Nie jest lekko – Mikołajek siedzi w brzucholu i chyba nie ma zamiaru stamtąd wychodzić. No, ja rozumiem, że on ma jeszcze tydzień do terminu, ale wcale nie obraziłabym się, gdyby wpadł na pomysł powitania naszego świata tydzień wcześniej. W końcu jest już donoszony i generalnie od ubiegłego piątku ma najpełniejsze prawo się urodzić. Ale znając życie i nasze szczęście to go przenoszę i się urodzi 2 tygodnie po terminie. No bo po co wcześniej, jeśli mu u mamy dobrze? Chyba nam się mamisynek zapowiada… ;)
A tak na serio, to strasznie męczące są te ostatnie tygodnie/dni. Do przekręcania się z boku na bok w łóżku potrzebuję chyba dźwiga, bo samej ciężko. No i wszystko mnie boli – pachwiny, szyjka macicy… Nie wspominając o permanentnej zgadze. Herbatka miętowa i migdały to w tej chwili najbardziej chodliwy towar w naszym domku :)
Poza tym przyznam, że trochę już mi się czas dłuży… Dopóki kompletowaliśmy wyprawkę, robiliśmy jakieś przygotowania do powitania Pacholęcia, to jakoś te dni szybciej płynęły. A teraz codziennie wstaję i myślę, czy to już TEN dzień. I czekam… Czekam… Czekam… Kiedyś się w końcu doczekam, bo przecież Mały nie będzie siedział tam wiecznie :)
Misiek cały czas pociesza i mówi, że im dłużej Mikołajek będzie w brzuchu, tym mniejsze prawdopodobieństwo żółtaczki. No wiem, ale co z tego, skoro ja już tęsknię za przytuleniem tego małego, pomarszczonego człowieczka ubranego w komplety niebieskich śpiochów? W ogóle to już trwamy w pełnej gotowości. Aczkolwiek, póki co, zupełnie bezstresowo. Misiek czyta „I Ty możesz być supertatą” :) I gadamy sobie, jak to będzie fajnie rano przynosić małego do naszego wyrka i przytulać :) Jeszcze trochę i się spełni… :)