M jak Majówka ;)

Mariusz stwierdził, że taki tytuł bloga źle się kojarzy :) Chyba trochę ma rację, bo od razu na początku utknęłam z pisaniem i nie wiem, od czego by tu zacząć. No to może od tej Majówki na M ;)

Pogoda była śliczna, więc postanowiliśmy to wykorzystać. Mariusz zrobił wcześniej mały rekonesans co do imprez majówkowych na Dolnym Śląsku. Wyszło nam, że najciekawiej może być w Kliczkowie (Majówka Rycerska) i na zamku Książ (Festiwal Kwiatów i Sztuki). No więc klamka zapadła, pojechalim. 1 maja spędziliśmy w Kliczkowie. To była chyba jedna z najciekawszych majówek do tej pory, jakie spędziłam. Nie sądziłam, że spodoba mi się klimat rycerski, a tu niespodzianka! Zabawa była przednia! Co prawda nie udało nam się zwiedzić zamku jako takiego (z Miśkiem to ciężko, bo po schodach w zamku się nie da wózkiem), ale za to na terenie wokół zamku było sporo ciekawych imprez z udziałem rycerzy i dam dworu. Ludzie świetnie poprzebierani. Widać było dbałość o każdy szczegół w stroju. Do tego sporo straganów (czyli to, co Zosia lubi najbardziej :)) z różnego rodzaju ciekawymi przedmiotami, strojami itd. Przy tej okazji zakupiliśmy sobie figurki rycerza i księżniczki (na pamiątkę dla Miśka) oraz po świetnym, ręcznie robionym i wypalanym, kubku.

Jedyną chałą było żarcie. Widać było, że firma obsługująca tzw. stoiska z grillem nie wyrobiła się z ilością. W związku z tym dowieziono gotowe żarcie z Wrocławia (małżonek stojący w kolejce widział). To żarcie było w takim stanie, że szkoda gadać. Frytki tak napite olejem, że poszły całe do kosza (a kupiliśmy je z myślą o Miśku), gyros też, karkówka, którą jadł Mariusz w połowie też w koszu wylądowała, bo generalnie wyglądała i smakowała jak podeszwa. Jedyne, co dało radę to pajda chleba ze smalcem. Przynajmniej tym się zapchaliśmy. Wiemy już, że na majówkę do Kliczkowa trzeba zabierać własny prowiant, bo szkoda pieniędzy na coś, co się wyrzuca do kosza po zamówieniu.

Książ. Wreszcie tam dotarliśmy. Już chyba ze dwa lata się wybieraliśmy, by zwiedzić ten zamek. Niestety, tak, jak Kliczków zrobił na nas od razu świetne wrażenie, tak majówka w Książu to było nieporozumienie. Sam zamek śliczny, teren wokół zamku również. Nawet nie udało nam się całego obejść, taki wielki. Ale tłum, jaki tam tego dnia spotkaliśmy przeszedł nasze wyobrażenie. Do tego najgorsze były stragany z mydłem i powidłem (dosłownie i w przenośni) rozstawione przy leśnej ścieżce wiodącej do zamku. Wyglądało to co najmniej jak stragany w Częstochowie. Pełno plastiku, sztucznych kwiatów, dziwnych ubrań za 5 zł i tandetnych zabawek. Widok podróby teletubisia oraz dmuchanego Kubusia Puchatka (że to Puchatek doszliśmy do tego po kolorach ubranka, bo generalnie wyglądał jak krzyżówka świni z ufoludkiem) dopełniał całości kiczu.

Na zamku zastaliśmy już ten właściwy Festiwal. Ufff… Bo już miałam stres, że te stragany z plastikiem to ta „sztuka”… Na dziedzińcach porozstawiane były stoiska z różnymi sadzonkami i krzakami (trochę sobie inaczej to wyobrażałam, liczyłam na stoiska z kwiatami w stanie bardziej ciętym niż w nasionach i cebulkach ;)). Do tego pełno różnego typu sponsorów-ściemniaczy wciskających, że ich bank jest najlepszy, ich ubezpieczenie jest najkorzystniejsze i ich samochód jest najbezpieczniejszy. Ech…

