Idzie luty, podkuj buty…

Przyszedł luty, za oknem zaspy i lodowisko, w dodatku straszą w telewizorze, że w nocy ma znów sypać, a jutro to w ogóle apokalipsa… Czas przeprowadzić się w okolice równika… Ale tam z kolei robactwo… Ech, nie wiadomo, co gorsze. Chyba jednak wolę śnieg.

cos

Przez tydzień trochę się „nadziało”. Mikołaj zakończył adaptację w Zaczarowanej Krainie i od tego tygodnia jest już na pół etatu: w poniedziałki, środy i piątki po 6h. Opiekunki orzekły, że się Misiek szybko przyzwyczaił do nich, do dzieci i do miejsca. To zresztą widać, bo gdy przychodzę, by zabrać Miśka do domu, to młody nie chce wyjść. I nie ma oporów w przytulaniu się do opiekunek :) W ogóle to się taki przytulny zrobił, że aż miło :)
Poza tym coraz częściej bierze udział we wspólnych zorganizowanych zajęciach. W piątek były warsztaty teatralne i dał się przekonać, by usiąść razem z wszystkimi dziećmi, a wczoraj na rytmice to podobno w ogóle było super, bo brał całkiem czynny udział w zajęciach. Zuch chłopak. Co prawda jeszcze ciężko przychodzi mu rozstawanie się ze mną rano, ale wiem, że bardzo szybko się uspokaja. Zresztą, jakby na to nie patrzeć, sama pamiętam jak długo ja wyłam, gdy mnie mama odprowadzała do przedszkola (jeśli zapadło mi to w pamięć, to musiało trwać bardzo długo), a ostatecznie przecież przedszkole lubiłam. Liczę więc, że Misiek przywyknie.

Do naszej kolekcji prac plastycznych Micha przybyło kilka egzemplarzy przyniesionych z przedszkola. Najciekawsze jest coś, co zatytułowano „Karnawał” (bo akurat o karnawale była mowa w przedszkolu):

karnawal

Dzisiaj byłam z Miśkiem w Promyku na zajęciach grupowych u logopedy i muszę pochwalić moje dziecię w tym miejscu – Mikołaj po raz pierwszy dał się namówić na „babranie się” w kisielu! Do tej pory wszystkie moje próby zachęcenia go do tej rozwojowej zabawy kończyły się fiaskiem. Michu ryczał zazwyczaj albo wołał: „bleee” i nawet nie chciał dotknąć. Nareszcie coś zaskoczyło! Dowód rzeczowy tutaj:

kisiel

Mikołaj ma jutro swój pierwszy bal w przedszkolu. Ja oczywiście jestem podekscytowana najbardziej ;) Strój pirata (pirata Rabarbara, rzecz jasna!) przygotowaliśmy wcześniej, a próba generalna została przeprowadzona dziś wieczorem. O dziwo, nasze dziecię zaskoczyło dziś po raz kolejny, gdyż dało namalować sobie na buzi lekkie wąsy i brodę! Szoook! Mam nadzieję, że jutro rano też pozwoli się pomalować. Co do samego stroju, to jest to kompletny samodział. Czapka piracka kupiona w Urwisie, pas piracki z lumpeksu, spodnie i szelki (z trupimi czachami) z H&M, skarpetki stare, ale z piratem na rysunku, body stare, za to pasiaste i morskie. Na zdjęciu zrobionym szybko ajfonem możecie obejrzeć fragment dzieła. Jakość nie powala, próbowaliśmy zrobić zdjęcie lustrzanką, ale Michu nie dał się złapać. Będą balikowe foty z przedszkola, więc wtedy (mam nadzieję) obejrzycie dokładniej. Dodam tylko, że wieczorem domalowałam pisakami na przodzie i tyle bodziaka wielkie trupie czachy. Łaaa!…

pirat

Za punkty smart na shellu zamówiliśmy Miśkowi zestaw lekarski. Taka całkiem przyjemna walizeczka z różnymi akcesoriami medycznymi. Michu zachwycony. Bada wszystkich, którzy zbadać się dają. Do obejrzenia filmik z jednego z wielu przeprowadzonych dziś badań. Śmieszny ten nasz Misiek w tym wszystkim. Podoba mi się szczególnie, jak mierzy temperaturę w uchu i potem udaje, że sprawdza pomiar i mówi, co przeczytał :) Nauczył się też robić profesjonalnie zastrzyki – znaczy się z pomazaniem wacikiem ręki, ukłuciem i znowu pomazaniem wacikiem :) A najbardziej rozbraja mnie, jak przykleja po badaniu misiom naklejki, jako że były „dzielnymi pacjentami”. Ot, piękna zabawa :)

