Usamodzielnianie

Tydzień nie pisałam, a tu tyle się działo, że nie wiem od czego zacząć ;)

Od wtorku przeszliśmy do kolejnego etapu usamodzielniania Miśka. Ponieważ powoli przestaje mieścić się w łóżeczku i wisi nad nami wizja kupna mu łóżka prawdziwego, postanowiliśmy zacząć go przyzwyczajać do bardziej samodzielnego chodzenia spać.

Generalnie opisywałam całkiem niedawno proces usypiania Miśka. We wtorek ubogaciliśmy to w nie zamykanie łóżeczka. Barierki (te dwie wyjmowane) schowałam i teraz cały czas łóżeczko ma „drzwi” otwarte. Michu jest tym tak podjarany, że zasypia od trzech dni grubo po dziesiątej, a od ósmej (gdy go już zostawiamy w pokoju samego) łazi po swoich włościach i się bawi. Rano jest co sprzątać, bo generalnie rusza wszystko, co się tylko da. Póki co, o dziwo, na razie nie wychodzi z pokoju. Miał co prawda kilka prób, ale przez zamknięte drzwi pogadałam, że to już pora spania, że teraz się nie chodzi po mieszkaniu, że ma iść do łóżeczka, i – szoook! – dziecię posłuchało!

Niestety, od tychże trzech dni stajemy się świadkami nowej tradycji… Trzeci wieczór swobody Miśka, trzecia piżama do zmiany… Będę pewnie według niektórych obrzydliwa, ale cóż zrobić. Co wieczór, już po kąpaniu i mniej-więcej po 1,5h harców Michu wali kupę taką, że trzeba go przebierać kompletnie. Nie wiem o co chodzi. Do tej pory załatwiał sprawę w dzień. Ale może to owe harce powodują wzmożoną pracę jelit… ;) Ogólnie rzecz biorąc – przesrane!

No i do tego wszystkiego dziecię nauczyło się rozbierać ze śpiworka. Tak więc jakieś 5 minut po zamknięciu Micha w pokoju Michu pozbywa się utrudniającego przemieszczanie badziewia i balanguje w samej piżamie. Powlekłam mu kołdrę, ciekawe na ile zda egzamin. Śpiworek jednak chronił przed rozkopywaniem kołdry…

Poza tym Mikołaj przeprosił się z łyżeczką. Tak, wiem, dziecko 23 miesięczne powinno już posługiwać się łyżeczką i to w dość przyzwoity sposób. Ale cóż, nasze dziecię nie chciało. Widelec tak, owszem. Ale próby jakiejkolwiek nauki jedzenia łyżeczką, czy choćby pokazania jak trzymać, żeby zawartość nie spadała, kończyły się fochem ze strony Miśka. On sam wiedział najlepiej ;) Próbowałam przez zabawę w wodzie, przez nabieranie kamyczków… Nic nie skutkowało. Co prawda psycholog uspokajała, że ma czas, że jak potrafi widelcem, to dobrze, że przyjdzie czas na łyżeczkę, ale wiadomo jak to jest.

W każdym bądź razie kilka dni temu Michu w nagły, niespodziewany sposób zaczął władać łyżką w taki sposób, że mu z niej już tak dużo nie spada. Hmm… w sumie to źle napisałam. Spada dużo, ale Michu wie, jak ma łyżkę trzymać, żeby chociaż coś trafiło do buzi. Dumni jesteśmy bardzo, zwłaszcza, że to kolejna przyjemna z punktu widzenia rodzica rzecz – jak dziecko samo się nakarmi :)

Dla upamiętnienia filmik „żarłoczny”. Pewnie nudny w pień, ale chyba nie muszę mówić, że dla mnie najciekawszy na świecie ;) Kto nie chce oglądać, to przymusu nie ma, ale w odpowiednim momencie i tak odpytam ;)

Dziś byłam z Michem u dr Barg, endokrynologa. Ogólnie pani zadowolona z wyników hormonów tarczycy i z Miśka jako takiego :) Hormony mamy jeszcze podawać, w sumie przez około pół roku (razem z tymi dwoma miesiącami, które mamy już za sobą). W lutym znowu do kontroli, ale ogólny obraz sytuacji jest bardzo zadowalający.