Na szczęście nie wszystko było do d… Małżonek posiedział na ławeczce z Miśkiem a ja poszłam zwiedzać wnętrze zamku. I okazało się, że to był dobry pomysł, bo tam wreszcie znalazłam to, czego się spodziewałam po tym rozreklamowanym festiwalu. Komnaty zamkowe były wystrojone pięknymi bukietami różnym pracowni florystycznych. Do tego na korytarzach rozstawiono stoiska ze sztuką użytkową i biżuterią. Nabyłam więc kolejnego anioła do kolekcji :) Zrobiłam kilka zdjęć i wróciłam do moich dzielnych chłopaków. Potem zeszliśmy do ogrodów zamkowych. Tam Misiek miał raj. Wyjęliśmy go z wózka, w związku z czym Michu zaraz przeszedł na czworaki. Ponieważ nie było tam trawy (to znaczy była, ale tylko taka do podziwiania), więc dziecko nasze odkryło kamyki. A z kamykami można robić różne fajne rzeczy. Na przykład można je wkładać na murek, a potem zrzucać. Albo wrzucać do fontanny. Można je też lizać, ale wtedy mama krzyczy :) Największą frajdą były właśnie fontanny. Misiek nie przepuścił żadnej – przy każdej trzeba było postać kilkanaście minut, by Michu mógł nawrzucać do niej kamyków. Oczywiście każde odejście od fontanny kończyło się histerią i wyciem. Co za Misiek :)

W skrócie naszą majówkę można uznać za bardzo udaną. Do Kliczkowa na pewno jeszcze pojedziemy, i to właśnie też na Majówkę Rycerską, bo warto. Do Książa pojedziemy również, ale na pewno nie na majówkę tudzież inny festiwal, bo nie warto. Po Książu czujemy niedosyt. Tam trzeba pojechać na cały dzień, w zwykłą niedzielę, bez kilkudziesięciu tysięcy ludzi, i spokojnie pozwiedzać i pospacerować. Bo teraz się nie dało.

Cóż poza tym? Dziś byłam z Michem u kardiologa na badaniach kontrolnych. Przedsionki jeszcze nie zrośnięte, ale szpara jest na 2mm, więc malutka, a że serce rośnie, więc jakby się zmniejszała. Poza tym tej wielkości szpara nie przeszkadza w niczym. No chyba że Michu za 20 lat zamarzy sobie zostać nurkiem. Wtedy, jeśli mu się jeszcze do tego czasu nie zrosną, to mu założą jakiegoś klipsa czy coś w tym stylu. A zresztą, nie będą mu musieli zakładać, bo już ja mu wybiję z głowy nurkowanie ;)
Do ponownej kontroli mamy zgłosić się dopiero za rok.

Minione ciepłe dni (od przedwczoraj pogoda zbrzydła nagle) wykorzystywaliśmy na spacerki do parku i piaskownicy. Michu co prawda stracił zainteresowanie piaskiem, ale bardzo chętnie poczyniał różnego rodzaju samodzielne ekspedycje. Generalnie po każdej takiej wyprawie Michu nadawał się do wrzucenia do wanny razem z ciuchami. Taki był brudny. Ale nie ma co się dziwić, w końcu raczkowanie po trawie w parku i kamieniach przy huśtawkach musiało dać taki efekt. Mieliśmy nawet raz z Mariuszem parcie, by zabrać ze sobą koc, położyć Micha na kocu a my paletki i jazda grać. No ale doszliśmy do wniosku, że to się nie sprawdzi. Koc by leżał, paletki też, a my i tak biegalibyśmy za Miśkiem po okolicy. Taki się z niego wycieczkowicz zrobił :) Byle go jakieś kleszcze nie zaatakowały, to będzie dobrze. Mieliśmy go zaczepić, ale był chory, a potem już było podobno za późno. W przyszłym roku trzeba będzie pamiętać.

Jutro idziemy do szczepienia. Przypominająca dawka infanrixu hexa po roku. Jeszcze zostaną nam pokemony (pneumokoki znaczy się) i chyba koniec na ten rok. O ile czegoś nie kręcę. W ogóle byłam u pediatry jakiś czas temu w związku z kartą wypisową, która przyszła ze Szczecina po badaniach krwi zleconych przez dr Hnatyszyn. Pediatra kazała odstawić witaminę d (to zrobiłam już wcześniej, sugerując się zaleceniami z karty) i dała skierowanie do poradni endokrynologicznej. Mają tam dalej badać Miśka pod względem przekroczonego poziomu witaminy. No ale dodzwonić się tam strasznie ciężko. Jak tak dalej pójdzie to trzeba będzie się osobiście pofatygować i zapisać.