Żeby było mało, Mikołaj dostał od nas w weekend ambulans z Lego Duplo. Pojazd nie byle jaki, bo robi najprawdziwsze „ijo-ijo” i świeci (przypuszczam, że ten właśnie świecąco-grający klocek ustalił 3/4 ceny tego auta…), więc teraz Michu jeździ karetką z przyczepką dołączoną z tyłu. Na owej przyczepce na noszach leży dziewczynka (ludzik z Duplo), a obok niej stoi lekarz (kierowca karetki z zestawu). I tak sobie jeżdżą, a broń Boże niech któreś spadnie, to lament jest na całego :)

W Micha pokoju znowu trochę zmian. Co prawda tym razem nic nie poprzestawiałam, ale przybyło kilka rzeczy. Po pierwsze, jakieś 2 tygodnie temu kupiliśmy wiszący zegar z Autami i kalendarz z Krecikiem. Obydwa w celach informacyjno (dla mnie i Mariusza) – dydaktycznych (dla właściciela pokoju). W kalendarzu ma Michu pozaznaczane dni, w które chodzi do przedszkola. Ponadto zrealizowałam w końcu zamiar dekoracyjny, z którym nosiłam się od dawien dawna – kupiliśmy w Leroy Merlin 3 ramki formatu a3 i oprawiłam w nie trzy malunki Miśka, takie kolorowe maziaje na czarnym papierze. Wyglądają czadowo :) A Mikołaj strasznie jest dumny z tego, że jego obrazki wiszą na ścianie.
I jeszcze jedną nowością są trzy żywe kwiatki w pokoju Miśka: żonkil, krokus i orchidea. Codziennie Mikołaj sam je podlewa i wącha :) Bardzo podoba mu się, że tak szybko widać efekt – zakwitły kilka dni po zakupie.

Przybyło nowe słowo: „sio”. Jest wypowiadane zazwyczaj po tym, gdy Mikołaj skończy pić. Nie wiemy jeszcze tak do końca co oznacza: dziękuję, już, skończyłem, wypiłem, wszystko…? Obserwacje będą kontynuowane, może do jakichś sensowniejszych wniosków dojdziemy.
Mikołaj zaczął też odmieniać słowa „mama” i „tata”. Mówi, że coś jest „mami/y” albo „tati/y” w sensie: krem, okulary, buty itd….

Z innej beczki, tydzień temu byłam u ginekologa. Dowiedziałam się, że guzek, który wyczuwam pod blizną po cesarce i który boli to tzw. endometrioza i trzeba to wyciąć. Niestety jest to na tyle poważny zabieg, że trzeba go zrobić pod narkozą. Jak nie urok, to sraczka, jednym słowem. Zawsze coś. Kiedy to zrobię, to jeszcze nie wiem. Jak się dowiem, to Wam powiem.

Dobra, tyle na dziś, bo spać pora. Do następnego :)

P.S. Na koniec jeszcze dwa filmy. Pierwszy to Misiek podczas jednego z ulubionych zajęć – przesypywanie kaszki manny i kamyczków. Drugi to nowy pomysł na jedzenie jogurtu…

Plucie

Na sam początek filmik. Mikołaj, prawdopodobnie zaobserwowawszy w przedszkolu oraz u własnej matki myjącej niekiedy zęby, nauczył się wypluwać. Niby nic takiego, a jednak wielka rzecz. Do tej pory pasta do zębów była połykana, a od wczoraj ląduje w umywalce lub wannie. Do tego Michu nauczył się płukać zęby po myciu. Toż to szok :) Rośnie nam dziecię, nie wiedzieć nawet kiedy :)

Tak więc oglądajcie, moi mili, to plucie pierwsze, dla niektórych z pewnością niesmaczne, a dla nas, rodziców, najpiękniejsze na świecie ;)

Cóż prócz opluwania i wypluwania? Michu dziś nie rozpłakał się podczas mojego wychodzenia z przedszkola. Trochę przy wejściu pomarudził, ale szybko doszedł do siebie i nawet drzwi za mną zamknął, i pomachał ręką na pożegnanie przez okno. Coraz lepiej idzie mu przyzwyczajanie się do nowej sytuacji. Zuch :)

Mikołaj wczoraj i przedwczoraj zrobił dla babć z okazji ich święta laurki oraz pomalował farbkami dwa kubki. Cuda nad cudami, rzecz jasna :) Zdjęcie kubków umieszczę przy okazji i jeśli nie zapomnę, a laurki mogę opisać: zielona kartka, a na niej czerwony odcisk Mikołajowej rączki. Babcie z pewnością się ucieszą :)

Wczoraj byłam też porozmawiać z logopedą przedszkolną. Pani będzie brała Micha raz w tygodniu na zajęcia indywidualne, by trochę postymulować rozwój mowy. Git.

Jutro i w niedzielę idę na warsztaty z diagnozy i terapii dysleksji. Mam nadzieję, że będzie ciekawie.

Muszę się Wam na koniec pochwalić, że mój pierwszy artykuł dla portalu naszemaluchy.pl został opublikowany. Cała jestem dumna i blada ;)

Dobranoc!

