Dobrze, że już po Świętach, bo jeszcze z dwa dni i byśmy pękli z przejedzenia. Stwierdziliśmy, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy w taki sposób spędzamy Boże Narodzenie – czyli w domu przed tv z kopą żarcia. Za rok trzeba zarezerwować jakiś hotel w górach i wyjechać, przynajmniej człowiek mniej się przeje, trochę pospaceruje i mniej namęczy niż stojąc przy garach. A koszty wyjdą pewnie takie same.

Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o jedzenie wigilijno-świąteczne, to wyszło mi wszystko super. Większość robiłam po raz pierwszy w życiu i o dziwo nic nie skopałam :) Mariusz stwierdził, że jestem obciążona genetycznie „kucharzeniem”, więc nie mogło nie wyjść. Jednakże ilości wszystkiego były przerażające. A przecież i tak robiłam z pół porcji! W każdym bądź razie całe Święta cierpieliśmy na rozstrój żołądka, bo przyznać należy, że ostatnio nie jadamy ani tak wiele, ani tak intensywnie. No i nie jemy słodyczy wcale, co nadrobiliśmy w ciągu kilku ostatnich dni tak, że mnie już mdli na samą myśl o czekoladzie. A jeszcze mamy pół szafy różnych słodkości. Najwyżej poczekają na Wielkanoc.

Prezenty, prezenty… :) To jest zawsze miła część Świąt :) Św.Mikołaj w tym roku był bardzo rozrzutny, mimo światowego kryzysu. Ja pod choinką znalazłam Vademecum Profesjonalisty do Photoshopa, do tego ekstra wydanie z tutorialami też do PS. Poza tym kolejny sezon Przyjaciół, najnowszą płytę T.Love oraz ekstra zestaw Jacka Danielsa ze szklaneczkami :) No a przedtem to mi jeszcze małżonek przedświątecznie kupił wyczekiwane perfumy oraz ekstra bieliznę :)

Mariuszowi to się akurat w grudniu wszystkie okazje schodzą, więc prezenty dostawał na raty od kilku dni. Składały się głównie z płyt cd, gier i książek.

A Miś dostał Comfy. Ale o tym już wcześniej pisałam. Odpaliliśmy mu to w drugie Święto i trzeba przyznać, że zrobiło dobre wrażenie na użytkowniku :) Nie chciał odejść od komputera. Coś czuję, że mój nowy komputer nie będzie tylko mój… Trzeba będzie także tam Comfy zainstalować i się z nowym pc-maniakiem dzielić ;)

Pierwsze Święto spędziliśmy w Głuchowie ku radości wszystkich spotkanych głuchowiaków. Babcia Tereska (Misiowa prababcia) nie mogła się Mikołajem nacieszyć. Wszyscy małym zauroczeni, zwłaszcza jak zaczepiał bawiąc się w akuku :)

W drugie Święto wcześnie rano (dokładnie to o 8.30) wybraliśmy się na krótki spacer na Stary Rynek. Zamierzaliśmy poodwiedzać szopki w kościołach, ale był taki mróz, że żal Misia było i skończyło się na obejrzeniu szopki w kościele garnizonowym i obejściu wokół Rynku. Klimat był rewelacyjny. Może z 10 osób spotkaliśmy w sumie na całym spacerze. Zaliczyliśmy też chwilową zgubę. O mały włos nie pożegnalibyśmy się z ulubionym Puchatkiem Mikołaja, którego tenże upłynnił gdzieś po drodze. Po truchcie z powrotem tą samą drogą udało mi się Puchatka namierzyć. Szorował nosem po bruku w otoczeniu gołębi, w okolicach ul.Św.Mikołaja… :)

