samochodzików), wręcza auto i każe jeździć. Należy zatrzymać się przy każdym przejściu dla pieszych, co Michu komentuje entuzjastycznie: „Pciepcie!”… i można jechać dalej. Koniecznie trzeba też przejechać przez rondo, które z niewiadomych powodów zostało nazwane… „siusia” – tak samo, jak siusiak… Gdy my mówimy: rondo, to Mikołaj przytakuje, ale gdy prosimy, by powtórzył słyszymy: „siusia”… Przyznać mi się, kto siusiał na rondzie i został na tym przyłapany przez moje dziecko, hę? ;) Bo mam dowody na filmiku, że wcześniej rondo to było „dodo”. Więc ktoś mi tu dziecko zmanipulował! ;)

Ponadto ewoluowało słowo „światła” (chodzi o sygnalizator drogowy). Już nie ma „sici”. Już są „siapa” zamiennie z „siafa”. Mamy też „fafy” – farby, „fafel” – wafel, „siok” – sok, „sio” – w sensie „chodź” oraz niekiedy „siaban/siafan” na słowo szlaban. Do tego dodajmy: „Siali” – bajkowa Sally, „Sisa/Sysa” – Zygzak (McQuinn, oczywiście), „tuj” – w zależności od potrzeby: Wójt (dla niezorientowanych w Autach Disneya – jeden z bohaterów), albo „stój” (gdy powtarzamy wierszyk z Teletubisiów: „Nie przechodź na drugą stronę, jeśli światło jest czerwone. Czerwone znaczy STÓJ”), „Siamf” – Humf, futrzak z kreskówki z CBeebies, „tom” – tom, to określenie na traktor ogólnie (wywodzi się od bajki o traktorze Tomie). Więcej na razie nie pamiętam :)

Ostatnio musieliśmy zaprzestać oglądania bajki „Auta”. Gdy tylko się kończyła i pojawiały się napisy, Michu zaczynał tak szlochać, że ciężko było go uspokoić. Pierwszy raz widziałam, żeby dziecko tak bardzo reagowało na koniec jakiejś bajki. Aż go żal było. Stwierdziliśmy, że na razie zrobimy przerwę, bo szkoda Miśka i naszych nerwów. Aczkolwiek mania „Aut” trwa nadal. Bajki na cd nadal Misiek chce słuchać, ubrania jak wybieramy z szafy, to koniecznie muszą być z jakimś pojazdem (jak na razie Zygzak widnieje tylko na jednej bluzie, ale na szczęście Michu zadowala się też innymi pojazdami – byle miały kółka). Ostatnio też wyhaczyliśmy jajka z niespodzianką z serii Cars. Dzięki temu mamy już trzy Sally (ku zachwytowi Mikołaja), jednego Zygzaka, jednego Luiggiego i jednego Wójta. Ech… :)

Mikołaj ogólnie bardzo interesuje się tematyką „pojazdowo-drogową”. Ostatnio jego uwagę przykuły znaki drogowe. Wydrukowaliśmy mu więc z Mariuszem w kolorze kilkanaście najczęściej spotykanych i przydatnych, zalaminowaliśmy i teraz Mikołaj się nimi bawi. Doskonale rozpoznaje: przejście dla pieszych, dla rowerzystów, ograniczenie prędkości, wszelkie znaki związane z przejazdami kolejowymi (mówi na nie „ciucia” – ciuchcia), rondo, droga z pierwszeństwem przejazdu, stop, zakaz wjazdu, parking, uwaga dzieci, przystanek autobusowy i tramwajowy oraz znak…Bam! Znak „Bam” jest to swoisty ewenement, gdyż nigdy nie zwracaliśmy Mikołajowi na niego uwagi, co z kolei oznacza, że nasze dziecię samo wykoncypowało, że gdy znak taki się pojawia, to znaczy, że samochód zaraz zrobi „bam”. Co to za znak? Próg zwalniający! Ciągle trwamy z Mariuszem w zdumieniu z powodu spostrzegawczości i logiki myślenia naszego dziecka (po kim on to ma…?).
Znaki te (i jeszcze kilka innych) są nieustannie układane na dywaniku i trzeba przy każdym się zatrzymać i mówić, co oznacza. A jak – oczywiście przypadkiem ;) – powiem źle, to Mikołaj od razu woła: „Nieee!” i jakoś tam mnie po swojemu poprawia :) Zdolna bestia :)