P.S. A jednak jeszcze jeden filmik na koniec: Voice band na iPhone. Super :) Bardzo mi się podoba. Oczywiście aplikację już dziś pobraliśmy z Mariuszem i będziemy się bawić. Ciekawe, czy cokolwiek nam wyjdzie ;)

Przedświątecznie

Ostatnie dwa tygodnie jakoś szybko zleciały. Niestety – ani tutaj, ani w dzieciowisku nie udało mi się nic skrobnąć. Misiek wyrzucił sobie południową drzemkę, w związku z czym odpadł mi błogi czas trzech godzin spokoju w ciągu dnia, które można było przeznaczyć na pisanie choćby. Do tego w niedzielę miałam egzamin, co też znacznie ograniczyło i tak już ograniczony czas. No, ale dość utyskiwań i tłumaczeń. W końcu udało mi się zasiąść. Być może nie napiszę wszystkiego, co bym chciała, ale chociaż zacznę.

To po kolei (mniej-więcej). Półtora tygodnia temu byliśmy w Głuchowie świętować urodzino-imieniny Miśka i imieniny mojej mamy. Był tort, byli goście, były prezenty i było bardzo miło i sympatycznie :) Misiek od swojej „wróżki chrzestnej” (czyt. mojej siostry i jej familii) otrzymał hulajnogę i super strój świętego Mikołaja (jak na imiennika przystało). W stroju owym we wtorek 8 grudnia (w dniu swych drugich urodzin) wparował Misiek do Promyka z torbą pełną pierników i częstował dzieci na zajęciach logopedycznych. Wszyscy byli zachwyceni takim małym św.Mikołajem :)

No tak, Misiek ma już dwa lata. Czas, by zrobić mały bilansik, ale nie w tym wpisie. Bilans dwulatka (mój osobisty) zrobię w poście następnym, bo przypuszczam, że sporo czasu mi to zajmie, a jest jeszcze parę innych rzeczy do opisania na dziś.

Same urodziny spędziliśmy w domu. Tradycyjnie już zamówiliśmy Miśkowi torcik w Filipince. Oczywiście były obowiązkowe świeczki, no i Mariusz kupił w tesco race. Radochę miał Misiek po pachy na widok takiej strzelającej wielkiej świeczki :)
Dmuchanie (świeczek) ma Michu już opanowane do perfekcji (dzięki zajęciom w Urwisku), więc wszystkie dwie zgasły jak trzeba :) Sam tort był w równej mierze zjedzony przeze mnie i Miśka, no i mały kawałek dostał się Mariuszowi (nie miał, biedny, szans z moim i Micha apetytem).

Jeśli rzecz idzie o prezenty, to Misiek dostał od nas garaż-warsztat Pata i Mata, latarkę i puzzle drewniane z pojazdami. Każdy z prezentów trafiony w sedno :) Warsztat udało się wypatrzeć Mariuszowi w tesco. Tani był – 45 zł niecałe, a jaka frajda dla Miśka – bawi się nim cały czas. Mieści się w nim spora część licznej kolekcji różnorodnych autek, do tego ma dwa podjazdy, otwierane bramy, okna, czyli wszystko, czego Misiek od garażu oczekuje :) Do tego przyznać trzeba, że jakość jest bardzo przyzwoita.

Co do puzzli z pojazdami, to są jednymi z czterech ulubionych puzzli Miśka (pozostałe to drewniany alfabet, drewniane cyfry i tekturowe pojazdy). Układanie opanował w kilka minut i teraz każdy ranek rozpoczynamy godziną zabawy puzzlami. Swoją drogą te puzzle też udało nam się wyhaczyć tanio – za jakieś 10 zł w Lidlu, a znanej, dobrej firmy Eichhorn. Wykonanie pierwszorzędne. Trochę żałuję, że kupiliśmy tylko te z pojazdami, bo ogólnie było kilka różnych wzorów.

Latarka też okazała się bardzo przydatna – wieczorem Misiek świeci nią sobie w pokoju, a poza tym (albo raczej przede wszystkim) znakomicie sprawdza się podczas popołudniowych spacerów (które jeśli odbywają się w okolicach godziny 16 to są obecnie raczej spacerami wieczornymi) oraz cotygodniowych wypraw do Urwiska (z samochodu do przedszkola jest dość spory kawałek przez ciemnawą okolicę).

Wcześniej miał Michu też imieniny, z których to okazji też dostał kilka prezentów – jak na przykład chyba z 10 samochodzików (zestaw Hot Wheels i zestaw policyjny). Udało nam się też dostać w empiku książkę z Dobranocnego Ogrodu, a w tesco książkę o Teletubisiach. I trzeba po raz kolejny się pochwalić, że prezenty trafione. Misiek do tej pory szerokim łukiem omijał oglądanie książeczek. Jakoś go nie interesowały (mimo różnych zachęt). Ale książka z Dobranocnego Ogrodu to już co innego… Książka z Dobranocnego Ogrodu oglądana jest kilka razy dziennie, a przy każdym oglądaniu ma miejsce swoisty rytuał poszukiwań wraz z narratorem kocyka Igipigla :) Mam nadzieję, że pojawi się więcej książek z tej serii :) Jak nie, to sama zrobię.