W przyszłą środę idziemy na wizytę kontrolną do dr Dołyk, neurolga. Zobaczymy, co powie. Michu nadal nie chodzi samodzielnie. Nawet się za to nie zabiera jeszcze. Nasze próby zachęcenia go nie dają żadnego efektu. No zobaczymy. Pewnie trzeba będzie zrobić rezonans. Jeśli dr Dołyk nam go nie zleci to pewnie zleci go dr Hnatyszyn, bo jakoś słabo możliwe jest, by Michu przez miesiąc zaczął płynnie chodzić. Jeśli się w ogóle nauczy samodzielnie chodzić przez ten miesiąc, to będę uważać to za duży sukces.

No, ale w innych sprawach Michu jest mistrzem :) W ciągu kilku zaledwie minut załapał na czym polega picie przez słomkę. Mimo że nic na to nie wskazywało, że rozumie jak to się robi. A tu dzielny chłopak po kilku demonstracjach mamy i przy kupie śmiechu nagle pokazał, że sam też potrafi! Tak samo było z jeździkiem. Posadziłam go któregoś dnia i pokazałam jak zejść. Po chwili Michu pięknie przełożył nogę i usiadł. W ten sam sposób zszedł po chwili. I nawet sam wykombinował, że jak się chwyci kierownicy z dwu stron, to mu się nie wykopyrtnie :) Do tego wszystkiego zaczął się na jeździku przemieszczać. Co prawda odpycha się na razie do tyłu, ale i tak zuch chłopak!

Nasze częstsze wizyty na pływalni dają zamierzony efekt. Michu przypomniał sobie, że można pływać. Co prawda z koordynacją rąk i nóg jest jeszcze kiepsko, ale nie można mieć wszystkiego od razu. Jakby na to nie spojrzeć, Michu ma dopiero 17 miesięcy. Wiele dzieci w jego wieku jeszcze nigdy na pływalni nie było. A nasze dziecię potrafi już utrzymać się samodzielnie w rękawkach i kółku na wodzie, w samych rękawkach też już kombinuje. Powoli oswaja się z deseczką – że jak nie ma mamy, to się trzeba deseczki chwycić. Cały czas ćwiczymy też przemieszczanie się. Coraz lepiej mu wychodzi. Czasem zdarza mu się przepłynąć bez mojej pomocy kawałek :) W ogóle Misiek kapitalnie oswojony jest z wodą. Wie co robić przy nurkowaniu, żeby się nie zakrztusić. Nie robi tragedii gdy mu ktoś na gębę nachlapie. Przy niespodziewanych podtopieniach tez świetnie sobie radzi. Wodę jednym słowem uwielbia. I chwała nam za to! Moim plecom w szczególności, bo nie ma co ściemniać – każda wyprawa z Michem na basen to dla mnie niezła fizyczna robota. Ale jak widać efekty, to i strzykanie w krzyżu mniej przeszkadza ;)

W ogóle to Michu na basenie znalazł sobie kilka nowych atrakcji (mam na myśli aquapark, bo tam jest puszczany w miarę swobodnie). Pierwsza to łażenie wzdłuż basenu z falami. Puszcza się go przy jednym końcu, a Michu sobie wędruje po brzegu basenu, chlustany falami, na drugi koniec. Przy okazji tej wycieczki staje na kilka minut przy ratowniku i szczerzy do niego zęby. Autentycznie. Aż mi czasem głupio :) Bo Michu centralnie siada na klęczkach przed panem/panią, zadziera głowę i strzela swój uśmiech pod tytułem „policz wszystkie moje 20 zębów”. Ratownik ma polew, czym utwierdza Miśka w przekonaniu, że ma tak dalej stać i się szczerzyć. Ech… ;)

Dalej, atrakcyjna jest zjeżdżalnia przy brodziku. Tu już moje ręce i plecy po kilku zjazdach odmawiają posłuszeństwa. Niestety Michu też posłuszeństwa odmawia i nie chce słyszeć, że ze zjeżdżalni na dziś koniec.

