Dwie trzecie niedzieli w szpitalu już za mną. Byle do poniedziałku, myślę sobie. Mam nadzieję, że od jutra coś się tu wokół mnie zacznie dziać. Bo szału powoli już dostaję. I jakieś dołki łapię. Dobrze, że Misiek przyszedł dziś w południe, bo przynajmniej miałam się komu wypłakać. On też biedny – bezsilny się czuje. Zastanawia się, czy lepiej dać w mordę czy lepiej w łapę, żeby zaczął się ktoś mną bardziej interesować. Ja też nie działam na niego kojąco, gdy opowiadam mu o różnych sytuacjach z oddziału. Choćby o tej dziewczynie, która wczoraj tak okropnie krzyczała. Okazało się, że wody płodowe były już zielone, łożysko przejrzałe, a ona nie mogła sama urodzić. No i maluszka kleszczami wyciągali. Była dwa tygodnie po terminie. Nie zrobili jej badania wód płodowych. Wypas po prostu. Jutro chyba będę żądać takiego badania, bo stresuję się tym bardzo. W ogóle to z godziny na godzinę jestem coraz bardziej wystraszona. Misiek uspokajał jak mógł i potrafił. Mama przez telefon też. Monika też. Gadałyśmy z pół godziny. No ale co zrobić, gdy człowiek leży tu od jakichś pięćdziesięciuparu godzin i nie widzi żadnej nadziei, ze coś samo z siebie się zacznie, a opieka jest jaka jest…

Misiek kupił mi „I Ty możesz mieć superdziecko” Doroty Zawadzkiej. Czytam, bo przynajmniej mi czas na tym mija. Chciałabym rzec – ucieka. Ale on się wlecze jak żółw. Byle do rana…