Odebraliśmy Michową opinię od pani psycholog. Misiek dobił do normy, jedyne, co jeszcze kuleje, to mowa czynna, ale jak widać powyżej nabiera ona tempa, więc nie ma się czym martwić.

Mikołaj w ostatnich tygodniach się umuzykalnił ;) Po pierwsze coraz częściej wyjmuje swoje instrumenty (z promocji z Lidla) i grzechocze, dzwoni, bębni i co się tylko jeszcze da. Nauczył się też porządnie dmuchać w harmonijkę ustną i flet. Na razie jeszcze skromne dowody, ale jednak, mamy na filmikach:

Po drugie Michu polubił tańczyć. Zwłaszcza do jednej piosenki Arki Noego, z ostatniej płyty. Nie pamiętam tytułu, ale jest druga w kolejności, i do tego moja ulubiona z tej płyty :) Gdy Michu ją słyszy woła: „Mami!” (w sensie, że to mamy ulubiona piosenka) i ciągnie mnie za ręce do tańca :)

W ostatnią niedzielę przekonaliśmy się z Mariuszem jak niewiele dziecku potrzeba do szczęścia. Zamówiliśmy pizzę. Pizza, jak to pizza, wiadomo, przyniesiona w kartonie. Karton po opróżnieniu i rozłożeniu zaprezentował takie jakby dwie zakładki, które Michowi skojarzyły się z drzwiami. Naprzynosił sobie małych samochodzików i dawaj przez te drzwi je przepychać. No to wzięłam pisak i namalowałam na tym kartonie ulice, rondo, jakiś domek… Michu przeszczęśliwy. Bawił się tym chyba ze trzy dni. Bawiłby się pewnie dłużej, ale niedobra matka postanowiła podczas nieobecności dziecka pozbyć się kartonu, bo zaczął z lekka podśmierdywać pizzą…

A tu kawałek „pciepciowania” na drodze z kartonu od pizzy :)

Teraz jeszcze kilka słów nie o Mikołaju :) Udało nam się w końcu w ostatni weekend lutego dotrzeć do Karpacza na wyczekiwany wyjazd we dwoje :) Pogoda dopisała, wszystko udało się świetnie :) Muszę przyznać, że pokój, w ramach zamówionego pakietu, mieliśmy po prostu rewelacyjny. Był ogromny, około 40m2, do tego ogromny taras. W ramach pakietu w pokoju czekał kosz owoców i szampan. Na sobotę zamówiliśmy sobie uroczystą kolację – przy świecach, winku, w dodatku w oddzielnej sali restauracyjnej, byliśmy tam tylko my dwoje. Trzeba przyznać, że się postarali :)
Co do nas, to jedyną naszą aktywnością był dwugodzinny spacerek w sobotę po Karpaczu. Resztę czasu spędziliśmy leżąc na łóżku, gapiąc się w telewizor, bijąc rekordy w Kulki na Facebooku i czytając odmóżdżające gazety. Rewelacyjnie wypoczęłam! :)

Chyba czas już skończyć, bo kto to potem przeczyta… Brawa dla wszystkich, którzy dotarli do tego momentu :)

Turnau-owo

Wiem, wiem, pisałam dwa dni temu, ale cóż. Blogowanie ma swój urok (a i pewne obowiązki kładzie na barkach), znów parę nowości, to i opisać trzeba.