No i jeszcze rzecz najważniejsza – Mikołaj, jako że już kawał chłopa i w ogóle, otrzymał nowe łóżko. Zakup z Ikei, kolor czerwony (zresztą zobaczycie na zdjęciach, jak mi się w końcu uda je zgrać). Dziecię meblem zachwycone. Pomagał usilnie przy składaniu :) Dwie wcześniejsze noce spał na materacu na podłodze, bo łóżeczko wywieźliśmy już do Głuchowa. Generalnie na materacu dał sobie radę świetnie, więc wiedzieliśmy, że z łóżkiem też powinno pójść gładko. No i rzeczywiście. Miś polubił łóżko, polubił kapę z żabą. Od razu widać, że mu w nim lepiej, niż w łóżeczku, bo może się rozłożyć, wyprostować, a w łóżeczku to już spał skulony. Generalnie problemów nie ma – śpi jak dotąd całą noc, wieczorem bawi się jeszcze w swoim pokoju przed zaśnięciem, potem grzecznie wchodzi na łóżko i śpi :) Cudowne dziecko :) Dumna jestem z niego, że tak ładnie przez to wszystko przeszedł.

Przy okazji łóżka zrobiliśmy przemeblowanie w pokoju Micha. Efekt całkiem przyjemny.

Przygotowania do Świąt idą jakoś. Mamy już większość zakupów spożywczych, tylko mięsa, ryby i warzywa będą do dokupienia. Pierniki też już upieczone – wyszły pysznie, jak zawsze :) Przy okazji, muszę się pochwalić dwoma nowymi nabytkami kuchennymi – jeden to mikser electrolux, taki z metalową miską. Do miksera wzdychałam już mniej-więcej od lat dwóch, no i się doczekałam :))) Mikser w domu być musi i basta.

Druga rzecz to już typowy zbytek, natomiast było to głównie marzenie Mariusza (moje trochę też, ale w mniejszym stopniu) – wypiekacz do chleba. Taki z Moulinexu. Ma całe mnóstwo funkcji, włącznie z bagietkami, bułeczkami, wyrabianiem ciast drożdżowych, robieniem dżemów (tylko loda/ów nie robi chyba ;)). Chleb wypiekamy w nim prawie codziennie, bo taki mały bochenek – 750g to akurat nam na dzień wystarcza. Póki co jedziemy z gotowych mieszanek – i o dziwo wszystkie wychodzą! Trochę gorzej z bułkami, nie do końca jest to to, o co mi chodzi, ale będę próbować dalej. Może muszę zmienić przepis, bo z tego, co mam, to bardziej pyzy wychodzą niż bułki :) Maszyna owa piekielna będzie w tym roku wieeelką wyręką dla małżonka mojego, bo nie będzie musiał zarabiać ciasta na: pierogi, makowiec i paszteciki wigilijne. Cuda po prostu! ;) Co do ceny, to z gotowej mieszanki wychodzi około 3 zł za bochenek, czyli bardzo przyzwoicie. Mieszanki są w stylu żytnio-pszennych, orkiszowych itp., które tutaj kosztują około 4 zł za bochenek, więc jak na razie nam się opłaca wypiekanie bardziej niż kupno w sklepie gotowego chleba.

No, to jak już się tak nachwaliłam, to kończę. Nie wiem, czy to już wszystko, co chciałam dziś napisać, ale więcej nie pamiętam. Liczę, ze następny wpis będzie jeszcze przed świętami, ale zapewnić nie mogę.

Na koniec trochę kina. Zdjęcia wrzucę w ciągu najbliższych dni, jak znajdę trochę czasu. A póki co macie:

Michu układający swoje konstrukcje z klocków drewnianych (ostatnio bardzo polubił wszelkie budowanie). Najpierw superwieża (nauczył się od mamy) a następnie Miśkowa wersja Stonehenge ;)

Drugi film, to kolejne z wielu ulubionych zajęć Miśka. Komentować nie trzeba ;)

I jeszcze jeden – z wspomnianymi puzzlami urodzinowymi:

Kochani, niestety, musicie być świadomi, że ilość filmików Miśkowych znacznie wzrośnie. Na Wasze nieszczęście mogę bezpośrednio eksportować filmiki z iPhone’a do Youtube, pomijając komputer. Sprawia to, że przestaję się kontrolować, więc wybaczcie. Jak nie chcecie, to nie oglądajcie. Ale ja umieszczać nadal będę :)

Ech, no dobra, nie wytrzymałam – wrzucam na szybcika fotę łóżka Miśka. Jakość jest, jaka jest, bo zdjęcie telefonem zrobione:

Mokry grudzień

No kto to widział, żeby w grudniu padał deszcz?! Żeby chociaż śnieg… Ale nie, deszcz. W południe dzisiaj było już tak ciemno, że trzeba było lampy pozapalać. Jak bardzo śnieżna zima nie byłaby ładna, to taki mokry jej przedsmak mnie po prostu dobija.