Kilka razy, od kiedy zrobiło się ciepło, wyszłam z Miśkiem na basen zewnętrzny. Woda jest w nim podgrzana, tyle, że jest się na dworze. Zazwyczaj wychodzimy na zwykły basen, ale ostatnio poszliśmy do solanki na zewnątrz. No i tu Michu czuł się jak na uczcie – jak tylko spróbował, że woda jest słona, to nie było siły – cały czas ją chłeptał. Bleee :)

Misiek ma swojego ulubionego pluszaka. Wiem to na pewno. Jakiś czas temu myśleliśmy, że takową rolę spełnia kaczuszka. Ale zauważyłam, że jak jej nie ma, to generalnie Michu tego jakoś szczególnie nie zauważa. Natomiast teraz jest inaczej. Mikołaj na Wielkanoc dostał pluszowego pieska od szczecińskiego zajączka. Piesek od razu przypadł mu do gustu. Na początku nie kładłam mu go do łóżeczka na czas spania, bo wydawał mi się za duży. Aż tu pewnego dnia moje dziecko przed spaniem pokazuje na pieska. Podałam mu go i od tego czasu sprawa wygląda mniej-więcej tak: przed każdym zaśnięciem wszystkie „drobne” pluszaki zostają wyrzucone z łóżeczka, natomiast zostaje tylko piesek i poduszka. Mikołaj kładzie na materacu poduszkę, na podusi pieska, na piesku głowę i tak zasypia najczęściej. Piesek ani razu nie wylądował na podłodze. To w przypadku Miśka oznacza, że piesek ma specjalne względy :) Bardzo mi się to podoba :)

Ostatnio przeżyliśmy z Mariuszem chwilę grozy. Coś tam gadamy o obcinaniu włosów i mówię do Mariusza: „Trzeba Ci w końcu ogolić te kudły”. Na to Misiek, który bawił się obok, łapie się za włosy. Mariusz i ja w szoku. Skąd Misiek zna słowo kudły? Czyżby aż tak często padało w naszym domu, że je przyswoił? Od razu wniosek: trzeba się bardziej pilnować co do tego, co mówimy przy Miśku, bo zaczyna coraz więcej łapać. Któregoś dnia nas skompromituje ;) Na szczęście następnego dnia okazało się, że musiał to być przypadek. Kilkukrotnie pytany gdzie są kudły Misiek nie potrafił pokazać. Całe szczęście. Co prawda niby nic to strasznego, takie kudły, ale wolałabym, aby nasze dziecię choć trochę potrafiło wysłowić się poprawnie ;) Nie tak jak mama i tata ;)

Zaczęliśmy sadzać Miśka na nocnik. Po tygodniu udało się raz wysikać, przy czym Michu nawet tego nie zarejestrował chyba. Z konkretami jest gorzej, bo Michu zazwyczaj robi kupajcę jak śpi. Jak go rano wyciągam z łóżka to już jest po wszystkim. No, ale może kiedyś uda się trafić na czas w nocnik i zakuma :)

To chyba tyle. W galerii są zdjęcia z Kliczkowa i Książa. I jeszcze chyba jakieś Mikołajowe, o ile dobrze kojarzę. Zapraszam serdecznie :)

P.S. Jakiś czas temu pisałam o uwielbieniu Miśka do pisania. Oto dwa dzieła, jedne z pierwszych :) Dla wnikliwych – na tym drugim to kółko jest mojego autorstwa. Miś jeszcze nie „kółkuje” :) A trzeci obrazek to listy napisane przez Tosię, by Zajączek nie pomylił się z włożeniem prezentów do koszyczków :)

Takie tam…

Byliśmy wczoraj u kardiologa z Miśkiem. Pani bardzo sympatyczna i konkretna. Osłuchała małego, zrobiła usg serca, obejrzała przepływy, zrobiła z nami szczegółowy wywiad i powiedziała, że Misiek ma niezrośnięte przedsionki na długości około 2 mm. Normalne jest, że po porodzie zrastają się do około 2 miesięcy. To, że się u Mikołaja nie złączyły, to nie jest jakaś tragedia, ale super dobrze też nie jest. W każdym razie pani powiedziała, że na razie nie ma się czym martwić, mamy obserwować, czy się Misio nie będzie pocił i w razie jakichkolwiek obaw i sygnałów zaraz się zgłosić. Ale raczej nic się nie powinno dziać. Centymetrowa przerwa może się zrastać do pięciu lat, więc nasze 2 mm to „pikuś” i powinno pójść szybciej. Mamy taką nadzieję. Pani doktor uspokajała, aczkolwiek jakiś tam stres mieliśmy. No ale co zrobić. Na razie trzeba czekać i się modlić, żeby się szybko samo zrosło. I za pół roku zgłosić się do kontroli.
Co do samego Miśka to bardzo ładnie zachowywał się wczoraj. Trochę popłakał gdy go pani badała, ale potem spokojnie wszystko znosił. No i oczywiście ciekawsko wyginał się, żeby spojrzeć, co tam pani ma na tym monitorku :) Taki odkrywca się z naszego Misia zrobił.
A tak w ogóle to zapomniałam napisać, że mamy wolny weekend! Profesor odwołał seminarium i nie musimy nigdzie w związku z tym jechać. Super! Jutro rano idziemy z Miśkiem na basen!:)))