Przede wszystkim Grzegorz Turnau… Tydzień temu mniej-więcej znalazłam na stronie mojego ulubionego Pana Grzesia notkę, iż 3 lutego w sklepie muzycznym M.Ostrowski odbędzie się recital Grzegorza Turnaua, związany z prezentacją pianin i fortepianów cyfrowych Yamaha. Sklep znajduje się 10 minut od naszego domku, więc nie można było nie skorzystać. Ekscytacja pełna przed recitalem, a w trakcie… istna ekstaza! :)

Turnau jak zwykle czarujący, przezabawny i… słów mi brakuje, by wygłosić kolejne zachwyty. Tylko serce się na samą myśl rozgrzewa :) Słuchanie muzyki prezentowanej przez tego artystę jest zawsze dobrym pomysłem, natomiast słuchanie go na żywo dostarcza takich przeżyć, że trudno opisać je w kilku słowach. Wczorajszy recital był o tyle dla mnie „klimatyczny” i niezapomniany, że odbywał się w naprawdę kameralnym gronie, a Turnau był na wyciągnięcie ręki – dosłownie!

Jacek Królik po raz kolejny dowiódł, że potrafi na gitarze wyczarować dźwięk niemal każdego instrumentu, doskonale akompaniując Grzegorzowi T. Swoistego uroku całemu wydarzeniu dodawały komentarze Turnaua oraz mini-dialogi z Królikiem. Momentami czułam się jak w kabarecie – w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Recital trwał około półtorej godziny. Nie muszę pisać, że czas ten minął bardzo szybko. Po koncercie doczekałyśmy się (bo byłam na owym recitalu z Romą) „autografowania”, czego też dowód przedstawiam poniżej:

autograf

Oczywiście nie mogło być aż tak pięknie… Rzeczą, której nie mogę sobie darować, jest to, że nie zabrałam ze sobą aparatu fotograficznego! Na samą myśl o tym z żalu (i wściekłości) na usta cisną mi się same przekleństwa… Jak można było być takim imbecylem i zapomnieć tak ważnej rzeczy? I to na recital, na którym nie roiło się od ochrony, a Turnau był tak blisko, że spokojnie obiektyw 50-tka dałby radę… Ech…
Jedyne zdjęcia jakie posiadam z wczorajszego wieczoru to liche foty z ajfona… Pewnie wstyd pokazać, no ale co tam. Co mam, to dam… A dla poprawy estetyki mogę Wam przypomnieć, że w galerii są zdjęcia mojego autorstwa z Turnauowego koncertu w Hali Stulecia w listopadzie 2008 roku

scena

Autografowanie:
autografowanie

Sam Grzegorz T.:
turnau

I Jacek Królik:
krolik

Tyle by było z westchnień.

Wczoraj Mikołaj przeżył swój pierwszy bal… Wrócił trzeźwy ;) Poza tym objadł się jak bąk, aż mi było wstyd, bo pierwszą rzeczą, jaką zrobił po wejściu do przedszkola było wołanie: „Mniam, mniam!” Wyglądało, jakbyśmy mu w domu jeść nie dawali… ;)
Sam balik podobno udał się wyśmienicie, czekamy na zdjęcia. Mikołaj w czapce pirata (której na początku wcale nie chciał ubrać) biegał do samego końca – gdy przyszłam po niego o trzeciej, to ciągle ją nosił na głowie :) A o tym, że wczorajszy bal był czasem bardzo intensywnym świadczyć może to, że Mikołaj zjadł trzy dokładki obiadku (racuchy!).

Dziś natomiast obiadek był zjedzony w całości, bo łyknięta została nawet zupa (ku zdziwieniu mojemu jak i opiekunek). Do tego Mikołaj robił dziś grzechotkę w przedszkolu, którą potem pięknie sam pomalował farbkami i brokatem. Grzechotka wędruje oczywiście do naszego pudła z pamiątkami. A jaki Miś był dumny prezentując najpierw mnie, a potem Mariuszowi swoje dzieło!