Zapisałam się na fitness, razem z Romą, moją koleżanką ze studiów dziennych. Niedaleko mnie w dodatku. Chodzimy dwa razy w tygodniu – w poniedziałki na Antycellulite, w środy na Stretch. Albo odwrotnie :) Wycisk dostajemy niemały, ale generalnie o to chodziło :) A przyznać muszę, że i cena przyjemna, bo 10 zł za zajęcia, w tym raz w tygodniu sauna gratis. Warunki w klubie całkiem przyzwoite. Może mi się trochę wydolność organizmu poprawi, bo ogólnie to kiepsko jest momentami. No, i nie będę tu ściemniać – liczę, że schudnę co nieco :)

W sobotę mamy szkolenie logopedyczne. Nie jest obowiązkowe, ale 10 godzin praktyk można tym zaliczyć :)

Na koniec nowy singiel Strachów na Lachy. Zupełnie jak nie oni :) Ale bardzo mi się podoba. W lutym trzeba będzie kupić płytę.

Tyle na dziś. Dobrej nocki!

P.S. A jednak jeszcze nie koniec :) Po pierwsze na dobranoc filmik (kolejny): „Dlaczego iPhone może być niebezpieczny” (dłuższy opis tutaj):

Po drugie demotywatory :) Znalezione kilka dni temu przez małżonka:

No, to teraz misja wypełniona ;) Można spać :)

O wyższości łyżeczki nad palcami

Łyżeczka, jak to łyżeczka, zastosowań może mieć wiele. W zależności od kontekstu, preferencji, potrzeby… Można się w niej poprzeglądać. Rzucić można o posadzkę, żeby wszyscy domownicy słyszeli. Fajnie jest ją po prostu potrzymać i pooglądać. Może też służyć do pomasowania dziąseł, dłubania w szparach między zębami, tudzież do zwykłego podgryzania. Łyżeczką można stukać. I to nie byle jak! Stukać można nią w głowę. Swoją lub czyjąś. Można też stukać w meble albo w drugą łyżeczkę. Ale najnowszym sposobem wykorzystania łyżeczki jest… posługiwanie się nią przy jedzeniu! Wyobraźcie sobie, że tak można! I na to wpadło nasze dziecię kochane niedawno :)
Nie pamiętam, czy pisałam już wcześniej o próbach przekonania Misia do korzystania z tego całkiem pożytecznego sztućca. W każdym bądź razie poprzednie próby spełzały na niczym, aż w końcu coś zaskoczyło. Widocznie nadszedł „ten czas”. Czas łyżeczki. A może motywacja była lepsza, bo owego dnia na obiad Miś dostał swoje ulubione danie z rybką. Generalnie, jakby na to nie spojrzeć, Mikołaj w ubiegłym tygodniu (we wtorek 17 lutego, dokładniej rzecz ujmując) pozwolił mi, przez prawie cały obiad, prowadzić swoją ręką, wyposażoną w łyżeczkę, od miski do otworu gębowego (resztę zrobiły siekacze, język i inne mięśnie, soki trawienne, praca jelit, po czym na końcu znowu miałam w tym swój udział – niestety mało przyjemny, bo śmierdzący). I w dodatku powiedzieć trzeba, że to nie było jednorazowo! Misiowi tak się spodobało „samodzielne” jedzenie, że z chęcią raczkuje do fotelika, jak niosę miskę (to mi trochę zachowanie psa przypomina… ;)), po czym grzecznie czeka na przypięcie pasów, wpięcie tacki, położenie miski i łyżeczki i już jest gotów do akcji! Od kilku dni, poza tym, stara się przejmować inicjatywę i sam próbuje nabierać jedzenie i trafiać do buzi. Z tym idzie mu gorzej, bo zazwyczaj po drodze łyżeczka zostaje obrócona do góry dnem a jedzenie w 99% ląduje na śliniaku, ale i tak jest ekstra :) Dumni jesteśmy z niego niesłychanie! :))) Oczywiście w obwodzie musi być kilka łyżeczek, bo jedna to nudna jest zazwyczaj.