Myję zęby wystające z gęby…

Zęby Miśkowi wyrosły. Nagle i niespodziewanie ;) No, może nie tak do końca niespodziewanie, bo jednak od pewnego czasu się ślinił i wkładał w paszczę wszystko, co mu się udało chwycić. W każdym bądź razie fakt jest faktem, a zębol zębolem – dwie dolne jedynki wyrosły. Fajnie :) Radochę mieliśmy wczoraj niesamowitą, gdy udało mi się je namierzyć. No bo tym szczęśliwcem, który namacał w czeluściach otworu gębowego te nowe dwa wykwity byłam ja! (Mariusz chyba boi się, że już nie odzyska palca, gdy go wsadzi Miśkowi do paszczy ;) ) Co do samego ząbkowania, to na razie jakoś nie zauważyliśmy, żeby mu coś w tej materii dolegało. Chyba, że słabo obserwujemy. Trochę był może Misio bardziej marudny, ale tłumaczę to też tym, że był przeziębiony. Zresztą, jeszcze trochę mu się kaszle, więc to też może mu przeszkadzać w pełni dobrym humorze. Ani gorączki nie miał… No i całe szczęście oczywiście. Tylko wczoraj całą pięść próbował sobie włożyć do buzi. I lubi, jak mu masuję dziąsełka specjalną szczoteczką, ale to nic dziwnego – na pewno go swędzą.

Z nowości Miśkowych to jeszcze mamy przewroty z pleców na boczki. Zaczęło się 1 kwietnia, a w ubiegłym tygodniu nadeszło apogeum. W tej chwili synek nasz śmiga na lewy i prawy bok bez zastanowienia – gdy tylko go coś zainteresuje to zaraz wykręca się tak, że dorosły człowiek to by tego nie przeżył ;) Podoba mu się ta nowa „gimnastyka”. Jeszcze trochę i będzie się kulał na brzuch.

Kolejna nowość to jedzonko. Od kilku dni Miś dostaje po dwie łyżeczki przecierku jarzynowego. Smakuje mu to bardzo i ma wielką radochę, że je łyżeczką. Do łyżeczki jest przyzwyczajony, bo tyle się już najadł syropów i kropelek, że to dla niego żadna nowinka. Niedługo wprowadzimy mu gluten do tej zupki. Bo to teraz taki nowy trynd w żywieniu dzieci, żeby po 4 miesiącu gluten w niewielkich ilościach wprowadzać. Podobno w okresie między 4 a 6 miesiącem w mleku matki jest najwięcej przeciwciał, które naturalnie regulują tolerancję glutenu w organizmie dziecka. W tym czasie daje to najlepsze efekty, jest najmniejsze ryzyko alergii. Zobaczymy. Jak coś się będzie dziać nie tak, to przerwiemy. Póki co Miś jest na samej zupce i nic złego się nie dzieje. Cyca dalej chętnie ciągnie, kolek nie ma, kupsko normalne, tyle, że trochę już gęstsze, alergii też nie widać. Miejmy nadzieję, że wszystko nadal będzie ok.

Jeśli chodzi o nowy schemat żywienia, to tu możecie sobie trochę poczytać. I jeszcze tu.

Przemeblowaliśmy Miśka pokój. Tych, którzy wiedzą, jak wyglądało wcześniej mogę poinformować, że obecnie łóżeczko stoi przy drzwiach, komoda poszła w stronę kaloryfera. Na przeciwko drzwi jest fotel, a pod oknem kanapa. Znalazło się dzięki temu miejsce na matę edukacyjną, więc nam się trochę duży pokój odgracił. Miśkowi chyba też się nowy stan rzeczy podoba ;)

W niedzielę byliśmy na długim spacerku w Parku Południowym. Oczywiście trzeba było zaopatrzyć się w niezbędniki – balonik i wiatraczek :) Spacerek był bardzo udany, Misio grzeczny, a my dotlenieni. Mam nadzieję, że za tydzień też pogoda dopisze i gdzieś wyskoczymy. W końcu kiedyś trzeba obejrzeć ogród botaniczny.