Dziś muszę też pochwalić się moim małżonkiem :) Po raz pierwszy oddał honorowo krew (dla mojego wuja). Mieliśmy oddać razem, ale okazało się, że w związku z biopsją piersi, którą miałam 4 miesiące temu, mogę być dawcą dopiero po 9 kwietnia (czyli po pół roku od biopsji). Szczerze mówiąc zupełnie wyleciała mi z głowy ta biopsja, myślałam, że nie będzie przeciwwskazań, tym bardziej, że wiem, jak wygląda oddawanie krwi, bo w czasie studiów już oddawałam honorowo (ale długie zdanie mi wyszło). Mam nawet legitymację. No ale cóż zrobić. Poczekam do kwietnia i wtedy oddam, bo jakby na to nie spojrzeć dobra to sprawa.

Za dwa tygodnie, dzięki uprzejmości teściów, którzy zajmą się Michem, jedziemy z Mariuszem na dwie noce do Karpacza do Tarasów Wang (byliśmy tam rok temu). Zarezerwowaliśmy sobie pakiet „Weekend dla dwojga” :) Już nie mogę się doczekać.

Dziś byłam u lekarza w związku z moimi ostatnimi problemami z nogami. Od miesiąca bolą mnie wszystkie stawy, do tego nad stopą pojawił się bolący guzek. Dostałam skierowanie na badania krwi i na rtg stawów biodrowych. Pójdę w poniedziałek, zobaczymy co wyjdzie.

Tyle na dziś. Dobrej nocki!

O wszystkim czyli o niczym

Cóż, styczeń ma się ku końcowi. Czas ucieka, zima się zmywa (to znaczy w chwili obecnej ujawnia się ponownie w postaci prószącego śniegu za oknem), więc trzeba było wybrać się jej na przeciw. Dzięki uprzejmości Teściów mogliśmy pojechać sobie we dwójkę do Karpacza na weekend. Nareszcie! :) Hotel udało się zamówić bez problemu (choć obawiałam się, że może być kłopot, tak na ostatnią chwilę, bo przecież ferie są). Nawet mogę Wam pokazać jaki. O taki – Tarasy Wang. Bardzo miłe miejsce. Warto odwiedzić. Pokój był duży, poza czajnikiem nie brakowało niczego. Nawet barek był, z czego oczywiście skorzystaliśmy. Zresztą, brak czajnika odczuwalny mógł być tylko w nocy, bo od rana do wieczora była otwarta hotelowa restauracyjka z bardzo dobrym jedzeniem i herbatą w dowolnej ilości. A najlepsze były śniadania. Nie z racji smakowitości (choć przyznać należy, że były bardzo dobre), ale z powodów dwóch: po pierwsze – nie musiałam go przygotowywać :), a po drugie – z okien restauracji rozciągał się przepiękny widok na panoramę gór ze Śnieżką włącznie. Cudo. Aż się nie chciało wychodzić. W ogóle to hotelik umiejscowiony bosko – zaraz obok świątyni Wang, niedaleko wejścia do parku narodowego. Dzięki temu nie trzeba było się przebijać przez miejski syf Karpacza, by pójść na krótki spacerek do lasu. No, ale kończę te moje zachwyty nad hotelem. Niestety, nikt mi za nie nie płaci ;)

Do Karpacza dotarliśmy w piątek około 15.30. Chwilę przedtem rozszalała się taka wichura, że dawno czegoś podobnego nie widziałam. Po kilku godzinach dołączył do niej śnieg, co dało niezłą zamieć. Generalnie poza przyniesieniem bagaży z samochodu i 5 minutowego spacerku pod świątynię Wang nie ruszyliśmy się już tego dnia z hotelu. Nic przyjemnego.
Cały też czas zastanawialiśmy się jak nam się uda w niedzielę wyjechać, jeśli nas totalnie zasypie. No ale nad ranem przestało padać, a do tego jeździł pług śnieżny i pięknie wszystko poodśnieżał. Na szczęście.

W sobotę przed południem ruszyliśmy na spacerek do parku narodowego. Trasa była w stronę Samotni, ale nie zamierzaliśmy tam dotrzeć. I tak poszliśmy dalej niż się spodziewaliśmy. Z wycieczki mamy kilka zdjęć w galerii. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze świątynię Wang. Byłam tam chyba ze dwa razy w czasach podstawówkowych, ale zupełnie już nie pamiętałam, jak tam jest.