Kolejna ćwiczona ostatnimi dniami umiejętność to picie z normalnego kubeczka. Z naszą pomocą wychodzi to Misiowi coraz lepiej, a frajdę ma przy tym niesamowitą. A już największą radość miał Mikołaj kilka dni temu, gdy mu Mariusz pozwolił pić herbatę z cytryną ze swojego kubka. Istne szaleństwo – nie dość, że z kubka, to jeszcze był to kubek taty! :)

Do łask wróciły też kubki-niekapki. W sumie, to nie było innego wyjścia. Po prostu pożegnaliśmy butelkę, kupiłam w Askocie trzy nowe, kolorowe kubeczki i od tego momentu Miś dostaje pić albo w jednym z nich, albo w zwykłym kubeczku. I, o dziwo, nie marudzi. Oby tak dalej! :)

Byliśmy już dwukrotnie na grupowych zajęciach logopedycznych w Promyku. Prowadzi je p.Asia Stańczak. Bardzo sympatyczna i zaangażowana kobietka. Zajęcia trwają około 50 minut. Zaczynają się którymś z programów Knilla, a potem jest jakaś grupowa aktywność – np wyławianie kamyków łyżką z miski z wodą. Mikołajowi bardzo się te zajęcia podobają. Jest zawsze mocno podekscytowany i widać, że coraz bardziej się ośmiela w stosunku do innych dzieci i ich mam. Ostatnio nawet zdarzyło mu się bieganie ode mnie do p.Asi, które skończyło się przytuleniem do tej drugiej. Byłam w szoku :) Poza tym po tych zajęciach Miś jest zawsze bardziej rozgadany.
Co do programów Knilla, to mamy je nagrane na cd. Kiedyś próbowałam je z Misiem przeprowadzać, ale zainteresowanie malało z sekundy na sekundę. Ale w grupie, o dziwo, robi z moją pomocą większość zadań. I w pozostałe dni tygodnia, gdy włączam to w domu, to sobie już kojarzy melodie, wie, co będzie, i jakoś lepiej współpracuje. Może nie tak, jak na zajęciach, ale na pewno lepiej, niż gdy to robiliśmy sami wcześniej.

Co do nowych umiejętności to doszło jeszcze konkretne wspinanie się na wszystko co się da. Nieważne, czy to coś jest stabilne czy nie. Miś wchodzi na tapczan, żeby popstrykać włącznikiem światła, wchodzi na fotel w pokoiku, by pobawić się lampką nocną… Wspina się już nie tylko przy takich powierzchniach, przy których mógł się na czymś podciągnąć, ale także umie już wstawać przy powierzchniach płaskich – np ściana lodówki. Czasem ma jeszcze problemy z zejściem, gdy nie ma się o co oprzeć, ale coraz rzadziej mu się to zdarza. No i coraz więcej chodzi wzdłuż mebli.

Ostatnio na nowo odkrywamy nasz blokowy pokój zabaw. Miś lubi tam pozjeżdżać ze zjeżdżalni (wpada się w basen z piłeczkami), pobaraszkować na dywanie, a już najlepszą zabawą jest… bieganie (znaczy się raczkowanie) wokół małpiego gaju. Jak zacznie biec (run, Forest, run!) to przestaje tylko w dwóch wypadkach – pierwszy to znalezienie jakiegoś smakowitego kąska pod postacią paprocha (co my wiemy na temat jedzenia! taki paproch, to dopiero niebo w gębie! a że wygląda jak wygląda?… cóż…), a drugi to po prostu brak sił. W tym drugim wypadku Misiek pada na dywan, leży jakieś 5 sekund, po czym zrywa się i znowu: run, Forest, run! Ale jakby na to nie patrzeć, za każdym razem, gdy wracamy z pokoju zabaw, Miś jest tak wymęczony, że kładzie się spać bez marudzenia :)

W galerii jest kilka nowych zdjęć Mikołaja. Pewnie już oglądaliście, ale jeśli przypadkiem nie, to zapraszam.

No i tyle na dziś. Pozdrowienia dla Was :) I do przeczytania ponownie :)