W sobotę pojechaliśmy do Gniezna. Pojechaliśmy, chociaż wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły nam od rana (a w sumie to od nocy), że mamy nie jechać. No ale człowiek głupi, nie posłuchał… Miśkowi akurat wychodzą czwórki na dole (na górze wyszły kilka dni wcześniej), przez co pół nocy nie spał, bo go bolało. W związku z tym my też nie spaliśmy. W sobotę rano byliśmy nieprzytomni, no ale przecież jechać trzeba. W samochodzie Michu spał tylko 50 minut i nic to nie dało, bo i tak był cały czas zmęczony i marudny. Cała wizyta w Gnieźnie też się nie kleiła z powodu naszego zmęczenia i podenerwowania ogólną sytuacją, że jechaliśmy, zamiast odpocząć w domu i dać odetchnąć Miśkowi i jego zębom. I żeby jeszcze tego wszystkiego było mało… skręciłam kostkę! Schodziliśmy po schodach do samochodu, zgasło światło na klatce schodowej. Mariusz pyta, czy zapalić, ja na to, że nie, bo to już końcówka i widzę. I w tym momencie – trach! Byłam pewna, że zeszłam już z ostatniego stopnia na stały grunt, a tu się okazało, że właśnie weszłam na ostatni stopień. W związku z tym zrobiłam trochę większy krok, przez co z tego stopnia zjechałam wyginając nogę w kostce w taki sposób, że i tak jestem pełna podziwu, że jej nie złamałam. Oczywiście w rękach trzymałam Mikołaja. Człowiek to jednak ma jakiś instynkt wbudowany, bo tak go mocno trzymałam, że pewnie nie puściłabym go nawet gdyby mi tę nogę oderwało ;) Ale wracając do nogi, to ja p******ę! Ból masakryczny. Całą drogę do domu to nie wiedziałam w jakiej pozycji mam nogę trzymać, bo w każdej było źle. Potem zaczęły działać tabletki przeciwbólowe, więc trochę ulżyło. Dziś już jest w ogóle lepiej. Jeszcze trochę spuchnięta, ale prawie wcale nie boli i chodzi mi się też o wiele sprawniej. Ale generalnie jak pech, to pech… A żeby było jeszcze ciekawiej, to całą drogę z Wrocławia do Gniezna i z powrotem przejechaliśmy bez dokumentów samochodowych, bo zostawiłam je w domu w portfelu. Całe szczęście, że nie zatrzymała nas policja, bo dopiero by było…

Cóż poza tym… Miś ma już 11 zębów. Co prawda te trzy czwórki to jeszcze trudno nazwać pełnowartościowymi zębami, bo się dopiero wyżynają, ale już je trochę widać na wierzchu.

Nabiera też prędkości w raczkowaniu. Jeszcze, co prawda, jak bardzo mu się gdzieś spieszy, to przechodzi do czołgania, ale jednocześnie nie zaniedbuje tuningowania swoich czworaków :) Czasem zdarza mu się już naprawdę podkręcić prędkość i idzie jak burza :)

Powoli uczy się też budowania wieży z klocków. Jak kilka razy ja zbuduję wieżę, to potem Miś też próbuje położyć jeden klocek na drugim. Co prawda robi to jeszcze krzywo i zazwyczaj zaraz po położeniu klocek spada, ale i tak jestem z niego strasznie dumna :) Poza tym ciągle ćwiczymy kształty. Ciężko mu jeszcze zapamiętać, które to kółko, a które kwadrat, ale coraz lepiej radzi sobie z wkładaniem danego kształtu do dziurki.

W ogóle jeśli chodzi o pokazywanie czegoś naszemu dziecku, to zazwyczaj ciężko idzie. Rzadko chce się patrzeć akurat tam, gdzie chcemy. Dosłownie rzuci okiem i idzie w swoją stronę. Ma swój plan. Tak więc uczenie go, gdzie piesek ma oczko, a kotek nosek jak na razie nie przynosi efektów. Na własnym ciele też nie bardzo chce ćwiczyć. Ale liczę, że z czasem zatrybi. Tak jak z klaskaniem i machaniem ręką. Wydawało nam się, że to nie efektywne, aż któregoś dnia młody zaczaił. I teraz cały czas powtarza :)