Wieczorem, po kolacji postanowiliśmy z Mariuszem zrealizować nasz chytry plan nocnego pleneru pod świątynią. Ona jest bardzo ładnie wieczorem oświetlona, więc szkoda byłoby nie wykorzystać sytuacji. Zabraliśmy cały sprzęcior (to znaczy zabrał go Mariusz, który robił za fizycznego, bo ja objęłam zaszczytną funkcję pstrykacza ;)) i ruszyliśmy pod Wang. Zeszła nam na tym fotografowaniu ponad godzina. Zmarzliśmy totalnie, ale zdjęć kilka wyszło przyzwoitych. Najlepsze zdjęcia udały się dzięki filtrowi połówkowemu szaremu. Serio. Nie sądziłam, że można go wykorzystać przy zdjęciach nocnych, a jednak… Wieża kościółka była tak intensywnie oświetlona w stosunku do reszty, że zdjęcia wychodziły nam na początku strasznie badziewne. Potem małżonek mój wpadł na pomysł, że może z filtrem spróbować. No i trafił! Wyszło super – wszystko równo oświetlone. Pogratulować!

W niedzielę przed południem zwinęliśmy się do domu. Tam zastała nas niespodzianka – Mikołaj w niedzielę po raz pierwszy wstał. Trochę nie do końca nas to zachwyca. Stoi strasznie koślawo, widać, że nogi (a zwłaszcza stopy) są do tego jeszcze nie przygotowane. Wykrzywia je masakrycznie, nie może się utrzymać na nich, stoi skrzywiony w pasie, miednica jeszcze nie wyrabia. No ale powstrzymać się go, niestety, nie da już. Co prawda, od wczoraj zauważamy pewną poprawę – staje już pewniej (co jest naturalne, jak się coś ćwiczy), zazwyczaj potrafi zgiąć nogę, by z niej się odbić do wstania (tzw.raczkowanie w pionie) i czasem zdarza mu się stanąć na całej stópce. Co i tak budzi moje obawy o stan jego stóp. Już widzę jak się terapeutki w Promyku załamią. Cały czas mówiły, że fajnie by było, gdyby się Miś tak nie spieszył ze wstawaniem, bo może sobie tym zaszkodzić. No ale cóż. Stało się. Za to doktor Kwapisz będzie zadowolona, bo ona z kolei podczas ostatniej wizyty stwierdziła, że to źle, że Mikołaj jeszcze nie staje. No i bądź tu człowieku mądry. Przecież dopiero co zaczął raczkować. Wiadomo, że robi to wszystko troszkę później w stosunku do innych dzieci, ale ma swoje tempo, robi wszystko po kolei i jakoś idzie. Poza tym cały czas nam dr Kwapisz mówiła, że mamy iść w jakość, a nie w ilość. A tu jeszcze się Michu porządnie nie rozwinął z raczkowaniem, a ona mu już każe wstawać. Ech… Terapeutka od Vojty powiedziała nam ostatnio, że norma wstawania u dzieci jest do 18 miesiąca, więc w tym wypadku nawet nie byłoby jakiegoś opóźnienia. No ale tak szybko? Tego się nie spodziewaliśmy. No cóż, trzeba będzie uważać na stan kończyn dolnych i liczyć, że nie będzie gorzej niż było. Tak więc, sami widzicie, jakoś średnio mnie obecnie cieszy ten skok rozwojowy. Widzicie jakie to dziwne? Dzieciak się rozwija, a ja marudzę. Ale, niestety, jestem już przewrażliwiona na punkcie różnych nienaturalnych krzywizn ciała Miśka i wyczulona na to, że nie warto się spieszyć, bo to nie opłaca. No, ale miejmy nadzieję, że w razie czego uda nam się doprowadzić go do pionu. Chciałoby się wręcz powiedzieć do prostego pionu, bo samo określenie pion, w przypadku naszego Misia, wcale nie jest takie jednoznaczne ;)