Ostatnio jakoś ciężko ze znalezieniem czasu na pisanie. Ani tutaj, ani w dzieciowisku nic nowego nie przybyło. Może jutro uda mi się coś tam skrobnąć. Powodów zaniedbań jest kilka, ale jednym to się wręcz pochwalę. Jakiś miesiąc temu otrzymałam propozycję pisania płatnych artykułów dla serwisu naszemaluchy.pl. Skontaktował się ze mną jeden z właścicieli pisząc, że trafił na dzieciowisko i bardzo mu się spodobały moje wpisy i czy w związku z tym nie zechciałabym pisać też dla nich. Między Bogiem a prawdą pieniędzy z tego dużych, ani nawet średnich nie ma, ale myślę, że jest to świetna okazja do zaistnienia w sieci na szerszym polu, no i do cv się kiedyś może przydać :) Generalnie same plusy – pisać lubię, do tego jest okazja trochę na tym zarobić, no i zdobyć kawałek nowego doświadczenia. I chyba nie muszę dodawać, że mile połechtało to moją dumę – ktoś czyta te moje blogi… :)

Za tydzień będziemy świętować Michowe dwa lata. W sumie to Michu już zaczął zgarniać profity z tej okazji w ubiegły weekend. Otrzymał między innymi bardzo pomysłową i oryginalną rzecz od Mariusza siostry – ikonę św. Mikołaja, wykonaną specjalnie na zamówienie w pracowni poznańskiego ikonopisarza. Niestety, nie napiszę Wam teraz, jak się ów artysta nazywa, bo nie pamiętam, a że jest noc późna i dziecię już śpi, to nie mogę sprawdzić na odwrocie ikony (wisi u Mikołaja w pokoju). W każdym razie patron zawisł w kąciku z innymi świątkami dla Micha i ma za zadanie chronić, bronić i pilnować :) A sama ikona przepiękna. Jak nie zapomnę, to kiedyś umieszczę jej zdjęcie.

W najbliższą sobotę jedziemy do Głuchowa, świętować w kolejnym gronie urodziny Miśka. Będą też Szczeciniacy :)

Postanowiliśmy z Mariuszem nie czekać do nowego roku z kupnem łóżka dla Mikołaja. Doszliśmy do wniosku, że Michu już bardzo ładnie się przestawił do spania „na wolności” w otwartym łóżeczku, więc nie ma go co na siłę w nim dalej trzymać. Myślę, że da sobie świetnie radę w łóżku. Oglądaliśmy dziś kilka w Ikei, za bardzo rozsądne pieniądze. Mnie się podobały bardzo, Mariusz nie był przekonany, ale jak nic innego nie znajdzie, to pewnie któreś z nich kupimy. Jak na razie, to do nowego łóżka Mikołaj ma narzutę – taką z ikei, z żabą :)

Dziś od piątej rano przyszło mi stać w kolejce w Promyku Słońca celem rejestracji Miśka do dr Kwapisz na styczeń. Udało się na 14 stycznia. Do rejestracji dopchałam się o wpół dziewiątej. I tu po raz kolejny pieśń pochwalna w stronę iPhone’a – trzy godziny ogonkowania minęły całkiem znośnie dzięki ściągniętym nań gierkom :)

Odnośnie lekarzy, to dziś miałam dzień „rejestracyjny” :) Zapisałam Micha do dentysty, siebie do dentysty, Micha do laryngologa (żeby sprawdził mu te zatoki, co to na rezonansie wyszło, że miał stan zapalny) oraz siebie do laryngologa (celem sprawdzenia całego otworu gębowego i wypisania zaświadczenia, że nie ma przeciwwskazań do pracy w zawodzie logopedy – innej wersji nie przyjmuję do wiadomości). Dentyści są na grudzień, a laryngolog na styczeń (idziemy z Michem do tego samego – dr Gawron w Medicusie). Zostało mi jeszcze tylko umówienie się z fryzjerem :)

Jeśli chodzi o zdrówko, to ja prawie zdrowa, Mariusz jeszcze kaszle, a Michu… Michu niby też już był zdrowy, a dziś znowu zaczął kichać, kaszleć i cieknie mu z nosa. Brak słów.

