Byłam dziś z Michem u pobrania krwi. Niby nic takiego… A jednak! Okazuje się, że pobranie krwi u 21-miesięcznego dziecka nie jest sprawą trywialną. Poczytajcie:

Miejsce: Akademicki Szpital Kliniczny, ul. Borowska, Wrocław, laboratorium analityczne

Przygoda zaczyna się już przy windzie, która to nie działa. Więc cóż – biorę wózek z Michem i drałuję na drugie piętro schodami ustawić się w kolejce do rejestracji laboratorium. Kolejka o dziwo krótka, więc punkt 8 rano jesteśmy przy okienku.

„Jakie badanie?” – pyta pani.
„Morfologia krótka i jonogram krótki” – odpowiadam.
„A ten jonogram krótki, to co to jest dokładnie?” – słyszę.
„Nooo, nie wiem, znalazłam w Internecie, że sód i potas, ale czy coś jeszcze to nie wiem, bo się na tym nie znam” – mówię.

Pani zasępiła się, po chwili pyta koleżankę, koleżanka równie zasępiona odpowiada, że tak, że to chyba tylko sód i potas… Ech… No dobra. Brniemy dalej.

Pani z okienka mówi, że mamy wejść bez kolejki do pobrania (bo z dzieckiem). Wchodzę więc i pytam, czy pani pobierze tutaj (bo jak byliśmy kilka tygodni temu to musieliśmy iść do pokoju zabiegowego 2 piętra niżej, bo ta pielęgniarka nie pobierała dzieciom krwi). Pani mówi, że pobierze i że mam podwinąć Micha rękawy.

(Michu generalnie nie jest głupi i od momentu wejścia do gabinetu płacze, bo wie, co go czeka.)

Pani zaczyna oglądać żyły. Mówię, że ostatnio Michu miał pobraną krew z dłoni, bo w zgięciach łokci pani nie mogła znaleźć żyłki. No to pani przerywa oględziny i stwierdza, że ona sobie nie poradzi i że mamy z nią iść do zabiegowego, tam pobiorą.

No to idziemy. Tam trzy panie od nowa macają ręce Micha w poszukiwaniu żyły. Michu oczywiście wyrywa się z moich kolan i wrzeszczy wniebogłosy. Nie działa żadna próba uspokojenia. No ale cóż – krew pobrać trzeba, tylko czemu to tak długo trwa???

Michu wrzeszczy, panie macają głośno zastanawiając się, czy dadzą radę, czy też mamy czekać na panią Basię (ktokolwiek by to miał być). W końcu pani położna środowiskowa (znamy, bo była u nas z wizytą patronażową po urodzeniu Micha) stwierdza, że w zgięciu lewej ręki chyba namacała żyłę i że ona się wkłuje. Żyłę ową próbuje tez namacać jej koleżanka, ale nie może znaleźć. No ale położna twierdzi, że żyła jest.

Ufff – myślę sobie -Jeszcze chwila i się skończy ta mordęga (Michu cały czas regularnie krzyczy).

Więc: ja z całej siły trzymam wijącego się Micha, pielęgniarka trzyma Michową rękę, a położna wbija igłę. Wbija… i nic. Nie trafiła. Szuka więc przez kolejne dobre trzy minuty tej żyły grzebiąc w Micha ręce igłą. Michu przerażony. W końcu pani stwierdza, że się nie da i że mamy czekać na panią Basię.

No to czekamy. Michu nie wie o co chodzi – w końcu już była igła w ręce, więc co my tu jeszcze robimy?

W tym czasie trwają poszukiwania pani Basi. W końcu się zjawia i znowu wchodzimy do gabinetu. Michu znów zaczyna płakać. No ale co zrobić – badanie jest pilne, trzeba je wykonać.

Powtórka: ja trzymam wijącego się Micha, pielęgniarka Michową rękę, a pani Basia wbija igłę. Nie trafia. Ale ma widać więcej szczęścia, bo po chwili grzebania jest sukces – zaczyna coś tam kapać.

Michu oczywiście rozwył się jeszcze bardziej (nie dziwię mu się wcale). Na to panie na niego z gębą, że ma się natychmiast uspokoić, bo przez to, że się tak wierci to słabo krew leci.

Michu się więc jeszcze bardziej drze, bo nie dość, że nic nie kuma z tego, co do niego mówią, to jeszcze jest przerażony i zmęczony 40-toma minutami pobierania krwi (tyle w sumie trwała cała ta akcja od momentu odejścia od okienka rejestracji).

Po kilku minutach i jękach pani, że prawie zakrzepło jej w probówce, udaje się nakapać tyle, ile trzeba i możemy iść.

Trochę już mi emocje opadły, ale rano chętnie wskoczyłabym z kałasznikowem i wystrzelała całe laboratorium na Borowskiej. Ludzie!!! Tam jest szpital i przychodnia. Codziennie zdarza się jakieś dziecko, któremu trzeba pobrać krew. Nie rozumiem, jak można nie mieć odpowiednio do tego przeszkolonej osoby. Przecież wiadomo, że niespełna dwuletniemu dziecku nie da się wytłumaczyć, że ma siedzieć spokojnie i się nie bać. Dorośli niekiedy boją się pobierania krwi, a co dopiero taki maluch? Do tego jeszcze to przeciąganie w nieskończoność, łażenie od gabinetu do gabinetu w celu poszukiwania kogoś, kto tę krew pobierze.

Żenująco niski poziom obsługi i przygotowania do pracy.

Kiedy idę z dzieckiem na takie badanie oczekuję, że:

  • nie będę musiała biegać od gabinetu do gabinetu w poszukiwaniu osoby, która zgodzi się pobrać dziecku krew
  • osoba pobierająca dziecku krew jest profesjonalistą i nie dopuści do sytuacji, że grzebie w ręce dziecka kilka minut igłą, by znaleźć żyłę (jeśli nie jest pewna, czy ta żyła jest „na miejscu” to niech poszuka takiej, którą będzie dobrze widzieć)
  • osoba pobierająca krew oraz jej towarzysząca nie będą wrzeszczeć na dziecko, które jest przerażone i nie rozumie, o co chodzi, a jedyną reakcją jaka przychodzi mu do głowy jest właśnie płacz i krzyk
  • To naprawdę niewiele, wydawać by się mogło. A jednak na tak dużą placówkę, jaką jest AM na Borowskiej okazuje się, że to już zbyt wiele. To była ostatnia nasza wizyta w tym laboratorium.

    Tylko Miśka najbardziej żal. Chodzi po domu trzymając się za lewą rękę i mówi „baba”, co znaczy, że go boli. Nie dziwota – tak mu pani pogrzebała w środku, że boli, co zrobić. Nic, tylko wysadzić w powietrze!