park

Misiek jest świetny. Tak stwierdzamy codziennie z Mariuszem. Ciągle nas czymś zadziwia albo rozśmiesza. Zaczepny się piernik zrobił strasznie. Chichocze w głos, zagaduje, próbuje złożyć ustami to swoje „a-guuu”… I ludzi zaczepia. Ostatnio w przychodni zaczepiał wzrokiem i gadaniem małą różową dziewczynkę. Śmiał się potem do niej, gdy podeszła. Społeczny się robi coraz bardziej. To dobrze. Może będzie mniej socjopatyczny niż rodzice ;) No i „trzepie się” z radości. Gdy mu się coś spodoba, to okazuje to całym ciałem. Super to wygląda :) I grzeczny jest. Wczoraj byliśmy na badaniu krwi. Pani pobierała krew z paluszka, długo go cisnęła w rączkę, bo nie chciało nakapać, a Misio spokojnie siedział i nie marudził. Jak się zaczął po kilku minutach niecierpliwić, to zaśpiewałam mu misiową piosenkę i się ponownie uspokoił. Fajny jest :)

Jutro idziemy do kardiologa. Obyśmy nie zapomnieli, bo ostatnio przeoczyłam wizytę u dentysty. Oczywiście swoją, a nie Miśkową :)

Najbliższy weekend znowu w siodle. Ale w niedzielę jesteśmy już w domciu. Może wreszcie dotrzemy na basen… No bo poprzednio nam się dziecię rozchorowało i z pływania nici. Trzymajcie kciuki, żeby się udało!

Wiosna we Wrocławiu

Wiosnę mamy, wiecie? Co prawda pogoda stara się temu zaprzeczyć, ale ja tam wiem swoje – znaleźliśmy z Miśkiem wiosnę w parku, to jest fakt udokumentowany :) Tak więc śniegu już nie chcemy.

wiosna

Wiosenne spacerki ostatnio udają nam się znakomicie. Czasem nawet dwa razy wychodzimy – raz w południe, a drugi raz jak Mariusz z pracy wraca. Najsympatyczniej jest oczywiście w naszym Parku Skowronim (bo najbliżej). Swoją drogą wyczytałam gdzieś niedawno, że był tam kiedyś cmentarz. Podobno można nawet jeszcze znaleźć jakieś pozostałości po nagrobkach itp. Przy najbliższej okazji trzeba się będzie przyjrzeć parczkowi pod tym kątem.
Misiek bardzo ładnie zachowuje się na spacerkach. Zazwyczaj prześpi całą drogę :) Mam więc okazję, żeby trochę pofotografować. Ale nie za wiele, bo ciężko ciągnąć miśkowy wózek przez trawniki, a samego go przecież na parkowej alejce nie zostawię. Wiedzcie więc, że zdjęcia wiewiórek, które umieściłam w galerii są okupione litrem potu spływającego z czoła po tym, jak przedzierałam się przez trawę w parku. Doceńcie ;)

wiórka

Ubiegły weekend spędziłam z Misiem w Głuchowie. Było super. Doszło do pierwszego spotkania Mikołaja i Tosi. Obawialiśmy się, czy mała nie będzie trochę zazdrosna o kuzyna, ale trzeba przyznać, że „dogadali się” świetnie :) Tosi bardzo podobał się Mikołaj. Opiekowała się nim bardzo ładnie, prawie na krok go nie opuszczała. Nawet gimnastykę razem robili ;) Zresztą tu jest mały dowód – co prawda już po gimnastyce, ale jeszcze na golasa :)

kuzynostwo

Poza tym Mikołaj w niedzielę przeżył swój pierwszy dzień bez mamy i taty. No i poradził sobie dobrze. Trochę pomarudził wieczorem, ale ogólnie i tak nie było źle. Na razie jeszcze mało rozumie, ale niedługo jak już zacznie rozróżniać kto obcy, a kto nie, to może być gorzej.