No i gaduła robi się z dnia na dzień coraz większy. Gada śmiesznie, coraz częściej pojawia się mama i tata, jakby powoli zaczynał rozumieć, że te słowa jakiś sens mają :) Najśmieszniej jest, gdy pytam się Misia „Gdzie tata?”, a Miś czołgiem taranuje drzwi od łazienki, gdzie w jego mniemaniu powinien znajdować się Mariusz :) Skojarzył to po prostu, że rano jak go wyciągam z łóżeczka, to Mariusz jest akurat w łazience. I tak sobie zakodował, że taty to trzeba tam właśnie szukać :) Zresztą, to szukanie w łazience to niezły czad jest. Jak się człowiek zamknie w kiblu, to po chwili słychać człapanie małego i widać w wywietrzniku w drzwiach (na dole) jedno Miśkowe oko. W tym momencie rozlega się radosny pisk (że zobaczył rodzica siedzącego na klopie, podczas gdy ten w następnej chwili dostał przez to zatwardzenia ;)), po czym pojawia się w owej dziurce paluch. Potem Miś sobie siada pod drzwiami i grzecznie czeka. No i żeby wyjść z łazienki to trzeba wołać Mariusza (a Mariusz Zosię ;)), bo inaczej to się Micha staranuje.

Łazienka to jest w ogóle dla Miśka bardzo atrakcyjne miejsce. Zwłaszcza pralka. A już jak pralka jest włączona, to nie ma przebacz, trzeba przy niej posiedzieć i popilnować, czy dobrze pierze. A czasem jej nawet pomóc dusząc na guziczki. Dobrze, że mamy blokadę, bo inaczej byłoby już pewnie po pralce.

Muszę też tu napisać, że nasze dziecko (poza tym, że jest strasznym telemaniakiem), ma swój ulubiony program telewizyjny. Pomijając, że hipnotyzują go reklamy i wszelkie zwiastuny, to prawie pół godziny potrafi przesiedzieć w bezdechu oglądając na Mini-Mini „Niedźwiedzia w dużym niebieskim domu”. Muszę przyznać, że nam też się ten program podoba bardzo, bo mądry jest i miły. Niedźwiedź duże wrażenie robi na Miśku. Zwłaszcza na początku jak obwąchuje telewizor :) W ogóle głos Niedźwiedzia jest bardzo ciepły i też przykuwa uwagę małego Misia. A największą radość wzbudza wtedy, gdy śpiewa piosenkę szukając Zjawy i gdy na końcu rozmawia i śpiewa z Luną. Wtedy trzeba Misiowi przypominać, żeby oddychał ;) Śmieszny ten nasz Misiek :)

Do ogólnych śmieszności to muszę tu dorzucić, że Miś się nauczył uciekać jak się go goni :) Ciągle może się w to bawić, ku jego ogromnej frajdzie, a moim poobijanym kolanom. A najśmieszniejsze jest to, że nawet jak człowiek obok niego tak zwyczajnie przechodzi, to Misiek zaczyna sapać jak rasowy maratończyk kilka metrów przed metą i czołga się gdzie popadnie :)

No i jeszcze co do Miśka, to uwielbia leżeć w naszej pościeli na łóżku. Jak tylko ma okazję, to chce, żeby go tam położyć i wtedy się w nią wtula, rzuca się na nią, kula się i ma przy tym szaloną radochę. My też :)

A! I znowu klawiatura wróciła do łask. Od kilkunastu dni Miś ciągle „programuje” :) Nawet w nocy, gdy się budził z powodu zębów, to też chciał klawiaturę, kładł ją sobie na kolanach i „klepał” jak rasowy programista. I nie pomogło nawet jak Mariusz przyszedł i powiedział: „Chodź, Mikołaj, pomogę Ci z tym kodem, to szybciej skończysz”. Miś nie chciał oddać klawiatury i pójść spać. Ech… to już chyba taka genetyka… :)

Dobra, powoli kończę, bo nie wiem, kto ten wpis przeczyta. Taaaki długi wyszedł…

Jeszcze tylko na koniec krótka notka o tym, że zmarł Maciej Kuroń. Koleś był niesamowity. I taki świetny kucharz! Bardzo dużo gotowałam z jego przepisów i są to chyba jedyne przepisy, z których potrawy zawsze wychodzą od początku do końca tak, jak trzeba. I rady, które można znaleźć na jego stronie, czy w jego książkach – zawsze trafione i na wagę złota. Żal strasznie człowieka. Tak młodo zmarł… Szkoda :(