Tyle na dziś. Kończę, bo spać mi się chce straszliwie. A, nie, muszę jeszcze coś dopisać na koniec – pani psycholog w ubiegłą środę powiedziała, że Mikołaj już nie potrzebuje terapii i może go w związku z tym z niej wypisać :) Dodała też, że zawsze, gdy będę chciała się poradzić, czy coś mnie zaniepokoi, to możemy się umówić na jakąś pojedyncza wizytę, ale ogólnie to terapia skończona :) Postanowiłyśmy tylko, że spotkamy się w styczniu, żeby po skończeniu dwóch lat przebadała Miśka jakąś skalą. Tak więc mamy kolejny dzień wolny! Coraz lepiej. Marzę jeszcze tylko o tym, że dr Kwapisz wypisze nas z rehabilitacji w końcu. To już będzie szczyt radości! Jakby nie patrzeć, w grudniu właśnie mija półtora roku rehabilitowania Micha w Promyku. Szmat czasu…

No, to teraz już naprawdę koniec. Pozdrawiam Was, ciule… czule znaczy się ;)

Szpital na peryferiach

Mamy w domu mały szpital. W ubiegłym tygodniu znowu rozłożył się Michu – tym razem ostry nieżyt górnych dróg oddechowych. Następnie mnie szlag jakiś trafił, bo przestałam mówić. Hmm… W sumie to pewnie celem owego szlagu było, bym przestała mówić (szlag ów na pewno konsultował to wcześniej z szanownym małżonkiem i zrobił to jego zlecenie), ale mimo przeszkód ja i tak mówię. Chociaż brzmię jak Joanna Senyszyn. Trudno. Cóż zrobić.

Wychorować się nie zdążyłam, a tu już Mariusz z wysoką gorączką. I plackiem w łóżku leży. Jak nie urok, to… Jutro ja idę do lekarza w końcu ze swoim gardłem i bezgłosem, ale cóż, położyć się nie bardzo mogę, bo ktoś ten szpital musi obsługiwać ;)

Swoją drogą, jak mawia przysłowie: Na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą. Michu, by choróbska mu nie było za mało, ma grzybicę. Okazało się bowiem, że nasze dziecię należy do tej niewielkiej grupy ludzi, którzy podczas brania antybiotyku muszą koniecznie brać jeszcze leki przeciwgrzybicze, bo inaczej różnego rodzaju wypryski na skórze mu się pojawiają. Podobno częściej zdarza się to u dziewczynek niż chłopców, ale co zrobić – taki traf. Lekarka stwierdziła, że to taka uroda po prostu, że niektórzy ludzie są podatni i kazała nam pamiętać, że przy każdym przepisanym antybiotyku musimy powiedzieć jeszcze o tej grzybicy. Cóż, tyle rzeczy już pamiętamy, że i o tej nie zapomnimy :) Byle tylko Michowi zeszła teraz ta wysypka, bo w zeszłym roku (nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy co to) ciągnęło mu się kilka miesięcy.

Muszę się pochwalić, że przyjechał mój iPhone. Co prawda zanim dotarł miałam trochę zatargów z Orange (opiszę to kiedyś przy okazji w osobnym poście) i myślałam, że z iPhone’a nici, ale jednak się udało. I powiem Wam, że uwielbiam ten telefon. Ba, w sumie to telefon jest tam jednak najmniej ważny :) Ten sprzęt ma tyle fajnych aplikacji, tyle gadżetów, że szkoda gadać. No, oczywiście od razu pościągaliśmy sobie z AppStore kilka gierek, przez co ostatnie wieczory były intensywnie wykorzystane na granie. Bo konsola jest z tego rewelacyjna. Ściągnęłam sobie Need for Speed, i byłam w szoku, jeśli chodzi o jakość obrazu. Miodzio :)

A po co współczesnemu rodzicowi iPhone możecie poczytać w Dzieciowisku.

Cóż jeszcze… Michu przywykł już do zasypiania w otwartym łóżeczku. Miał moment przełomowy, półtora tygodnia temu, kiedy to na siłę położyłam go spać i zamknęłam łóżeczko o północy, bo dziecię w ogóle się do spania nie brało. I od tego wieczoru Miś całkiem przyzwoicie się już zachowuje. Owszem, czasem jeszcze pochodzi (ale z pokoju nie wyjdzie), zdarza się, że nawet godzinkę, ale około 21-21.30 zazwyczaj leży już grzecznie na swoim miejscu i zasypia. Znak, że gotów na przenosiny do dorosłego łoża :)

Ostatnio Michu bardziej zainteresował się zabawkami drewnianym, które ma. Zwłaszcza tymi, gdzie może sortować kształty. I garnuszek-na-klocuszek wrócił do łask z tą różnicą, że Michu najwyraźniej rozpoznaje kształty. Wie, że gwiazdka do dziurki z gwiazdką na przykład :) Czasem mu się pomyli, wiadomo, ale radzi sobie wspaniale :)

Tyle na dziś. Pewnie jeszcze miałabym o czym napisać, ale czuję się tak podle (w sensie: niezdrowo), że po prostu muszę się położyć spać. Pa!

Usamodzielnianie

Tydzień nie pisałam, a tu tyle się działo, że nie wiem od czego zacząć ;)

Od wtorku przeszliśmy do kolejnego etapu usamodzielniania Miśka. Ponieważ powoli przestaje mieścić się w łóżeczku i wisi nad nami wizja kupna mu łóżka prawdziwego, postanowiliśmy zacząć go przyzwyczajać do bardziej samodzielnego chodzenia spać.