Dzisiaj rano poszłam zrobić wywiad środowiskowy do aquaparku. Muszę Wam powiedzieć, że wypas. Oczywiście mnie najbardziej interesowało przystosowanie pływalni do wizyty maluszka. No i trzeba powiedzieć, że spełnili oczekiwania. W szatniach stoją przewijaki, są dodatkowe kabinki w przebieralni tzw. przebieralnie rodzinne, gdzie też można przebrać maluszka. Przy brodziku (który jest naprawdę spory) jest pokój dla matki z dzieckiem. Obadałam sprawę i się nie rozczarowałam. Poza kolejnym przewijakiem jest też osobny natrysk, sedes, umywalka. Do tego jest kilka łóżeczek turystycznych, które można rozstawić przy basenie lub leżaczku. Zresztą jest też mnóstwo leżaków, więc jest gdzie się zatrzymać po wyjściu z wody i ochłonąć troszkę. Sam aquapark też robi wrażenie. Oczywiście skorzystałam z kilku przyjemności :) Na przykład z jaccuzi. I z solanki na zewnątrz, z leniwej rzeczki i kilku mniejszych baseników. Powierzchnia robi wrażenie. Krakowska pływalnia siada przy wrocławskiej. W Krakowie, owszem, też jest dużo atrakcji, ale strasznie ciasno, z tego co pamiętam. Tutaj jest i sporo atrakcji, i dużo miejsca. Czego chcieć więcej? Jeśli nic nie stanie nam na przeszkodzie, to w sobotę ruszamy chrzcić Miśka w basenie. Niech ma! :)

W środę byliśmy u chirurga. Jąderka obydwa sprawdzone, są dobrze umiejscowione. Nie wiem, o co chodziło pediatrze. W każdym razie w gabinecie byliśmy około 2 minut i tyle się dowiedzieliśmy. Mamy obserwować i po ukończonym przez Miśka 8 miesiącu zgłosić się do kontroli. Nawet się już zapisaliśmy na 12 sierpnia. W najbliższym czasie czeka nas jeszcze kardiolog – 17 kwietnia.

Wczoraj, przy okazji szwędactwa po mieście w związku z chirurgiem, udało nam się w końcu dotrzeć do Urzędu Wojewódzkiego i złożyć wniosek o paszport. Będzie do odbioru za jakieś 2-3 tygodnie czyli w sam raz przed naszym wyjazdem długoweekendowym do Szczecina. No bo oczywiście zamierzamy jechać przez Niemcy. Co do samego Urzędu to kolejka paszportowa masakryczna. Całe szczęście, że są numerki i wszytko idzie dość żwawo, bo nie wiem, jak Misiek zniósłby dłuższe oczekiwanie. I tak spędziliśmy tam dobre 40 minut. No i koszmar jest jeśli chodzi o parking. Zawalony samochodami tak, że nie ma szansy żeby się wbić gdziekolwiek. Udało nam się dopiero za drugim podejściem.

W przyszłą niedzielę jadę z Misiem do Głuchowa, bo zaczynam od poniedziałku praktyki w szkole. Misiek będzie pod opieką mojej mamy. A Mariusz zostanie sam w domu. Ciekawe, czy choć troszkę za nami potęskni.

Święta, Święta i po Świętach…

swietlik

Szybko minęła nam Wielkanoc. Trochę za szybko. No ale co zrobić – czas ucieka, niedługo Miśkowi stukną cztery miesiące i zaczniemy powoli wprowadzać jakiś przecierek jarzynowy z dodatkiem glutenu. Taki nowy schemat żywienia niemowląt dostałam ostatnio od pediatry. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. I czy Miśkowi będzie smakowało.

Tak poza tym z nowych miśkowych spraw to taka, że żeby nam się nie nudziło, dostaliśmy kolejne skierowanie do specjalisty – tym razem do kardiologa. Bo Miś ma jakieś szmery nad sercem. Podobno niewielkie, ale są. Pediatra uspokaja, że to pewnie nic poważnego, bo większość dzieci ma szmery – dlatego, że serducho im rośnie i takie tam. No więc na razie się nie martwimy. A kiedy do kardiologa dotrzemy to nie mam pojęcia, bo dodzwonić się trudno. Ale to typowe ostatnio. Poza tym Misio zdrowy jak ryba. Przeziębienia go żadne nie chwytają, inne paskudztwa też na szczęście nie. W ubiegłym tygodniu szczepiliśmy go na pneumokoki, jeszcze trzy dawki będzie trzeba wykupić. Skandal, że rodzice sami muszą dbać o zakup szczepionek, skoro płaci się takie wysokie składki na ubezpieczenie zdrowotne. Jak na razie to Mikołaj tylko w szpitalu dostał państwową szczepionkę. Resztę kupujemy sami, bo to, co oferuje państwo to minimum zaledwie. Masakra jakaś.
W ubiegłym tygodniu byliśmy też na usg ciemiączkowym. Wynik wyszedł ok, żadnych wodniaków nie ma, ani innych badziewi :)