Staramy się od kilku dni uczyć Micha jeść samodzielnie (na ile to oczywiście możliwe). Cóż, nie jest to łatwe. Łyżeczkę do ręki bierze, i owszem, ale nic poza tym, póki co. Próby zachęcenia go do wsadzenia jej sobie do ust też spełzają na niczym. Jednakże wczoraj udało mu się najeść prawie samodzielnie rączkami. Uwieczniłam to w galerii, bo widok był niezapomniany :) Mizeria, kurczak i ziemniaki były wszędzie. Ale, o dziwo, do buzi też się sporo dostało. Cóż, będziemy ćwiczyć wytrwale, może się uda dziecię przekonać do sztućców. Bo na razie to wychodzi na to, że „najlepsze widelce to pazury i kielce” ;)

Zresztą, na samodzielność naszego Pacholęcia narzekać nie możemy, bo bardzo dużo już sam potrafi. Od kilku miesięcy nie trzeba go pilnować z piciem, bierze sobie sam butelkę, trzyma, położy się z nią na podłodze. Pomaga przy ubieraniu i rozbieraniu. Wie, kiedy podać rękę, kiedy wyjąć butelkę z buzi (jeśli akurat pije w tym czasie), żeby można było bluzkę przez głowę przeciągnąć. Od wczoraj też podaje stopy przy ubieraniu rajtek (choć w tym wypadku i tak częściej ucieka przed rajtami niż z własnej woli od razu współpracuje. Ale gdy się go w końcu uda złapać, to pomaga). Nie wspominając, oczywiście, o myciu uzębienia i jedzeniu rzeczy suchych, pokrojonych w kawałki typu: chleb, wafle ryżowe, ciastka Miśkopty, jabłka (no, to to może nie jest suche, ale w kawałkach, więc nie trzeba zbytnio Micha pilnować i wkładać mu tego łyżeczką), banany… Ogólnie sporo już tego jest. Co nas niezmiernie cieszy :)

W związku z rozpoczęciem nowego roku i słabnącą z dnia na dzień kondycją fizyczną (i nie tylko), zapisałam się na jogę. Od stycznia, bowiem, ruszyły zajęcia jogi w strefie fitness naszego aquaparku. Wykupiłam sobie karnet na miesiąc i w poniedziałki i środy śmigam na 20.00 ćwiczyć. Chyba się w jogę wciągnę. Zresztą, myślę, że już się wciągnęłam. Zawsze mnie coś pchało w kierunku tych ćwiczeń, nawet w ciągu ostatniego roku były plany, żeby to zrealizować, ale ciągle nie było kiedy. Ale skoro utworzyli grupę przy WPW, to odczytałam to jako znak, że czas się zabrać za siebie. Dodatkowo zdopingował mnie małżonek, więc nie było wyboru.
Co do samych zajęć to prowadzi je Marianna. Nazwiska nie znam, ale widać, że z jogą ma do czynienia od lat. Poza tym, z tego, co zdążyłam się zorientować, prowadzi też grupę od kilku lat poza aquaparkiem. Jest rewelacyjna, jeśli chodzi o tłumaczenie poszczególnych asan.
Już nawet zainwestowałam w ćwiczenie w domu. Wczoraj kurier przywiózł mi specjalną matę do jogi i pasek. A w Merlinie Mariusz zamówił dodatkowo dwie książki i dvd.
Kurczę, joga to fantastyczna sprawa. Jadę na zajęcia wieczorem, po całym dniu, zmęczona, ćwiczę 1,5 godziny i wracam do domu jak nowo narodzona. Odpoczywam fizycznie (choć zakwasy są, a jakże) i rewelacyjnie wypoczywam psychicznie. Jak macie możliwość, to zapiszcie się na jogę. Serio :)

No i skończę już to pisanie, bo nie wiem, kto mi to przeczyta w całości. Sorry, ale tak się jakoś rozpędziłam… Wytrwałości w czytaniu życzę :)