Generalnie opisywałam całkiem niedawno proces usypiania Miśka. We wtorek ubogaciliśmy to w nie zamykanie łóżeczka. Barierki (te dwie wyjmowane) schowałam i teraz cały czas łóżeczko ma „drzwi” otwarte. Michu jest tym tak podjarany, że zasypia od trzech dni grubo po dziesiątej, a od ósmej (gdy go już zostawiamy w pokoju samego) łazi po swoich włościach i się bawi. Rano jest co sprzątać, bo generalnie rusza wszystko, co się tylko da. Póki co, o dziwo, na razie nie wychodzi z pokoju. Miał co prawda kilka prób, ale przez zamknięte drzwi pogadałam, że to już pora spania, że teraz się nie chodzi po mieszkaniu, że ma iść do łóżeczka, i – szoook! – dziecię posłuchało!

Niestety, od tychże trzech dni stajemy się świadkami nowej tradycji… Trzeci wieczór swobody Miśka, trzecia piżama do zmiany… Będę pewnie według niektórych obrzydliwa, ale cóż zrobić. Co wieczór, już po kąpaniu i mniej-więcej po 1,5h harców Michu wali kupę taką, że trzeba go przebierać kompletnie. Nie wiem o co chodzi. Do tej pory załatwiał sprawę w dzień. Ale może to owe harce powodują wzmożoną pracę jelit… ;) Ogólnie rzecz biorąc – przesrane!

No i do tego wszystkiego dziecię nauczyło się rozbierać ze śpiworka. Tak więc jakieś 5 minut po zamknięciu Micha w pokoju Michu pozbywa się utrudniającego przemieszczanie badziewia i balanguje w samej piżamie. Powlekłam mu kołdrę, ciekawe na ile zda egzamin. Śpiworek jednak chronił przed rozkopywaniem kołdry…

Poza tym Mikołaj przeprosił się z łyżeczką. Tak, wiem, dziecko 23 miesięczne powinno już posługiwać się łyżeczką i to w dość przyzwoity sposób. Ale cóż, nasze dziecię nie chciało. Widelec tak, owszem. Ale próby jakiejkolwiek nauki jedzenia łyżeczką, czy choćby pokazania jak trzymać, żeby zawartość nie spadała, kończyły się fochem ze strony Miśka. On sam wiedział najlepiej ;) Próbowałam przez zabawę w wodzie, przez nabieranie kamyczków… Nic nie skutkowało. Co prawda psycholog uspokajała, że ma czas, że jak potrafi widelcem, to dobrze, że przyjdzie czas na łyżeczkę, ale wiadomo jak to jest.

W każdym bądź razie kilka dni temu Michu w nagły, niespodziewany sposób zaczął władać łyżką w taki sposób, że mu z niej już tak dużo nie spada. Hmm… w sumie to źle napisałam. Spada dużo, ale Michu wie, jak ma łyżkę trzymać, żeby chociaż coś trafiło do buzi. Dumni jesteśmy bardzo, zwłaszcza, że to kolejna przyjemna z punktu widzenia rodzica rzecz – jak dziecko samo się nakarmi :)

Dla upamiętnienia filmik „żarłoczny”. Pewnie nudny w pień, ale chyba nie muszę mówić, że dla mnie najciekawszy na świecie ;) Kto nie chce oglądać, to przymusu nie ma, ale w odpowiednim momencie i tak odpytam ;)

Dziś byłam z Michem u dr Barg, endokrynologa. Ogólnie pani zadowolona z wyników hormonów tarczycy i z Miśka jako takiego :) Hormony mamy jeszcze podawać, w sumie przez około pół roku (razem z tymi dwoma miesiącami, które mamy już za sobą). W lutym znowu do kontroli, ale ogólny obraz sytuacji jest bardzo zadowalający.

Zapisałam się na fitness, razem z Romą, moją koleżanką ze studiów dziennych. Niedaleko mnie w dodatku. Chodzimy dwa razy w tygodniu – w poniedziałki na Antycellulite, w środy na Stretch. Albo odwrotnie :) Wycisk dostajemy niemały, ale generalnie o to chodziło :) A przyznać muszę, że i cena przyjemna, bo 10 zł za zajęcia, w tym raz w tygodniu sauna gratis. Warunki w klubie całkiem przyzwoite. Może mi się trochę wydolność organizmu poprawi, bo ogólnie to kiepsko jest momentami. No, i nie będę tu ściemniać – liczę, że schudnę co nieco :)

W sobotę mamy szkolenie logopedyczne. Nie jest obowiązkowe, ale 10 godzin praktyk można tym zaliczyć :)

Na koniec nowy singiel Strachów na Lachy. Zupełnie jak nie oni :) Ale bardzo mi się podoba. W lutym trzeba będzie kupić płytę.

Tyle na dziś. Dobrej nocki!