Co do Wielkanocy, to zmieniliśmy nasze wcześniejsze plany i zostaliśmy we Wrocławiu. Ku rozpaczy reszty rodziny ;) A ku naszej radości, bo przynajmniej wypoczęliśmy porządnie. Co prawda dwa dni siedzieliśmy (w sumie to leżeliśmy) w domu przed telewizorem, bo pogoda była parszywa, ale i tak było super :) Żarła mieliśmy całą lodówkę. Nie chwaląc się, pierwszy raz w życiu piekłam schab ze śliwkami i wyszedł po prostu rewelacyjnie! Przy okazji obejrzeliśmy kilka filmów – Zakochaną Jane, Ranczo, Rambo (to oglądał Mariusz sam, bo mnie słabo bawi widok latającej wątroby) (chociaż w sumie to nie – latającą wątrobę to spokojnie bym przeżyła, w końcu w innych filmach tez lata, ale nie mogę znieść Sylvestra Stallone – nie cierpię kolesia), Pasję i Misję. I jeszcze wszystkie trzy części Harrego Pottera (tvn przeszedł sam siebie puszczając w trakcie takie ilości reklam, że powinni dostać za to jakąś karę) oraz Ostatniego Smoka. Tak więc, jak widzicie, Święta mieliśmy baaardzo intensywne. W Wielką Sobotę udało nam się wybrać na spacerek. Dotarliśmy na Starówkę i zrobiliśmy niezłe kółeczko – prawie udało nam się dotrzeć do katedry, tyle że uszy nam marzły i postanowiliśmy wrócić do domu. Po drodze nawiedziliśmy kilka kościołów, żeby chwilę pomedytować przy Grobie Pańskim. Najbardziej podobał nam się u oo.dominikanów. Szkoda tylko, że tak ciężko jest wjechać wózkiem do większości kościołów. To nam trochę utrudniało spacer. W galerii są fotki z tej podróży, zapraszam do obejrzenia.

spacer

Mikołaj wciąż rośnie. W ubiegłym tygodniu ważył około 7100. Mam wrażenie, że znowu jest cięższy, bo coraz mocniej odczuwa to mój kręgosłup. No ale co zrobić. Poza tym bardzo ładnie manipuluje już paluszkami. Widać też, że zdarza mu się mieć świadomy cel w tych manipulacjach – chwyta przedmioty nie tylko wtedy, gdy mu się je włoży do rączki, ale czasem jak zobaczy jakąś zabawkę to już próbuje sam ją chwycić. Zazwyczaj z pozytywnym skutkiem. Na pałąku maty zawiesiłam mu ostatnio inne zabawki, więc ma trochę odmiany. Poza tym maleństwo nasze ostatnio bardzo się wygina w pozycji leżącej – chyba się przygotowuje do przewracania z plecków na bok.

Fajne jest kupowanie zabawek dla Miśka. Ostatnio bardzo sprawdziło nam się „grajotko” z Chicco. Takie tam organki jakby, pluszowe z wierzchu, plastik pod spodem, grają pięć niewkurzających melodyjek i do tego mają dwa natężenia głośności, więc uszy nie puchną :) Poza tym Zajączek przyniósł mu też świetlika – taka zabaweczka plastikowa, która grzechocze, wydaje dźwięki, świeci i ma czułki, które mieszczą się naszemu synkowi w paszczy – oraz pałąk do spacerówki. Co prawda jeszcze go nie wypróbowaliśmy na spacerówce, ale w domu już się sprawdza – oczywiście też gra i świeci ;)

Ostatnio trochę popróbowałam sił w fotografowaniu kwiecia. Efekty są widoczne również w galerii. Frajda z tego była wielka :)

zonkil

Cóż poza tym… Pogoda tak, że nosa wyściubić się z domu nie da – zimno i raz pada śnieg, zaraz świeci słońce, potem pada grad i w tak w kółko. Smutno…

W sobotę jedziemy do Głuchowa. Musimy w końcu dotrzeć do księdza w sprawi ślubu i chrztu. Dojdzie tez wtedy do pierwszego spotkania Mikołaja z Tosią. Mam nadzieję, że wywrą na sobie dobre wrażenie :)

A! Jeszcze jedna sprawa. W pasku bocznym pojawiły się tagi. Dla niewtajemniczonych wyjaśnienie – jeśli klikniecie na określone hasło, to pojawi Wam się lista wpisów, które w jakiś tam sposób dotyczą owego hasła. Chyba tyle na ten temat.

I ogólnie chyba to już wszystko. Idę trochę pobawić sie z synkiem :)