P.S. A jednak jeszcze nie koniec :) Po pierwsze na dobranoc filmik (kolejny): „Dlaczego iPhone może być niebezpieczny” (dłuższy opis tutaj):

Po drugie demotywatory :) Znalezione kilka dni temu przez małżonka:

No, to teraz misja wypełniona ;) Można spać :)

Mamy wynik rezonansu :)

We wtorek moja siostra odebrała wynik rezonansu głowy Micha. Poza stanem zapalnym zatok szczękowych (Michu był wtedy świeżo po infekcji, jak widać jeszcze nie zaleczonej) reszta głowy jest ok!!!!!! Kamień z serca, choć ja i tak nie dopuszczałam jakichkolwiek złych myśli. No, ale upewnić się trzeba było. Za tydzień idziemy do dr Dołyk, więc obejrzy wynik i powie też, co myśli o Michu na tym etapie.

Więcej informacji o tym, jak przygotować dziecko do rezonansu magnetycznego mózgu możecie przeczytać w Dzieciowisku.

Wczoraj, podczas wizyty, pani psycholog stwierdziła, że jeszcze 2-3 miesiące i wypisze Micha z terapii, bo już nie ma wskazań. Na razie jeszcze będziemy chodzić, by mogła go poobserwować trochę, ale sama stwierdziła wczoraj, że zrobiliśmy z Michem duży krok do przodu, i że bardzo ładnie Miś nadrabia straty. Jest szansa, że dogoni rówieśników.

Na obecną chwilę, przy sprawdzaniu norm dla dwulatków (Michu ma 22 miesiące obecnie) Misiek jest na granicy normy w niektórych sferach, natomiast w niektórych jest w normie zupełnie (na przykład motoryka duża, co jest dla mnie szokiem, bo przecież to bardzo kulało. Ale widać, że szybko tu daje się nadrobić straty).

Najbardziej do tyłu jest Misiek w sferze mowy, ale to nas akurat nie bardzo dziwi. Rozwój mowy idzie w parze w rozwojem ruchowym. Jeśli ruchowy był opóźniony, to mowa też będzie. Póki co, nie ma jednak wielkich powodów do zmartwień, Michu mowę bierną ma opanowaną – rozumie dobrze. Porozumieć się z nami potrafi, dużo mówi po swojemu (w zasadzie to nieustannie), mówi kilka zrozumiałych słów, więc teraz teoretycznie wystarczy czekać na dalszy rozwój wypadków. Bo że zacznie mówić, to rzecz pewna. Zresztą od kilku dni znowu zaczyna mocniej kombinować ze słowotwórstwem, tworzy nowe zlepki, układa usta w nowy sposób… Coś się zaczyna dziać w tym kierunku :)

Pani psycholog kładzie nacisk na zajęcia grupowe, zresztą sami widzimy, że jak Michu ma więcej kontaktu z innymi dzieciakami, to jest to dla niego korzystne. Co prawda jest to nadal czas zabaw równoległych, a nie konkretnych interakcji z rówieśnikami, ale Misiek wiele podpatruje, co pozwala mu przełamywać niektóre bariery. Taką barierą było na przykład malowanie paluszkami. Za żadne skarby Michu nie chciał dotykać farb ręką. A tydzień temu, gdy w Urwisku wszystkie dzieci zaczęły babrać się w farbach, Michu też spróbował i nawet obyło się bez standardowego „bleee” :) Progres :)

No więc chodzimy i na grupowe do logopedy raz w tygodniu, i na grupę do Urwiska (Zabawy Fundamentalne), i na grupę na basenie. No a od września zacznie się na dobre, bo liczę, że uda się Micha zapisać do jakiegoś przedszkola. Obyśmy tylko znaleźli coś sensownego.

W poniedziałek skończyłam dziergać Makkę Pakkę. Na dzieciowisku wrzuciłam zdjęcie, tutaj też wrzucę, nie będę taka ;) Z dzieła jestem jak najbardziej dumna :) Można gratulować ;)

No i jeszcze zdanko dla lansu… ;) Kończy mi się umowa w Orange, więc standardowa pani z BOKu zadzwoniła w sprawie przedłużenia i takich tam… No i po konsultacji z małżonkiem (który przytaknął mojemu pomysłowi) zamówiłam sobie iPhone’a 3GS 16GB. Nie ma to jak lans ;)

A tak serio, to cóż. Zwyczajnie mi się ten telefon podoba, nigdy czegoś podobnego nie miałam, więc raz chciałabym spróbować z czym to się je. Jak się będzie psuć, to wiem, że już więcej nie kupię. A jak będę zadowolona, to zostanę wierna i tyle. No i swoją drogą przyznać muszę, że kuszą mnie też różne dostępne gadżety. A Mariusz się cieszy, że będzie miał konsolę do gier w ten sposób :) Czyli wszyscy zadowoleni :) Telefon jest prezentem gwiazdkowym, więc w Święta na nic innego już (no, może poza czekoladą i pomarańczami) nie liczę :)
Cudo ma przyjść na początku listopada. Czekam na nie niczym nastolatka na koncert Backstreet Boys ;)))

Koniec i kropka. Tyle na dziś.